Nie ukrywam, że mam wadę słuchu o czym świadczy zakładka „Autorka” i wtręty do komentarzy na FB czy innych mediach. Przyznaję, że trochę czasu zbierałam się z napisaniem tego tekstu, bowiem może on zostać różnie zinterpretowany. Nie chodzi o użalanie się nad sobą czy wzbudzanie litości, ale nie ukrywam, że akceptacja mojej ułomności był długotrwałym procesem. Oglądając film „Still Alice” jest jedna scena rozegrana między tytułową bohaterką, a jej młodszą córką. Pada w niej pytanie: „Jak to jest?”, które uderzyło mnie niezwykle mocno. Oto zdałam sobie sprawę, że właściwie to nikt nie zadał mi podobnego pytania – najwyraźniej takie moje szczęście. To mnie skłoniło do spojrzenia na kwestię od strony odbioru kultury, bo niewiele osób zdaje sobie sprawę, że aparaty tylko pomagają, ale nie rozwiązują problemów. Do tego przyjęło się, że o niepełnosprawnych mówi się głównie przez pryzmat przypadków skrajnych, bardzo rzadko wspomina się o stanach pośrednich. Myślę, że podjęcie próby pokazania jak to wygląda z mojej perspektywy da pewien obraz sytuacji. 

***

Słowem wstępu muszę jednak nakreślić historię i naturę mojej przypadłości. Mam niedosłuch obustronny, ale aparaty zaczęłam nosić dopiero w czasie studiów. Moim głównym problemem jest to, że nawet jak słyszę dźwięki to mam problemy z ich zrozumieniem, nie mówiąc już o ich powtórzeniu. Dlatego nie mam zaufania do tego co słyszę, a to często przenosi się na wątpliwość co do tego co robię, myślę czy piszę. Myślę, że to wystarczająco obrazuje istotę mojego problemu.

***

56662314

Kiedyś wzbraniałam się przed aparatami słuchowymi. Teraz zastanawiam się jak ja przetrwałam podstawówkę i liceum bez jakiegokolwiek wzmacniacza w uszach. Jedno mi zostało – jestem kopalnią przekręcanych słówek. Raz rozbawiłam szefa przyznając się, że zamiast „braki” usłyszałam „buraki”. Grunt to nabrać dystansu i umieć się z siebie śmiać. Jednak pewnych rzeczy się nie przeskoczy choćby się miało w sobie śmiertelną dawkę Pollyanny.

***

Film polski. Unikam polskich filmów praktycznie jak ognia. Wcześniej będąc skazana tylko na telewizję (a tym samym na lektora, dubbing czy polską produkcję) dostosowywałam się do sytuacji. Niektóre filmy musiałam sobie odpuścić przez fatalny dźwięk czy patologicznie wręcz niezrozumiałe dialogi. Może wtedy moja wada nie była tak głęboka, bo teraz nie wyobrażam sobie bym miała oglądać jakikolwiek polski film czy program bez wspomagania aparatowego – jednak nie mając innej opcji dostosowywałam się do sytuacji. To też była miłość do kina, którą datuję od bardzo wczesnych lat szkolnych. Wymagało to ode mnie skupienia, ciszy w pokoju oraz na tyle podgłośnionego telewizora by wszyscy byli w stanie go oglądać. Dlatego nie jestem w stanie rzucać cytatami czy docenić poszczególne elementy filmu. Moją misją było wyciągnięcie z filmu jak najwięcej i przegapienie jak najmniej. Nie każdy film dało się oglądać drugi raz w niedużym odstępie czasu by móc spojrzeć na całość. Nie pamiętam kiedy widziałam nowy polski film, choć od jakiegoś czasu przymierzam się do takiego seansu. O wiele wygodniej jest mi obejrzeć zagraniczny film z napisami niż polski. Polegając na napisach czuję się na równi ze słyszącymi, że znajduję się punkcie gwarantującym równy start. Mimo to czuję, że jednak trochę tracę. Dawno obejrzałabym „Idę”, ale skoro moje wydanie dvd zawiera tylko angielskie napisy to rośnie we mnie mały bunt. Znów jestem niewidoczna, zignorowana więc mam ochotę odwdzięczyć się tym samym.

***

Dubbing i lektor. To drugie zawsze będzie lepsze od pierwszego. Lektor pozwala skupić się na jednym głosie – im niższy tym lepiej. Z tym, że nawet najbardziej mi pasujący lektorzy wymiękają przy niedostatecznym wyciszeniu dialogu oryginalnego. Nie powiem ile razy z tego powodu wściekła wyłączałam telewizor. Ostatnio miałam więcej do czynienia z dubbingiem, nawet filmów aktorskich – rodzinne wyjścia do kina na taką wersję były jedyną opcją. Przyznaję, że to nie było tak tragicznie jak pierwotnie zakładałam, ale mimo dobrego nagłośnienia kinowego, zawsze coś mi umykało. Może poczułam się bardziej pewnie na kolejnych seansach to nie przestałam marzyć o powtórce z napisami, choćby angielskimi dla niesłyszących.

***

funny-picture-569559088

Na studiach sprawiłam sobie na koszt PFRONu aparaty wewnątrzuszne, bo posłuchałam się głosów twierdzących, że przecież nikt nie musi wiedzieć, że niedosłyszę. Aparaty okazały się niewypałem, bo moje uszy bardzo się pociły i od wilgoci psuły mechanizm. Następne jakie sobie sprawiłam były zewnątrzuszne koloru ciemnobrązowego – przez lata użytkowania nie miały ani jednej awarii. Teraz biorę pod uwagę egzemplarz w żywej wersji kolorystycznej.

***

Nieojczyzna, niepolszczyzna. Mam pewne problemy z komunikacją w języku polskim, ale w języku obcym jest ona praktycznie niemożliwa. Od kilku lat notuję mikrą poprawę w rozumieniu języka angielskiego ze słuchu, ale nie łudzę się, że kiedyś obejrzę jakiś odcinek bez napisów. Dlatego omija mnie wiele fajnych rzeczy, które są dostępne w internecie jak wywiady z twórcami czy innego rodzaju filmiki. Jutubowy system tworzenia napisów na bazie audio jest niedoskonały, że w ogóle się nim nie posiłkuję. Anglojęzyczne zwiastuny oceniam głównie na bazie obrazów, które zobaczyłam. W ten sposób umyka mi naprawdę wiele, ale szybko przechodzę nad tym do porządku dziennego. Jeśli nie mam na coś wpływu to najwyżej mogę spróbować znaleźć inne alternatywy. Czasem pomaga lektura komentarzy pod danym materiałem wideo czy nieodzowny tumblr, gdzie można znaleźć gify z tekstami, których nie miałabym szans zrozumieć.

***

Muzyka. Nie było jeszcze polskiej piosenki, którą byłabym w stanie nauczyć się ze słuchu. W czasach przedinternetowych nie miałam dostępu do wielu istotnych dla mnie informacji. A ja należę do osób, które muszą znać tytuł lub choćby wykonawcę danego utworu (podobnie jest z filmami – tytuły, obsada są dla mnie wiedzą, którą muszę mieć). Dzisiaj rzadko słucham radia, bo nawet teraz za cholerę nie zrozumiem jaki tytuł padł z ust spikera. Jednak kiedyś słuchałam nowych piosenek doceniając przede wszystkim kompozycję i wokal. Stąd moje upodobanie do utworów melodyjnych zaśpiewanych dobrym głosem. Tekst pojawił się znacznie później. Do dzisiaj czasem boję się, że piosenka która tak mi się podoba straci na wartości po poznaniu tekstu. W tamtych czasach bardzo lubiłam listy przebojów w telewizji. Czy to kultowe „30 ton! Lista, lista” czy „Kolejka – lista przebojów”. Wtedy piosenki zaczęły mieć tytuły, wykonawców i teledyski. Potem było to cudowne uczucie, że rozpoznaje się tę piosenkę w radiu.

***

1298872894407_761453

Najlepszą rzeczą jednak fakt lepszego słyszenia. Zawsze będę z siebie dumna jeśli coś mi się udało dzięki temu, że zrozumiałam co usłyszałam. Towarzysko nigdy nie będę brylować, sypać żartami, bo tak naprawdę będę się uśmiechała i robiła dobrą minę do złej gry. Pewnych nawyków się nie przezwycięży, a strach przed kompromitacją mam ogromny.

***

Mój kontakt z kulturą opiera się głównie na obrazach, słowach, które widzę. Dlatego stratą czasu i pieniędzy będzie dla mnie wyjście do teatru. Chyba, że mowa o retransmisji spektakli z napisami. Czasem sobie wyrzucam, że mogłam starać się bardziej, być otwarta i pewna siebie – bo w pewnym momencie sobie odpuściłam. Nadchodzi taki moment, kiedy widzisz marne efekty swoich starań i zwyczajnie się poddajesz. Na wiele spraw machnęłam ręką zupełnie zniechęcona. Tak, jestem zmęczona byciem jedyną stroną która się stara, bo to nigdy się nie kończy. Już dawno pogodziłam się z faktem, że pewnych rzeczy nie przeskoczę, że niektóre sprawy będę obserwować jak zza dźwiękoszczelnej szyby, że muszę znaleźć własne wyjście z sytuacji. Mimo to wszelkie gesty z drugiej strony są bardzo pożądane, a wręcz potrzebne. Cieszę się, że polskie filmy na dvd czy br coraz częściej uwzględniają mniej komunikatywną część publiczności, a przypadek „Idy” będzie rzadkością będącą powodem do wstydu dla dystrybutora.

Dzięki internetowi dostęp do kultury w formie najbardziej dla mnie komfortowej jest znacznie ułatwiony. Niemal nieograniczony dostęp do artykułów, zdjęć i blogów bardzo sobie cenię. Nie czuję się tak bardzo pokrzywdzona przez los, bo znalazłam alternatywę, która otwiera przede mną wcześniej zamknięte drzwi. Nawet jeśli patrzę na Was słyszących z niemałą zazdrością to daleka jestem od złych emocji, bo to właśnie Wy jesteście też moimi przewodnikami tam, gdzie moje cyborgowe uszęta zawodzą.

***

740135c41abee3900493d1d2674b7a946860fa9502a924bf2091a02ff62ba489

***

Reklamy

9 thoughts on “Niedoskonały odbiornik, czyli odbiór kultury przez aparaty słuchowe.

  1. Nie wiem jak dla innych czytelników, ale dla mnie wszelkie teksty czy historie, które uświadamiają w jak różny sposób ludzie doświadczają popkultury, są szalenie ciekawe i istotne. Tym bardziej smuci mnie, że przez pewne decyzje marketingowe – np. brak polskich napisów dla osób niesłyszących i niedosłyszących przy polskich filmach – obcowanie z filmem bywa niepełne. Chociaż nie wiem czy ‚niepełne’ to dobre słowo. Osobiście jestem ciekawa, jak widz z Twoim doświadczeniem „czytania z obrazu” może inaczej zinterpretować pewne pojedyncze sceny czy nawet całe filmy. W sumie byłby to ciekawy eksperyment, obejrzeć film z ściszonym dźwiękiem 🙂

    Swoją drogą nic mi w dzieciństwie tak silnie nie uświadomiło różnic między widzem słyszącym a niesłyszącym, jak zakupiony przypadkiem na kasecie film „The Rescuers Down Under”, z napisami dla niesłyszących. Zobaczenie symboli nutek, czy takich napisów jak „odgłos kroków” czy „śmiech kukabury” mocno wówczas zadziałało na moją wyobraźnię. Tym bardziej, że jako córka pianisty zawsze uważałam dobry słuch za coś oczywistego.

    Lubię to

    • Wiadomo, że człowiek próbuje się dostosować do sytuacji i tam gdzie nie rozumiem słowa posiłkuję się domyślaniem o co chodzi. Obserwowanie reakcji, gestów wymieszane z doświadczeniem wielu seansów oraz obserwacji ludzi z boku pozwala dojść do pewnych wniosków, które nie są aż tak dalekie od stanu faktycznego. Jednak zawsze pozostaje świadomość, że czasem „the truth is out there” i mimo wszystko chce się znać tę prawdziwą wersję.

      To trochę tłumaczy moją potrzebę poznawania tego jak było naprawdę. Dlatego akceptuję tylko książki napisane przez pierwotnych autorów (z niewielkimi wyjątkami), nie toleruję filmów biograficznych, które totalnie przekręcają fakty (vide „Snajper” Eastwooda) i za nic w świecie nie straciłabym czasu na tzw. fanfiki. Nie neguję ich istnienia, ale dla mnie zawsze będą stratą czasu. Chociaż do innej kategorii zaliczam wszelkie retellingi, ale oparte na klasycznych motywach.

      Z pewnego punktu mój odbiór zawsze będzie niepełny i nie bójmy się tego mówić. W przypadku polskich filmów, czy wersji tłumaczonych głosowo po prostu sobie odpuściłam. Mam inne alternatywy. Doszło nawet do tego, że jak na Polonii lecieli „Złotopolscy” czy inny serial z angielskimi napisami to moje oczy jak automat wędrowały do literek. Wolę coś przegapić z powodu braków w słownictwie angielskim (co można nadrobić, mam na to wpływ) niż ubytku słuchu, który jest poza moimi umiejętnościami.

      Uwielbiam angielskie napisy dla niesłyszących. To dla mnie nie tylko okazja do obcowania z językiem, ale też poznaję nazwy odgłosów.

      W mojej rodzinie dobry słuch to oczywistość dopóki nie pojawiłyśmy się wraz z siostrą. 😉

      Lubię to

    • „W sumie byłby to ciekawy eksperyment, obejrzeć film z ściszonym dźwiękiem” – nam na studiach robiono takie ćwiczenia:) Znaczy puszczano fragmenty filmów z wyłączonym dźwiękiem i mieliśmy domyślać się po sferze pozawerbalnej, co się dzieje między postaciami, jakie to są relacje i emocje. Pouczające to było 🙂 Zresztą psychologia komunikacji mówi, że słownie płynie do nas tylko 20% przekazu, 80% – pozawerbalnie (tu wchodzi wiele elementów: od intonacji, przez mimikę i szerzej mowę ciała na kontekście ogólnym rozmowy kończąc)

      Polubione przez 1 osoba

  2. Przyznam szczerze, że czasami też tylko stoję i się uśmiecham. Ale to dlatego, że mi się nie chce wdawać w bezproduktywną i nieciekawą konwersację. Zdecydowanie wolę do ludzi pisać niż do nich mówić.

    Lubię to

  3. Dzięki za tekst. Bardzo rozszerzający horyzonty.

    Zawsze się zastanawiam oglądając płyty DVD, jak to jest, że prawie zawsze w anglojęzycznych filmach jest wersja z angielskimi napisami dla niesłyszących, a w polskich – nie pamiętam, żebym się spotkała (coś mi się kojarzy, że chyba „Ranczo” miało. Ciekawa jestem z czego to wynika. Tzn. czy w Wielkiej Brytanii czy USA to jest jakoś uregulowane prawnie czy po prostu mają bardziej empatycznych producentów (albo na tyle silną grupę niedosłyszących chcących bez problemu oglądać filmy, że dystrybutor woli od razu dać napisy niż potem się z tego tłumaczyć). Pewnie nie wiesz, ale od dłuższego czasu mnie to zastanawia.

    Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s