The Guest/Gość (2014), reż. Adam Wingard

goscTytuł polski: Gość
Tytuł oryginalny: The Guest
Reżyseria: Adam Wingard
Scenariusz: Simon Barrett
Zdjęcia: Robby Baumgarther
Muzyka: Steve Moore
Obsada: Dan Stevens, Maika Monroe, Brendan Meyer, Sheila Kelley, Leland Orser, Lance Reddick, Joel David Moore, Tabatha Shaun, Chase Williamson
Czas trwania: 99 minut
Rok produkcji: 2014
Dystrybutor: M2 Films
Ocena: 5/6



***

Trochę się wzbraniałam przed seansem tego filmu. Pomijam fakt, że reżyser i jego dorobek jest mi kompletnie nieznany, a głosy zachwalające ten film często wspomagały się porównaniem do „Drive” Refna. Problem w tym, że ja tego filmu nie lubię i mimo sympatii dla Dana Stevensa miałam pewne opory. Jednak kusiło, a roczne podsumowania, które wyrastają jak grzyby po deszczu, często wymieniają „Gościa” w gronie jednych w najlepszych filmów mijającego roku. Mają rację – najnowszy film Wingarda jest nie tylko bardzo dobrym i wciągającym kinem. Mocno zapada w pamięć i swoją wyrazistością wybija się na tle innych premier 2014 roku.

***

Mimo otaczających zachwytów nad „Gościem” tak naprawdę nie sposób się przygotować na ten seans – takie filmy nie pojawiają się często. Wiele zależy od przyjętego punktu widzenia, bo oceniając go literalnie i sztywno wychodzi marna podróba kina klasy B. Narracja w pewnym stopniu opiera się na inteligencji widza, który za ogranymi scenami dostrzeże zabawę konwencjami, pomieszanie gatunków i odpowie na każde porozumiewawcze mrugnięcie twórcy. Może Wingard to nie Tarantino, ale „Gość” to przede wszystkim bardzo konsekwentny i przemyślany film. Każda scena, spojrzenie, przedmiot odgrywają istotną rolę – niczym strzelba Czechowa. Przerysowanie, nachalna ekspozycja, czarny humor, wprawne operowanie kiczem – to wszystko jest zaplanowaną częścią całości. W jednym filmie upchnięto kilka gatunków w tym thriller, film psychologiczny a nawet horror czy slasher z nastolatkami, które opakowano w klimat kina lat 80. Jeśli chwyci się konwencję, satysfakcja z seansu gwarantowana do ostatniej sceny. Jeśli nie, nawet niebieskie oczy Stevensa nie pomogą.

***

Żeby do mnie przychodzili tacy nieznajomi.

***

Do pogrążonej w żałobie rodziny, która straciła syna i brata w Afganistanie, przyjeżdża kolega zmarłego z wojska. Jego nadnaturalna grzeczność w połączeniu z budzącą zaufanie aparycją (nie wspominając o samych okolicznościach) skutkuje zaproszeniem pod dach. Jeden dzień przemienia się w kolejna, a David (Dan Stevens) powoli wtapia się w krajobraz rodziny Petersonów. Pomaga matce (Sheila Kelley) kroić warzywa czy rozwieszać pranie, towarzyszy ojcu (Leland Orser) w konsumpcji napojów procentowych, uczy nastoletniego Luke’a (Brendan Meyer) rozwiązywać problemy z rówieśnikami, a starszej Annie (Maika Monroe) zapewnia opiekę i ochronę. Od początku jednak nie sposób oprzeć się wrażeniu, że coś jest nie tak. Mimo uzasadnionych podejrzeń sympatia do tajemniczego bohatera wzrasta z każdą sceną. Męski, brutalny, pewny siebie i intrygujący. Postać znikąd, której historia i motywy stanowią zagadkę, którą chce się rozwiązać. Nie mniej ciekawy jest drugi plan – szczególnie rodzeństwo Petersen. Wprawdzie mamy blondynkę w kostiumie kelnerki i szkolnego prymusa i popychadło – to przełamanie stereotypu na ich przykładzie jest jednym z atutów filmu. Anna nie tylko zaczyna kojarzyć zabójstwa z nowym „członkiem rodziny”, ale podejmuje się prywatnego śledztwa. Wtajemnicza swojego brata, ale w dużej mierze jest zdana na samą siebie. Myśląca, kojarząca fakty bohaterka o wyglądzie młodej Gwen Stefani zanim odkryła czerwoną szminkę – aż się chce oglądać. Dochodzi do tego, że widz chce by wilk był syty i owca cała, bo obdarzając sympatią antagonistów stoi wręcz w rozkroku.

***

MCDGUES EC003
Opakowanie standardowe, ale zawartość klasy de luxe.

***

Wypisując obsadę kusiło mnie by dodać „oczy Dana Stevensa”. Ten film bezsprzecznie należy do Brytyjczyka, który zagrał po prostu fenomenalnie. Aktor doskonale pasuje do ról przybyszów znikąd, którzy skrywają mroczną tajemnicę. Metamorfoza od czasu odejścia z „Downton Abbey” w trzecim sezonie jest niezaprzeczalna i co tu ukrywać – miła dla oka. Naprawdę trudno w nim dostrzec pucołowatego i smętnego kuzyna Matthew, który z kolejnym sezonem stawał się coraz bardziej przezroczysty. Wyzwolenie się z tego serialu było dobrym pomysłem nawet jeśli nie zaowocowało to spektakularną filmografią. U Wingarda miał okazję rozwinąć skrzydła i wykorzystał szansę – dawno nie byłam pod wrażeniem tak sugestywnej gry oczami. Nie chodzi o piękny kolor tęczówek. Stevens jednym spojrzeniem potrafi zmienić nastrój i wymowę sceny. Nie sądziłam, że tego aktora zestawię ze słowem charyzma i magnetyzm – momentami byłam autentycznie zahipnotyzowana. Dajcie dobremu aktorowi dobrze napisaną rolę, a będziecie zaskoczeni. Reżyser na szczęście pozwala aktorowi też wyglądać i eksponuje jego fizys jako ważny element narracji, a nie tylko dla celów czysto rozrywkowych. Przeglądając dostępne plakaty Stevens jest na nich równie przystojny co niepokojący i promocja filmu opiera się na tym drugim przymiotniku.

***

1407781768851_wps_3_The_Guest_2_jpg
Przygotowania do Halloween czas zacząć. Swoją drogą ten motyw tak często przewija się w filmach, a ja nigdy nie próbowałam wykroić własnej dyni.

***

Budowanie, stopniowanie napięcia poprzez ciąg niedopowiedzeń i sekretów nie miałoby takiej mocy gdyby nie muzyka. Nie ukrywam, że ten element filmu rzadko zwraca moją uwagę z pewnych fizycznych powodów i rzadko zdarzają się soundtracki, które chcę przesłuchać po seansie. Jednak jeśli kompozycja wychodzi poza tło i stanowi wyraziste dopełnienie sceny, to nawet ja nie jestem w stanie jej zignorować. Ścieżka dźwiękowa powoli wgryza się do świadomości, sprawiając, że seans nabiera pełniejszego wymiaru. Tym bardziej, że mniej więcej od połowy dostajemy zupełnie inne kino, które przemienia się w dosłowną jazdę bez trzymanki. Miłośnicy czarnego humoru będą w swoim żywiole, bo im bliżej finału tym trudniej brać „Gościa” na poważnie, a czysta radość zwiększa się wraz z upływającymi minutami. Takich wrażeń, emocji, nieskrępowanego zaangażowania szukam w kinie. Nie sądziłam, że za dość groteskowym plakatem kryje się seans tego kalibru.

***

Wprawdzie nie widziałam jeszcze „Nocnego strzelca”, ale „Gość” jest bezsprzecznie jednym z najlepszych filmów jakie widziałam w tym roku i udany hołd złożony latom 80. Pozornie prosta fabuła skrywa wiele treści i smaczków, które zaskakują nie tyle rozmachem co naturalnością. Bez Stevensa to nie byłby taki sam film, co tylko podkreśla niebywałą celność tego castingu. Można się zachwycać jego metamorfozą jak to czyniono w przypadku Chrisa Pratta, ale bez umiejętności aktorskich nie wycisnąłby z roli aż tak wiele. Nie wiem czy sięgnę po wcześniejsze filmy Adama Wingarda, ale z pewnością będę bacznie obserwować karierę Stevensa – mam nadzieję, że ta rola nie tylko uwolniła go od postaci Crawley’a z DA, ale otworzyła przed nim wrota pełnych dobrych scenariuszy.

***

The-Guest
Kicz wypełzający z tej sceny jest absolutely fabulous. Więcej takich fabularnie uzasadnionych scen proszę.
Reklamy

Jedna uwaga do wpisu “The Guest/Gość (2014), reż. Adam Wingard

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s