Wprawdzie polskie kino nie jest zainteresowane widzami takimi jak ja, ale to nie znaczy, że ta niechęć będzie odwzajemniona. Z jakiegoś powodu zainteresowałam się nowym filmem Agnieszki Glińskiej mimo nie najlepszej reklamy w postaci klipu do piosenki „Ale wkoło jest wesoło”. Polski film muzyczny to rzadkość, że sam w sobie musi wzbudzić zainteresowanie – przynajmniej moje. Jeśli dodać do tego nazwiska zasilające obsadę oraz listę wykorzystanych i zaśpiewanych na nowo przebojów, zwyczajnie chce się zaspokoić ludzką, niepokorną ciekawość. Po seansie mogłam bez cienia wątpliwości stwierdzić, że to był bardzo zły film.

Zarys fabuły nie jest skomplikowany. Mamy do czynienia z trzema pokoleniami kobiet: babcia (Stanisława Celińska), matka (Kinga Preis) i córka (Eliza Rycembel). Mieszkają sobie w domku na Żoliborzu i żyją własnym życiem. Różnice pokoleń, charakterów i doświadczeń zaczną zanikać gdy przyjdzie im walczyć o dom z prawowitym właścicielem. Wokół tego trzonu budowane są wątki, wplatane piosenki czy sekwencje wyobraźni – to wszystko jest głównie niezrozumiałym chaosem, który nawet nie ma wyraźnego zakończenia. Z innych wątków dostajemy zmęczonego karierą piłkarza Staszka (Sebastian Fabijański), aroganckiego spadkobiercę domu bohaterek (Antoni Pawlicki), przyjaciółki i chłopaka Zosi oraz garść zbyt małych rólek, by w ogóle próbować doszukiwać się ich znaczenia dla fabuły. Możliwe, że inspiracją dla „#wszystkogra” był film „Mamma mia” z 2008 roku z Meryl Streep, gdzie wykorzystano piosenki ABBY jako element narracyjny. Z tym, że film miał jakąś historię opartą na solidnych podstawach scenariuszowych. Film Glińskiej nie ma ani historii, ani scenariusza. Nie ma nawet bohaterów. Nie ma nawet dobrze zaśpiewanych piosenek (no, może poza partią Celińskiej w „Tych lat nie odda nikt”).

wszystkogra

Trzy pokolenia kobiet, które pozbawione historii zostały również pozbawione osobowości. Bohaterki po prostu są, a widz ma się wszystkiego domyślać mając słaby materiał poszlakowy.

W sumie idea pozytywnego i lekkiego filmu muzycznego made in Poland bardzo mi się podoba. Porażka tej produkcji nie rzuca cienia na kolejne podobne seanse, bo chciałabym kiedyś obejrzeć dobry polski film muzyczny z soundtrackiem wartym swojej ceny. W czasie seansu „#wszystkogra” wspomniałam swój pierwszy indyjski film jakim było „Czasem słońce, czasem deszcz”. Poza oczarowaniem egzotyką, inną kulturą – byłam pełna podziwu dla aktorów, że nie tylko grali i tańczyli, ale też znakomicie śpiewali. Potem przyszło zaakceptować fakt, że te głosy nie należały do aktora, ale do playback singera. Po prostu byłam przyzwyczajona, że aktor najczęściej śpiewał swoim głosem. Niby nie można mieć wszystkiego, ale można znaleźć najlepsze rozwiązanie – byle efekt był jak najlepszy. Można pomyśleć, że ponad dwie setki filmów indyjskich na liczniku zrobiły ze mnie bardziej wymagającego odbiorcę – nic bardziej mylnego. Średnio wykonane piosenki przy niezbyt lotnej choreografii nie są największym problemem. Ta niedoskonałość dodałaby dobremu filmowi pewnego charakteru, a nawet uroku.

z20016186IER,Wszystko-gra-Next-Film

Wątek Zosi i jej przyjaciółek może wydawać się nazbyt zwariowany, a czasem zupełnie od czapy. Jednak widz zostaje z przekonaniem, że te dziewczyny skoczyłyby za sobą w ogień.

Film nie ma historii, a wątki są prowadzone i motywowane na tak głębokim poziomie, że przychodzi mi na myśl porównanie do filmów pornograficznych, gdzie fabuła jest czysto pretekstowa. O ile uczynienie z Zosi głównej bohaterki pozwoliło nieco przybliżyć widzom postać, która jest po prostu młodą dziewczyną u progu dorosłości. Schody zaczynają się, kiedy zaczynamy przyglądać się postaci Romy, matki dziewczyny, albo Staszka – tu rozgrywa się prawdziwy dramat. Nie tylko nie mamy szansy poznać ich historii, bo ciągle chodzą z depresją wypisaną na twarzy, ale też nie sposób ich polubić czy zrozumieć. Spotkanie tej dwójki zaowocowało ordynarnie złą sceną, gdzie dwoje nieznajomych mówi bez ogródek co myślą o tej drugiej osobie. Tam gdzie miała być głębia i psychologia jest miałkość i chamstwo. Skoro jesteśmy przy złych scenach, przemilczmy wątek porwania Staszka czy końcową grę o dom. Ten film to zbiór scen i wątków, które praktycznie się ze sobą nie kleją. Jeśli tematem przewodnim miało być poszukiwanie własnego szczęścia to został on elegancko zamglony. Pal licho, że co ambitniejszy widz próbuje ogarnąć to co widzi – jednak ten osobnik zostaje zaskoczony napisami końcowymi zastanawiając się czy przy montażu nie zapomnieli o zakończeniu. Nawet jeśli spojrzeć na „#wszystkogra” jako twór niekonwencjonalny, przesadnie symboliczny czy fabularnie nowatorski – trzeba jednak więcej niż jednego seansu oraz niemałych chęci. Ładnie nakręcona Warszawa to nie wszystko.

Mimo rozczarowania nie zdecydowałam się wyjść przed końcem filmu. Paradoksalnie w swej potężnej niedoskonałości jest zaskakująco wciągający – za bardzo chce się zrozumieć film, by tak po prostu odpuścić. Ten seans znów mi przypomniał,  że bardzo potrzebuję polskich filmów w swoim życiu. Tak po prostu. Tym sposobem odkryłam dla siebie Elizę Rycembel – widzę w niej bardzo obiecującą aktorkę i mam nadzieję, że za jakiś czas pokaże, że seans „#wszystkogra” jednak nie był przypadkowy.

z20015318Q,--WszystkoGra-

To miało być wyróżniające się love story nieco w stylu Kopciuszka. Ona starsza sprzątaczka, on młodszy piłkarz. Oni tak bardzo samotni i nieszczęśliwy. Widz jest nieszczęśliwy, bo na to patrzy.

Reklamy

2 thoughts on “Jednak nie #WSZYSTKOGRA

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s