A King in New York./Król w Nowym Jorku (1957), reż. Charles Chaplin

Tytuł polski: Król w Nowym Jorku
Tytuł oryginalny: A King in New York
Reżyseria: Charles Chaplin
Scenariusz: Charles Chaplin
Zdjęcia: Georges Perinal
Muzyka: Charles Chaplin
Rok produkcji: 1957
Dystrybutor: Galapagos
Ocena: 4.5/6

A King in New York (1957) on IMDb




Chaplin kojarzony przede wszystkim jako komediant w rzeczywistości był człowiekiem oczytanym i pewnym swoich poglądów. Obserwując jego twórczość od zarania po schyłek życia, widać ile myśli chce wszczepić w umysł widza. Nie chodzi o incepcję, ale zachętę. Czasem wali myślą między oczy, czasem też serwuje ją nienachalnie i naturalnie. „Pan Verdoux” był dość monotonnym i męczącym głosem w sprawie państwo, a jednostka pod mianownikiem zabijana. „Król w Nowym Jorku” jest ostatnim typowym filmem Chaplina, wtedy zbliżającego się do siedemdziesiątki. Nakręcona 10 lat później „Hrabina z Honkgkongu” to zupełnie inny produkt z Marlonem Brando i Sophią Loren. Ot zwyczajna opowieść, która zniknęłaby w mrokach niepamięci gdyby nie obsada i osoba reżysera. „Król w Nowym Jorku” jest filmem przyjemnym, trochę nierównym, za to z tym nienachalnym przesłaniem.

W pewnym fikcyjnym państewku wybucha rewolucja, która skończyłaby się linczem na osobie króla Shahdova (Charlie Chaplin). Jednak ów umysł przewidział, że czas opuścić ojczyznę, a ból nędznego losu emigranta z pewnością złagodzi ogołocenie skarbca i wyniesienie planów atomowych. Celem jego wędrówki jest Ameryka, wielka obietnica sukcesu i szczęśliwego życia. Los podsuwa różnych doradców, choćby takich, którzy zawłaszczają skarbiec by cieszyć się nim w Meksyku. W obliczu felernej sytuacji król Shahdov zostają same plany, które próbuje opchnąć Komisji Energii Atomowej. Zostaje jeszcze ambasador Jaume (Oliver Johnston) jako nieodłączny druh, cały Nowy Jork i rachunki za luksusowy hotel.

Oliver Johnston i Charles Chaplin

Tym razem Chaplin gładko przechodzi od komedianctwa do stonowanej obserwacji. Początek jest żywym wspomnieniem dawnej twórczości Chaplina. Mamy serię scenek, których komizm  miesza się z szacunkiem dla kondycji fizycznej Chaplina. Niezwykła gracja, sprawność i mimika przy której łapiemy się na tym, że brakuje wąsów i melonika. Nim się zorientujemy, dostrzegamy co reżyser chce skomentować. Można wyliczać wiele, ale konsumpcjonizm, nowa kultura popularna (jej głośność), kult młodości czy mccartyzm wybijają się na czoło. Wyśmiewanie jest albo łagodne albo uwypuklone, nigdy jednak wulgarne. Ten trochę nierówny film kryje w sobie kilka scen i wątków, które zdecydowanie ożywiają widza. Duża w tym zasługa udanego castingu, bo Chaplin sam by „Króla w Nowym Jorku” nie udźwignął. Gwiazdą bez wątpienia jest Dawn Addams jako Ann Kay – urocza, dynamiczna i przykuwająca uwagę. Ciekawostką jest również udział Sida Jamesa jako Johnson, spec od reklamy. Część może go kojarzyć z serii filmów pod sztandarem „Cała naprzód”. Do osobnej rubryki zaliczyć należy udział Michaela Chaplina w roli Ruperta Macabee. Tak, to syn Charlesa. Mam pewną słabość do rodzinnych występów, ale o pokrewieństwie dowiedziałam się po seansie. Młody Chaplin był wyrazisty i naprawdę dobrze wypadł, co przy takiej dawce kwestii wypluwanej z niemałą prędkością zasługuje na uznanie. 

Charles i Michael Chaplin

Z czym będę kojarzyła „Króla w Nowym Jorku”? Pierwsza myśl kieruje się przy „Be or not to be”, kwestia Hamleta wyrecytowana z dużym zaangażowaniem w dość osobliwych okolicznościach. Drugi wątek jest ściśle powiązany z podążaniem za upływającą młodością. Bo nie ma to jak naciągnąć sobie skórę i pójść na występ komików. Ważnym punktem było podjęcie tematu polityki McCarthy’ego. Jak wiadomo, Chaplin był jedną z ofiar tzw. polowania na czarownice, co skończyło się zakazem wjazdu do USA. Nie tylko wykpił tę procedurę dodając element w postaci węża strażackiego, ale pokazał kim były prawdziwe ofiary.

Zakończenie mogło być tylko jedno, król Shahdov opuszcza Amerykę bez żalu, ale z nowymi znajomościami. Swoją drogą imię króla brzmi jak wymieszanie dwóch słów: shah (król) i shadow (cień). Czyżby określało człowieka ceniącego spokój, a może jest symbolem ludzi zepchniętych w cień? Czy takie doszukiwanie ma w ogóle sens? Najciekawszy okres twórczości Chaplina przypada na lata przed II wojną światową. Kiedy zerwał z postacią włóczęgi, co w piękny sposób uczynił w „Dzisiejszych czasach”, mógł rozwinąć skrzydła i pozbyć się ograniczeń jednej postaci. „Król w Nowym Yorku” to dobre kino jakiego się już nie kręci. Współczesność oferuje nam takich twórców jak Sacha Baron Cohen, który bardziej słynie z przekraczania granic dopuszczalnego smaku, niż z trafnej satyry. W tej sytuacji wolę nie tylko ten film Chaplina, ale też „Pana Verdoux”. Obie produkcje zasilają Kolekcję Charliego Chaplina wydawaną przez Galapagos.

Joan Ingram, be or not to be, Dawn Addams



Za seans dziękuję dystrybutorowi, firmie Galapagos 

2 uwagi do wpisu “A King in New York./Król w Nowym Jorku (1957), reż. Charles Chaplin

  1. Jakoś wypadła mi z pamięci Dawn Addams, o której piszesz. Ten film zapamiętałem głównie jako inteligentną satyrę na słynne polowanie na komunistów z lat 50. Chaplin tworzy tu niezły duet ze swoim synem Michaelem. Film nie jest tak zabawny jak wiele poprzednich dzieł Chaplina, ale to z pewnością wartościowe kino, w którym reżyser rozprawia się z Ameryką – krajem, który przyniósł mu sporo szczęścia i radości, ale również sporo rozczarowań i goryczy.

    Polubienie

  2. Podoba mi się to zmierzanie w kierunku stonowanej satyry. Nie brakuje rasowych gagów, ale za nimi kryje się komentarz i obserwacja.

    Jak można nie pamiętać Addams? To urok w stanie czystym. 😉

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s