The Killer inside me/Morderca we mnie (2010), reż. Michael Winterbottom

Tytuł polski: Morderca we mnie
Tytuł oryginalny: The Killer inside me
Na podstawie: „Morderca we mnie”, Jim Thompson
Reżyseria: Michael Winterbottom
Scenariusz: John Curran, Michael Winterbottom
Zdjęcia: Marcel Zyskind
Muzyka: Melissa Parmenter, Joel Cadbury
Rok produkcji: 2010
Ocena: 4/6

The Killer Inside Me (2010) on IMDb(function(d,s,id){var js,stags=d.getElementsByTagName(s)[0];if(d.getElementById(id)){return;}js=d.createElement(s);js.id=id;js.src=”http://g-ec2.images-amazon.com/images/G/01/imdb/plugins/rating/js/rating.min.js”;stags.parentNode.insertBefore(js,stags);})(document,’script’,’imdb-rating-api’);

Przeglądając filmografię Michaela Winterbottoma, potrafię oprzeć się na 3 tytułach. Omawiany dzisiaj będzie czwartym. Ze zdumieniem przyjęłam fakt, że to on stoi za „9 songs”, który w moich oczach jest niedorzecznym wypaczeniem haseł o wolności artystycznej. Jednak jeden film nie może przekreślić całego dorobku, a „Morderca we mnie” chodził za mną od dłuższego czasu. Historia została oparta na klasyku kryminału z 1952 roku, który uważany jest za prekursora zabójcy inteligentnego, wyrafinowanego i okrutnego. Na Berlinale został wybuczany, a ja już nie próbuję zastanawiać się dlaczego.

Lata pięćdziesiąte, upalne południe Ameryki. Małe miasteczko, gdzie wszyscy się znają i wytworzyły się niepisane reguły współżycia społecznego. Skupiamy uwagę na niemal trzydziestoletnim Lou Fordem (Casey Affleck), zastępcą miejscowego szeryfa o powierzchowności miłego i prawego harcerzyka. Pod tą sympatyczną powłoką kryje się człowiek zdolny do zabicia z premedytacją. Jego życie oddziela maska, którą przywdziewa z konieczności bycia członkiem społeczności. Po jednej stronie czeka na niego narzeczona Amy (Kate Hudson), drugą wypełnia mu prostytutka Joyce (Jessica Alba). Ale zbrodnia wisi w powietrzu – zaplanowana, przemyślana i wreszcie gotowa do realizacji. Sęk w tym, że jak zaczniesz, to tego nie zatrzymasz i aby zahamować, musisz powstrzymać samego siebie.

Kate Hudson i Casey Affleck


Film jest piękny wizualnie. Scenografia, kostiumy, charakteryzacja po prostu lśnią w kadrze, który niesamowicie oddaje klimat dusznego, amerykańskiego południa. Pomijam, że lata 50. to jeden z moich ulubionych okresów pod względem designu. Możliwe, że te już wyidealizowane, pięknie skrojone obrazy mają być kontrastem dla wewnętrznej zgnilizny bohatera. W chwilach, kiedy robi to, co według siebie uważa za konieczne jest to szczególnie uderzające. Przemoc, szczególnie wobec kobiet, nie oszczędza widza i nie pozostawia ani skrawka dla wyobraźni. Ciosy są dosłowne, widoczne jak oaza w sercu pustyni, a reakcje ofiar czasem bardziej przerażające niż czyny Lou. Wtedy też na widza przychodzi otrzeźwienie, bo przyłapuje się na tym, że lubi tego psychopatę. Ja też.

Casey Affleck, brat Bena i przy okazji przyzwoity aktor. Nie mogłam się oprzeć kontemplacji nad podobieństwem między braćmi. Różnią się diametralnie, ale te niepozorne, kryjące się w mimice czy zachowaniu są moim zdaniem najcenniejsze. Skupmy się jednak na Lou Fordzie, który stanowił pewne novum, kiedy powieść Thompsona ujrzała światło dzienne. Affleck pokazał bohatera świadomego swojej natury oraz jej konsekwencji, ale nieumiejącego z tym walczyć. Nie ma co liczyć na pełne emocji rozterki pt. „jakim ja jestem potworem i brzydzę się sobą”, ale zimne i logiczne rozumowanie. Jakbyśmy patrzyli na dziadka Dextera Morgana z serialu „Dexter”.

Jessica Alba prawie nie wychodzi z łóżka


Rozczarowujące jest zakończenie, które krzyczy przez megafon: „nie mam pomysłu”. Z jednej strony pasuje do nastroju oraz pewnego oniryzmu tkwiącego i daje złudzenie snu wymykającego się twardym zasadom ram kompozycji. Z drugiej strony psuje wrażenie całości, która niepozbawiona wad, hakuje umysł za pośrednictwem zmysłów. Można machnąć ręką na dłużyzny, mętne kreacje Hudson i Alby, ponieważ za każdym czynem, sceną idzie ciekawość co będzie dalej. Nie chodzi tu o chore pragnienie oglądania przemocy, ale obserwację z pytaniem dokąd to wszystko prowadzi. Niestety prowadzi do nieudanego zakończenia. Za to przez kilka dni będzie chodzić piosenka Eddy’ego Arnolda „Shame on you”,  świetna czołówka oraz film o który jednak potrafi usiąść w głowie na kilka dni.

Casey Affleck


Reklamy

5 uwag do wpisu “The Killer inside me/Morderca we mnie (2010), reż. Michael Winterbottom

  1. Włączyłam ten film, któregoś letniego, leniwego dnia. Początek był bardzo obiecujący, ale potem wszystko utrzymywało się na tym samym lub niższym poziomie. Nawet przemoc stała się jakaś taka normalna i nie robiła już wrażenia.
    Jedyne plusy to nastrój i ładne twarze. 😉

    Polubienie

  2. Nie nazwałabym przemocy jako normalnej, wystarczy przypomnieć sobie twarz, która ewoluowała pod naporem ciosów. Wtedy pomyślałam o ofiarach przemocy domowej.

    Nastroju za to nie sposób odmówić. 🙂

    Polubienie

  3. Widziałam tylko dwa filmy tego pana, wspomniane 9 songs i Cenę odwagi z Jolie, ale chwycił mnie za serce. Do Killera się zbieram [Casey ❤ ] ale jakoś zawsze brakuje motywacji 🙂

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s