The Guardians of the Galaxy/Strażnicy Galaktyki (2014), reż. James Gunn

Tytuł polski: Strażnicy Galaktyki
Tytuł oryginalny: Guardians of the Galaxy
Reżyseria: James Gunn
Scenariusz: James Gunn, Nicole Perlman
Na podstawie: „Guardians of the Galaxy”, Dan Abnett, Andy Lanning
Zdjęcia: Ben Davis,
Muzyka: Tyler Bates
Obsada: Chris Pratt, Zoe Saldana, Dave Bautista, Bradley Cooper, Vin Diesel, Lee Pace, Karen Gillan, Benicio Del Toro, John C. Reilly, Michael Rooker, Glenn Close
Czas trwania: 122 minuty
Rok produkcji: 2014
Dystrybutor: Disney
Ocena: 5.5/6



***

Nie byłam osamotniona w czystym entuzjazmie, który pojawił się po premierze pierwszego zwiastuna. Nie mając nawet szczątkowej wiedzy na temat tego uniwersum z góry przyjęłam, że to będzie coś wartego zachodu, a już pewnością wyprawy do kina. Z jednej strony Chris Pratt, który wcisnął się w wizerunek dotychczas dla niego za ciasny, a z drugiej cała galeria kosmicznych postaci z gadającym szopem z giwerą. Inna sprawa, że na płaszczyźnie popkulturowej filmy sygnowane przez Marvela są pozycjami obowiązkowymi, które zebrały u kinomanów ogromny kredyt zaufania. „Strażnicy Galaktyki” wchodzi w skład drugiej fazy Marvel Cinematic Universe, które rozrasta się w imponujący sposób i do tego można być pewnym – koniec świata tak prędko nie nastąpi. Ledwie film wszedł na ekrany, a już można być pewnym jego kontynuacji za dwa lub trzy lata.

***

Szczerze, nie miałam pojęcia o istnieniu serii komiksowej autorstwa Abnetta i Lanninga. Dopiero po premierze zwiastuna zaczęłam szukać pobieżnych informacji będąc pod wrażeniem postaci Rocketa. Poza tym biorąc pod uwagę jaki procent wydawanej literatury komiksowej trafia na polski rynek, nie zdziwię się o ilu seriach nie wiem, a chociażby powinnam słyszeć. „Strażnicy Galaktyki” byli mi zupełnie obcy, a po seansie filmu Gunna ten stan rzeczy z pewnością trochę się zmienił. Jednak biorąc pod uwagę specyfikę tworzenia serii komiksowych, gdzie restarty i zmartwychwstania to chleb powszedni – nie sądzę bym sama z siebie zaczęła eksplorować tę dziedzinę. Niejednokrotnie oglądałam film mając w głębokim poważaniu odwieczne dylematy – najpierw film czy książka. W pewnych przypadkach lepiej zacząć od literatury, ale czasem to jest zupełnie bez znaczenia. Tak było w przypadku tego filmu. „Strażnicy Galaktyki” to przede wszystkim kapitalna zabawa w dobrym tego sformułowania znaczeniu. Marvel znów nie zawodzi spełniając kolejne marzenia fanów na całym świecie. Nie wątpię, że ta franczyza okaże się sukcesem, a kolejne projekty jak „Doctor Strange” czy „Ant-Man”  z pewnością ugruntują pozycję Marvela na polu filmowych adaptacji komiksów. Patrząc na to z dystansu czuję, że nastąpi dzień w którym to całe MCU się zwyczajnie przeje. Zanim ten czarny scenariusz się sprawdzi, pomyślmy o „carpe diem”, cennej maksymie epikurejczyków i cieszmy się stanem obecnym – a jest on naprawdę zadowalający. Znów wyszłam z kina bardzo zadowolona, bo wszelkie nadzieje i oczekiwania jakie narosły przez materiały promocyjne oraz własne przeczucia, mają pokrycie w rzeczywistości. Scenariusz jest dość prosty, miejscami wręcz oklepany, ale szereg detali oraz niebanalna galeria charakterów tchnęły w tę historię powiew świeżości. To bardzo udane kino awanturniczo – przygodowe z akcją w kosmosie – przestrzeni w której filmowcy bardzo często się gubią lub ośmieszają.

***

Pisać o tym filmie i nie wkleić tego zdjęcia?

***

Fabuła skupia się wokół Petera Quilla (Chris Pratt), zwącego się Star Lordem  – kosmicznym oszustem i złodziejem. Jego życie diametralnie się zmienia, kiedy znajduje Glob – tajemniczy artefakt, który ściąga na niego takie towarzystwo jak: Gamora (Zoe Saldana), Rocket (Bradley Cooper) oraz Groot (Vin Diesel). Glob został zdobyty na zlecenie Kolekcjonera (Benicio Del Toro), który pojawił się w scenie po napisach „Thor: Mroczny świat”. Jednak jest jeszcze ktoś, kto pożąda tego przedmiotu – Ronan Oskarżyciel (Lee Pace). Potem wiadomo – grupa indywidualności z wrogów staje się partnerami w walce o istnienie galaktyki i stawia czoło groźnemu przeciwnikowi. Znane i wielokrotnie maglowane? Jasne że tak. Czy to się da jeszcze oglądać? To się ogląda po prostu cudownie. Prostota fabularna idzie w parze z umiarem, wizją i bezpretensjonalnością. Od początku było wiadomo, że widzowie wybiorą się na film dla samej historii, zaciekawieni gadającym szopem czy humanoidalnym drzewem – nie dla aktorów, a już tym bardziej dla reżysera (Dunn nie ma imponującego dorobku). Dlatego obsadę nie zasilają pierwszoligowe nazwiska, przynajmniej nie en face. Owszem, Bradley Cooper podkłada głos Rocketowi, Vin Diesel dźwięcznie przedstawia Groota w kilkunastu językach świata (polecam filmiki na YT, szczególnie wersję rosyjską), a Zoe Saldana była niebieska w „Awatarze”. Główną rolę powierzono Chrisowi Prattowi, który kojarzony jest z rolami drugoplanowymi oraz co tu ukrywać – posturą misia. Byłam pod wrażeniem jak aktor zmienił się fizycznie – motywacja w połączeniu z treningiem (i co tu ukrywać – pieniędzmi) poskutkowały. Myli się ten, kto sądzi, że owa transformacja przesłoni postać Quilla – Pratt prezentuje się najlepiej w karierze, ale to nie ma znaczenia – niknie na tle samego bohatera – jego charakteru i historii. Mowa o aktorze kojarzonym z wizerunkiem bliższym komedii, ale w „Strażnikach Galaktyki” nie tylko udźwignął brzemię roli pierwszoplanowej, ale pokazał, że jego możliwości nie ograniczają się do jednego typu ról czy gatunku filmowego. Dotychczas jako aktor bardzo się nie wyróżniał, po prostu robił to czego od niego oczekiwano i z czym był utożsamiany. Dostrzegałam go wtedy i cieszę się, że wskoczył do wyższej ligi pokazując, że wszystko może się zmienić.

***

Przewidywałam, że ten gadający szop będzie tym, który skradnie moje serce. Owszem jest to postać niezwykle barwna, wygadana i cudownie sarkastyczna. Idealny kandydat na idola. Mam nadzieję, że w kolejnej części zostanie rozwinięty wątek przeszłości Rocketa. Poprzez tę postać doskonale zilustrowano problem uprzedzeń rasowych, szczególnie z perspektywy osoby dla której ta sytuacja jest chlebem powszednim. Jednak to Groot jest maskotką filmu. Nie sposób nie szukać analogii do Hodora z „Gry o tron”, bo punktów stycznych jest więcej niż jeden. Nie da się zignorować pewnego podobieństwa do słynnego starwarsowego duetu – Wookie’ego i Hana Solo. Groot wzbudza w widzu całą gamę pozytywnych uczuć. Reszta załogi ma jakąś zadrę na sercu, smutną historię, ale nie Groot – on w dwóch słowach jest w stanie wyrazić więcej niż przewidują normy. Co tu ukrywać, jest nieprzyzwoicie kochany dzięki swoim ogromnym pokładom empatii i wrażliwości. Trochę szkoda, że takie czyste i wyidealizowane charaktery najczęściej lądują w naczyniach ułomnych intelektualnie. Gdyby wrażliwość Groota umieścić w Peterze Quillu prawdopodobnie posypałaby się krytyka w stylu: czysty marysuizm lub niewiarygodna i płaska koncepcja postaci. Żeby nie było – uwielbiam Groota i chętnie zatrzymałabym go dla siebie, ale nie mogę pozbyć się wrażenia, że taki pakiet cech jest wiarygodny tylko w takich przypadkach. To na swój sposób trochę smutne.

***

Duet doskonały.

***

Jasna strona mocy jest barwna, zabawna i wyrazista. Nie ma powodu, by nie polubić tej kosmicznej zgrai. Ciemna strona już nie jest tak interesująca. W Ronana Oskarżyciela wcielił się Lee Pace, który od niedawna jest na fali wznoszącej i przez to bardziej rozpoznawalny. Tyle, że tutaj mamy ten sam przypadek co w „Thorze: Mroczny świat”, gdzie postać graną przez Christophera Ecclestona mógł zagrać praktycznie każdy przyzwoity aktor. Prawda jest taka, że zarówno Pace jak i Karen Gillan (Nebula) nie mieli co grać – w końcu zgodnie z wymogami scenariusza jechali na emocjach z jednej i dość wąskiej puli. Tu nie ma miejsca na szekspirowskie dylematy – zło jest oczywiste, wyraziste i po prostu sieje destrukcję. Owszem, w grę wchodzi zemsta, ale reżyser nie daje szansy, by widz spojrzał przez perspektywę szwarccharakteru. Jak się widziało „Thora” i doceniło postać Lokiego, to wymagania w tym rejonie jednak poszybowały nieco w górę. Mając tak dobrego aktora aż prosi się o wykorzystanie jego potencjału. Z drugiej strony takie są uroki obranej konwencji.

***

Trochę z musu wybrałam się na wersję 2D zamiast 3D, którą naprawdę lubię. Seans 3D był tak ustawiony, że nie miałabym jak wrócić do domu – a nie chciałam się sama szwendać po mieście ciemną nocą. Nie odczułam braku trójwymiaru – pod względem wizualnym „Strażnicy Galaktyki” zachwycają, a chwilami potrafią przytłaczać. Efekty specjalne w żadnej mierze nie rażą sztucznością – zresztą współczesne wysokobudżetowe produkcje potrafią korzystać z najnowszych technologii, w sposób, który mnie potrafią zadziwić. Po wyjściu z kina nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że gdybym „Strażników Galaktyki” oglądała z angielskimi napisami to bawiłabym się jeszcze lepiej. Wiem, wiem – przecież była ścieżka oryginalna, ale biorąc moją przypadłość (niedosłuch obustronny) nie jestem w stanie zrozumieć w pełni kwestii obcojęzycznych nawet przy tak dobrym nagłośnieniu jak w Cinema City. Mam świadomość, że to film o kategorii wiekowej PG-13 i przez to musi być grzecznie i przykładnie. Jednak nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że w tym tłumaczeniu zabrakło polotu  – było bardzo asekuracyjne. Chwilę mi zajęło ogarnięcie kwestii „Jestem złamasem, ale nie 100% członkiem”. Tak, chodziło o słowo „dick” – przetłumaczone technicznie poprawnie, ale kontekstowo zupełnie nietrafione. Nie oczekuję inwencji na miarę Bartosza Wierzbięty, ale „dupek” chyba nikogo by nie zgorszył. Jestem ciekawa innych opinii w tej materii, bo może zwyczajnie się mylę. To nie znaczy, że film przez to znacząco stracił – wiele scen, gestów i dialogów mówi sama za siebie, a sam film należy do kategorii wielokrotnego oglądania.

***

Tak, to bad gaj.

***

Jeśli jeszcze nie widzieliście, a ciągle jakimś cudem się zastanawiacie czy warto? Naprawdę warto. Mam świadomość, że zmasowany ostrzał tym filmem na różnych platformach medialnych może być przytłaczający i odstręczający – niemal każdy o tym pisze i na dodatek przeważają głosy entuzjastyczne. Jednak na dzień dzisiejszy to najlepszy film stricte rozrywkowy jaki grają w kinach. Marvel powoli staje się synonimem dobrego rozrywkowego kina i wciąż udowadnia, że na tym polu jest monopolistą. Nie tylko daje widzom to co chcą, ale potrafi opchnąć wątki uznawane za obciachowe i ryzykowne. Film nie tylko bazuje na ogranych motywach, ale w cudowny sposób się od nich dystansuje uciekając się nawet do jawnej kpiny. Dzięki „Strażnikom Galaktyki” wypłynie nie tylko nazwisko Pratta (którego można podziwiać na fotosach do „Jurrasic World”, ale samego reżysera. Gunn doskonale czuje konwencję o czym świadczy lekkość i bezpretensjonalność produkcji. Mam nadzieję, że ten efekt nie jest dziełem przypadku, bo moje oczekiwania wobec oczywistego sequela (wyniki box office mówią same za siebie) są już w pełni ukształtowane i bardzo adekwatne. Teraz czekam cierpliwie na wydanie dvd, by móc nie tylko zrewidować opinię dotyczącą tłumaczenia, ale po prostu zafundować sobie powtórki z rozrywki.

***

***

PS. Nie ma filmów Marvela bez cameo Stana Lee.

PS2. Nie ma filmów Marvela bez sceny po napisach. Tyle, że tym razem nie jestem pewna czy chciałabym filmu o Kaczorze Howardzie. A nawet jeśli to zawszę chętnie się miło rozczaruję.

PS3. We are Groot. Amen.

Reklamy

2 uwagi do wpisu “The Guardians of the Galaxy/Strażnicy Galaktyki (2014), reż. James Gunn

  1. Ja widziałam film 2D z napisami (z zasady niechodzę na filmy fabularne w wersji dubbingowanej by nie nie stracić na tłumaczeniu). W kwestii przez ciebie poruszonej, czyli 100% dicka w oryginale było to jasne, w kilku miejscach też można by się „przyczepić” do tłumaczenia (na dvd na pewno będzie dało się to wyłapać), które momentami było zbyt dosłowne. Zgadzam się z tobą w 100 % bo to świetny film.

    Polubienie

  2. Nie jestem ekspertem w tych sprawach, ale pierwszy raz miałam tak silne wrażenie, że z tłumaczeniem jest nie do końca dobrze. Twój komentarz trochę mnie pocieszył – mogę trochę bardziej wierzyć moim słabym uszkom. 😉

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s