This means war/A więc wojna (2012), reż. McG

Tytuł polski: A więc wojna
Tytuł oryginalny: This means war
Reżyseria: McG
Scenariusz: Timothy Dowling, Simon Kinberg
Zdjęcia: Russell Carpenter
Muzyka: Christophe Beck
Rok produkcji: 2012
Dystrybutor: Imperial CinePix
Ocena: 3/6

This Means War (2012) on IMDb


Filmy naprawdę potrafią przynieść wiele przyjemności, czyż komedia romantyczna nie powinna nas wzruszać i bawić z naciskiem na to drugie? Niekiedy, tak jak w omawianym przypadku, przyjemność jest generowana z najmniej spodziewanej (przez twórców, oczywiście) strony. To doprawdy niemała gratka, kiedy po 20 minutach można przewidzieć zarys fabuły wraz z zakończeniem. „A więc wojna” jest filmem tak przewidywalnym, aż uroczym. Jednak w pewnych scenach ciężkim do strawienia zarówno przez natężenie idiotyzmu jak i kwestii wątpliwych etycznie.


Agenci, agenci. Jak często partnerami na służbie FBI są mężczyźni, którzy przyjaźnią się od dziecka? FDR (Chris Pine) i Tuck (Tom Hardy) są skutecznymi, niepozbawionymi uroku facetami. Pierwszy ma dość lekki stosunek do związków, drugi przełyka gorycz porażki po rozstaniu z matką jego syna. Ten drugi rejestruje się na portalu randkowym i tak trafia na Lauren (Reese Witherspoon). Rzecz w tym, że to nie ona jest autorką swego profilu, ale od czego są najlepsze przyjaciółki pod słońcem, które tak dbają o nasze życie erotyczne. FDR, jak przystało na rasowego kumpla, gotów ruszyć z odsieczą w razie alarmu. Sygnału nie było, można się zbierać do domu, kiedy na drodze spotyka się właśnie tą kobietę. Panowie dość szybko przekonują się, że przyjdzie im rywalizować o jedną osobę. Mając zaplecze takie jak FBI, hulaj dusza piekła nie ma.



Jak wspominałam, zakończenia można się szybko domyślić. Po drodze będzie dziecinada zwana rywalizacją oraz cień groźnego terrorysty (jego rola w filmie jest oczywista, aż żal patrzeć na Tila Schweigera). W takich sytuacjach zastanawia mnie jedna rzecz. Jacy przyjaciele rywalizują na tym polu. W normalnych sytuacjach wycofałby się ten, który poznał jako drugi. Świadomie godzą się na taki stan rzeczy z pewnością, że nie wpłynie on na ich przyjaźń. Oszukiwali nie tylko siebie, ale też dziewczynę. Inna sprawa, że Lauren nie była taka niewinna – w końcu umawiała się z dwoma jednocześnie. Jednak próbowałam sobie wyobrazić sytuację, kiedy ona dokonuje wyboru i siłą rzeczy nie sposób ukryć najlepszego przyjaciela i to tak związanego z rodziną. I co? Kolejna niezręczna sytuacja, kiedy to stres spadnie na Lauren.

Scenarzyści zapragnęli wykorzystać szeroki wachlarz możliwości jakie daje praca tajnego agenta. W końcu ichnie metody inwigilacji mogą zastąpić, a raczej przyspieszyć, poznanie ukochanej. Wątek został  miejscami doprowadzony do absurdu, że dla kondycji psychicznej musiałam nacisnąć pauzę. Na szczęście nie brakuje momentów miłych i zabawnych, a tym samym nie wciśniętych na siłę. Chciałabym zapomnieć o rodzince w restauracji czy wciągnięciu kolegów w inwigilowanie Lauren. Czym innym jest obserwowanie jak facet wyłazi ze skóry by zaimponować wybrance. Nie brakowało fachowo podkładanych świń (czym to Klimt nie malował…), co na szczęście gładko wpisywało się w konwencję i nie przekraczało granicy dobrego smaku.



Obsada robi wrażenie, szczególnie estetyczne. Nie brakowało głosów krytyki pod adresem Toma Hardy’ego. No bo jak taki aktor ma czelność pojawić się w takim filmie, komercyjnym aż do bólu? Chętnie przyłączę się do opcji głoszącej, że każdy może grać w czym chce. Czasem mam ochotę zobaczyć aktora czy aktorkę, grających wbrew swemu emploi. Wyobrażacie sobie Mię Wasikowską a’la Kate Hudson czy Cameron Diaz? Może przypadek Hardy’ego nie jest tak drastyczny, ale uświadamia jak fani lubią sterować swoim idolem i wiedzą co dla niego najlepsze. Muszę przyznać, że trio z plakatu jest naprawdę udane – jest lekko i jakaś chemia się pałęta – szczególnie między panami). 

Gdyby wyciąć kilka scen, przerobić co bardziej idiotyczne pomysły – mielibyśmy całkiem zgrabnie nakręconą komedię. Pewnie dalej tak radośnie przewidywalną, ale przyjemniejszą w odbiorze dzięki zastosowaniu filtrów nieprzepuszczających szczytów absurdu. Trochę szkoda, że zmarnowano fajny pomysł i zabrakło wyczucia w niektórych momentach.

To jedyna kwestia godna zapamiętania obok tej o błędach.
Reklamy

10 uwag do wpisu “This means war/A więc wojna (2012), reż. McG

  1. Nie mogę się zgodzić z tym co piszesz. Zarzut o przewidywalność? Która komedia rom. nie jest? To jest poniekąd wpisane w gatunek i jedyne co twórcy mogą zrobić to spróbować opowiedzieć taką historię inaczej, przy użyciu tych samych chwytów i innych środków wyrazu. W tym filmie im się akurat udało, stworzyć coś nowszego, głównie dzięki zmiksowaniu elementów komedii z kinem akcji. Podobały mi się te wszystkie nawiązania do bohaterów Cruise'a i całej tej abstrakcyjnej technologii szpiegowskiej. A więc wojna ma urok, zabawne dialogi i chemię między bohaterami [męskimi oczywiście].

    Polubienie

  2. Naprawdę, nie chciałabym się domyślić którego wybierze Lauren. Do tego kilka scen zaoferowało mi dyskomfort niż radość oglądania. Połączenie dwóch gatunków jest dobre, ale czasem są sztuką samą w sobie i ma gdzieś podstawy psychologii. A ja zaczęłam mimowolnie zadawać sobie pewne pytania, które nie służyły seansowi. Film ma swoje momenty, ale niestety, nie mam ochoty na powtórkę.

    Polubienie

  3. Dla mnie wzorem komedii romantycznej jest „Terminal” – chociaż jej szufladkowanie gatunkowe jest różne. Tak samo czarny kot, biały kot Kusturicy, ale to już naprawdę inna liga i inna bajka 😉

    Polubienie

  4. Zgadzam się z opinią o tym filmie, chociaż trzeba przyznać, że w odróżnieniu od wielu komedii romantycznych made in USA, tą oglądało się przyjemnie. Nawiązując do KinoKonesera, dla mnie wzorem dobrej komedii romantycznej jest „Jak w Niebie” – dawno temu to oglądałam, ale cały czas pamiętam to ładne mieszkanie, San Francisco oraz dach kamienicy. Śmiesznie, wiadomo, że przewidywalne, ale dobrze się to oglądało. Podobnie z Holiday z Kate Winslet, Cameron Diaz, Jackiem Blackiem oraz Judem Lawem.

    Polubienie

  5. O, Tom Hardy w takiej roli. Polecam go jako Heathcliffa w ekranizacji „Wichrowych Wzgórz” – w peruce, z natchnioną miną i w towarzystwie bardzo słabych aktorów. Płakałam ze śmiechu, ale i tak nadal go lubię. Nie każdy aktor, nawet najlepszy, nadaje się do każdej roli 🙂

    Polubienie

  6. Chyba nie potrafiłabym wskazać swojego wzorca, wiele zależy od nastroju i jak sam pokazałeś – upodobań. Moje są niczym chorągiewka, nigdy nie wiem w którą stronę załopocze. 😉

    Polubienie

  7. Właśnie zobaczyłam plakat tej produkcji i nie wiedziałam co ze sobą zrobić. Czy walnąć głową o blat czy się obrócić i wylądować na podłodze. Moim Heathcliffem będzie Ralph Fiennes – mam zbyt duży sentyment do tej wersji.

    Pewnie w swoim czasie wpadnę na pomysł zebrania kilku adaptacji i ogłoszę tydzień pod znakiem „Wichrowych wzgórz”. 😉

    Polubienie

  8. miałam to samo po zobaczeniu tego plakatu :)) poza tym nie lubię „Wichrowych wzgórz” w żadnym wydaniu, więc na szczęście nigdy tego nie obejrzę 🙂

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s