Captain America: The Winter Soldier/Kapitan Ameryka: Zimowy Żołnierz (2014), reż. Anthony Russo, Joe Russo

Tytuł polski: Kapitan Ameryka: Zimowy Żołnierz
Tytuł oryginalny: Captain America: The Winter Soldier
Reżyseria: Anthony Russo, Joe Russo
Scenariusz: Christopher Marcus, Stephen McFeely
Na podstawie: „Kapitan Ameryka” (komiksy), Jack Kirby, Joe Simon
Zdjęcia: Trent Opaloch
Muzyka: Henry Jackman
Obsada: Chris Evans, Scarlett Johansson, Sebastian Stan, Samuel L. Jackson, Robert Redford, Anthony Mackie, Coby Smoulders, Stan Lee
Czas trwania: 128 minut
Rok produkcji: 2014
Dystrybutor: Disney
Ocena: 5/6



***

Uniwersum Marvela na płaszczyźnie filmowej rozrasta się na naszych oczach, stając się swego rodzaju fenomenem. Zaczęło się w 2008 roku wraz z premierą „Iron Mana” i od tego czasu nastąpił wysyp filmów eksponujących  bohaterów ze stajni Marvela, który układa się w spójną i kolorową masę. Kto pamięta kpiny i protesty, które towarzyszyły przejęciu Marvel Studios przez Disney’a? Teraz te filmy są wyczekiwane zarówno przez widzów jak i krytykę , bo za odważnym pomysłem poszły nie tylko pieniądze, ale też jakość. „Kapitan Ameryka: Zimowy Żołnierz” jest często określany jako najlepszy reprezentant MCU (Marvel Cinematic Universe) i trudno się z tym nie zgodzić.

***

Przeniesienie na ekran postaci Kapitana Ameryki uważam za największy sukces tego projektu. Jakimś cudem ten archaiczny, patetyczny i kiczowaty twór odnalazł swoje miejsce w XXI wieku i nie zatracił przy tym swoich sztandarowych cech. Może przy pierwszej części tak tego nie zauważałam (w końcu akcja toczyła się w czasie II wojny światowej), ale kolejne odsłony jego przygód są doskonałym przykładem tego, że przestarzali bohaterowie mogą na nowo rozpalać masową wyobraźnię – trzeba tylko odpowiedniego podejścia do materiału źródłowego. Zanim przystąpimy do oglądania „Zimowego Żołnierza”, warto, a nawet trzeba zapoznać się z dwoma filmami: „Kapitan Ameryka: Pierwsze starcie” oraz „Avengers” i to w takiej kolejności. W najnowszym filmie Steve Rogers aka Kapitan Ameryka (Chris Evans) dzieli czas między służbą w SHIELDS, a nadrabianiem straconego, a właściwie przespanego czasu. Po siedemdziesięcioletniej hibernacji zastał świat odmienny od tego jaki zostawił. Musi nie tylko na nowo nauczyć się się w nim funkcjonować, ale przede wszystkim go rozumieć. Nie rozstaje się z notesem, w którym notuje rzeczy, które powinien poznać (wiele krajów doczekało się unikalnej wersji, w Polsce wyświetlano amerykańską). Jednak walka po stronie dobra nie pozostawia mu zbyt wiele czasu na roztrząsanie swojego położenia z punktu widzenia filozofii czy psychiatrii – zło uderza z miejsca, z którego najmniej się spodziewał. Bo najciemniej jest po latarnią.

***

***
W trakcie seansu oczami wyobraźni stawiałam świeżutkie wydanie dvd na mojej półce. Jak na dwugodzinny film, twórcom udało się uniknąć dłużyzn i zbędnych scen. Niezwykle widowiskowe i dynamiczne sceny przeplatają się ze stonowanymi i kameralnymi zachowując przy tym zrównoważone proporcje. Z jednej strony mamy kapitalne sceny jak walka w windzie czy pierwsze starcie z Zimowym Żołnierzem na autostradzie, z drugiej zaś sekwencje w Instytucie Smithsona czy współpraca Steve’a z Czarną Wdową (Scarlett Johansson). W tym filmie zostają wyeksponowani nie tylko tytułowi bohaterowie, ale właśnie Natasha Romanoff i Nick Fury (Samuel L. Jackson). Podczas oglądania „Avengers” nie byłam do tego przekonana, ale po „Zimowym Żołnierzu” stoję na stanowisku, że powinien powstać wspólny film o Czarnej Wdowie i Hawkeye’u – ciągle brakuje filmu o superbohaterce, a przeszłość z finałem w Budapeszcie powinna przyciągnąć widownię do kin. Tak naprawdę poza przeszłością w szeregach KBG i zmianą frontu, nic o niej nie wiemy. Poza tym Disney zarabia na MCU takie pieniądze, że stać go na bycie pionierem nawet w tym temacie. Osobiście jestem zadowolona z obsadzenia pięknego Anthony’ego Mackie oraz Roberta Redforda, który zdaje się chce o sobie przypomnieć i na moment wyskoczył z niszowych projektów.
***
Mam małe zastrzeżenia odnośnie funkcjonowania Rogersa w dzisiejszych czasach, które przebiega zbyt gładko czy bezboleśnie. Nie oczekiwałam, że bohater będzie bał się wyjść do ludzi, wpadnie w depresję rozpaczając nad tymi, których przeżył lub wkrótce przeżyje. Jednak nie czuć, że chodzi o mężczyznę, który swoją młodość zaczął w latach trzydziestych ubiegłego stulecia. Można przyzwyczaić się do wielu rzeczy, ale niektórych zachowań czy reakcji nie da się wykorzenić. Przyznaję, że oczekiwałam rozwinięcia tematu jakim jest zmaganie się Kapitana Ameryki z dzisiejszym światem, bo logicznie rzecz ujmując to jest woda na młyn i ogromne pole do popisu dla scenarzystów. Na szczęście to nie zostało zignorowane i ładny sposób pokazane, ale trudno mówić o pełnej satysfakcji w tym temacie.
***
***
Tu już możliwe spoilery
***
Jeśli „Zimowy Żołnierz” pozostawi po sobie jakiś ślad to na myśl przychodzą dwie rzeczy. Pierwszą z nich jest wysyp memów pod hasłem „Hail Hydra!”. Można odnieść wrażenie, że nic się przed tym nie uchroniło – niemal każde zdjęcie, czy o wymowie kulturowej, sportowej czy politycznej, zostało opatrzone tym cytatem. Drugą sprawą jest wzrost popularności aktora grającego Zimowego Żołnierza. Sebastian Stan zresztą ułatwia sprawę – nie dość, że w podczernione oczy, na modłę misia pandy, bardzo mu pasują, to jeszcze udzielając wywiadów jest nie tylko sympatyczny, ale nienachalnie uroczy.
***
***
A tak poważnie, to mimo wątku Hydry zżerającej od środka SHIELD, to osoba Zimowego Żołnierza jest najbardziej intrygująca w całym filmie. Wprawdzie przez większość akcji jego twarz pozostaje tajemnicą, to przeglądając obsadę czy napotykając na materiały promocyjne trudno nie wiedzieć kim on jest. Mogę się jednak nazwać szczęściarą, ponieważ wyjście do kina było tak spontaniczne i nieplanowane, że nie powtórzyłam sobie „Kapitana Ameryki: Pierwsze starcie”. Z mojej pamięci wyciekło naprawdę sporo, że pozwoliłam się przyjemnie pozaskakiwać. Inna sprawa, że od dłuższego czasu staram się ignorować materiały promocyjne ograniczając się głównie do pierwszego zwiastuna. W dzisiejszych czasach nie warto wiedzieć zbyt wiele zanim zobaczy się film. Nadmiar wiedzy generuje niepotrzebne oczekiwania, a sam widz odbiera sobie część przyjemności z oglądanego filmu.
***
Wątek Zimowego Żołnierza został oparty o dość klasyczny szkielet, ale wiele w nim emocji i prawdziwości. Biorąc pod uwagę charakter postaci, Stan nie miał okazji rozwinąć aktorskich skrzydeł, ale kiedy scena tego wymagała – nie sposób było nie odczuć tragizmu tej postaci. Jestem pewna, że trzecia część nie obędzie się bez tej postaci, którą niby znamy, ale w tych okolicznościach poznajemy na nowo. Z jednej strony mamy pewne oczekiwania względem Zimowego Żołnierza, a z drugiej nie mamy pewności ile pozostało z jego pierwotnej, ludzkiej wersji. Możemy wierzyć, że ludzkie odruchy zyskają w nim przewagę, ale nie postawiliśmy na to złamanego grosza. To trochę jak z Lokim – jesteśmy nim zafascynowani, ale zdajemy sobie sprawę z jego nieobliczalności. Oczywiście nie ma co równać tych villainów, w końcu motywacje i doświadczenia to dwie różne bajki, ale jeśli chodzi o reakcje widzów można pokusić się o określenie takiego punktu wspólnego.
***

***

Jestem pod wrażeniem jak twórcy obeszli się z SHIELD, która wydawała się być bytem jednolitym i nieskalanym. Może to nie pierwszy raz, kiedy agencja zostaje zdywersyfikowana od środka, a sam proceder zaczął się kilkadziesiąt lat wcześniej. W pewnym sensie zachowano pewną ciągłość z filmem przedstawiającym Kapitana Amerykę, ale gdzieś tam zniknęło to uczucie pewności. W końcu to SHIELD jest spoiwem łączącym MCU, a bez Nicka Fury’ego to jak Queen bez Freddiego Mercury’ego (niby dalej działają, ale to już nie to samo). Z drugiej strony wywracając porządek do góry nogami, film miał mocno podkręconą dramaturgię – czasem można było odnieść wrażenie, że dzieje się zbyt wiele. Efekty specjalne są imponujące i nie rażą sztucznością – widać, że ten miliony nie zostały wyrzucone w błoto. Niejednokrotnie podskoczyłam na kinowym fotelu i byłam bliska zapłakania ze szczęścia z tego powodu – to znaczy, że film spełnia swoje zadanie, a ja czuję się jak początkujący, entuzjastycznie nastawiony do świata kinoman. Czy mam obrazować radość wywołaną przez cameo Stana Lee?

***

Nie tylko uznanie filmu za bardzo dobrego poskutkowało postanowieniem nabycia filmu na dvd (BR goń się ze swoimi cenami). Otóż znów przydarzył mi się film aktorski z dubbingiem – tylko ta wersja była wyświetlana w miejscowym kinie. To nie pierwszy, pewnie nie ostatni raz w mojej karierze i stwierdzam, że był całkiem znośny i w miarę zrozumiały. Biorąc pod uwagę, że muszę nosić aparaty słuchowe, to czułam iż kilka kwestii mogło mi umknąć, dlatego powtórny seans z napisami jest właściwie koniecznością połączoną z przyjemnością. Nie tak dawno było głośno o petycji (pełnej błędów) w sprawie zmiany polityki dystrybucyjnej Disney’a w Polsce – mam nadzieję, że mimo wszystko wezmą te głosy pod uwagę. A tak dokładam cegiełkę do stosu głosów pochwalnych, czatując na premierę „Strażników Galaktyki”.

***

Reklamy

Jedna uwaga do wpisu “Captain America: The Winter Soldier/Kapitan Ameryka: Zimowy Żołnierz (2014), reż. Anthony Russo, Joe Russo

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s