„Spectre”, czyli zemsta w skrajnie niskiej temperaturze.

Żyję na tym świecie nie od wczoraj, ale dopiero 24. film z serii o agencie 007 był pierwszym obejrzanym w kinie. James Bond towarzyszy mi odkąd pamiętam, obejrzałam chyba wszystkie filmy. Z drugiej strony co się dziwić – seria zajmuje stałe miejsce w światowej popkulturze. Szczególnie to widać w sali kinowej miasta, które wyprodukowało śmigłowiec pojawiający się w „Tylko dla twoich oczu” z Rogerem Moore. Żadne filmy od Marvela nie przyciągnęły takiej widowni jak „Spectre”, a ja miałam okazję znów poczuć jak to jest być częścią wielkiej widowni. Kiedy ogłoszono Daniela Craiga jako kolejnego odtwórcę kultowej postaci, znalazłam się w obozie entuzjastów tego wyboru. To była zapowiedź czegoś innego, bardziej przystającego do naszych czasów. Jednak Bond pozostaje Bondem i pewnych rzeczy się nie przeskoczy, ale czy tak bardzo musi o tym przypominać?

***

Nie wgłębiałam się w recenzje „Spectre”, ale nie sposób było nie zauważyć, że przeważają głosy rozczarowania. Jednak nie chciałam się im poddać, bo film ma się obronić lub pogrążyć samodzielnie. Z seansu wyszłam z mieszanym uczuciami, ale też zadowolona – obejrzałam średni film, ale przede wszystkim Bonda. Film otwiera scena w stolicy Meksyku, gdzie miasto jest zalane tłumem celebrującym święto zmarłych. Agent 007 wykonuje misję, która przybrała nieoczekiwany obrót – nie tylko zawaliła się kamienica, ale powstała kuriozalna scena w helikopterze lawirującym nad tłumem. Wtedy przypomniał mi się „Człowiek ze stali”, gdzie sceny nieuzasadnionej demolki miasta ostatecznie pogrzebały film w moich oczach. Chwilę potem pojawiła się czołówka, która załagodziła tamtą scenę. Lubię „Writing on the wall” Sama Smitha na tyle, że znam większość tekstu (a jako osoba niedosłysząca nie wiedziałabym o czym ona jest nawet gdy tekst jest nieskomplikowany) i mogłam delektować się klatą Craiga w otoczeniu kobiet i macek ośmiornicy. Zazwyczaj ten element niespecjalnie mnie zajmował, a niemal wszystkie piosenki bondowskie szybko wyparowywały z pamięci – tak przy „Spectre” byłam niemal oczarowana. Niesmak po sekwencji helikopterowej znacznie zmalał. Może agent 007 nie jest jak Avengersi, którzy walczą dla dobra ludzkości, tylko jest skupiony na osiągnięciu celu. Jednak ryzykowanie życiem ludzi zebranych na placu było dla mnie przesadą.

***

SPECTRE-Film-Stills-08234

Sekwencje komediowe wyszły w „Spectre” chyba najlepiej. Biorąc pod uwagę, że nie były jakieś nadzwyczajne, za to urokliwe, świadczy o ich konieczności. Bond jest trochę za poważny i kroczy ścieżką kuriozalności.

***

Przy oficjalnej prezentacji obsady „Spectre” nie zabrakło szufladki pod tytułem „dziewczyna Bonda”. Pojawienie się Lei Seydoux i Moniki Bellucci przyjęłam jako znak, że film ma im coś do zaoferowania. Wprawdzie Francuzka jest na etapie budowania swojej marki, to łatka „dziewczyny Bonda” nie jest jej potrzebna. Z kolei Włoszka jest chodzącą ikoną. Jakie było moje rozczarowanie, kiedy zobaczyłam co im przyszło zagrać. Bellucci pojawia się przez 5 minut i tyle. Ten epizod nie ma w sobie nic o czym warto by było pisać. Owszem, aktorka jest zjawiskowa, ale pomyślałam o tym jak wielkie muszą być jej rachunki do spłacenia. Pojawiła się też inna myśl – zagrała, bo mogła i chciała. Trudno tu mówić o przyczółku dla zmian, kiedy widzimy zwykłe pozorowanie. Lea Seydoux wypłynęła na szersze wody dzięki filmowi „Życie Adeli” (którego jeszcze nie widziałam), a do tego pojawiała się na drugim lub trzecim planie takich produkcji jak „O północy w Paryżu”, „Mission Impossible: Ghost Protocol” czy „Robin Hood”. Postać Madeleine Swann zapowiadała się całkiem dobrze, ale im bliżej finału tym mocniej wpasowywała się w schemat. Doszło do tego, że w scenie, w której dziewczyna oznajmia bohaterowi, że go opuszcza, bo nie może tak dalej – autentycznie parsknęłam śmiechem. Potem przeczytałam, że aktorka podpisała kontrakt bez czytania scenariusza. Jednak marka serii bywa wystarczająca.

***

Spectre-2

Film został pięknie nakręcony, pod wieloma względami jest ucztą dla oczu. Nagle scena w której bohaterowie wysiadają z pociągu na opuszczonej stacji gdzieś na pustyni nie wydaje się taka zastanawiająca.

***

Do obsady dołączyli również Andrew Scott oraz Christoph Waltz i tu byłam naprawdę zachwycona. Scotta z pewnością kojarzą fani serialu „Sherlock”, gdzie koncertowo wcielił się w postać Moriarty’ego. Z kolei Waltz ma na koncie dwa Oscary i obydwa za role w filmach Quentina Tarantino, któremu bez wątpienia wiele zawdzięcza. Zacznijmy od C, granego przez Scotta. Objawia się niczym młody wiatr, który zamierza wprowadzić szereg zmian, a jedną z nich jest zamknięcie „sekcji 00”. Służby specjalne wielu krajów mają się połączyć i wspólnymi siłami walczyć z terroryzmem. Nastaje nowa era. W duchu miałam ubaw, bo aktor wyglądał jakby urwał się z planu „Sherlocka” i czekałam na wiadome cameo. Biorąc pod uwagę rozwój wydarzeń obsadzenie w tej roli Scotta jest zbyt oczywiste. Pod koniec okaże się, że to skojarzenie nie było bezpodstawne. Z kolei Christoph Waltz rozczarował. Może gdyby Sam Mendes wypożyczył na trochę Tarantino to może dostalibyśmy coś zbliżonego do Landy z „Bękartów wojny”. Austriak stracił całą charyzmę. Tutaj nie ma miejsca na tłumaczenie wadami scenariusza. Specjalne podziękowania ślę Dave’owi Bautisty, który wcielając się w postać tak czysto schematyczną, że była dla mnie źródłem nieopisanej radości. Jego ostatnia scena jest jednocześnie bardzo trafnym podsumowaniem.

***

SPECTRE-Film-Stills-20635

Andrew Scott szuka roli, która odmieniłaby jego emploi. Póki co wiemy, że jest świetny w kreacjach wymagających demonicznego spojrzenia.

***

To co w tym filmie dobre jest związane z najbliższymi współpracownikami Jamesa Bonda, których poznaliśmy w „Skyfall”. Ralph Fiennes jako bardzo zestresowany M (autentycznie było mi go żal) nabiera wyraźnych cech człowieczeństwa. Naomie Harris jako Moneypenny jest cudowna i niezastąpiona. Jednak najwięcej radości i satysfakcji towarzyszą scenom z Q (Ben Whishaw), który w „Spectre” uroczo drwił z Bonda. Naprawdę trzeba umieć śmiać się z własnych dowcipów. Wspomniana trójka wraz z Bondem tworzą dość specyficzną, ale świetną ekipę. Nie da się nie zauważyć jak Daniel Craig z każdym filmem coraz lepiej i pewniej wciela się w postać agenta 007. Ci, którzy w 2005 roku bojkotowali jego wybór, pewnie będą z żalem go żegnać, kiedy aktor pożegna się z serią.

Fabuła obraca się wokół tajemniczej organizacji, której celem jest dominacja. Nic nowego, bo po co walczyć z jakimś lokalnym gangiem dresów faszerowanych ćwierćinteligencją? Chociaż nie powinnam spodziewać się cudów, to jednak byłam mocno zirytowana motywacją postaci granej przez Waltza. Nie chcę tu sypać twardymi spoilerami, ale tego rodzaju bohaterowie powinni trafić do lamusa. Nawet jeśli filmy od „Casino Royale” doczekują się jakiegoś konkretnego powiązania, ale to jest po prostu słabe.

***

waltz-6-xlarge

Nie perła, ale i tak do lamusa.

***

Spectre” w warstwie wizualnej jest bardzo pięknym filmem. Niezwykle rzadko zwracam uwagę na zdjęcia czy sposób prowadzenia kamery, a tutaj estetyka jest niebywale uderzająca. Co się dziwić, kiedy za kamerą stanął Hoyte van Hoytema mający na koncie takie wizualne cudeńko jakim jest niewątpliwie „Her” Jonze’a. Aż szkoda, że jednak nie stanie za kamerą przy „Wonder Woman” i nie wtrąci trochę barw do filmów DC Comics. Tak skrojone kadry potrafią nieźle przysłonić miałkość scenariusza. Przyznaję, że i mnie odciągały od najsłabszego ogniwa „Spectre”. Mając świadomość, że to nie jest dobry film potrafiłam się zaskakująco dobrze bawić, a nawet myślę o powtórce. W końcu nie jest rzeczą trudną lubić to co dobre.

Teraz zachodzę w głowę jak to możliwe, że mimo wszystko nie żal mi pieniędzy wydanych na bilet? To był dość osobliwy seans, bo moje reakcje niekoniecznie szły w parze z intencjami reżysera. Nawet nie miałam z tego powodu wyrzutów sumienia – skoro twórca zdecydował się na takie rozwiązania, środki i schematy to musi liczyć się z wszelką formą krytyki. Następnego dnia po seansie zaczęłam się zastanawiać na ile problemem staje jest moje doświadczenie jako widza. W końcu niejedno widziałam, z niejednego wyrosłam. Potem przypomniałam sobie, że dobry film zawsze będzie w cenie. Kolejny film o agencie 007 odhaczony, bo nie ma wątpliwości, że powstaną kolejne produkcje. Pewnie też trafię do sali kinowej otoczona tłumem kinomanów. Może następnym razem będzie mniej Bonda w Bondzie i dostaniemy film skrojony do naszych czasów. I niech Q nie przestanie być sobą.

***

B24_09880_r.jpg

Wiele sobie obiecywano po tym filmie w kwestii prezentacji kobiet. Wyszło jak zawsze – dziewczyna Bonda jest ładna, zgrabna i przede wszystkim młodsza. Żeby tu przynajmniej jakaś chemia była.

***

Jak macie czas to obejrzyjcie rodzimą parodię Jamesa Bonda. Nasz Agent 700 nazywa się Grzegorz Zelcer i jest idiotą. #1 #2

***

Reklamy

2 uwagi do wpisu “„Spectre”, czyli zemsta w skrajnie niskiej temperaturze.

  1. „Andrew Scott szuka roli, która odmieniłaby jego emploi. Póki co wiemy, że jest świetny w kreacjach wymagających demonicznego spojrzenia.” – coś w tym jest. Przez cały czas oglądania „Pride” trwało oczekiwanie, kiedy ten słodki właściciel księgarni wymorduje resztę bohaterów…

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s