Thor (2011), reż. Kenneth Branagh

Tytuł: „Thor”
Reżyseria: Kenneth Branagh
Scenariusz: Ashley Miller, Zack Stentz, Don Payne
Zdjęcia: Harris Zambarloukos
Muzyka: Patrick Doyle
Rok produkcji: 2011
Ocena: 3.5/6

Mam ogromną słabość do adaptacji komiksów, a tak naprawdę się w nie nich nie zaczytuję. Moja wiedza na temat postaci, kanonów i klasyków twórczości komiksowej jest płytka jak Paris Hilton. W ostatnich latach można zaobserwować coraz więcej premier filmowych opartych na tej, w gruncie rzeczy pogardzanej, twórczości obrazkowej. Chyba sukcesy „X-Menów”, „Sin City” oraz „Iron Mana” otworzyły klapki producentom, bo upatrzyli sobie kurę niosącą złote jaja w komiksach Marvela. Kiedy zaczęłam oglądać „Thora”, zdałam sobie sprawę, że nawet moja wiedza na temat mitologii skandynawskiej jest naprawdę mizerna. To z kolei postawiło mnie w pozycji widza gotowego na wszystko.

Sam fakt, że Kenneth Branagh, reżyser od Szekspira, podjął się reżyserowania takiego filmu, był nie lada wydarzeniem i zaskoczeniem. Tym samym oczekiwania tak wywindowały w górę, że spodziewano się co najmniej drugiego „Iron Mana” (druga część niestety słabsza). Moje oczekiwania nie sięgały gwiazd, ponieważ nie byłam zadowolona ze zwiastunów. Tak, nie wiedziałam o czym był komiks – liczyłam, że akcja będzie rozgrywała się tylko w mitycznym świecie, bez udziału współczesności. Ciekawość zwyciężyła, kiedy w recenzjach i komentarzach powtarzały się zachwyty pod adresem Lokiego. Tak samo było w przypadku „Bękartów wojny” Quentina Tarantino, gdzie komplementom pod adresem Christopha Waltza nie było końca. Po skończony seansie stwierdziłam, że twórcy popełnili błąd. Film powinien nosić tytuł „Loki”, ponieważ kreacja Toma Hiddlestona była obłędna.

„Thor” nie jest szczególnie udanym filmem, luki w historii są zbyt zauważalne, by je zignorować. Miałam wrażenie, że w montażowni odrzucono trochę za dużo materiału. W efekcie historia miejscami traci płynność, by zacząć przypominać pokaz slajdów. Po felernym „Your Highness” powinnam była sobie wtłoczyć do głowy, że Natalie Portman nie ma zbyt dobrej ręki do scenariuszy, ale nad tym projektem czuwał głównie Kenneth Branagh. Mimo wszystko film oglądało się całkiem dobrze – miałam świetnych aktorów, kilka fajnych scen i efekty specjalne, które przeniosły mnie do Asgardu. Od seansu minęło wiele tygodni, a ja wciąż lubię „Thora” pomimo oczywistych potknięć.

Nie kręcę nosem na fakt, że „Thor” jest elementem składowym zaplanowanej z rozmachem machiny zwanej „The Avengers”. Obowiązkowo na końcu filmu pojawia się Nick Fury (Samuel L. Jackson), ale dodatkowo poznajemy twarz Hawkeye’a (Jeremy Renner). Wciśnięcie różnych bohaterów komiksowych do jednego filmu to potencjał, którego nie można zmarnować, ale oglądając zwiastun czekałam tylko na jedne sceny – z Lokim. Wciąż mi trudno uwierzyć, że Tom Hiddleston starał się o rolę Thora, kiedy w mniej sympatycznym wcieleniu jest idealny. Brytyjski aktor tak uchwycił postać Lokiego, że nadał jej głębi i charyzmy – a ja, jako widz, niemal odczuwałam jego ból, gniew i ambicje. Hiddleston jest moim odkryciem, które zawdzięczam Branaghowi (zaproponował mu udział w castingu). Gdybym pisała o filmie zupełnie na świeżo, nie szczędziłabym słów krytyki pod adresem odtwórcy tytułowej roli. Chris Hemsworth z początku bardziej przypomina wesołego budowlańca niż zapalczywego, pełnego temperamentu nordyckiego boga. Z czasem idzie ku lepszemu, ale dopiero po dłuższym czasie dostrzegam, że w australijskim aktorze drzemie potencjał.

Chcę tego po prawej.

Może się narażę, ale moim zdaniem Natalie Portman i Kat Dennings powinny zamienić się rolami. Prędzej bym uwierzyła, że ognisko jest niczym afrodyzjak, gdyby Jane Foster zagrała ta mniej znana aktorka o magnetycznej urodzie. Uwielbiam Kat odkąd zobaczyłam ją w „Charliem Bartlett’cie” i nieustannie trzymam za nią kciuki. Natalie Portman była niestety nijaka, ale przy obsadzie naszpikowanej mało znanymi nazwiskami – musiała się znaleźć aktorka o silnej pozycji. Bo oprócz niej są Anthony Hopkins (Odyn), Stellan Skarsgard (Erik Selvig), Idris Elba (Heimdall) oraz dawno nie widziana Rene Russo (Frigga).

Zacieram ręce na drugą część „Thora” (mając nadzieję, że chwilowo Natalie nie będzie się spodziewać Beta czy Grimela), a przede wszystkim na „The Avengers”, którzy w maju zawitają nad Wisłą w dwóch wersjach: z dubbingiem i napisami. „Thor” mógł być świetny filmem i miał ku temu warunki – reżyser, aktorzy i pieniądze. Pod względem wizualnym nie mam zastrzeżeń – to historia, a raczej jej zmontowanie prosi się czasem o potraktowanie Mjollnirem. Jednak dzięki Tomowi Hiddlestonowi, twórcy mogą na mnie liczyć i pewnie dziękują po cichu za tak trafioną obsadę.

Tom Hiddleston
Reklamy

10 uwag do wpisu “Thor (2011), reż. Kenneth Branagh

  1. Fakt, tom kradnie cały film, w każdej scenie skupia na sobie uwagę widza. Boże, co to będzie na Avengersach jak w jednej scenie pojawi się Robert Downey Jr. i Hiddleston?

    Poza tym, oglądając wywiady z Tome dowiadujesz się, że jest on niesamowicie miłym facetem, który obecnie jednym uśmiechem topi setki serc, włączając w to moje 😀

    Polubienie

  2. Ten film obejrzałam tylko ze względu wyżej przez Ciebie wymienionego Hiddlestona. Sam „Thor” nie był może jakiś tragiczny, ale mogło być lepiej;). Ciekawi mnie jak wypadnie w „Avengers”, bo jeśli reżyseria pójdzie w stronę dwójki „Iron Mana”, może być cienko…

    Polubienie

  3. Toma jeszcze nie znałam, ale potem przebierałam nóżkami w oczekiwaniu na „Midnight in Paris”. Masz rację, „Thor” nie jest taki zły, ale zbyt wiele mu brakuje by dać mu ładne 4.

    Jeszcze nie myślę nad poziomem sequela „Thora”, jeszcze tyle filmów stoi w kolejce, że ten czas szybko zleci. 🙂

    Polubienie

  4. Thor to bardzo przeciętny film. Miło się go oglądało jeśli chodzi o efekty, kolorowe stroje i niektóre zabawne sytuacje (zbicie szklanki w barze było świetne ;)), ale arcydzieło to to nie jest. Takie tam… dla rozrywki. Obejrzy się i zapomni, ale…
    Tom Hiddleston! Ten facet ma to coś! Świetny aktor, stworzył najciekawszą postać w całym filmie i to jemu kibicowałam, a nie głównemu bohaterowi 😉
    Natalie Portman strasznie była mdła, nijaka. Błąka się ona biedna między bardzo przeciętnymi filmami, albo perełkami. Nic pomiędzy 😉

    Pozdrowionka!!!! 🙂

    Polubienie

  5. Mam jeszcze jeden pomysł na tytuł: „Loki i cała reszta”. ^^

    Tak sobie myślę, że gdyby nie ta jedna rola, to „Thor” byłby totalnym rozczarowaniem. A tak nie sposób negować sens jego powstania właśnie przez wzgląd na jedną postać.

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s