Superman (1978), reż. Richard Donner

Tytuł: Superman
Na podstawie: komiksy o Supermanie, Joe Shuster i Jerry Siegel
Reżyseria: Richard Donner
Scenariusz: David Newman, Robert Benton, Tom Mankiewicz, Mario Puzo, Leslie Newman
Zdjęcia: Geoffrey Unsworth
Muzyka: John Williams
Rok produkcji: 1978
Dystrybutor: Galapagos
Ocena: 4/6

Superman (1978) on IMDb(function(d,s,id){var js,stags=d.getElementsByTagName(s)[0];if(d.getElementById(id)){return;}js=d.createElement(s);js.id=id;js.src=”http://g-ec2.images-amazon.com/images/G/01/imdb/plugins/rating/js/rating.min.js”;stags.parentNode.insertBefore(js,stags);})(document,’script’,’imdb-rating-api’);

Przed seansem „Człowieka ze stali” Zacka Snydera, postanowiłam przypomnieć sobie film z 1978 roku o tym samym superbohaterze. To było zderzenie wspomnień z dzieciństwa z rzeczywistością. Chociaż jedynym Supermanem pozostaje Christopher Reeve, to pewne elementy nie przetrwały próby czasu. Film Donnera mimo wszystko pozostawia w tyle najnowszą inkarnację latającego przybysza z Kryptonu, która jest jednym wielkim rozczarowaniem. Kiedy bohater Reeve’a wzbudza szeroką gamę emocji, postać kreowana przez Cavilla tak naprawdę nikogo nie obchodzi.

Oba filmy rozpoczyna zagłada Kryptona, ale w wątkach ziemskich znacząco się rozmijają. „Superman” rozwija wątek, który będzie eksploatowany w kontynuacji „Człowieka ze stali”, a  głównym przeciwnikiem jest Lex Luthor. Dla niezorientowanych w temacie wersja Donnera będzie tą kształtującą wyobrażenie o uniwersum Supermana, które w świecie komiksowym jest mocno zróżnicowane. W czasach powagi Superman musiał schować majtki pod kostium, ale w latach siedemdziesiątych mógł do nich nawet doczepić czerwone szelki. Mógł, będąc kreowanym przez aktora obdarzonego charyzmą, urokiem i talentem. Christopher Reeve zdaje się nie czuć dyskomfortu z powodu kiczowatego kostiumu, ale dzięki naturalności nawet współcześnie podświadomie ignorujemy ten aspekt. To, co sprawdza się na kartach komiksu, niekoniecznie nabiera mocy w wydaniu fabularnym. Chyba, że ma się pod ręką asa na miarę Reeve’a. Chyba przesadzam z tym zachwytem nad aktorem?

Jakim cudem Kal-El jest brunetem?
Chyba dzięki brwiom Marlona Brando.


Historia prezentuje się następująco. Krypton idzie w pizdu, wehikuł z Kal-Elem ląduje na Ziemi. Państwo Kent przygarniają dziwnego chłopca, który może przenosić traktory i przeorać hektary w minutę. Po śmierci pana Kenta, Clark rusza w podróż w poszukiwaniu własnej tożsamości, by wylądować w redakcji Daily Planet pod przykrywką rasowej niemoty. Tam spotyka gwiazdę gazety, Lois Lane, która jest odpowiedzialna za pojawienie się Supermana w Metropolis. Podziemia miasta kryją Lexa Luthora „największego złoczyńcę na Ziemi” i ta kwestia prowadzi do wady filmu, szczególnie z perspektywy czasu. Gene Hackman odtwarza szwarccharakter, który jest śmieszno – żenujący. Akcje Luthora u współczesnych  widzów mogą co najwyżej wzbudzić uśmiech politowania, by ostatnią kwestię z jego ust uczcić stalowym facepalmem. Taki urok tamtych czasów, ale zastanawiające jest, że przy obecności Mario Puzo w licznej ekipie scenarzystów, mógł wyjść taki jarmarczny czarny charakter.

Take me to the clouds above…

Kim byłby Superman bez Lois Lane, swojej największej miłości? Wybór Margot Kidder do roli  ukochanej Kryptonianina jest mimo wszystko trafny. Mówimy o aktorce o przeciętnej urodzie, ale wewnętrznym ogniu predestynującym do ról zadziornych i charakternych. Wątek dziennikarki jest przede wszystkim kanonicznie romantyczny, a nie naznaczony mrocznymi okolicznościami jak u Snydera. Pierwszy wywiad Lois z Supermanem zakończony wspólnym przelotem po przestworzach z początku jest trochę dziwny, ale wreszcie wyłania się magia. Postać panny Lane na dłuższą metę byłby irytujący, to gatunek człowieka przytłaczającego swoją obecnością i porywczym zachowaniem. Tutaj widać jak dobrze sprawdza się Reeve w swojej podwójnej roli. Doskonale równoważy apodyktyczność Lois, wynagradza zramolały już wątek Luthora i jeszcze robi to z niewymuszoną lekkością. W ostatniej scenie ratowania Lane stawia nieusuwalną kropkę nad „i”.

My jesteśmy tanie dranie…


Na uwagę zasługują efekty specjalne, które nie pozwalają „Supermanowi” przejść do kategorii  nieoglądalnych śmiesznostek. Mimo upływu czasu ogląda się naprawdę dobrze, a scenografia wciąż robi wrażenie. Zdecydowanie lepiej wspominam lodowy pałac u Donnera niż nieokreślone lokum u Snydera. W całość gładko wpasowuje się muzyka Johna Williamsa, która trąci patosem, ale przez to jest idealną ilustracją dla trochę niepoważnego z natury bohatera. „Superman” częściowo wygrywa walkę z czasem, ale pozostaje dobrym filmem z logicznie ułożonym scenariuszem. Donner nie sili się na widowiskowość, gdzie forma przysłania treść i zdrowy rozsądek. Ciekawie będzie zobaczyć ten film za 10 lat.

Master of camouflage


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s