Into the storm/Epicentrum (2014), reż. Steven Quale

Tytuł polski: Epicentrum
Tytuł oryginalny: Into the storm
Reżyseria: Steven Quale
Scenariusz: John Swetnam
Zdjęcia: Brian Pearson
Muzyka: Brian Tyler
Obsada: Richard Armitage, Sarah Wayne Callies, Matt Walsh, Nathan Kress, Max Deacon, Alycia Debnam Carey, Jeremy Sumpter
Czas trwania: 89 minut
Rok produkcji: 2014
Dystrybutor: Warner Bros. Polska
Ocena: 3.5/6



***
W drodze do kina na „Epicentrum” uderzyła mnie nagle myśl, że to najprawdopodobniej pierwszy film czysto katastroficzny, który zobaczę na wielkim ekranie. Moja pamięć odnośnie filmów widzianych w kinie jest nadzwyczaj wątła, ale też nie sposób nie zauważyć, że filmy traktujące o kataklizmach nie są wypuszczane ze zbyt dużą częstotliwością.W przypadku najnowszego filmu Stevena Quale’a producenci nie inwestowali w szeroko zakrojoną kampanię reklamową, bo tak naprawdę nie była ona konieczna w bardzo szerokim zakresie. „Epicentrum” zostało nakręcone pod konkretnego widza, który zawsze taką produkcję wyłuska w natłoku propozycji filmowych. Biorąc pod uwagę temat wiodący porównanie z „Twisterem” z 1996 roku są nieuniknione i „Epicentrum” wypada słabiej niż dzieło Jana De Bonta. Jednak największym dla mnie zaskoczeniem był fakt, że film Quale’a oglądało mi się naprawdę dobrze.

***
Ten film dość łatwo przegapić, chociaż spoglądając na tytuły zasilające letnie repertuary kinowe wydaje się być kandydatem niemal idealnym. Polska premiera dość niefortunnie zbiegła się z burzami, które przeszły nad krajem zostawiając po sobie niemałe zniszczenia z podtopieniami na czele. Jednak takich rzeczy nie sposób przewidzieć, chociaż przełom lipca i sierpnia mają najczęściej taki przebieg. Należę do grona osób, które od dziecka zachwycają się burzami, donośnymi grzmotami i malowniczymi piorunami – dlatego seans, którego zwiastuny nie zapowiadały niczego dobrego, nie wydawał się być aż tak złym pomysłem. Wybierając się na film katastroficzny należy oczekiwać przede wszystkim olśniewających obrazów kataklizmu, które przyszpilą do fotela i każą zapomnieć, że wypadałoby wymagać elementów fabuły z wyrazistymi i nieszablonowymi postaciami. „Epicentrum” doskonale sprawdza się pod kątem wizualnym, chociaż widać, że budżet nie należy do imponujących – nakręcono go za skromne 50 milionów dolarów. Na czym zaoszczędzono? Z pewnością na obsadzie i efektach  3D. Trochę szkoda, że też na scenariuszu – bo próżno doszukiwać się nawet śladowych ilości fabuły czy zapadających w pamięć bohaterów.
***

***

Rzecz się dzieje w małym miasteczku Silverton. Poznajemy wicedyrektora miejscowej placówki edukacyjnej (Richard Armitage) samotnie wychowującego nastoletnich synów: Donniego (Max Deacon) i Treya (Nathan Kress). Ten dzień miał upłynąć pod znakiem zakończenia roku szkolnego połączonego z powstaniem kapsuły czasu, w której umieszczone zostaną przesłania dla przyszłych siebie. Z kolei gdzieś tam, na bezdrożach Ameryki kursuje grupa łowców burz, którzy od roku nie zarejestrowali ani jednego tornada. Cierpliwość Pete’a (Matt Walsh), lidera grupy, jest na wyczerpaniu. Dlatego Allison (Sarah Wayne Callies) musi się naprawdę postarać jeśli nie chce stracić pracy. Nie zabrakło też obowiązkowego elementu komicznego w osobie bandy idiotów, którzy mają więcej szczęścia niż rozumu, ale na szczęście scen z ich udziałem jest mało. Film bazuje na bardzo wytartych schematach ograniczając konfrontacje do linii człowiek kontra żywioł, bardzo niszczycielski i przytłaczający swoim rozmachem oraz siłą. Mamy surowego i oschłego ojca, który nie potrafi nawiązać dialogu z dorastającymi synami. W obozie łowców burz mamy pasjonata, który podporządkował swoje życie tornadom i jest gotów zaryzykować życiem, nawet swoich współpracowników niekoniecznie żądnych adrenaliny . Na tym właściwie kończy się zbiór postaci, bo o pani meteorolog, która objeżdża cały kraj nie widując córki od trzech miesięcy nawet nie ma co pisać. Fabuły nie ma, bohaterów nie ma – liczy się tylko żywioł przywdziewający postać tornad o sile i zasięgu nieznanym dotąd historii.

***

Pierwszym zaskoczeniem przy filmie tego rodzaju jest brak wersji 3D. Przez ostatnie lata widzowie zostali przyzwyczajeni do możliwości wyboru w przypadku produkcji, gdzie strona wizualna jest szczególnie traktowana. Kino katastroficzne obok fantastycznego i animowanego najdobitniej argumentuje istnienie techniki trójwymiarowej. Jeśli tak jak „Epicentrum” brakuje fabuły i wyrazistych postaci – warto skupić wysiłki oraz budżet na walory wizualne. Biorąc pod uwagę, że film musiał zmieścić się w tych 50 milionach, brak 3D jest zrozumiały. Jednak widząc niszczycielską siłę natury na wielkim ekranie, chciałam jeszcze bardziej jej doświadczyć. To pierwszy film na którym wyraźnie mi brakowało trójwymiaru. To nie znaczy, że obraz i jego siła oddziaływania jest do bani – jak na niezbyt pokaźny budżet, „Epicentrum” prezentuje się bardzo imponująco. To zasługa nie tylko świetnych zdjęć, ale też sprawnego montażu. Zdecydowano się na technikę found footage, czyli posłużenie się już istniejącym materiałem wideo i wplecenie go w „fabułę”. Czasem nie sposób odróżnić materiału filmowego od taśm found footage, bo granice często się zacierają, ale efekt jest co najmniej interesujący.

***

***

Mały budżet widać również w obsadzie. Za największą gwiazdę zaraz po tornadach ma robić Richard Armitage, którego widzowie najbardziej kojarzą z roli Thorina Dębowej Tarczy w „Hobbicie”. Ci, którzy oglądają „The Walking Dead” z pewnością kojarzą Sarah Wayne Callies – to z pewnością dopatrzą się nawiązania do tego serialu w jednej scenie. To był chyba jedyny dowcipny moment, który pozostaje w pamięci, bo o reszcie chyba nie chce się pamiętać. Trochę mnie zastanawia dlaczego Armitage zdecydował się na udział w tym filmie, kiedy wydawałoby się, że „Hobbit” otworzy mu naprawdę wiele ciekawych i wartościowych furtek. Może taki jest jego wybór albo zwyczajnie nie jest mu pisane zasilenie najwyższej ligi gwiazd, bo porównując karierę Lee Pace’a jest to tym bardziej zauważalne.

***

Mimo świadomości wielu niedociągnięć, „Epicentrum” ogląda się naprawdę dobrze. Owszem, nie da się uciec od głupoty, która potrafi mocno żenować, to w obserwowaniu potęgi żywiołu jest coś oczyszczającego i kojącego. Może to uczucie przychodzi łatwiej, kiedy mieszka się w rejonie wolnym od klęsk żywiołowych i od zawsze docenia się przede wszystkim piękno towarzyszące burzom. Gdyby „Epicentrum” nie zostało potraktowane tak poważnie, nie silono się na tak łopatologiczne przesłanie i pokuszono się o cytowanie innych filmów katastroficznych – może mielibyśmy do czynienia z filmem, który naprawdę warto zobaczyć. Film jest bez wątpienia stworzony dla niezbyt wymagających miłośników kina katastroficznego. Pozostali widzowie, którzy oczekują czegoś więcej mogą się rozczarowani.

***

***

Film obejrzałam dzięki zaproszeniu od Warner Bros. Polska

Advertisement

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s