Sin City/Sin City: Miasto grzechu (2005), reż. Robert Rodriguez, Frank Miller, Quentin Tarantino

Tytuł polski: Sin City: Miasto grzechu
Tytuł oryginalny: Sin City
Reżyseria: Robert Rodriguez, Frank Miller, Quentin Tarantino (udział gościnny)
Scenariusz: Robert Rodriguez, Frank Miller
Na podstawie: „Sin City: Miasto grzechu”, „Sin City: Krwawa jatka”, „Sin City: Ten żółty drań”, Frank Miller
Zdjęcia: Robert Rodriguez
Muzyka: John Debney, Graeme Revell, Robert Rodriguez
Obsada: Bruce Willis, Mickey Rourke, Rosario Dawson, Jessica Alba, Clive Owen, Benicio Del Toro, Carla Gugino, Devon Aoki, Jaime King, Brittany Murphy, Alexis Bledel, Elijah Wood, Nick Stahl, Michael Clarke Duncan, Rutger Hauer, Josh Hartnett
Czas trwania: 124 minuty
Rok produkcji: 2005
Dystrybutor: SPI
Ocena: 6/6



***

Piątkowa premiera „Sin City: Damulka warta grzechu” była doskonałą okazją by odkurzyć wydanie gazetowe z pierwszą częścią wydaną w 2005 roku. Tego filmu nie sposób było przeoczyć, bo mieliśmy wtedy do czynienia nie tylko z adaptacją komiksu, ale przede wszystkim wydarzeniem – nikt wcześniej nie nakręcił czegoś podobnego. Po dziewięciu latach „Sin City” wciąż ma tę samą moc oddziaływania, nie pokrył się kurzem czy oznakami starości. Przyznaję, że miałam pewne obawy przed odpaleniem płyty – w końcu film Rodrigueza i Millera zrobił na mnie kolosalne wrażenie, a nie ma nic smutniejszego niż zawód po latach. Jednak pierwsze minuty rozwiały czarne chmury, znów poczułam, że nadciąga dobre kino. Za tym wszystkim stała jedna osoba i jej niestrudzony upór – Robert Rodriguez. Owszem, bez Franka Millera w ogóle nie byłoby mowy o filmie, ale to młody Teksańczyk przełamał uprzedzenia twórcy serii i zyskał nie tylko jego aprobatę, ale pełne zaangażowanie w projekt. Millerowi tak się spodobało, że samodzielnie wyreżyserował „Spirit – Duch miasta”, któremu wiele brakowało do finezji poprzedniego filmu.

***
W dwugodzinnym filmie zmieszczono trzy albumy cyklu: „Miasto grzechu”, „Krwawa jatka” i „Ten żółty drań”, które spięto wyraźną klamrą kompozycyjną. Trzy historie o trzech twardzielach, którzy stają w obronie pań lekkich obyczajów, a te w ich oczach są kwintesencją wyobrażenia o upadłych aniołach. To one pozwalają im zapomnieć o tym depresyjnym i zdegenerowanym świecie, który w swych murach zamknęło Basin City. Patrząc z dystansu to są tak naprawdę trzy warianty tej samej historii, ale przy tym wyraziste i zapadające w pamięć. Osobne historie, życiorysy naznaczone cierpieniem i bliznami, ale wciąż gotowe przeciwstawić się złu bez względu na cenę jaką przyjdzie im zapłacić. Marv jest pokiereszowanym osiłkiem, którego twarz uniemożliwia mu nawet zaznanie płatnej miłości. Jednej nocy spotyka Goldie, która daje mu to, czego nie spodziewał się, że będzie mu dane przeżyć. Rano znajduje ją martwą. Hartigan, dzień przed emeryturą przekreśla swoje życie i mimo słabego serca biegnie na ratunek dziewczynce porwanej dla niezrównoważonego syna senatora. Wreszcie Dwight, najnormalniejszy z nich wszystkich – zdrowy na ciele i umyśle, ale z talentem do przyciągania kłopotów nie wiedząc, że nimi są. W tle rozwija się panorama miasta na tle której przewija się światek znany z kina noir – piękne ulicznice, typy spod ciemnej gwiazdy, skorumpowani gliniarze. Całość spowita czarno – białymi kadrami, uwypukla świat dla którego alternatywa zdaje się nie istnieć.
***

***

Nawet nie mając do czynienia z oryginałem da się zauważyć, że „Sin City” jest wierną adaptacją komiksu. Rodriguez wprowadził w ruch komiks przenosząc na klatkę filmową te wszystkie elementy, które wyróżniają ten gatunek literacki. Frank Miller będąc bardzo przywiązanym do swojego dzieła, nie życzył sobie hollywoodzkiej adaptacji swojej twórczości. Rodriguez wykładając własne pieniądze nakręcił jedną scenę, dodał efekty specjalne i zmontowany materiał przedstawił autorowi. Nie dziwię się, że opór został złamany – tylko tak daleko posunięta wierność oryginałowi jest w stanie wydobyć charakter „Sin City”. Komiks potraktowano nie tylko jako storyboard, ale też jako scenariusz. Aby osiągnąć jak najbardziej możliwe podobieństwo z oryginałem zastosowano szereg trików oświetleniowych, zdjęciowych i charakteryzatorskich, ale najwięcej pracy zostało w rękach speców od efektów specjalnych. Nad każdą historią czuwała inna grupa specjalistów od efektów komputerowych, co uratowało film przed stylistyczną monotonią mimo że całość jest wizualnie bardzo spójna. W filmie dokonano niezwykłej transformacji stylu komiksu, która objawia się nie tylko w sferze wizualnej, ale też narracyjnej i aktorskiej. Znakomita obsada musiała wykazać się wyobraźnią i umiejętnością wczuwania się w rolę, kiedy większość scen była kręcona na zielonym tle, który później zamieniał się w ulice Basin City. Gra aktorska została podporządkowana wierności oryginałowi, dlatego nienaturalne i przerysowane pozy były nieuniknione. Jednak nie sposób tego traktować jako wadę, skoro to był środek do osiągnięcia niezwykle imponującego efektu. Najzabawniejsze jest jednak to, że nawet w najbardziej kiczowatych sekwencjach aktorzy nie stają się śmieszni czy karykaturalni.

***

Film imponuje obsadą – tak nowatorski projekt skumulował galerię rozpoznawalnych twarzy oraz nazwisk. „Sin City” wyłowiło z niebytu Mickey’a Rourke’a, który padł ofiarą ciemnej strony chirurgii plastycznej i został nieodwracalnie oszpecony. Jednak to dla niego otworzyła się furtka do grania postaci pokroju Marva. Film jest mimo wszystko odbiciem najciekawszych nazwisk tamtego okresu przemieszanych z aktorami znanych ze współpracy z Rodriguezem. Do rozdania było wiele ról, które nie tylko pozwalały się wykazać, dobrze się bawić, ale też przełamać dotychczasowy wizerunek bez szkody dla samej kariery. Może jednak wyjątkiem jest Nick Stahl, który po „Sin City” nie pojawił się w niczym wartym uwagi, a już na pewno medialnym. Ten film nie wypromował nowego nazwiska, bo spoglądając całościowo na casting to trudno dostrzec nazwisko, któremu ten film znacząco pomógł. W tym kontekście przed szereg wychodzi tylko Rourke, który w „Sin City” zaliczył chwalebny come back w świadomości widzów.

***

***

W trakcie seansu przychodzi myśl, że generalnie jako kobieta powinnam czuć się obrażona. Obraz świata jest silnie zmaskulinizowany, a rola kobiet bardzo ograniczona. Możesz być prostytutką, striptizerką, kelnerką albo niewinnym dzieckiem. A to, że pełnisz funkcję kuratora sądowego nic nie znaczy bo paradujesz nago. Nawet świadomość przerysowania i przestylizowania świata nie oddala tak bardzo tej myśli. Jednak zagadkowo owo uczucie się nie pojawiło, a rozum jasno krzyczał, że teoretycznie nie powinnam na coś takiego się zgadzać. Może i bohaterki mają wąską grupę specjalizacji, ale są wyraziste i charakterne nawet jeśli są w dużej mierze zdane na łaskę i niełaskę mężczyzn. Przynajmniej za całe zło tamtego świata zdaje się odpowiadać płeć brzydsza, bo w końcu oni są inicjatorami wydarzeń, którym daleko do prawa i sprawiedliwości. Nie ma co się dziwić, kiedy pierwszy tom „Sin City” ujrzał światło dzienne w 1991 roku – to był czas wielkich zmian, ale też życie w cieniu zagrożenia kolejną wojną, a stylistyka noir doskonale odzwierciedlała tamte nastroje. Do tego głównym targetem powieści graficznych (co brzmi poważniej niż komiks) byli mężczyźni. Aż w głowie zaczyna pobrzmiewać „It’s a man’s man’s man’s world” Jamesa Browna.

***

Niebawem wybieram się na „Sin City: Damulka warta grzechu” dzięki voucherowi Cinema City wygranemu w letniej loterii. Moje oczekiwania względem filmu nie są sprecyzowane. Jednak widzę, że konieczne było powtórzenie filmu z 2005 roku, ponieważ wiele detali uległo rozmyciu i były chwile w których miałam wrażenie, że oglądam film na nowo. Od tamtego czasu widać wysyp filmów opartych na literaturze komiksowej, ale film Rodrigueza pozostaje jedyny w swoim rodzaju. „Sin City: Miasto grzechu” to jawny przykład, gdzie wizja reżysera jest bezsprzeczna i nowatorska. A zaangażowanie i determinacja Rodrigueza doprowadziły nie tylko do adaptacji kultowego komiksu, ale przede wszystkim zaowocowało bardzo dobrym i oryginalnym w formie filmem.

***

***

PS1. Ten wpis miał się planowo pojawić w piątek, później ostatecznie w sobotę, ale życie uniemożliwia mi wdrożenie planu bardziej regularnego pisania.
PS2. W niedzielę byłam na grzybach i te 6 godzin chodzenia przyniosły nie tylko dwa kosze podgrzybków, ale moją największą radość – borowika sztuk jeden. Najlepsze w tym wszystkim jest to, że nie jadam grzybów.

Reklamy

Jedna uwaga do wpisu “Sin City/Sin City: Miasto grzechu (2005), reż. Robert Rodriguez, Frank Miller, Quentin Tarantino

  1. Koniecznie muszę go sobie przypomnieć, zanim obejrzę kontynuację. Jednak premiera rzeczywiście była już prawie dekadę temu i nawet nie wiem, co mnie wówczas pchnęło, by pójść do kina, bo w ogóle w takiej tematyce nie gustuję. Masz jednak rację – to było coś nowego, oryginalnego – nie można było przejść obok czegoś takiego obojętnie 🙂

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s