Podwójne oblicze Magic Mike’a.

Premiery „Magic Mike’a” sprzed trzech lat nie dało się nie zauważyć – doborowa obsada w świecie striptizerów. Przy okazji wypłynął temat przeszłości Channinga Tatuma, bo film Stevena Sodeberga ma oparcie w życiorysie aktora. O karierze striptizera było wiadomo od dawna, a dokumentację tego rozdziału bez problemu można znaleźć w internecie. Tam przecież nic nie ginie. Wtedy w mieście nie działało kino, a nie czułam się gotowa na oglądanie filmu o striptizerach i dopiero tegoroczna premiera skłoniła mnie do wejścia w temat. „Magic Mike XXL” to nie tylko zmiana na stanowisku reżysera (Gregory Jacobs) czy wymiana części obsady. To są zupełnie różne filmy, niemal schizofreniczne.

***

„Magic Mike” był dla mnie wprowadzeniem w świat specyficznego środowiska striptizerów. Soderberg pokazuje jak to wygląda od środka, ale z dwóch perspektyw. Jedną z nich jest tytułowy Magic Mike (Channing Tatum), który widowiskowo rozbiera się od sześciu lat, ale ma inne plany na przyszłość. Drugą jest Adam (Alex Pettyfer) – dziewiętnastolatek, który przypadkiem zostaje wciągnięty w branżę przez Mike’a. Młody zachłystuje się nowym światem, który oferuje mu pieniądze, zabawę, dziewczyny i dragi – jednak nie wykazuje minimalnej refleksji czy świadomości konsekwencji. Przyglądając się Królom Tampy, czyli kolegom z zespołu, widać jak ułożona jest branża – bohaterowie mają być ucieleśnieniem kobiecych pragnień, a te zdają się być nieograniczone. Stąd piękny Ken (Matt Bomer), włochaty Tarzan (Kevin Nash), marino Latino Tito (Adam Rodriguez), wysportowany Magic Mike czy obdarzony przez naturę Richie (Joe Maganiello). Nad interesem czuwa Dallas (Matthew McConaughey), który jest personą dość podejrzaną i umiejętnie manipulującą. Nawet jeśli film Soderberga nie jest dziełem wybitnym to z pewnością jest wart uwagi.

***

2015-MAGIC-MIKE-XXL-007

The pack is back!

***

Równowaga między kwestiami czysto rozrywkowymi, a obyczajowo – psychologicznymi została zachowana. Sceny striptizu bywały zabawne, ale też wprowadzały widza w stan lekkiego zażenowania – różnica między damskim, a męskim rozbieraniem jest kolosalna. Ten temat rozwinę nieco dalej. Mimo dość schematycznego i dość przewidywalnego konstruktu fabuły, film bronił się przede wszystkim wyrazistymi, różnorodnymi i nieźle zagranymi bohaterami. To w tym czasie kariera McConaugheya nabierała wiatru w żagle w innym niż dotychczas kierunku. W cieniu stoją postacie kobiece, ale paradoksalnie mocno zapadają w pamięć. Przynajmniej ja długo miałam przed oczami Cody Horn, Olivię Munn, a nawet Riley Keough (chociaż w jej przypadku trudno pisać o rozbudowanej roli). W tym filmie kobieta jest bardziej bohaterem zbiorowym, który żywo reaguje na popisy striptizerów i stanowi zaprzeczenie konwencjonalnego postrzegania tej płci. Niejednokrotnie w filmach przejawiał się motyw kobiet oglądających męski striptiz, na kilka takich scen z pewnością się załapałam (ale nie potrafię wskazać nic konkretnego). Jednak nie miały one takiej siły rażenia jak w „Magic Mike”, a nawet jego kontynuacji. To mi się bardzo podobało i jednocześnie powiedziało mi, że taką kobietą nie jestem.

***

Po trzech latach przyszła pora na sequel. McConaughey i Pettyfer prawdopodobnie nie wyrazili zainteresowania projektem. Biorąc pod uwagę charakter „Magic Mike XXL” nie dziwię się, że Soderberga nie ma liście płac. To jest zupełnie inny film na wielu poziomach i można go bez szkody obejrzeć bez znajomości „Magic Mike’a”. Co najwyżej ze szkodą dla portfela, bo poza kilkoma ciekawszymi scenami ten film nie ma nic do zaoferowania. Owszem, lubię oglądać filmy, które mają po prostu bawić nie zagłębiając się w meandry filozoficzno – psychologiczne. Jeśli w trakcie seansu zadaję sobie pytanie „po co on w ogóle powstał?” to znaczy, że nie jest dobrze. Mimo niejednego śmiechu nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że zostałam zrobiona w balona. Żebym nie została źle zrozumiana – doskonale wiedziałam, że ten film ma niewiele wspólnego z pierwszą częścią. Jedyny poważny zarzut jaki kieruję pod adres „Magic Mike XXL” to bycie porażająco sztucznym. Co z tego, że niektóre sceny mnie rozbawiły, kiedy nie mogę oprzeć się wrażeniu, że niemal całej ekipie wymieniono osobowość?

***

10.23_ 3400.tiff

W filmie nie brakuje ciekawych bohaterek lub zwyczajnie cieszących oko epizodów.

***

Dwójka została wepchana w ramy road movie. Główny bohater zostaje podstępem sprowadzony przez kumpli z „Kings of Tampa”, a po chwili wsiada do ich busa ruszającego w ostatnie tournee z finałem na konwencie w Myrtle Beach. Po drodze zatrzymują się w miejscach, które są generatorem mniej lub bardziej udanych scen. Dowiadujemy się, że Richie nie chce być strażakiem, ale panem młodym, Tarzan jest niespełnionym malarzem, Tito spełnia się w branży jogurtowej, a Ken objawia talent wokalny. Niby zachowują się jak w pierwszej części, ale coś się ewidentnie zmieniło. Aż sprawdziłam czy przypadkiem nie zmieniono scenarzysty – i nie zmieniono. Z dramatu obyczajowego przeskoczono na kino feministyczne i temu podporządkowano większość filmu. Faceci są tu po to by kobiety mogły czuć się jak królowe lub odzyskiwać uśmiech odebrany przez jakiegoś drania. Przy okazji sami bohaterowie dowiadują się czegoś o sobie, albo mają odwagę pokazać tę twarz innym. Mimo wszystko to było bardzo naciągane, że właściwie każdy ma jakąś petardę w zanadrzu, którą boi się odpalić. Niby idealnie wpisuje się w konwencję komediową, ale irytuje jak diabli. Za bardzo odcięto się od jedynki w tym temacie aby przymknąć na to oko. Trochę szkoda, że nie do końca pociągnięto wątek niepowodzeń i straconych szans. Jeśli tylko się pojawiają to albo w żartobliwym tonie albo zostają ucięte.

***

10.30_ 4173.tiff

Andie dzielnie broni się przed upływem czasu. Wciąż zachwyca, ale w jej uśmiechu było coś tak groteskowego, że autentycznie się jej bałam.

***

Na małym ekranie może tego tak nie widać, ale siedząc na sali kinowej nie sposób nie zacząć się zastanawiać nad różnicami między damskim, a męskim striptizem. Niby ta sama czynność robiona w tym samym celu, a jednak porażająco odmienna. Striptizerki uwodzą, kokietują, prowokują ich spektakle stawiają widza w pozycji obserwatora nieosiągalnego. To trochę generalizowanie, ale mając na liczniku wiele filmów wyhodowałam sobie w głowie taki obraz. Striptizer jest bardziej typem zdobywcy – stroszy piórka, zwraca uwagę, a po chwili wkracza do akcji. Te akcje często wprawiały mnie w zażenowanie. Wybrałam się na „Magic Mike XXL” aby też wybadać swoje reakcje na takie sceny i w czymś się dzięki temu utwierdziłam. Nie jestem typem kobiety, która wybrałaby się na taki pokaz. A jeśli ktoś chciałby mi zrobić niespodziankę w postaci prywatnego spektaklu to zerwanie znajomości będzie bardzo prawdopodobne.

***

Wspomniałam już, że „Magic Mike XXL” jest filmem feministycznym? Wspominałam. Wiele uwagi poświęcono kobietom. Tutaj mocno podkreślono potrzebę bycia kochaną, adorowaną i zrozumianą niezależnie od wieku, rozmiaru czy urody. Chociaż takiej adoracji chętnie odmówię to w oczy rzuca się temat zazwyczaj zamiatany pod dywan – pragnienia i potrzeby kobiet oraz ich sygnalizowanie. Nie sposób nie dostrzec jak bohaterki znane z imienia jak i te anonimowe są adorowane, rozbawiane i obierane ze skostniałych skorup, które je ograniczały. Jako bohater masowy prezentuje różnorodność w niemal każdym detalu (za wyjątkiem osób niepełnosprawnych) i sprawia wrażenie pozbawionego kompleksów albo gotowego się z nich wyleczyć. Mimo, że głównymi bohaterami są mężczyźni to nie sposób nie zauważyć, że to film o kobietach. O ile postać Romy granej przez Jadę Pinkett Smith (ona chyba nie potrafi grać innych postaci niż kobiety z charakterem) jest ciekawa i wyrazista, tak nie mogę tego powiedzieć o Zoe w wydaniu Amber Heard. Postać ewidentnie pisana na siłę aby tytułowy bohater miał przed kim roztaczać swoje wdzięki. Z kolei wątek z udziałem Andie MacDowell był mocny, ale sama aktorka autentycznie mnie przerażała, co mnie trochę rozpraszało.

***

screen shot 2015-07-02 at 10.54.13 am

Bardzo zbędny wątek, a już z pewnością niedbale napisany. Najwyraźniej Amber Heard nie przeszkadza łatka żony Johnny’ego Deppa.

***

Niby zmarnowałam 11 zł na bilet, a mi takie myśli przeskakują przez palce. Komedia o striptizerach w drodze na swoje ostatnie wielkie show, którym zamkną ten rozdział w ich życiu powinna skończyć się na wspominaniu co bardziej pamiętnych scen. Ich oczywiście nie brakuje, bo w tym filmie najwięcej ugrała postać grana przez Joe’go Manganiello. Jednak ten wybitnie rozrywkowy film nieoczekiwanie otworzył mi oczy na kilka poważniejszych kwestii co uznaję za miły paradoks. Czy powstanie kolejna część – nie wiem. Czy bym się na nią wybrała… szczerze pisząc nie wiem. Do tego z pewnością nie wrócę jako całości, ale do sceny na stacji czy popisów wokalnych Matta Bomera, które były zdecydowanie warte tych 11 złotych.

***

Ps. Jada Pinkett Smith bardzo przypominała mi Rani Mukherjee.

Ps2. Możliwość śpiewania piosenki BSB przy jednoczesnym rozbawieniu sceną z Richiem – bezcenne. 😉

 manganiello_0

„I want it that waaayyy…”

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s