Miłość nie jest lekarstwem na wszystko. Po seansie „Zanim się pojawiłeś”.

Przy okazji przemyśleń po seansie filmu „Gwiazd naszych wina” poruszyłam wątek pewnego schematu. Jeśli macie na liczniku trochę filmów to z pewnością zauważyliście, że to dziewczyna jest częściej tą chorą i umierającą, a chłopak niesie jej radość i miłość. Adaptacja powieści Johna Greena wprowadzało pewną równowagę, ponieważ oboje są ciężko chorzy. Jednak trzeba było się wysilić by znaleźć trochę tytułów będących odwrotnością, gdzie ona będzie tą iskierką. Dlatego nie mogłam nie zwrócić uwagi na „Zanim się pojawiłeś” Thei Sharrock, gdzie sparaliżowany Sam Claflin uśmiecha się do słodkiej Emilii Clarke. Nim się obejrzałam, nie mogłam się doczekać seansu. Zwyczajnie potrzebuję takich filmów przy których choć trochę się wzruszę.

Nie czytałam powieści Jojo Moyes, która jest jednocześnie autorką scenariusza. Znajomość pierwowzoru nie jest dla mnie koniecznością. Czasem sięgnę po książkę tylko dlatego, że jej adaptacja weszła w fazę produkcji. Jednak coraz bardziej cenię sobie i staram się pielęgnować znikomą wiedzę o filmie. W sytuacji, kiedy film rzadko potrafi zaskoczyć, rozbawić czy zachwycić – trzeba spróbować wrócić do korzeni, kiedy jako uczeń podstawówki siedziało się przed telewizorem i oglądało film czy serial. Wtedy nie było internetu, świadomości istnienia prasy branżowej, a wiedza płynęła z przypadkiem znalezionych artykułach w gazecie. Czasem brak wiedzy jest błogosławieństwem i z tym nastawieniem wybrałam się do pobliskiego kina. Gdyby było inaczej i przeczytała powieść Moyes pewnie moja ocena filmu byłaby trochę niższa, ponieważ mamy tu podobny problem jak w przypadku „Kingsman: Tajne służby” – świetnie się ogląda, przeżywa, ale zakończenie niemal zabija dobre wrażenie.

632117.1

Louisa „Lou” Clark z początku wydaje się być dużym dzieckiem, które boi się wejścia w dorosłość. Jednak z czasem widzimy, że to altruistka, która utknęła w martwym punkcie. Unikalny styl oraz pogodna osobowość zwracają uwagę. Emilia Clarke ma niesamowitą mimikę – emocje malują się na jej twarzy bez wysiłku.

W pierwszych scenach widzimy przystojnego młodego mężczyznę, który odniósł sukces zawodowy i prywatny. Żyje życiem o którym wielu z nas może pomarzyć i w jednej chwili to traci. W pośpiechu przechodzi przez ulicę do taksówki i ostatnie co widzi to nadjeżdżający motor. Wiemy co się stanie i jakie będą tego skutki. Potem poznajemy młodą kobietę, która ma w sobie wiele z Heidi i Pippi. Chociaż wydaje się być radosnym kolorowym ptakiem, to w rzeczywistości jej skrzydła nie są w stanie się rozwinąć. Zbieg okoliczności sprawia, że słodka i kolorwa Lou Clark (Emilia Clarke) zostaje zatrudniona jako opiekunka sparaliżowanego Willa Traynora (Sam Claflin). Dziewczyna potrzebuje tej pracy, bo sytuacja rodzinna nie jest najlepsza. Will nie ułatwia jej pracy. Trudno się dziwić, że po wypadku jest zgorzkniały, zły i wyżywa się na innych w tym na Lou. Nawet tak optymistyczna dusza ma swój próg wytrzymałości i po chwili szczerości wypływającej z bezsilności zaczyna się nowy etap. Will zaczyna z nią rozmawiać, wychodzić na dwór, pozwala się ogolić. Sceny między tą dwójką bohaterów to najlepsza i najjaśniejsza część filmu co w dużej mierze jest zasługą aktorów. Nie wiem czy jest inna aktorka, która tak intensywnie i naturalnie wcieliłaby się w postać Clark – ta rola jest wyzwaniem, bo łatwo o przerysowanie i brak wiarygodności. Zaczęłam wręcz podejrzewać, że ta postać powstała z myślą o Clarke. Wiem, że to daleko idąca nadinterpretacja, ale to tylko pokazuje jak dobrze obsadzono tę rolę. Ani przez moment nie pomyślałam o Daenerys Matce Smoków. Sam Claflin jako uosobienie młodego i przystojnego mężczyzny, którego życie zostało w jednej chwili złamane wydaje się aż nazbyt oczywisty. Mając  w pamięci wcześniejsze role, gdzie rzadko pokazywał ciemne strony ludzkiego charakteru, aktor praktycznie nie ma konkurencji. „Zanim się pojawiłeś” pokazał mi dobitnie jak dobrym jest aktorem. Scena, kiedy Will zebrał się na odwagę by powiedzieć Lou prawdę bardzo mnie poruszyła. Tam gdzie były zadatki na ckliwość znalazłam autentyczność.

641957_1.1

Na wózku czy na nogach Sam Claflin wygląda jak młody bóg. Może kalectwo Willa nie jest pokazane od ciemniejszej strony – w końcu ma warunki mieszkaniowe, opiekę medyczną na wysokim poziomie. Jednak nie da się przykryć faktu, że to człowiek, który stracił zbyt wiele i się z tego nie podniesie.

Relacja między Lou i Willem rozwija się zgodnie ze schematem, ale trudno tu czynić zarzut – pewnych rzeczy nie da się przeskoczyć. Za to mieliśmy przyjemność obserwować jak ta dwójka się poznaje, dogaduje i wkracza na kolejne poziomy znajomości. Ona sprawia, że ma ochotę wstać z łóżka, on pokazuje jej jak to jest być najważniejszą. Kiedy Will wywodzi się z zamożnej rodziny, która oferowała mu łatwiejszy start, z Lou jest odwrotnie. Dziewczyna musiała zrezygnować ze studiów i pójść do pracy. Dla rodziny jest dobra, ale nie tak jak siostra Katrina (Jenna Coleman). Trochę razi wątek Patricka (Matthew Lewis), chłopaka Lou, którego egoistyczne podejście do związku jest zbędne i niepotrzebne. Możliwe, że takie podejście do sukcesu osobistego ewoluowało w jego wypaczoną formę. Jednak zastosowanie takiego modelu jest jedną z głębszych rys filmu. W tym filmie doskonale widać, że skupienie na głównych bohaterach i budowanym wokół nich przesłaniu obyło się kosztem drugiego planu.

641955_1.1

Z początku standardowa niechęć, a potem bratnie dusze. Niby schemat, ale jak fajnie poprowadzony i zagrany.

***SPOILER***

Film ma dwa zasadnicze przesłania. Jeden mówi o czerpaniu z życia pełnymi garściami, rozwijaniu skrzydeł, niezadowalaniu się tylko małymi rzeczami. W kontekście tragedii Willa jest to jak najbardziej zrozumiałe i ważne. Jednak najważniejszy jest temat eutanazji i ogólnie prawa do podjęcia decyzji. Trochę było zastanawiające dlaczego Lou zostaje zatrudniona na pół roku, kiedy ma się opiekować osobą nierokującą na powrót do pełnej sprawności. Will podjął decyzję – nie chce już takiego życia mając w pamięci siebie sprzed wypadku. Obiecał matce jeszcze pół roku i wydawałoby się, że Lou wpłynie na zmianę decyzji i dostaniemy szczęśliwe zakończenie. Nic bardziej mylnego. Chociaż pod wpływem Lou odzyskał nieco pogody ducha to poczucie straty jest zbyt wielkie. Temat eutanazji jest trudny i wywołuje duże emocje. Obrońcy życia tak zaciekle o nie walczą, a zapominają, że tu chodzi nie tylko sam fakt życia, ale jego jakość. Zdolność słyszenia i rozumienia mowy traciłam stopniowo, a doskonale rozumiem decyzję Willa. Jeżeli niemal codziennie zmagam się z moim małym poczuciem straty (a przecież nie mam najgorzej) to próbując wejść z skórę młodego Traynora heroizmem jest zdobycie się na cień optymizmu.

***SPOILER***

Rozczarowałam się zakończeniem. Mając garść atutów, które temu szablonowo potraktowanemu dramatowi nadało powiewu świeżości, zafundowano na koniec sceny jadące zjełczałym Sparksem. Byłam autentycznie zła i wkurzona wyszłam z kina. Może gdyby ściągnięto trochę od „Mroczny rycerz powstaje” – bez słów, ale mimo to czytelne? Jednak teraz, kiedy piszę ten tekst mam ochotę jeszcze nieraz wrócić do filmu Sharrock. Mimo swoich mniejszych i większych wad wciąż jest filmem, które warto obejrzeć i dzięki któremu zastanowić się nad kilkoma rzeczami. Czasem będą to refleksje nad życiem, a czasem nasz odpowiednik żółto – czarnych rajstop w paski.

637973_1.1

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s