Zwierz popkulturalny zrecenzował pewną książkę. Wiedząc, że niechęć do autorki owej publikacji jest do udowodnienia, to jedynym wyjściem jest profesjonalizm. Dlaczego blogerka w ogóle sięgnęła po tamtą książkę? Głównym motywem jest temat – to był subiektywny przewodnik po filmach zagranicznych. Przyznaję, że brałam pod uwagę zakup, ale Zwierz szczególnie mocno wyłuszczył jedną z największych wad – bezpardonowe obrażanie osób, które nie zapoznały się z jakimś tam kultowym dziełem. Po chwili zaczęły mnie zalewać wspomnienia tych wszystkich przejawów pogardy dla ludzi, którzy nie kroczą tą samą chwalebną ścieżką. Czy to przy okazji przewagi „Planety Singli” nad „Deadpoolem” w polskim box office czy innych wpisach wyrażających boleść nad upadkiem kultury zapoczątkowanym przez różnego rodzaju Grażyny i Janusze.

Dlaczego o tym piszę? Chwilowa potrzeba zastanowienia się nad zjawiskiem dopadła mnie mimo bólu głowy i nie będę ukrywać – dość ograniczonego warsztatu oraz umiejętności. Od zawsze byłam osobą, która jest wypełniona wątpliwościami, świadomością potrzeby uzupełnienia wiadomości i daleka od szafowania autorytatywnymi ocenami. Zdaję sobie sprawę z własnego lenistwa, że łatwo się zniechęcam szczególnie będąc pod presją niebędącą mojego autorstwa. Bo muszę, bo powinnam, bo skoro ja mogę to ty też. Jako osoba niepełnosprawna, wspomagająca się odczytywaniem nie tylko ruchu warg, ale i całej twarzy – rozwinęłam w sobie wiele empatii, a po drodze też niemało tolerancji. Ludzie są różni, wywodzą się z odmiennych środowisk, są wychowywani przez ludzi o rozmaitych wrażliwościach czy gustach, mają niejednorodne szanse do rozwijania siebie i własnych zainteresowań. Istnieją osoby jak Zwierz, którzy kontynuują pasje i zaangażowanie rodziców, są też tacy jak ja, którzy mieli bardzo ograniczone pole manewru. Taki Zwierz nie ocenia innych swoją miarą, bo wie, że miał niesamowite szczęście. Autorka czy inni jej podobni nie są w stanie przyjąć innej wizji świata niż własna. Kto obejrzy „Ojca chrzestnego”, którego „nieznajomość jest dowodem na daleko posunięty analfabetyzm i nieuleczalną głupotę”. Nie tak kształtuje się autorytet, nie tak mówi się o tym co się kocha i nie tak zaszczepia się kaganek oświaty. Zawsze mnie zastanawiało, że tak wiele się pisze o kulturze bez kultury.

bb426021841ace378a888be51c93cdb12ed7eb20

Od dziecka byłam zafascynowana kinem. To było samoistne, nikt nie prowadził mnie za rękę, nie pokazywał co warto oglądać, a co lepiej omijać. Przeglądając gazety wyciągałam każdą możliwą informację dotyczącą filmów, seriali i aktorów. Mając dwanaście lat zaczęłam kupować „Film”. Teraz żałuję, że kupowałam z przerwami zniechęcona zawartością. Nie miałam kablówki, ale tylko podstawowe programy. Namietnie oglądałam „Filmidło” (współprowadzone przez Ałtorkę) oraz „Perły z lamusa”. Nie sposób było wyobrazić sobie niedzielne poranki bez kina niemego czy okresu międzywojennego. Bywały wieczory, kiedy w podstawówce zarywałam noc by obejrzeć coś ambitnego, jak „Ran” Akiry Kurosawy. Niewiele zrozumiałam, nie mówiąc już o pamięci, ale to hobby i chęć poszerzania wiedzy mnie do tego skłoniła. Tylko dlatego, że w tej dziedzinie odnalazłam pasję moja wiedza wychodziła poza przeciętność. Jednak czy to było aż takie osiągnięcie? Czy w szkole były jakieś tematy dotyczące kina w kontekście kultury i obyczajowości? Nie, przynajmniej nie na początku lat dziewięćdziesiątych. Do dzisiaj nie mogę przeboleć pewnej rzeczy. Jedyna lekcja na języku polskim, która dotyczyła między innymi kina okresu międzywojennego odbyła się kiedy byłam chora. Byłam autentycznie wkurzona, bo zdałam sobie sprawę, że to była rzadka okazja, kiedy moje zainteresowanie mogłam przekuć w solidny atut.

5e1dccc9fced379d788ad5e4eb1682b5

Jak ma się sprawa z klasykami, które każdy szanujący się kinoman powinien znać? W tym temacie rzuciłam jednym wpisem od którego właściwie niewiele się zmieniło. Powstał on pod wpływem impulsu, który spowodował świetny i bardzo ważny felieton Michała Oleszczyka. Takie podejście wykazujące zrozumienie i akceptację ma większą siłę oddziaływania niż odgórne pokazywanie gdzie jego miejsce. Zrobiłam podejście do „Obywatela Kane’a”, ale jakość kopii (gazetowe wydanie z „Filmu”) oraz nastrój jednak nie współgrały. Może później. Z wieloma filmami było mi nie po drodze, a z czasem czułam się coraz mniej kompetentna – czasami wpadałam w takie błędne koło. W telewizji nie obejrzę, bo lektor nie zawsze jest dla mnie zrozumiały (najlepiej mi się ogląda kiedy dialogi czyta mi Stanisław Olejniczak), zbyt długie przerwy reklamowe też nie zachęcają. Jednak mam świadomość swoich braków, hoduję w sobie przekonanie, że nastąpi ten idealny moment by to dzieło poznać. Mogę czasem wyrazić zdziwienie, że ktoś czegoś nie widział – jednak uderzać przez to w jego inteligencję i inne dobra osobiste pozostaje dla mnie niezrozumiałe. Nie będę zabraniać komuś słuchać disco – polo, ale mogę od tej osoby wymagać aby jej przy mnie nie słuchała. Kiedy straciłam pracę to od całkowitego marazmu wyciągnęło mnie One Direction – lekkie, niezbyt lotne, ale melodyjne piosenki zaśpiewane zgranymi wokalami. Czy to czyni mnie upośledzoną intelektualnie? Pewnie dla niektórych tak, ale czy powinnam się przejmować ich zdaniem?

Warto się czasem przyjrzeć osobom, które nas otaczają lub mają na nas mniejszy lub większy wpływ. Zaliczyłam pewien epizod z osobą, która była bardzo pomocna w poszerzaniu horyzontów filmowych. Dopiero po spotkaniu innej grupy osób zobaczyłam jak wiele złych emocji, szydzenia i skupiania się na negatywnych aspektach było w tamtej osobie. Wybrałam nową opcję – kino jako pasja ma być doświadczeniem przede wszystkim pozytywnym. Nawet totalny gniot może dać wiele satysfakcji („Rudraksh” is my love), bo jednym z kluczowych elementów takiego seansu jest nastawienie.

tumblr_mslgclWw9J1qbdgndo1_1280

A może mi łatwo przyjąć taką pokojową i pełną zrozumienia postawę, bo na własnej skórze odczułam takie protekcjonalne traktowanie, które zamiast zachęcić wzbudziło opór. Nie tak dawno na grupie książkoholików pojawił się post zatroskanej dziewczyny, która jest zaniepokojona gustem czytelniczym (chyba) ośmiolatki. Otóż dziecko czytało książki o kotkach, które górnolotną literaturą nie jest, ale spełniało ważną rolę – zachęcało do czytania i sprawiało jej frajdę. Na szczęście owa dziewczyna nie spotkała się ze zrozumieniem i dostała solidną porcję argumentów, które zgasiły jej zapędy. Pomyślałam sobie, że jeśli ta dziewczynka stałaby się obiektem autorytatywnego kształtowania gustów, gdzie jej kochane kotki zostałyby wyśmiane i obrażone – z jakim nastawieniem sięgnęłaby po kolejną książkę (jeśli w ogóle by to zrobiła)? Fajnie jest mieć starszego brata, ale nasze gusty się rozmijały głównie przez różnicę wieku – 9 lat na pewnym etapie to jak lata świetlne. Wspólny język znaleźliśmy na poziomie filmów i komiksów, ale jeśli chodzi o muzykę czy książki to już inna bajka. Sposób w jaki deprecjonował to co lubię sprawiało, że nie miałam ochoty poznawać to, co on wychwalał. Mam świadomość, że przez to trochę straciłam.

tumblr_lr60qlv9IM1r2o4nqo1_500

Teraz mam pod opieką siedmioletnią chrześnicę Olę z którą mam fantastyczny kontakt i silną więź. Ona bardzo mnie przypomina w podejściu do kultury – to bardzo mądre, bystre i ciekawe świata dziecko. Tak, ma w domu kilka książek o kotkach. Wspólnie oglądamy filmy, pokazuję jej różne zwiastuny czy fragmenty. Moją intencją jest wzbudzenie w niej ciekawości, podtrzymać zainteresowanie. Wczoraj pokazałam jej „Wyjście robotników z fabryki” jako ciekawostkę, że to był pierwszy film. Zaraz potem zaryzykowałam „Podróż na księżyc” Meliesa i nie wyobrażacie sobie z jaką radością obserwowałam jej zaangażowanie w ten dwunastominutowy seans. Ola zadawała pytania, próbowała odczytać zachowania, śmiała się. Gdybym podeszła do tematu w stylu kpiącej jędzy to pewnie zmarnowałabym potencjał na kolejnego zapalonego kinomana w rodzinie. Nic na siłę, ale z wyczuciem i zaangażowaniem. Pozwalając jej cieszyć się swoimi wyborami, czasem łagodnie krytykując (jako przyzwyczajanie do faktu, że ludzie mają różne gusta – i nie wszystko mi się podoba). Niczego nie narzucam, nie oceniam obrażając, ale zarzucam przynęty. Tak kiedyś zrobił Łukasz Maciejewski pisząc „Oglądajcie Techine’a” (Film, 07/2011) – wprawdzie do dzisiaj nie obejrzałam żadnego filmu francuskiego reżysera, ale to nazwisko utkwiło mi w pamięci dzięki sympatycznemu i autentycznemu wyznaniu krytyka filmowego. Można? Można.

 Dobrze jest czuć się wyjątkowym i po prostu lepszym. Znam to z autopsji, bo pewnie niejednokrotnie się zagalopowałam, a potem bardzo tego żałowałam. Jednak wychodzę z założenia, że jeśli coś nas pasjonuje, jest dla nas bardzo ważne i wyjątkowe – to nie szukajmy dla niego wrogów, ale znajdźmy mu sprzymierzeńców. Jeśli chcemy kogoś przekonać to nie częstujmy go ukrytymi lub jawnymi inkwektywami. Jeśli chcemy być postrzegani jako ludzie oddani kulturze, to bądźmy kulturalni do jasnej cholery. Albo oceniajcie ludzi z góry, plujcie jadem na tych, co nie chcą się rozwijać, a potem usiądźcie i czekajcie na efekty. Gdzie są wasze tłumy?

image-3-by-charles-m-schulz.png

Ps. Długo szukałam odpowiednich ilustracji do wpisu i w nocy przyśniła mi się Lucy van Pelt. 😀

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s