300: Rise of an Empire/300: Początek imperium (2014), reż. Noam Murro

Tytuł polski: 300: Początek imperium
Tytuł oryginalny: 300: Rise of an Empire
Reżyseria: Noam Murro
Scenariusz: Kurt Johnstad, Zack Snyder
Na podstawie: „Xerxes”, Frank Miller
Zdjęcia: Simon Duggan
Muzyka: Junkie XL
Obsada: Sullivan Stapleton, Eva Green, Rodrigo Santoro, Hans Matheson, Lena Headey, David Wenham
Czas trwania: 102 minuty
Rok produkcji: 2014
Dystrybutor: Warner Bros. Polska
Ocena: 3.5/6



***

Rok 2014 to kontynuacje filmów, które odznaczały się nowatorskim i poważnym podejściem do adaptacji materii komiksowej. „Sin City 2” wejdzie do kin w czerwcu, ale już teraz można zobaczyć „300: Początek imperium”, który niemal od początku zdawał się być na straconej pozycji względem poprzednika. Z jednej strony trudno wyobrazić sobie film o Spartanach bez Gerarda Butlera i jego one – linerów. Z drugiej zaś pozostaje pytanie o celowość kontynuacji, kiedy zakończeniu daleko do szczęśliwych. Jednak Frank Miller napisał „Xerxesa”, który ujrzy światło dzienne po premierze filmu Murro.

***

Nie mamy do czynienia  z czystym sequelem. Akcja filmu przeważnie dzieje się po klęsce Leonidasa, ale miejscami toczy się równolegle z obroną wąwozu przed Persami. Narratorem nie jest już Dilios (David Wenham), ale królowa Gorgo (Lena Headey), która przedstawia głównego bohatera „Początku imperium” – Temistoklesa (Sullivan Stapleton). Zmagania z armią perską przenoszą się na morze, a głównym przeciwnikiem jest Artemizja (Eva Green) – Greczynka z krwi, ale sercem i duszą służy Persji. Oba tytuły łączy wiele, ale to są jednak inne filmy. Opowieść Snydera została  podporządkowana wizji klęski, Munro kończy na bitwie pod Salaminą, a ta przyniosła glorię Grekom i złamała kampanię perską. Warto pamiętać, że to nie jest kino stricte historyczne, ale epickie kino rozrywkowe, gdzie prawdziwe wydarzenia zostały odpowiednio dopasowane do głównej osi fabularnej. Prawdziwa Artemizja jako jedyna była przeciwna tej bitwie, ale filmowa rzeczywistość to czysta kreacja Franka Millera.

***

 ***
„300” było pochwałą dla dyscypliny i odwagi Spartan z którymi inni mieszkańcy Hellady nie mogli się równać. „Początek imperium” odwraca perspektywę, pozwalając spojrzeć na waleczny naród okiem kogoś z zewnątrz. Widzimy naród dumny, odizolowany, którego metody treningowe wymykają się definicji rozsądku. Temistokles podsumował ich jednym zdaniem: „Persowie złożyli lepszą ofertę – śmierć na polu walki”. W porównaniu z filmem z 2006 roku, wprowadzono więcej wątków. O ile u Snydera skupiano się na walce Leonidasa i jego przybocznych, a retrospekcje poświęcono agoge (rygorystyczne szkolenie od 7 roku życia), Munro za mocno żongluje chronologią. Poznajemy nie tylko Temistoklesa, ale genezę Kserksesa jako boskiej inkarnacji oraz przeszłość Artemizji. Dwa pierwsze wątki nie wzbudzają zastrzeżeń – wpisują się w ramy konwencji. Rozczarowanie przychodzi wraz z historią dowódczyni perskiej floty – bardzo klasyczną i ograną do bólu. O wiele ciekawiej by się prezentowała ta postać, gdyby obecny kształt był pochodną jej charakteru i wyborów, a nie krzywd zaznanych w przeszłości.
***
Epickość filmu jest bezsporna. Wizualnie „300: Początek imperium” zachowuje spójność stylistyczną z poprzednikiem. Scena wojny przeniosła się z lądu na morze i tutaj widać ogrom pracy speców od efektów specjalnych oraz budżet. Morskie potyczki nie mają tej dynamiki co akcje lądowe, ale fortele Temistoklesa czy ognista odpowiedź Artemizji potrafią zaimponować. Poza tym mamy to, co widzieliśmy u Snydera – mnóstwo krwi, trupów i efektowne choreografie walk. Dość łatwo można zapomnieć, że Spartanie nie mają sobie równych, kiedy Grecy tak wprawnie posługiwali się mieczami. To wszystko przy bardzo udanej muzyce Junkie XL. Ten film trzeba zobaczyć na wielkim ekranie inaczej nie doceni się w pełni tego widowiska.
***
***
Filmy pokroju „300: Początek imperium” nie potrzebują obsady usianej wielkimi nazwiskami. Nikt nie zastąpi Gerarda Butlera, to fakt. Jednak chciałoby się by Sullivan Stapleton wykrzesał z siebie trochę charyzmy – w końcu był dowódcą greckiej floty i zdolnym strategiem. Co tu ukrywać, ten film należy do Evy Green, francuskiej aktorki wyspecjalizowanej w portretowaniu kobiet twardych, odważnych i niezależnych. Można mieć zastrzeżenia do samego wątku granej przez nią bohaterki, ale Francuzce udało się wycisnąć z tej sztampowej rólki naprawdę dużo. Nie sposób zakwestionować, że Artemizja jest ambitna i władcza, a jej dowództwo floty perskiej nie jest efektem zakulisowych pertraktacji. Trochę się obawiam, że aktorka ogranicza się do pewnej kategorii ról i zamyka przed sobą wiele drzwi. W tej produkcji liczy się tylko ta dwójka, bo chociaż poznajemy przerośniętego Kserksesa z innej strony, to z perspektywy całości jego wątek byłby zbędny, gdyby nie chodziło o Artemizję.
***
Noam Munro nie ustrzegł się wad i ocierania się o śmieszność. Należy brać pod uwagę konwencję, ale efektowna scena z koniem jest wyraźnie przesadzona. Film jest przeciążony powagą i nasączony patosem. O ile to jest właściwe biorąc pod uwagę okoliczności, to brakowało małego ujścia, wentylu bezpieczeństwa, który regulowałby ten naprężony balon. W „300” było trochę humoru, wprawdzie niewyszukanego, ale dawał złudzenie równowagi – nie samymi wzniosłymi ideami żołnierz żyje. Znów powtarza się wątek ojca i syna walczących ramię w ramię, ale bardziej przytłacza niewykorzystanie drugiego planu. Zaangażowano Hansa Mathesona, ale trudno w tym przypadku mówić o jakiejkolwiek roli. Scena seksu? Nawet nie wiem jak te fikołki skomentować.
***
***
Wybierając się na „300: Początek imperium” nie należy oczekiwać lekcji historii. Frank Miller bazuje na faktach historycznych, ale nagina je i przeinacza, podporządkowując własnej wizji. Może gdyby był bardziej wierny prawdzie, widzowie dostaliby lepiej napisaną rolą Artemizji? Mogę skupiać się na negatywach nie mogę zapomnieć o jednym – ten film ogląda się naprawdę dobrze i nawet jeśli nie ma tej konsekwencji co poprzednik. Dla takich widowisk chodzi się do kina, tylko na wielkim ekranie można docenić filmy takiego kalibru. Jeśli oczekujecie rozrywki w pełnej krasie, uderzajcie do kin. Jeśli szukacie w filmie Noama Munro czegoś więcej, możecie się lekko zawieść.
***
  ***
Film obejrzałam dzięki Warner Bros. Polska

Reklamy

2 uwagi do wpisu “300: Rise of an Empire/300: Początek imperium (2014), reż. Noam Murro

  1. „Z jednej strony trudno wyobrazić sobie film o Spartanach bez Gerarda Butlera (…)”.

    Dokładnie! 😀 Ale z drugiej strony, to właśnie „300” wyciągnęło Gerarda na światło dzienne. Może kontynuacja narodzin kolejny tego typu talent 😀

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s