Nie było nokautu. O „Atomic Blonde”

Sierpień był rekordowy pod względem wypadów do kina. Tu muszę zaznaczyć, że jestem skazana na małomiasteczkowe kino studyjne. Wypad do wielkomiejskiego CC odbywa się po spełnieniu dwóch warunków: umrę jak nie obejrzę w kinie oraz w portfelu nie zieją pustki. Kiedy w lipcu nie miałam na co iść, w sierpniu wpadłam w cotygodniowy cug kinowy. „Atomic Blonde” był zwieńczeniem mojego życiowego rekordu. Bardzo niesatysfakcjonujący. Nudny przez zbyt długi czas.

Nie wiedziałam, że czekam na ten film póki nie obejrzałam pierwszego zwiastuna. To było jak grom z jasnego nieba. Charlize Theron bije się ze szwadronem facetów i sama nieźle obrywa. Taki John Wick w spódnicy. Jeszcze dodać do tego obecność Jamesa McAvoya i mamy totally must see. Skojarzenie z postacią graną przez Keanu Reevesa nie jest przypadkowe, ale geneza bohaterki Charlize Theron nie wywodzi się z Wicka. Otóż „John Wick”, czyli film, gdzie przebywający na emeryturze zabójca na zlecenie mści się na zabójcach swojego psa, nieźle namieszał trzy lata temu. Za jego powstaniem i ogólnym charakterem stało dwóch nieopierzonych w dziedzinie reżyserii, ale za to totalni zawodowcy od kaskaderki i choreografii walk. David Leitch i Chad Stahelski zaproponowali coś na pierwszy rzut oka brzmiącego niedorzecznie, ale w efekcie dali widzom to czego potrzebowali. Na tym ich współpraca dobiegła końca. Stahelski zrobił drugiego „Johna Wicka”, a Leitch sięgnął po adaptację komiksu i w przyszłości jego nazwisko znajdziemy na plakatach drugiej części „Deadpoola”. „Atomic Blonde” jest adaptacją komiksu Anthony’ego Johnstona „The Coldest City” z 2012 roku. Wizja nakręcenia filmu szpiegowskiego u zmierzchu zimnej wojny, którego akcja dzieje się w Berlinie, a główną bohaterką jest twarda niczym stal kobieta, wydaje się doskonałym krokiem dla Leitcha. Z jednej strony inne czasy i bohater, ale wciąż tkwimy w sprawdzonej stylistyce. Po samodzielnych projektach widać, co jest mocną, a co słabą stroną duetu. To tak jakby spojrzeć na One Direction po zawieszeniu działalności. Razem wypuszczali melodyjny pop, a dopiero po solowych projektach widzimy w jakiej stylistyce naprawdę chcą tworzyć. U Leitcha widać zamiłowanie do ujęć wystylizowanych scenografii, które okazują się zabójcze dla tempa narracji.

hero_4102_FPF_00241RV2

Pieśń lodu i ognia.

Akcja dzieje się niedługo przed upadkiem Muru Berlińskiego. Agencje wywiadowcze wszystkich krajów łączcie się rozstawiają swoje pionki. Jedno wydarzenie zdecydowanie ożywiło nastroje, bowiem wycieka lista brytyjskich szpiegów działających na terenach sowieckich. Jeśli wpadnie w niepowołane ręce, zacznie się rzeź niewiniątek. W celu odzyskania newralgicznego materiału, MI6 wysyła do Berlina Lloraine Broughton (Charlize Theron) – jedną z najlepszych agentek (a jakże inaczej). Na miejscu ma skontaktować się z szefem berlińskiego oddziału, dość ekscentrycznego Davida Percivala (James McAvoy). Tylko przekracza próg lotniska, a śledzi ją dziewczyna z aparatem (Sofia Boutella) oraz wsiada do samochodu (jak się później okazuje) pełnego agentów KGB. Zwątpiłam. Jeśli wyruszasz na tajną misję i z miejsca jesteś zdekonspirowana – to każde twoje działanie tylko naraża misję. Ta sprawa nie dawała mi spokoju, bo nie tylko logika mi to podpowiadała, ale też bardzo długie ujęcia cierpiącej w samotności Lorraine otoczonej dopieszczonymi dekoracjami oraz muzyką z lat osiemdziesiątych, kierowały myśli w tę stronę.

Nudę w filmie, która dominuje w pierwszej połowie, jeszcze można przeboleć. Zawsze można skierować uwagę na detal, tworzyć w głowie listę zakupów, dowcipkować na całego. Jednak kiedy pojawia się element, który jest dla ciebie niezrozumiały, bo przez niego cała akcja nie trzyma się kupy – wtedy seans może być utrapieniem. Możliwe, że pewnych działań szpiegowskich nie sposób oceniać przez pryzmat logiki, ale wtedy nielogiczność z perspektywy przeciętnego Kowalskiego warto wyklarować. Ja dostawałam szału. Scenariusz jest z gatunku tych kulejących – Lorraine chodzi w różne miejsca i czasem musi kogoś pobić, a czasem nie. Pozna w barze agentkę francuskiego wywiadu, by po chwili tworzyć z nią coś na kształt związku w granicach terytorialnych łóżka. Kiedy okazuje się, że lista ma też nośnik w postaci mózgu człowieka o ejdetycznej pamięci, nagle trzeba zorganizować przeszmuglowanie człowieka do Berlina Zachodniego. Film przypomina bardziej niechlujny zlepek scen, które nie są w stanie opowiedzieć konkretnej historii. To niesamowite jak motyw przewodni odzyskania ubertajnej listy został rozwodniony przygotowaniami do jej wykonania. Przez większość czasu miałam bardziej wrażenie, że to nic nie znaczący zwitek danych.

Screen-Shot-2017-06-08-at-1.27.58-PM.png

Szpieg, który mnie kochał.

Charlize Theron robiła co mogła, pięknie się biła, aż miło się patrzyło – bo oto mamy równouprawnienie i widok solidnie obitej kobiety (która jest równorzędnym przeciwnikiem, a nie ofiarą) miał w sobie powiew świeżości. Problem w tym, że postać Lorraine zachowuje zbyt duży dystans w kierunku widza. Smętne spojrzenia, niewielkie ogniska emocji nie oglądają się zbyt dobrze, szczególnie kiedy dominują przez większość filmu. Nawet jeśli założeniem było uczynić Broughton zagadką, to niespecjalnie zachęcała by ją rozwikłać. W sumie co jest interesującego w agentce, która sprawia wrażenie, że nie lubi swojej pracy? Na szczęście tuż obok tupta James McAvoy jako agent gotów naginać reguły i czerpać jak najwięcej profitów z pojawiających się okazji. Bezpośredni, charakterny i po prostu jakiś. Sens i istota życia. Do tego szkocki aktor jest niezawodny i z przyjemnością próbowałam rozkminić Percivala. Szkoda, że jest to postać bardziej drugoplanowa niż się spodziewało.

Dopiero w drugiej połowie coś zaczyna się dziać, ale coś co ożywia zainteresowanie filmem. W końcu zaczyna docierać, że bohaterowie wiedzą co i jak, a nie plączą się po berlińskich uliczkach i mieszkankach w celu znalezienia itemów do questa. Mniej więcej od momentu misji przeprowadzenia ejdetycznego człowieka na zachodnią stronę, zaczęłam angażować się w fabułę. Gdzieś po drodze pojawił się motyw tożsamości podwójnego agenta o pseudonimie Satchel i im bliżej finału, tym robiło się ciekawiej. Tutaj następuje wyznanie, że najczęściej nie jestem dobra w te klocki i nie domyśliłam się kim jest Satchel – to mi w zasadzie nie przeszkadza. Ba, nawet okazało się zbawienne dla filmu. Skoro pierwsza połowa mocno kulała, to niech chociaż koniec mnie  zaskoczy… pozytywnie. Od tamtego momentu fabuła wkracza na właściwe tory, została mocno ukierunkowana i nabrała przyzwoitej dynamiki. Może też dzięki temu, że zaczęło mi zależeć, bardziej doceniałam sceny walki i nawet mi się nie dłużyły. Tu też wkradnie się kolejne wyznanie – nie lubię zbyt długich scen walki. Rzadko kiedy choreografia  walk oczarowuje moje oczy (w pierwszym sezonie „Daredevila” jest taka scena w korytarzu na długim ujęciu, byłam zachwycona). Tutaj musi wystąpić element przywiązania do bohatera. Wreszcie kuch kuch hota hai coś się dzieje! Niestety, ale nawet końcowe ożywienie nie sprawia, że film staje się piękniejszy, sensowniejszy i pachnący fiołkami. Straty na początku okazały się nie do odrobienia.

DGUf7klUQAAgczB.jpg

Substantive data: not found

Moja wewnętrzna bogini fangirl miała swoje pięć minut. Do dzisiaj nie jestem pewna, która teza jest bliższa prawdy. Czy rozmach mojego ożywienia na widok Billa Skarsgarda, wynika ze znużenia filmem czy jest czystym przejawem mojej sympatii dla aktora. W zwiastunie pojawił się na ułamek sekundy, ale w filmie miał więcej niż 5 minut czasu ekranowego i do tego bardzo fajną rolę. Biorąc pod uwagę jego rolę w „To” Muschiettiego, taka kontrastowa rola zwyczajnie się widzom należy.

Niestety, ale im dalej od seansu tym większe odczuwam rozczarowanie. Możliwe, że recenzja pisana na świeżo byłaby bardziej entuzjastyczna. Film miał niesamowity potencjał, który trafił w nie do końca właściwe ręce. Pierwszy samodzielnie wyreżyserowany film to z pewnością ogrom pracy i stresu. Wielka szkoda, że tak się stało. Wystarczyło tylko rozprawić się z mdłym początkiem i pędzić na złamanie karku niemal od początku. A tak „Atomic Blonde” stało się moim największym rozczarowaniem tego lata. Jednak wierzę, że jak Leitch przejdzie małą szkołę pod okiem Ryana Reynoldsa (chyba nie spodziewacie się, że dostanie pełną swobodę artystyczną) na planie „Deadpoola 2”, kolejne samodzielne projekty będą spójniejsze i bardziej angażujące.

maxresdefault.jpg

Tonight, we are young
So let’s set the world on fire
We can burn brighter than the sun
— „We are young” Fun. feat. Jaenelle Monae—

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s