Sherlock Holmes (2009), reż. Guy Ritchie

Tytuł: Sherlock Holmes
Na podstawie: seria o Sherlocku Holmesie, sir Arthur Conan Doyle
Reżyseria: Guy Ritchie
Scenariusz: Michael Robert Johnson, Simon Kinberg, Anthony Peckham
Zdjęcia: Philippe Rousselot
Muzyka: Hans Zimmer
Rok produkcji: 2009
Dystrybutor: Galapagos
Ocena: 5.5/6

Sherlock Holmes (2009) on IMDb(function(d,s,id){var js,stags=d.getElementsByTagName(s)[0];if(d.getElementById(id)){return;}js=d.createElement(s);js.id=id;js.src=”http://g-ec2.images-amazon.com/images/G/01/imdb/plugins/rating/js/rating.min.js”;stags.parentNode.insertBefore(js,stags);})(document,’script’,’imdb-rating-api’);


Zapowiedź filmu o Sherlocku Holmesie nie mogła zostać przytłoczona, kiedy w grę wchodziło kilka czynników. Reżyserem był Guy Ritchie, którego nietuzinkowość przepadła wraz z ożenkiem z Madonną. „Rock’n’rolla” (pierwszy film po rozwodzie) była zwiastunem odrodzenia niczym feniks z popiołów, ale kolejny film miał określić czy to stan chwilowy, czy pewny. Postać londyńskiego detektywa to świętość, a obsadzenie w tej roli amerykańskiego aktora musiało zaowocować głosami oburzonych. W takim układzie rola Watsona musiała trafić w ręce Anglika. Efekt finalny zamknął usta części niedowiarków i pesymistów. Powstał udany film rozrywkowy w amerykańskim stylu, z brytyjską nutą. Jednak kino poznało nowy udany duet.


W pierwowzorze literackim to Sherlock Holmes (Robert Downey Jr.) jest tym wyższym i smuklejszym, kiedy doktor John Watson (Jude Law) pozostawał w cieniu. U Ritchiego odmieniono nie tylko fizjonomię, ale też mentalność tytułowego bohatera. Zimnokrwisty, znieczulony na emocje detektyw stał się neurotykiem i rodzajem dużego dziecka. Nie, inteligencji i geniuszu mu nie brakuje, ale jego osobowość wplata się w oczekiwania przeciętnego (czyt. amerykańskiego) odbiorcy oraz w image Downey’a Jr. Rok wcześniej świat oszalał na punkcie jego kreacji w Iron Manie i nie sposób nie dostrzec pewnych punktów wspólnych z postacią Holmesa. Jednak w obydwu przypadkach trudno mówić o zjawisku negatywnym. Robert Downey Jr. wniósł pewien powiew świeżości w kultowe postacie, uczynił je swoimi i wyrazistymi. Do tego były doskonałą odtrutką na falę poważnych adaptacji komiksów, gdzie oblicza przepełnione mickiewiczowskim cierpieniem prowadziły widzów po mrocznych zakamarkach człowieczeństwa. Czym byłby Holmes bez swojego Watsona? Po pierwsze, straciłby kontakt ze światem i nie miałby kto o nim pisać. Obsadzenie w tej roli Jude’a Lawa to nie tylko zrównoważenie amerykańskości Downey’a, ale niespodzianka, która chyba nikomu by nie przyszła do głowy. Urodziwe bożyszcze kobiet miałoby stać w cieniu niższego kolegi po fachu? A jednak panowie stworzyli niesamowity, równoważny duet, który stał się znakiem firmowym całej serii. Kim byłby Sherlock bez Johna, a raczej Robert bez Jude’a? Dlatego powtórny seans prawie nic nie traci na atrakcyjności, a przed obejrzeniem kontynuacji musiałam sobie odświeżyć pamięć.



Fabuła nie przewidywała bezpośredniej konfrontacji z nemezis Holmesa, profesorem Moriartym. Słusznie wnioskowano, że to musi być hicior i takiego asa warto zachować na następny scenariusz. Historie o detektywie oferują bogactwo dla inspiracji scenariusza i wątek czarnej magii jest nie mniej efektywny i widowiskowy co finał nad wodospadem Reichenbach. Lord Blackwood (Mark Strong) przyłapany na praktykowaniu czarnej magii, zostaje skazany na śmierć i powieszony. Efektywne zmartwychwstanie dodaje siły i tak mocnemu wiatru, który napędza fabułę „Sherlocka Holmesa” bez cienia trudu. Na scenę wkracza jedyna kobieta, która przechytrzyła Sherlocka – Irene Adler (Rachel McAdams), która jest na usługach kogoś tajemniczego i potężnego. Jeśli ktoś znalazł na nią haczyk, musi być kimś groźnym. Nie zmieniło się jedno – stosunek Holmesa do policji z inspektorem Lestrade’em (Eddie Marsan) na czele. Dalej jest kilka kroków przed Scottland Yard lub tuż obok, a jego żarty nie pozostawiają złudzeń.


Był moment, kiedy byłam bliska zrozumieniu fenomenu Marka Stronga, etatowego czarnego charakteru rodem z wysp brytyjskich. Uroda niewątpliwie predestynuje go do odtwarzania sympatycznych inaczej i tylko mocna charakteryzacja pozwalała mu zagrać uosobienie dobroci w „Green Lantern”. Demoniczność lorda Blackwooda pasowała do wampirzego image’u, ale odstający ząb wypchnął bohatera na granicę groteskowej śmieszności. Nie zaprzeczę, Strong jest dobrym aktorem, ale jako Blackwood nie wystaje ponad przeciętność. Jego bohater jest zły bez cienia szans na zwrócenie się ku jasnej strony mocy. Brak przełamania jednobarwności nie czyni z łotra postaci z natury atrakcyjnej. Jego Blackwood działa na wyobraźnię, ale sprawia wrażenie balansującego na granicy przerysowania. Zupełnie inaczej prezentuje się filmowa Irene Adler. Obsadzenie Rachel McAdams było udanym posunięciem. Delikatna uroda świetnie kontrastuje z silnym charakterem Adler i nawet widzowie chcą jej wierzyć, chociaż wiedzą, że nie powinni. Dlatego sceny w których Sherlock jest rozdarty między uczuciem do oszustki, a wspomnieniem jej numerów naturalnie wkomponowują się w fabułę i  nadają jej lekkości.



Znakiem rozpoznawczym „Sherlocka Holmesa” jest montaż scen walki, a dokładnie ich spowolnienie w ramach uchwycenia procesu myślowego bohatera. Wyrazistość tego zabiegu blokuje nieco pamięć o zdjęciach samych w sobie, które są bardzo udane i swoją dynamiką utrzymują niezłe tempo fabuły. Ten motyw musiał znaleźć swoich naśladowców, choćby w indyjskim hicie „Dabanng”. Ścieżka dźwiękowa Hansa Zimmera dodaje specyficznego nastroju, gładko wtapiając się w nastrój sceny. Muzyka wychodzi z cienia tylko po to, by podkreślić dramaturgię i znaczenie scen. Szczególnie to widać podczas sceny eksplozji, która lawiruje między poezją, a patosem. Spowolnienie obrazu, które początkowo ilustruje cisza, by zrobić miejsce kameralnej kompozycji wbija w fotel.

„Sherlock Holmes” to nie tylko zwycięstwo Guy’a Ritchiego, który wrócił na salony po latach artystycznej mizerii. To także przywrócenie do świadomości masowej postaci z kart książek Arthura Conana Doyle’a. Czy „Sherlock”, rewelacyjny serial BBC, miałby taką formę jak obecnie, gdyby nie film Ritchiego? Szczerze wątpię. Mimo wielkiego entuzjazmu wytworzonego przez pierwszy seans, bałam się obejrzeć kontynuację. Zwiastuny objawiały znamiona desperacji, która nie wróży niczego dobrego. Dlatego musiało upłynąć półtora roku od polskiej premiery, bym włączyła „Sherlock Holmes: Gra cieni”. Włączyłam i… ciąg dalszy nastąpi. 😉

Reklamy

5 uwag do wpisu “Sherlock Holmes (2009), reż. Guy Ritchie

  1. Drugą częścią byłam tym bardziej zawiedziona, że pierwsza okazała się tak fantastyczna. Nadal pamiętam swój szok, że to się udało (mimo uwielbienia dla Guya Ritchie nie byłam dobrej myśli co do jego „Sherlocka”, a tu proszę). Film w każdym calu świetny.
    Co do Stronga, nie wiem czy rzeczywiście jest etatowym czarnym charakterem Wysp, kojarzę go z różnych ról, od adaptacji amanta z Jane Austen po właśnie Blackwooda, a najbardziej chyba lubię jego wydanie z „Rock'n'Rolla”. Ale to może dlatego, że jest to aż tak dobry film.

    Polubienie

  2. Pierwsza część jest rzeczywiście znakomita, a duet RDJ & Law – bardzo zabawny. Sequel ma lepsze i gorsze momenty. Chwilami straszliwie napakowany akcją, innym razem nużący. Wątek Cyganki, wg mnie, zupełnie niepotrzebny.
    „Sherlock” BBC jednak ZAWSZE będzie moim ulubieńcem 🙂 Taką chemię ma tylko Cumberbatch i Freeman.

    Polubienie

  3. Bardzo bałam się sequela, szczególnie po zwiastunach przesączonych akcją. Może „Gra cieni” nie przebija poprzednika, ale mile zaskakuje – czemu się naprawdę dziwię. 😉

    Polubienie

  4. Dwójka nie była dla mnie rozczarowaniem, co mnie mile zaskoczyło. Trochę czasu minęło nim sięgnęłam po „Grę cieni”, właśnie przez te obawy.

    Moje doświadczenie ze Strongiem nie jest tak różnorodne, ale i tak mnie nieco irytuje. 😉

    Polubienie

  5. Oglądałam ten film w zeszłym roku na lekcji polskiego, ale wtedy jakoś niezbyt mogłam się na nim skupić. Muszę spróbować z nim jeszcze raz 🙂
    Ostatnio koleżanka namówiła mnie do obejrzenia najnowszej adaptacji serialowej i obejrzałam cały pierwszy sezon, co jest dla mnie wielkim sukcesem – normalnie nie oglądam seriali 🙂

    Pozdrawiam
    Ania z TripleAworks.blogspot.com

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s