Terror rodzi terror. „American Assassin” trafił na swoje czasy.

Pierwsza książka o Mitchu Rappie ukazała się w 1999 roku. Jeszcze przed zamachem na World Trade Center i całym ciągiem zdarzeń, które sprawiły, że terroryzm stał się wręcz namacalny. Do dzisiaj odczuwamy jego oddech na widok doniesień aktów przemocy, które mogą zdarzyć się w każdym miejscu i czasie. W obliczu takich nastrojów powstała filmowa adaptacja serii „American Assassin”, gdzie w główną rolę Mitcha Rappa wciela się Dylan O’Brien.

Byłam bardzo zaskoczona, kiedy ogłoszono angaż młodego aktora do kina akcji. W marcu 2016 roku O’Brien uległ poważnemu wypadkowi na planie trzeciej części „Więźnia Labiryntu”. Zdjęcia zostały wstrzymane i długo ukrywano jak poważne były obrażenia. W czasie kampanii promocyjnej aktor podkreślał, że praca na planie najnowszego filmu była dla niego formą terapii. Istniało ryzyko, że wypadek przekreśli karierę aktorską, co w przypadku tak bezwstydnie utalentowanego chłopaka byłoby szkodą dla kina.

Dymaxresdefault

Dylan jest jednym z najbardziej utalentowanych aktorów młodego pokolenia. Wiedziałam o tym oglądając go w „Teen wolfie” i mam nadzieję, że przed nim coraz bardziej różnorodne i  wymagające role.

Nie czytałam powieści Vince’a Flynna stąd nie jestem w stanie dokonać porównania względem materiału źródłowego. Zwiastuny dostarczają wystarczających informacji, które dają wyobrażenie na temat całego filmu. Mamy historię chłopaka Mitcha Rappa, który przeżył zamach terrorystyczny na plazie, ale jego narzeczona nie miała tyle szczęścia. To doświadczenie bardzo go zmieniło i ukierunkowało go na zemstę – ćwiczy sztuki walki, strzelanie, język arabski  oraz zgłębia wiedzę o islamie. Obserwuje go CIA i w wyniku pewnych zdarzeń trafia na trening do specjalnej jednostki dowodzonej przez Stana Hurleya (Michael Keaton). Wkrótce przyjdzie wypróbować nabyte umiejętności w terenie, bowiem skradziony pluton trafia w ręce Ghosta (Taylor Kitsch), byłego wychowanka Hurleya.

W tym filmie jest w sumie wszystko co powinno być w filmie akcji o tematyce terrorystycznej. Przede wszystkim zagrożenie atomowe, zaangażowanie notabli na wysokich stanowiskach w niecny proceder, naukowiec konstruujący bombę oraz dużo, dużo akcji. Generalnie jeden wielki facepalm, bo w sumie takie historie są bardziej pieśnią przeszłości lub reprezentantami kina niższej klasy. Przynajmniej w moim odczuciu powinny, bo trzeba talentu by odrzeć takie historie z kiczowatości. „American Assassin” nie uchronił się przed pułapkami gatunku, zachowując dużo schematów oraz dziur logicznych, które każą powątpiewać w wiedzę scenarzysty i autora książek. Jednak jeśli potraktujemy to wszystko jako pewną efemerydę w temacie funkcjonowania służb specjalnych i skupimy się na akcji – satysfakcja z seansu powinna znacząco wzrosnąć. Tym bardziej, że niemal ciągle się coś dzieje na ekranie – bójki, pościgi, krew, wybuchy. Film zachowuje balans między akcją, a scenami obyczajowymi, ekspozycyjnymi. Widz nie zdąży się zmęczyć dynamicznym montażem (niektóre sceny walki są jednak za bardzo pociachane) i nie znudzi się podczas stojącej sceny dialogowej. Te niespełna dwie godziny upływają bardzo szybko, nieodczuwalnie.

michael-keaton-assassin

Fantastyczny „Birdman” przywrócił Michaela Keatona ze stanu spoczynku. Wchodzi w rolę jak nóż w masło i nie pozwala oderwać od siebie oczu. Charyzma w stanie czystym.

Istotną wadą filmu jest czarny charakter, czyli Ghost grany przez Taylora Kitscha. Wina jest wypośrodkowana. Z jednej strony bohater nie jest wystarczająco dobitnie nakreślony w scenariuszu,  ale wystarczyło zaangażować dobrego aktora potrafiącego wydobyć z roli coś więcej. Miałam wiele sympatii dla Kitscha po „Johnie Carterze” (lubię ten film), ale w „American Assassin” wypadł tak źle, że aż mnie zdenerwował. Aktor nie ma dobrej passy o pamiętnej wtopie Disneya, ale żeby aż tak odechciało się grać? Dawno nie widziałam czegoś tak słabego. Jedna scena z jego udziałem rozgrywa się w Warszawie (zatrudniono polskich aktorów, co bardzo dobrze słychać), dlatego można było się skupić na czymś innym niż on. Na uwagę zasługuje rozegranie wątku Anniki (Shiva Negar), który ciągnie za sobą dwa spoilery i wolę uniknąć. Agentka działająca w Istanbule automatycznie nasuwa pewne oczekiwania względem rozwoju wydarzeń. Bardzo podoba mi się, że wszystko poszło w takim a nie innym kierunku. Przez to słabość czarnego charakteru nie była tak bardzo odczuwalna. Za to Michael Keaton jest w świetnej formie. Mam wrażenie, że bardzo polubili się na planie z Dylanem, że ta chemia przeniosła się na taśmę filmową.

Na samym początku zostajemy wrzuceni w historię, która pozwala zrozumieć bohatera, jego motywacje i emocje. Z początku dostajemy sielankowe ujęcia z plaży, gdzie Mitch spędza cudowny czas ze swoją ukochaną. Wszystko to przekreśla grupa ludzi, którzy otworzyli ogień z karabinów maszynowych w kierunku turystów. Sekwencja rozpoczęta jednym strzałem została świetnie nakręcona. Zamarłam oglądając festiwal przypadkowości, ludzi padających od kul, próbujących się schować, uciec. Jeden zgrzyt zaserwowała dziewczyna Mitcha, bowiem zamiast próbować się skryć – stała i szukała Rappa, będąc łatwym (bo praktycznie nieruchomym) celem. Wiem, że nie należy oceniać reakcji innych na ekstremalne sytuacje, ale ten detal trochę zepsuł dobre wrażenie. W tym kontekście „dobre wrażenie” brzmi niefortunnie, ale scena wbiła mnie w fotel zarówno od strony realizacyjnej jak i emocjonalnej.

American-Assassin-Movie-20172.jpg

Niestety, ale Taylor Kitsch poraził marnym aktorstwem. Nawet nie był w stanie nadrobić wyglądem czy po prostu fotogenicznością. Twarz bez emocji.

Budżet filmu wynosi 33 miliony dolarów i w jego ramach zmieściły się efekty specjalne różnego kalibru. Mamy kolizje samochodowe, eksplozje, rozwałki, które wyglądają naprawdę dobrze. Schody się zaczynają, gdy w grę wchodzą efekty komputerowe na wielkiej przestrzeni. Muszę zaznaczyć, że mój seans miał miejsce w kinie studyjnym, którego ekran jest mniejszy niż ten w Cinema City. Do tego nie przywiązuję dużej wagi do efektów specjalnych póki ich wygląd nie odrywa mojej uwagi od fabuły. W moim odczuciu CGI w „Wonder Woman” bardziej rzucało się w oczy, a w przypadku AA trwały one na tyle krótko by się nimi nie przejmować.

W planach są kolejne dwie części, samych książek jest kilkanaście (po śmierci Flynna seria jest kontynuowana przez Kyle’a  Millsa). Chciałabym obejrzeć więcej Mitcha w akcji, bo to jest ten typ bohatera, który wie co ma robić. Nie cofnie się przed niczym, byle osiągnąć zamierzony cel, nawet jest gotów zignorować rozkaz zwierzchnika. Obecnie sens jego życia to zabijanie tych złych i trochę zastanawiające jest to, że nie ma dylematów moralnych wokół kwestii odbierania życia. Byłoby dobrze, gdyby w kolejnych częściach zostało to w jakiś sposób poruszone. Dylan zagra wszystko. Byłoby świetnie, gdyby zrezygnowano ze świata wielkiej polityki i konfliktów na linii Zachód i kraje arabskie – tu jest miejsce na bardziej kameralnego złoczyńcę, zło mające bardziej ludzką twarz, a nie wycierającą się flagą czy logiem.

13292-american-assassin-teaser-trailer.jpg

Wątek Anniki zdecydowanie na plus mimo opierania się o pewne schematy, które częściowo zostały przełamane. Shiva Negar pozostawia po sobie dobre wrażenie.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s