2009 · adaptacja · film amerykański · film: 5.5/6 · Guy Ritchie · seria: Sherlock Holmes

Sherlock Holmes (2009), reż. Guy Ritchie

Tytuł: Sherlock Holmes
Na podstawie: seria o Sherlocku Holmesie, sir Arthur Conan Doyle
Reżyseria: Guy Ritchie
Scenariusz: Michael Robert Johnson, Simon Kinberg, Anthony Peckham
Zdjęcia: Philippe Rousselot
Muzyka: Hans Zimmer
Rok produkcji: 2009
Dystrybutor: Galapagos
Ocena: 5.5/6

Sherlock Holmes (2009) on IMDb(function(d,s,id){var js,stags=d.getElementsByTagName(s)[0];if(d.getElementById(id)){return;}js=d.createElement(s);js.id=id;js.src=”http://g-ec2.images-amazon.com/images/G/01/imdb/plugins/rating/js/rating.min.js”;stags.parentNode.insertBefore(js,stags);})(document,’script’,’imdb-rating-api’);


Zapowiedź filmu o Sherlocku Holmesie nie mogła zostać przytłoczona, kiedy w grę wchodziło kilka czynników. Reżyserem był Guy Ritchie, którego nietuzinkowość przepadła wraz z ożenkiem z Madonną. „Rock’n’rolla” (pierwszy film po rozwodzie) była zwiastunem odrodzenia niczym feniks z popiołów, ale kolejny film miał określić czy to stan chwilowy, czy pewny. Postać londyńskiego detektywa to świętość, a obsadzenie w tej roli amerykańskiego aktora musiało zaowocować głosami oburzonych. W takim układzie rola Watsona musiała trafić w ręce Anglika. Efekt finalny zamknął usta części niedowiarków i pesymistów. Powstał udany film rozrywkowy w amerykańskim stylu, z brytyjską nutą. Jednak kino poznało nowy udany duet.


W pierwowzorze literackim to Sherlock Holmes (Robert Downey Jr.) jest tym wyższym i smuklejszym, kiedy doktor John Watson (Jude Law) pozostawał w cieniu. U Ritchiego odmieniono nie tylko fizjonomię, ale też mentalność tytułowego bohatera. Zimnokrwisty, znieczulony na emocje detektyw stał się neurotykiem i rodzajem dużego dziecka. Nie, inteligencji i geniuszu mu nie brakuje, ale jego osobowość wplata się w oczekiwania przeciętnego (czyt. amerykańskiego) odbiorcy oraz w image Downey’a Jr. Rok wcześniej świat oszalał na punkcie jego kreacji w Iron Manie i nie sposób nie dostrzec pewnych punktów wspólnych z postacią Holmesa. Jednak w obydwu przypadkach trudno mówić o zjawisku negatywnym. Robert Downey Jr. wniósł pewien powiew świeżości w kultowe postacie, uczynił je swoimi i wyrazistymi. Do tego były doskonałą odtrutką na falę poważnych adaptacji komiksów, gdzie oblicza przepełnione mickiewiczowskim cierpieniem prowadziły widzów po mrocznych zakamarkach człowieczeństwa. Czym byłby Holmes bez swojego Watsona? Po pierwsze, straciłby kontakt ze światem i nie miałby kto o nim pisać. Obsadzenie w tej roli Jude’a Lawa to nie tylko zrównoważenie amerykańskości Downey’a, ale niespodzianka, która chyba nikomu by nie przyszła do głowy. Urodziwe bożyszcze kobiet miałoby stać w cieniu niższego kolegi po fachu? A jednak panowie stworzyli niesamowity, równoważny duet, który stał się znakiem firmowym całej serii. Kim byłby Sherlock bez Johna, a raczej Robert bez Jude’a? Dlatego powtórny seans prawie nic nie traci na atrakcyjności, a przed obejrzeniem kontynuacji musiałam sobie odświeżyć pamięć.



Fabuła nie przewidywała bezpośredniej konfrontacji z nemezis Holmesa, profesorem Moriartym. Słusznie wnioskowano, że to musi być hicior i takiego asa warto zachować na następny scenariusz. Historie o detektywie oferują bogactwo dla inspiracji scenariusza i wątek czarnej magii jest nie mniej efektywny i widowiskowy co finał nad wodospadem Reichenbach. Lord Blackwood (Mark Strong) przyłapany na praktykowaniu czarnej magii, zostaje skazany na śmierć i powieszony. Efektywne zmartwychwstanie dodaje siły i tak mocnemu wiatru, który napędza fabułę „Sherlocka Holmesa” bez cienia trudu. Na scenę wkracza jedyna kobieta, która przechytrzyła Sherlocka – Irene Adler (Rachel McAdams), która jest na usługach kogoś tajemniczego i potężnego. Jeśli ktoś znalazł na nią haczyk, musi być kimś groźnym. Nie zmieniło się jedno – stosunek Holmesa do policji z inspektorem Lestrade’em (Eddie Marsan) na czele. Dalej jest kilka kroków przed Scottland Yard lub tuż obok, a jego żarty nie pozostawiają złudzeń.


Był moment, kiedy byłam bliska zrozumieniu fenomenu Marka Stronga, etatowego czarnego charakteru rodem z wysp brytyjskich. Uroda niewątpliwie predestynuje go do odtwarzania sympatycznych inaczej i tylko mocna charakteryzacja pozwalała mu zagrać uosobienie dobroci w „Green Lantern”. Demoniczność lorda Blackwooda pasowała do wampirzego image’u, ale odstający ząb wypchnął bohatera na granicę groteskowej śmieszności. Nie zaprzeczę, Strong jest dobrym aktorem, ale jako Blackwood nie wystaje ponad przeciętność. Jego bohater jest zły bez cienia szans na zwrócenie się ku jasnej strony mocy. Brak przełamania jednobarwności nie czyni z łotra postaci z natury atrakcyjnej. Jego Blackwood działa na wyobraźnię, ale sprawia wrażenie balansującego na granicy przerysowania. Zupełnie inaczej prezentuje się filmowa Irene Adler. Obsadzenie Rachel McAdams było udanym posunięciem. Delikatna uroda świetnie kontrastuje z silnym charakterem Adler i nawet widzowie chcą jej wierzyć, chociaż wiedzą, że nie powinni. Dlatego sceny w których Sherlock jest rozdarty między uczuciem do oszustki, a wspomnieniem jej numerów naturalnie wkomponowują się w fabułę i  nadają jej lekkości.



Znakiem rozpoznawczym „Sherlocka Holmesa” jest montaż scen walki, a dokładnie ich spowolnienie w ramach uchwycenia procesu myślowego bohatera. Wyrazistość tego zabiegu blokuje nieco pamięć o zdjęciach samych w sobie, które są bardzo udane i swoją dynamiką utrzymują niezłe tempo fabuły. Ten motyw musiał znaleźć swoich naśladowców, choćby w indyjskim hicie „Dabanng”. Ścieżka dźwiękowa Hansa Zimmera dodaje specyficznego nastroju, gładko wtapiając się w nastrój sceny. Muzyka wychodzi z cienia tylko po to, by podkreślić dramaturgię i znaczenie scen. Szczególnie to widać podczas sceny eksplozji, która lawiruje między poezją, a patosem. Spowolnienie obrazu, które początkowo ilustruje cisza, by zrobić miejsce kameralnej kompozycji wbija w fotel.

„Sherlock Holmes” to nie tylko zwycięstwo Guy’a Ritchiego, który wrócił na salony po latach artystycznej mizerii. To także przywrócenie do świadomości masowej postaci z kart książek Arthura Conana Doyle’a. Czy „Sherlock”, rewelacyjny serial BBC, miałby taką formę jak obecnie, gdyby nie film Ritchiego? Szczerze wątpię. Mimo wielkiego entuzjazmu wytworzonego przez pierwszy seans, bałam się obejrzeć kontynuację. Zwiastuny objawiały znamiona desperacji, która nie wróży niczego dobrego. Dlatego musiało upłynąć półtora roku od polskiej premiery, bym włączyła „Sherlock Holmes: Gra cieni”. Włączyłam i… ciąg dalszy nastąpi. 😉

2009 · film amerykański · film: 5/6 · seria: Kac Vegas · Todd Phillips

The Hangover/Kac Vegas (2009), reż. Todd Phillips

Tytuł polski: Kac Vegas
Tytuł oryginalny: The Hangover
Reżyseria: Todd Philips
Scenariusz: Scott Moore, Jon Lucas
Zdjęcia: Lawrence Sher
Muzyka: Christophe Beck
Dystrybutor: Galapagos
Rok produkcji: 2009
Ocena: 5/6

The Hangover (2009) on IMDb(function(d,s,id){var js,stags=d.getElementsByTagName(s)[0];if(d.getElementById(id)){return;}js=d.createElement(s);js.id=id;js.src=”http://g-ec2.images-amazon.com/images/G/01/imdb/plugins/rating/js/rating.min.js”;stags.parentNode.insertBefore(js,stags);})(document,’script’,’imdb-rating-api’);


Komedia jest najtrudniejszym gatunkiem filmowym, to nie ulega wątpliwości. Poczucie humoru to urocza zbieranina przypadkowych, gromadzonych latami doświadczeń oraz bodźców i to w czasach, kiedy człowiekowi coraz trudniej o  czysty śmiech. Chowana na brytyjskim poczuciu humoru, gdzie królem jest sarkazm, a królową absurdia, stałam się trochę bardziej wymagającym widzem. Jakie więc musiało być moje zdziwienie, kiedy przyłapałam się na dobrej zabawie z Philem, Stu i Alanem? „Kac Vegas” z samej definicji nie miał prawa mi się spodobać, ale życie jest jak pudełko czekoladek, nieprawda? Zbliżająca się długimi krokami premiera trzeciej części skłoniła mnie do ponownego seansu i „Kac Vegas” dalej daje radę.

Po powyższym wstępie można pomyśleć, że dowcip Phillipsa jest wyrafinowany i górnolotny niczym latawiec na wietrze. Ależ skąd! Klną, insynuują pewne czynności, wpakowują się w kosmiczne sytuacje, ale w tym wszystkim nie dochodzi do przekroczenia wrażliwych granic. Bohaterowie nie są skończonymi chamami, szpanerami traktującymi kobiety przedmiotowo, a sens ich życia sprowadza się do dewizy: „sex, drugs and rock’n’roll”. Czwórka kupli wyjeżdża do Las Vegas by urządzić jednemu z nich wieczór kawalerski. To doskonała okazja dla żonatego i dzieciatego nauczyciela Phila, sterroryzowanego przez oziębłą narzeczoną dentystę Stu, dziwnego i samotnego Alana, by na jeden wieczór wyrwać się z codzienności. Głód wrażeń był tak ogromny, że nie tylko nie pamiętali przebiegu ostatniej nocy, ale też zgubili pana młodego na dzień przed ślubem. Można powiedzieć, że o wieczorach kawalerskich nakręcono metry taśmy, napisano tysiące stronic, wyśpiewano przy pomocy godzin podkładów muzycznych. Jednak ile z nich nadaje się do powtórnego spotkania?

Zach Galifianakis, Ed Helms, Justin Bartha i Bradley Cooper



Sukces, a raczej jego rozmiar był prawdziwym zaskoczeniem. Przecież spoglądając z perspektywy widzimy film jakich wiele. Dlatego warto skupić się na samym scenariuszu, gdzie prosta historia została opowiedziana z werwą, pomysłem i bez przekraczania pewnych granic. Cienkie żarty i typowe gagi się pojawiają, ale widz jest równie ciekawy wydarzeń owej nocy co sami bohaterowie, więc nie zwróci na owe potknięcia. W końcu znalezienie tygrysa w łazience, odkrycie niemowlaka w szafie, kury, brak zęba i osobliwe auto, które nie przypomina BMW Douga już samo w sobie jest zajmujące. Duetowi Moore&Lucas, który współpracuje ze sobą niemal od początku, udało się wycisnąć bardzo wiele z dowcipu sytuacyjnego wkładając w to niewiele wysiłku.

Przed „Kac Vegas” mało kto słyszał o czwórce aktorów, ale to kariery Zacha Galifianakisa i Bradley’a Coopera ruszyły z kopyta. Pierwszy ma tak silnie zakorzenione emploi sympatycznego idioty, że trudno go sobie wyobrazić w normalnej jeśli nie poważnej roli. Patrząc na jego filmografię, scenarzyści wciąż produkują historie pasującego do niego jak dobrze skrojony garnitur, a reżyserzy co chwila go u siebie obsadzają. Kiedyś nastąpi zmęczenie materiału i albo podąży ścieżką Setha Rogena albo zniknie z pola widzenia jak Michael Cera. Z kolei Bradley Cooper to przypadek ciekawie rozwijającej się kariery. Aktor celuje głównie w mainstream, ale szuka też ról, które stanowią dla niego wyzwanie.
Obsada jest w gruncie rzeczy przyjemna i naprawdę udana. Dlatego z ulgą przyjęłam wiadomość, że Lindsay Lohan odrzuciła rolę Jade (którą zagrała Heather Graham) bez czytania scenariusza. Dzisiaj ogromnie tego żałuje, co przy obecnym dołku kariery nikogo nie dziwi. Udział Mike’a Tysona to jedna z niespodzianek, które zapadają w pamięci – aktor z niego żaden, ale wątek rozbrajający.


Gdzie Lohan do Heather Graham?



Czy kontynuacja jest konieczna? Z punktu widzenia ekonomicznego jest jasna jak słońce. Filmy takie jak „Kac Vegas” nie wymagają oryginalnej scenografii, wypasionych efektów specjalnych i gwiazdorskiej obsady – stąd zyski są jeszcze piękniejsze niż w przypadku wysokobudżetowych kolosów. Z perspektywy filmowej kontynuacja jest bardzo ryzykowna, dlatego skutecznie ociągałam się z obejrzeniem „Kac Vegas w Bankgoku”. Po tytule widać, że będzie powtórka z rozrywki w dalekowschodnich krajobrazach. Z drugiej strony w tych filmach chodzi o określony typ rozrywki i może ten odgrzewany kotlet będzie miał swój charakterystyczny smak.

Alan: Thank you
2009 · film amerykański · film: 4/6 · Sam Raimi

Drag me to hell/Wrota do piekieł (2009), reż. Sam Raimi

Tytuł polski: Wrota do piekieł
Tytuł oryginalny: Drag me to hell
Reżyseria: Sam Raimi
Scenariusz: Sam Raimi, Ivan Raimi
Zdjęcia: Peter Deming
Muzyka: Christopher Young
Rok produkcji: 2009
Dystrybutor: Best Film
Ocena: 4/6

Drag Me to Hell (2009) on IMDb(function(d,s,id){var js,stags=d.getElementsByTagName(s)[0];if(d.getElementById(id)){return;}js=d.createElement(s);js.id=id;js.src=”http://g-ec2.images-amazon.com/images/G/01/imdb/plugins/rating/js/rating.min.js”;stags.parentNode.insertBefore(js,stags);})(document,’script’,’imdb-rating-api’);

 

Horrory to nie moja dziedzina, nie lubię się bać, a tym bardziej przeżywać koszmary senne na ich podstawie. Jednak pierwiastek masochistyczny jaki skrywa ludzka natura dochodzi do głosu. Od dłuższego czasu coraz chętniej sięgam po ten gatunek filmowy, a film Sama Raimiego chodził za mną od dłuższego czasu. Horror oparty na klasycznych motywach, ale też niestroniący od solidnej dawki humoru – mogę, a nawet chcę oglądać.

Christine (Alison Lohman) jest miłą i ładną dziewczyną. W jej życiu układa się coraz lepiej. Ma cudownego chłopaka Clay’a (Justin Long),  a w pracy awans jest na wyciągnięcie ręki – musi tylko bardziej się wykazać, by pokonać konkurenta. To drugie ją zgubiło. Nie tylko nie zgodziła się dać starej Cygance (Lorna Raver)  trzeciej prolongaty spłaty kredytu hipotecznego, to jeszcze nie pochyliła się nad jej losem, kiedy ta błagała ją na kolanach. Tylko patrzeć, kiedy upokorzona kobieta rzuci na nią klątwę. Christina ma 3 dni na uratowanie swojej duszy przed piekłem. Nic nowego czy nadzwyczajnego, ale ten film potrafi śmieszyć.

Po trylogii o Spidermanie z Tobey’em Maguire, Sam Raimi nakręcił horror we współpracy ze swoimi braćmi: Ivanem i Tedem. Potem nastąpiła długa przerwa, bo premiera następnego filmu, „Oz: The Great and Powerful” została przewidziana na marzec przyszłego roku. Jeśli „Wrota do piekieł” miały być odtrutką od Spider „wielka siła to wielka odpowiedzialność” Mana, to widać, że reżyserowi brakowało lekkości i swobody. Film nosi wszelkie znamiona filmu grozy, gdzie nie sposób nie odczuwać niepokoju, strachu i obrzydzenia. Jednak można znaleźć niezapełnione szczeliny, w które bracia Raimi zmieścili humor ocierający się o parodię gatunku. Można się więc bać jak i pokładać się ze śmiechu, ale częściej to pierwsze. Na uwagę zasługuje zakończenie, z którym długo będę kojarzyć „Wrota do piekieł”.

Justin Long i Alison Lohman

Cyganie nie mają zbyt dobrej prasy w kinie, biorąc pod uwagę mainstreamowe produkcje. Na myśl przychodzi mi film z 1996 roku na podstawie książki Stephena Kinga, „Chudszy”. W Polsce wyświetlany jako „Przeklęty” stawiał sprawę jasno – nie zadzieraj z Cyganem, bo Cię przeklnie. Cyganka grana przez Lornę Raver to esencja stereotypowej staruszki w horrorowym wydaniu – odstręczająca, groteskowa, oszpecona i zachłanna.  Pod tą powłoką słabowitej kobieciny kryje się ogromna siła, co widać w kolejnych scenach. Jednak nie sposób nie zastanowić się nad fenomenem polskich emerytek, które potrafią zdążyć na odjeżdżający autobus, ale momentalnie tracą siły w obliczu braku wolnych miejsc siedzących. W poprzednim zdaniu tkwi nie tylko stereotyp, ale też obserwacja z życia. Takie sięganie po schematyczne zagrywki są najlepszą pożywką dla wyśmiania – już to znamy, widzimy w co trzecim horrorze, że zaczyna bardziej śmieszyć niż autentycznie przerażać.

„Wrota piekieł” nie jest horrorem wybitnym, ale potrafi nieźle trzymać w napięciu. Dla osoby niewprawionej, którą dość łatwo przestraszyć, ale okazjonalnie lubi sięgnąć po takie kino – film jak znalazł. Niemała w tym zasługa humorystycznych akcentów, które dają nieco oddechu struchlałemu kinomanowi. Do tego film krąży wokół klasycznego motywu, który zdaje się być zapomniany przez filmowców skupionych na szukaniu oryginalnego podejścia do konwencji. A tak Sam Raimi tuż przed przerwą nakręcił zgrabny horror, po którym ma się dobry nastrój z wielu powodów.


Film można zobaczyć na iplexie.



PS. Zobaczyłam fragment „Diary od the Dead: Kroniki żywych trupów” George’a A. Romero. Sprawdzałam jakość filmu dodanego do październikowego „Filmu”. Od dwuminutowego fragmentu miałam sny o zombie. Jestem jakaś beznadziejna…

2009 · film egipski · film irlandzki · film kanadyjski · film: 5/6 · przeniesione z bloxa · Ruba Nadda

Cairo Time/W Kairze (2009), reż. Ruba Nadda

Tytuł polski: W Kairze
Tytuł oryginalny: Cairo Time
Reżyseria: Ruba Nadda
Scenariusz: Ruba Nadda
Zdjęcia: Luc Montpellier
Rok produkcji: 2009
Ocena: 5/6
Kameralne kino czasem okazuje się być balsamem dla duszy. Po pełnym przemocy, ostrego seksu serialu „Spartacus: blood and sand”, aż prosi się o obejrzenie czegoś zgoła odmiennego, bliższego łagodnej strony ludzkiej duszy. Nie jestem chodzącą cnotką, ale też nie muszę znajdować wrażeń w wyjaskrawionych aspektach pełnych realizmu i ekshibicjonizmu. Dlatego cieszę się, że są jeszcze filmy takie jak „W Kairze”.

 Juliette (Patricia Clarkson) wyrusza w pierwszą wizytę do Kairu, gdzie czeka na nią mąż Mark (Tom McCamus). Niestety na lotnisku czeka przyjaciel, którego znała z opowieści nieobecnego małżonka. Taki jest los człowieka ONZ, zwłaszcza w sytuacjach kryzysowych. W strefie Gazy zaczęły się problemy, a ich okiełznanie potrwa trochę czasu. Dlatego na powitanie żony wysłał emerytowanego już kolegę Tareqa (Alexander Siddig), obecnie właściciela kawiarni serwującej najlepszą kawę w stolicy.
Juliette męczy tęsknota za mężem, a początki pobytu w Egipcie nie zalicza do udanych. Poczuła co to znaczy samotna, biała i po europejsku ubrana kobieta na kairskich ulicach. Nieprzywykła do świdrującego spojrzenia młodych mężczyzn idzie do Tareqa. Od tego momentu staje się jej przewodnikiem, przyjacielem z czasem coraz bliższym. Pomiędzy wychowanymi w odmiennych kulturach rodzi się uczucie. Chemia między nimi nie jest budowana na spojrzeniach pełnych pożądania czy łapczywych dotykach. Wszystko odbywa się poprzez subtelne gesty i spojrzenia. Relacje między Juliette i Tareqiem są pełne szacunku i radości przebywania we własnym towarzystwie. Nawiązuje się między nimi nić porozumienia, potrafią milczeć patrząc sobie w oczy i uśmiechać się.
Drugim ważnym bohaterem jest Kair, pięknie sfotografowany przez Luca Montpelliera. Dopełnieniem niezwykłych wrażeń estetycznych jest muzyka, która dźwięczy w uszach długo po napisach końcowych. Zwyczajnie ma się ochotę na wyjazd do stolicy Egiptu i znaleźć własną namiastkę Tareqa, który pokazałby miasto swoimi oczami.
Patricia Clarkson to aktorka, która w swojej filmografii ma wiele bardzo interesujących projektów. Ma ten talent, że w roli drugoplanowej zapada w pamięć nawet mocniej niż główna obsada. Po kilku filmach, w moich oczach urosła do rangi, w której jej nazwisko decyduje o wyborze filmu. Cenię ją za talent, naturalność i niezwykłość spojrzenia. Cudownie się prezentowała w kairskich plenerach, a prostota strojów tylko podkreślała jej nietuzinkowość. Wygląda na to, że padłam pod urokiem Alexandra Siddiga, którego z pewnością będę wypatrywać w „Starciu tytanów”, gdzie wcielił się w rolę Hermesa (mam nadzieję, że go nie wycięli jak Miko). 
W ogólnym podsumowaniu „Cairo time” zaliczam do grona ulubionych filmów, gdzie z pozoru nic się nie dzieje, a przyjemność z oglądania czerpię pełnymi garściami. Innego zakończenia chyba być nie mogło. To, co rodzi się w jednym świecie , trzeba tam pozostawić. 
Patricia Clarkson i Alexander Siddig
Data publikacji: 11 kwietnia 2010
Korekta: literówki
Uwagi: warto zobaczyć
2009 · Alejandro Amenabar · film hiszpański · film: 6/6 · przeniesione z bloxa

Ágora/Agora (2009), reż. Alejandro Amenabar

Tytuł polski: Agora
Tytuł oryginalny: 
Ágora
Reżyseria: Alejandro Amenabar
Scenariusz: Alejandro Amenabar, Mateo Gil
Zdjęcia: Xavi Gimenez

Muzyka: Dario Marianelli
Rok produkcji: 2009
Dystrybutor: Forum Film Poland/TIM Film Studio
Ocena: 6/6


Jak często zdarza się Wam to niesamowite uczucie? Trafiacie na zapowiedź ciekawego filmu, czekacie na możliwość jego obejrzenia, a kiedy to następuje, czujecie się spełnieni? Jakiś czas temu zapodałam trailer „Agory” Amenabara i miałam pewne obawy. Jeśli znów się przejadę? „Agora” to film magiczny, okrutny i smutny, ale w tym wszystkim dla mnie piękny. Jeżeli znawcy twórczości Amenabara uznają film za najgorszy w jego dorobku – uznam go za reżysera wybitnego. „Agora” stała się dla mnie obrazem wyjątkowym, pobudzającym do wielu przemyśleń. Gdyby nie nocna awaria bloxa, ten wpis zawisłby na stronie przed wschodem słońca.
 
Centralną postacią „Agory” jest Hypatia (Rachel Weisz), matematyczka i filozofka neoplatońska. Byłą córką Teona z Aleksandrii (Michael Lonsdale) – matematyka, astronoma i filozofa. W tych czasach niewolnictwo było powszechne i słynnej uczonej towarzyszył młody chłopak Davus (Max Minghella). Podkochiwał się w swojej pani i musiał znosić garść upokorzeń z których Hypatia nie zdawała sobie sprawy. Na jednym z wykładów można mieć jasność w odniesieniu do hierarchii w starożytnym świecie. To jedno pytanie: „Jak myślicie? Jaka tajemna siła może drzemać pod ziemią i sprawiać, że każdy człowiek, zwierzę, przedmiot i niewolnik się na niej utrzymują?”* nie pozostawia złudzeń. Nie oznaczało to, że filozofka znęcała się nad niewolnikami. Hypatia była osobą nie tylko o wielkim umyśle, ale też sercu i wrażliwości. Przynajmniej taką ją widzimy przez pryzmat chilijskiego reżysera. Uczona miała grono uczniów, którzy okazywali jej szacunek i oddanie przez długie lata. „Agora” skupia się wokół relacji Hypatii z Orestesem (Oscar Isaac), późniejszym prefektem i Synezjuszem z Cyreny (Rupert Evans), późniejszym biskupem Ptolemaidy.

Mamy jednak IV wiek naszej ery. Czasy, kiedy chrześcijanie służyli za krwawą rozrywkę w starożytnych amfiteatrach dawno minęły. Przemiana religii mniejszości w religię państwową, a co za tym idzie, zatarcie rozdziału między władzą państwową a religijną miało fatalne skutki. Kościół, który wcześniej był ofiarą, pozwolił uczynić siebie sprawcą i katem. Agresywna i barbarzyńska ekspansja chrześcijaństwa doprowadziła do upadku kultury antycznej. Nie przypominam sobie obrazu w którym chrześcijanie uosabiali bezmyślny i okrutny fanatyzm. Dotychczas za tych złych i podłych robili żydzi lub muzułmanie. W przypadku „Agory” pójściem na łatwiznę byłoby uznanie filmu za antykatolicki czy antychrześcijański. W większości religii mechanizm jest podobny i Amenabar przypomina tylko, że chrześcijanie nie wyłamali się z tego schematu. Na początku zawsze są idee, które są modyfikowane w zależności od sytuacji. Ammoniusz (Ashraf Barhom) głosi Słowo Boże, ale też robi wszystko by wątpiący znów był zapalczywy w szerzeniu wiary. Jaskrawym przykładem jest dialog między Ammoniuszem a Davosem w trakcie zbierania i grzebania ciał żydowskich:

  • D: Ammoniuszu. Czy Bóg z Tobą rozmawia?
  • A: Cały czas. Ammoniuszu, zrób to… Ammoniuszu, zrób tamto… Dzisiaj mówił tak szybko, że musiałem go poprosić, by zwolnił. 
  • D: Powiedz mi coś. Myślałeś kiedyś, że jesteśmy w błędzie? 
  • A: Dlaczego? D: Mnie wybaczono, a teraz ja nie potrafię wybaczać. 
  • A: Wybaczać komu? Żydom? 
  • D: Jezus przebaczył im na krzyżu. 
  • A: Jezus był bogiem. Tylko on mógł okazać taką łaskę.*

Póki biskupem Aleksandrii był Teofil, różne religie jeszcze jakość współegzystowały. Za wyjątkiem starych wierzeń uznanych za pogańskie. Kiedy po jego śmierci, tron biskupi objął jego ambitny bratanek Cyryl, kultura antyczna w Aleksandrii zmierzała prosto ku unicestwieniu. To on zmusił Żydów do opuszczenia miasta, wcześniej dając pokaz siły pozbawiającej życia mężczyzn, kobiety i dzieci. Amenabar skontrastował rządnego władzy Cyryla z pokojowym z biskupem Ptolemaidy – wystarczy porównać ich szaty. Chrześcijańskie bojówki zwane parabolanami pomagały chrześcijanom, gnębiły niewiernych. Trudno oprzeć się skojarzeniom ze współczesnym terroryzmem. Nie ważne za jakimi dogmatami będzie się krył, fanatyzm będzie taki sam i wciąż nie do okiełznania. Walka o władzę dochodzi do takiego punktu, w którym pewne osobistości stają się niepożądane. Cyryl z Aleksandrii zaczął nastawiać ludzi przeciwko Hypatii – pogance i kobiecie niepodporządkowanej żadnemu mężczyźnie. Dlaczego była dla chrześcijaństwa niewygodna? Nieprzypadkowo Cyryl wygłosił fragment „Pierwszego listu św. Pawła do Tymoteusza”:

 „Podobnie kobiety powinny mieć ubiór przyzwoity, występować skromnie i powściągliwie, a nie stroić się w kunsztowne sploty włosów ani w złoto czy w perły, czy kosztowne szaty. Lecz jak przystoi kobietom, które są prawdziwie pobożne, zdobić się dobrymi uczynkami. Kobieta niech się uczy w cichości i w pełnej uległości. Nie pozwalam zaś kobiecie nauczać anie wynosić się nad męża, natomiast powinna zachowywać się spokojnie. Bo najpierw został stworzony Adam, potem Ewa. I nie Adam został zwiedziony, lecz kobieta, gdy została zwiedziona, popadła w grzech”. Lecz dostąpi zbawienia przez macierzyństwo, jeśli trwać będzie w wierze i miłości, i świątobliwości i w skromności.**


W filmie zostały pominięte ostatnie dwa zdania, których nie mogłam przemilczeć. Hypatia sportretowana przez Weisz jest kobietą pełną pasji dla nauki. Przy tym jest łagodna i rozważna, ale wierna swoim poglądom. Niesamowicie podobały mi się sceny wykładów, poczułam chęć głębszego poznania myśli starożytnych. Czułam się jakbym odkrywała dla siebie nowy świat, którego nie poznałam w szkole. Czy model wszechświata Ptolemeusza, zrobiony przez Davusa byłby tak oczywisty na kartce okraszony kilkoma zdaniami? Ile osób wie, że heliocentryczna wizja wszechświata wyszła z ust Arystarcha? A stożek Apolla, który pierwszy raz na oczy widziałam? Wiedza starożytna stała się pasjonująca tak jak wyjątkową była Hypatia. Kobieta ciesząca się szacunkiem i znająca własną wartość, nie pasowała do hierarchii św. Pawła. Chrześcijaństwo przyniosło nie tylko antysemityzm i zahamowanie rozwoju nauki, ale też wciśnięcie kobiety w ciasny gorset posłuszeństwa i uległości wobec mężczyzn.

Od wielu lat uwielbiam Rachel Weisz. Jako aktorka i kobieta zawsze potrafiła zrobić na mnie kolosalne wrażenie. Krótkim epizodem w „My blueberry nights” Wonga Kar-Waia potrafiła przysłonić mi resztę obsady. Jako Hypatia uosabiała szlachetność i łagodność. Piękna i zwyczajna zarazem o wielkiej charyźmie. Na uwagę z pewnością zasługuje Max Minghella. Skojarzenie ze znanym reżyserem takich filmów jak „Utalentowany pan Ripley” czy „Wzgórze nadziei” nie jest przypadkowe – był jego ojcem. Rola Davusa nie należała do prostych, wymagała ukazania wielu emocji, zwłaszcza tych skrywanych pod twarzą twardziela. Najpierw jako niewolnik służy Hypatii, potem zostaje wcielony do parabolan. Jednak nie potrafi spojrzeć w oczy swej pani, kiedy dokonuje aktów okrucieństwa. Mighella dostał rolę, która pozwoliła mu pokazać, że nie jest tylko synem Anthony’ego. Mam tylko nadzieję, że nie zobaczę więcej jak biega – zdecydowanie powinni mu tego zabronić. Poza tym miałam zaszczyt zobaczyć niemały talent aktorski, a ostatnia scena z jego udziałem była tylko kropką nad i. 

W myślach ciągle wracam do sceny, która najbardziej mnie zmroziła. Kiedy rozjuszeni chrześcijanie ruszyli na Serapejon, z ich gardeł rozbrzmiewało triumfalne „Alleluja, alleluja!”. Dotychczas to słowo kojarzyło mi się z radością i szczęściem. Teraz nabrało zupełnie nowego znaczenia.

Rachel Weisz i Max Minghella
——
*) napisy NewAge SubTeam 
**)”Pismo Święte Starego i Nowego Testamentu”; Brytyjskie i Zagraniczne Towarzystwo Biblijne, Warszawa 1983

Data publikacji: 14 marca 2010

Korekta: kropki, spacje, przecinki. 😉

Uwagi: Czy Was też ściska w gardle na wspomnienie zniszczenia Serapejonu?

2009 · Burr Steers · film amerykański · film: 5/6

17 Again (2009), reż. Burr Steers

Tytuł: 17 Again
Reżyseria: Burr Steers
Scenariusz: Jason Filardi
Zdjęcia: Tim Suhrstedt
Muzyka: Rolfe Kent
Rok produkcji: 2009
Dystrybutor: Galapagos
Ocena: 5/6
Zac Efron na horyzoncie, czas zwiewać, prawda? Złoty wiek HSM przypadł na czasy mojej dorosłości, pamiętam histerię na punkcie odtwórcy głównej roli. Potem blask reflektora skierował się na innego aktora, a Efron pozostał praktycznie z niczym. To wtedy poczułam nić sympatii dla nastoletniej gwiazdy i z ciekawością obserwowałam jego karierę. Każdy jakoś zaczynał, ważniejsze są kolejne kroki. Jednym z nich jest „17 Again” – film, który mnie zaskoczył i utwierdził w przekonaniu, że w aktorze drzemie spory potencjał.

Historia jest silnie inspirowana słynnym filmem Franka Capry – „To wspaniałe życie”. Widzimy młodego Mike’a (Zac Efron) przed którym rysuje się świetlana przyszłość w barwach sportowych. Jednak w dniu ważnego meczu, kiedy to rysują się szanse u łowców talentów, chłopak podejmuje ważną decyzję. Pomijam fakt, że wyczucie czasu dziewczyny Mike’a jest zbyt nacechowane dramatyzmem, ale ten kluczowy moment będzie ciążył mu przez kolejne lata. Oto dzisiejszy bohater grany już przez Matthew Perry’ego nie jest tak zadowolony z życia. A tak dobitniej, to uważa je za pasmo porażek. Scarlett (Leslie Mann), jego żona, też ma go dosyć i złożyła papiery rozwodowe. Kontakt z dziećmi znacznie odbiega od wzorców, ale ostatni incydent w pracy przelał czarę goryczy. Gdzie się udajemy, kiedy życie staje się nie do zniesienia? Najczęściej do miejsca, które kojarzy nam się z najlepszym okresem swego życia. W przypadku naszego bohatera jest to liceum. Wypowiada życzenie, nie będąc świadomym, że w okolicy grasuje moc zdolna je spełnić. I tak po burzowej nocy  staje się młodą i wysportowaną wersją samego siebie.
„17 Again” to komedia, niepozbawiona przy tym dawki mądrości i chwil na refleksję. Ilu wyraziło obawy, by nie zgorzknieć tak jak główny bohater. Czy na pewno znam swoje dzieci? Czy będę kiedyś tak żałować swojej decyzji? Z pewnością znalazłoby się więcej propozycji, ale gdyby nie komediowe potraktowanie historii, trąciłyby nachalnym dydaktyzmem. Przekaz jest jak najbardziej konkretny i niepozostawiający złudzeń, ale siła „17 Again” tkwi gdzie indziej – w sposobie potraktowania historii oraz w obsadzie. To dla tych dwóch aspektów chętnie wracam do filmu Burra Steersa.
Mogę napisać, że udały się dwa duety: Efron i Mann oraz Efron i Thomas Lennon. Chciałabym zacząć od tego drugiego, ponieważ rola Neda Golda, przyjaciela ze szkoły, który jest totalnym nerdem i przy tym obłędnie bogatym, udała się Lennonowi wyśmienicie. Można zakochać się w jego mieszkaniu, gadżetach i zalotach do pani dyrektor (Melora Hardin). Stanowi też doskonałą przeciwwagę dla głównego wątku. Sytuacja głównego bohatera jest po prostu kuriozalna, ale sam Ned jest chodzącym kuriozum. Dzięki temu niezbyt oryginalny motyw nabiera świeżości.
Nie da się nie zauważyć, że Zack Efron chętnie grywa ze starszymi aktorkami i co najciekawsze, świetnie się w tym odnajduje. Czy to w „Ja i Orson Welles”, „Charliem St. Cloudzie” czy też „Szczęściarzu” wyraźnie widać, że jest tym młodszym. Wyrazistym przykładem pozostaje słaby „Sylwester w Nowym Jorku”, gdzie partneruje Michelle Pfeiffer i jest to jedyny oglądalny wątek. Nie robię  zarzutów, ale nie chciałabym aby uczynił z tego swego znaku firmowego (choć po „The Paperboy” z Nicole Kidman chyba nie ma odwrotu). W scenach z Leslie Mann jest niezwykle naturalny, pozbawiony śladów pozerstwa czy sztucznego seksapilu. 
Osobna sprawa to wątki Mike’a i jego dzieci. Starsza Maggie (Michelle Trachtenberg) nie jest słodką i grzeczną dziewczynką, a na dodatek umawia się ze szkolnym zbójem. Podobne rozczarowanie przynosi syn Alex (Sterling Knight), który nie tylko nie gra w drużynie szkolnej, ale zasila grono frajerów. Scenarzysta nie tylko uniknął pułapek sentymentalizmu oraz upierdliwego dydaktyzmu, ale uczynił z tych wątków materiał wyrazisty i mocno zapadający w pamięć. Szczególnie w przypadku filmowej Maggie.
„17 Again” to jeden z tych filmów, które skutecznie odganiają moje złe nastroje. Widziany trzy razy, wciąż  bawi, wzrusza i trzyma przed ekranem aż do napisów końcowych (którym daleko do sztampy). Nie jest to kino wysokich lotów, ale w swoim gatunku jest jednym z lepszych, jaki oglądałam. Wydany w ramach kolekcji „Zakochane kino” zawiera garść dodatków, w tym moje ulubione wpadki z planu. Można też stać się właścicielem plakatu, ale mój egzemplarz nie opuścił na stale plastikowego opakowania. Nie będę oszukiwać, że byłam uprzedzona do Efrona, ale ciekawość zwyciężyła. Może za kilka lat jego nazwisko będzie synonimem dobrego aktora?
Zac Efron
Za ponowny seans dziękuję firmie
2009 · film amerykański · film: 5.5/6 · przeniesione z bloxa · Woody Allen

Whatever works/Co nas kręci, co nas podnieca (2009), reż. Woody Allen

PhotobucketTytuł polski: Co nas kręci, co nas podnieca
Tytuł oryginalny: Whatever works
Reżyseria: Woody Allen
Scenariusz: Woody Allen
Zdjęcia: Harris Savides
Rok produkcji: 2009
Dystrybutor: Kino Świat
Ocena: 5.5/6
Kto nie słyszał o Allenie? W pewnych kręgach zdążył się uformować pogląd, że miłośnicy jego filmów to intelektualne snoby. Uwielbiam tego rezysera, widziałam sporo jego filmów, ale daleko mi do postrzegania siebie jako osoby intelektualnie wyniosłej. Odkryłam go dla siebie, tak po prostu. Tak jakbym miała się tłumaczyć ze słabości do Pedra Almodovara czy kina indyjskiego. To, co łączy te trzy zjawiska filmowe, to fakt, że są mymi miłościami od pierwszego wejrzenia. Tak, kocham Woody’ego Allena i jego niepodrabialny styl. Pewna cisza wokół jego ostatniego filmu trochę ostudziła zapał, bałam się, że się zawiodę. Ale to była fajna allenowska jazda.

 Boris Yelnikoff (Larry David) to ekscentryczny, inteligentny, ale wnerwiający nauczyciel szachów. Owszem, ma niezły dyplom wyższej uczelni, ale ludzie do niego nie walą drzwiami i oknami. Klasyczny bohater filmów Allena, którego podczas debat politycznych ma się ochotę palnąć patelnią. Rozwiedziony, wiedzie swoje uporządkowane, pełne dziwactw i fobii życie. Gardzi istotami intelektualnie płaskimi i pewnego wieczora w jego domu zawita nastoletnia Melodie (Evan Rachel Wood). Dziewczyna z gatunku niezbyt ogarniętych cheerleaderek, ale za to posiadająca sporo uroku i daru przekonywania. I tak zamieszkuje z Borisem, chłonie jego tyrady pełne dziwnych słów. Nie, nie będę streszczać filmu. Znów poczułam się jakbym oglądała „Hannah i jej siostry”. Takie filmy Woody’ego  zawsze chętnie obejrzę, choćby padały zarzuty powtarzalności, powielania pomysłów. One po prostu mnie cieszą.
Pierwszy raz zetknęłam się z Larrym Davidem. Wcześniej zagrał rólkę w „Złotych czasach radia”, ale filmu nie miałam jeszcze okazji zobaczyć. Z pewnością pasował do roli Borisa. Trochę mi szkoda, że Allen nie pojawia się już w swoich filmach. Wygląda jak wygląda, ale dla mnie mógłby grać rozrywanego przez piękne kobiety faceta. Co z tego, że to mało wiarygodne? Dla mnie po prostu urocze. Larry David sprawia wrażenie idealnie skrojonego do filmów Woody’ego, z miejsca kupiłam go jako kolejny awatar nowojorskiego reżysera. Jednak największe wrażenie zrobiła na mnie Evan Rachel Wood. Zagrać głupie dziewczę tak wiarygodnie i z taką lekkością to prawdziwa sztuka. Po seansie uświadomiłam sobie, że to ta sama aktorka, która wcieliła się w rolę królowej wampirów w serialu „Czysta krew”. Tam była wyniosła, arystokratyczna i przerażająca. Jako Melodie była słodka, urocza w próbie zrozumienia teorii Borisa. Jeszcze ciekawiej się robi, kiedy na scenę wkracza Patricia Clarkson. Fabuła to jest istne pomieszanie z poplątaniem. Ten film trzeba po prostu zobaczyć. 
Po serii filmów europejskich: „Match point”, „Scoop”, „Sen Kasandry” i „Vicky Cristina Barcelona”, Allen wrócił do miasta, które symbolizuje jego twórczość. Nie powiem, bardzo podobały mi się jego nieamerykańskie projekty, ale Nowy Jork wyzwala w nim to totalne szaleństwo, będące jego znakiem firmowym. Nie pozostaje mi nic innego jak napisać: „Witaj w domu”. Czy należy tutaj szukać jakiejś tezy przewodniej? Możliwe, że ją przeoczyłam, ponieważ została podstępnie oczarowana i skupiłam się na nieskażonym analizami obserwowaniu historii. Wciąż nie mogę przełknąć bolesnego faktu jakim jest polski tytuł. Na jego wspomnienie robi mi się smutno. Zbyt smutno by podołał temu nawet czarny humor.

Photobucket
Evan Rachel Wood i Larry David

Pierwsza publikacja: 1 marca 2010 roku
Korekta: niewielka
Uwagi: Coraz bardziej wstydzę się tego co publikowałam na bloxie, ta prawda jest coraz bardziej bolesna.


P.S. POWROTNY: Wróciłam z „wypoczynku”, na którym nie miałam nawet sił i okazji by przeczytać choćby jednego artykułu magazynu filmowego. Na razie przeraża mnie ogrom zaległości, ale postaram się nadrobić wpisy na Waszych blogach. 🙂
2009 · adaptacja · film amerykański · film: 6/6 · przeniesione z bloxa · Tom Ford

A Single Man/Samotny mężczyzna (2009), reż. Tom Ford

PhotobucketTytuł polski: Samotny mężczyzna
Tytuł oryginalny: A Single Man
Na podstawie: „Samotny mężczyzna”, Christopher Isherwood
Reżyseria: Tom Ford
Scenariusz: Tom Ford, David Scearce
Zdjęcia: Eduard Grau
Muzyka: Abel Korzeniowski
Rok produkcji: 2009
Dystrybutor: Gutek Film
Ocena: 6/6
O pracy nad „Samotnym mężczyzną” dowiedziałam się dzięki Lee Pace’owi. Zobaczyłam zdjęcia na których spaceruje z Colinem Firthem mając nadzieję, że to nie będzie mała rola. Dowiedziałam się, że Colin znów będzie grał homoseksualistę i nie zagłębiałam się w szczegóły – jak lubię Firtha, tak kolejna tego typu rola wprawiła mnie w irytację. Jednak długo potem o filmie zrobiło się głośno w związku z nominacjami i nagrodami, ale potrzebowałam jedynie właściwej chwili. Po seansie  próbowałam uwierzyć, że oglądałam debiut reżyserski „tego” Toma Forda. „Samotny mężczyzna” to bardzo dobry, wyważony i przede wszystkim piękny film.

Przed widzem czeka jeden dzień z życia profesora George’a Falconera (Colin Firth), którego życie straciło blask i sens po tragicznej śmierci Jima (Matthew Goode), wieloletniego partnera. Wszechogarniająca pustka popycha go ku drastycznej decyzji jaką jest samobójstwo. Tego dnia przygotowuje się do podjęcia ostatecznego kroku. Robi porządek w uczelnianym biurku, opróżnia skrytkę bankową, kupuje naboje do starego pistoletu. Nie zapomniał przyszykować stroju na pogrzeb z adnotacją, by krawat zawiązać na węzeł windsorski. Skrupulatny, dokładny… wydłużający ten moment. Tego dnia zdąży spotkać się ze swoją przyjaciółką Charlotte (Julianne Moore), zostać poderwany przez Carlosa (Jon Kortajarena), męską prostytutkę i porozmawiać ze swoim studentem Kennym (Nicholas Hoult). Ten jeden dzień, wybrany jako ten ostatni, okaże się być naprawdę wyjątkowy.
Uwielbiam Colina od pierwszej sceny „Dumy i uprzedzenia”, kultowego serialu BBC. Od tego czasu staram się nie omijać produkcji z jego udziałem. Kreacja w „Samotnym mężczyźnie” jest jego najlepszą jaką widziałam, dla mnie jest po prostu wybitna. Firth bezbłędnie oddał mnogość emocji o niemałym spektrum, bez szarżowania i przejaskrawiania.  Wspomniany Lee Pace pojawił się dosłownie na chwilę. Za to przekonałam się, że należy od do aktorów, których rozpoznaję po głosie (a to już o czymś świadczy). Matthew Goode pojawiał się w retrospekcjach, miałam wrażenie, że było go jednak za mało. Julianne Moore pozostawiła mnie neutralną, ale jej bohaterka była potwierdzeniem tezy: „ci co śmieją się najgłośniej, skrywają najwięcej problemów”. Przez ekran przemknęła Ginnifer Goodwin i dziewczynka z „Revolutionary Road”. Przyznam, że trudno było nie kontemplować urody Jona Kortajareny, który wyglądał mi podejrzanie znajomo. Chociaż nie interesuje mnie moda, to nie sposób jej przeoczyć. Kortajarenę widziałam na materiałach promocyjnych, chyba najmocniej rozpoznawany model Forda. Najlepsze w tym, że aktorsko wypadł naprawdę dobrze. I tu zmierzam do największej niespodzianki – Nicholasa Houlta. Pamiętacie może Marcusa z filmu „Był sobie chłopiec” Chrisa i Paula Weitzów? Od tego czasu aktor zdołał wyrosnąć na takiego młodzieńca. Dzieci szybko rosną, my się szybko starzejemy… znów czarne myśli.
Przyznaję, największym zaskoczeniem jest Tom Ford. Wyreżyserował, napisał scenariusz, wyprodukował i wyłożył kasę z własnej kieszeni. W świecie mody osiągnął chyba wszystko, wyprowadził dom mody Gucci ze skraju bankructwa, stworzył własną markę. Jako człowiek bajecznie bogaty nie przestał szukać wyzwań. Zakupił prawa do sfilmowania powieści „Samotny mężczyzna” Christophera Isherwooda. To nie przypadkowy wybór, ale powieść, która zachwyciła Forda i towarzyszyła mu przez całe życie. Wyłożył na realizację 7 milionów dolarów, zatrudnił mało doświadczonego operatora Eduarda Graua, muzykę powierzył Ablowi Korzeniowskiemu, który dopiero co zaczyna istnieć w Hollywood i sam usiadł na stołku reżyserskim. Przez 21 dni zdjęciowych jako debiutant kształtował  dobre kino. Na szczególną uwagę zasługują zdjęcia, które są nie tylko ilustracją tego co widz powinien zobaczyć. To również odbicie emocji, które są wyrażane choćby zmianą barwy, nasycenia czy odcienia. Nadają tym samym filmowi pełniejszego i estetycznego wyrazu. W połączeniu z piękną muzyką Abla Korzeniowskiego, czynią obraz tak naszpikowany emocjami,  ze nie sposób przejść obok niego obojętnie.
Na wstępie wpisu można było odczytać, że mam coś do homoseksualistów. Po prostu  dwa razy widziałam Colina grającego geja w wersji komicznej i nie chciałam powtórki z rozrywki. Jego George był totalną odmianą i okazją obserwowania na świetnego aktorstwa. Nie jestem przeciwko homoseksualistom i popieram wysiłki ku zrównaniu ich praw na gruncie prawnym. Tom Ford pięknie sportretował  relacje George’a i Jima. Nie ma dzikiej chuci, ale partnerstwo, czułość i wzajemne zrozumienie. Tom Ford zaczyna się spełniać na nowym, filmowym polu. Mam nadzieję, że „Samotny mężczyzna” nie był jednorazową przygodą.
Photobucket
Matthew Goode i Colin Firth

Pierwsza publikacja: 3 maja 2010 roku
Korekta: faktycznie się przydała…
Uwagi: Dalej nie rozumiem dlaczego Firth nie dostał Oscara za tę rolę i przegrał z nieciekawym Bridgesem. Rola w „Jak zostać królem” jest bardzo dobra, ale nie równa się z tą u Forda.

2009 · film amerykański · film: 6/6 · JosephAddicted · Marc Webb · przeniesione z bloxa

(500) Days of Summer/500 dni miłości (2009), reż. Marc Webb

Tytuł polski: 500 dni miłości
Tytuł oryginalny: (500) Days of Summer
Reżyseria: Marc Webb
Scenariusz: Scott Neustadter, Michael H. Weber
Zdjęcia: Eric Steelberg
Muzyka: Mychael Danna, Rob Simonsen
Rok produkcji: 2009
Dystrybutor: Imperial Cinepix
Ocena: 6/6
Od ponad dziesięciu lat trwa moja „znajomość” z miesięcznikiem „Film”. Wprawdzie zdarzały się kryzysy, ciche miesiące, kiedy nawet nie spojrzałam na nowy egzemplarz, skamlący bym go wreszcie kupiła. Kilka lat kupuję regularnie bez względu na poziom i atrakcyjność, lata świetności dawno przeminęły- pozostał sentyment. Jedna recenzja przykuła oko, rzadko się zdarza by amerykańska komedia romantyczna dostała tyle gwiazdek. No dobra, dla mnie to dalej gwiazdki chociaż od jakiegoś czasu przybrały formę kulek. O czym to pisałam? O recenzji Jakuba Sochy dotyczącej „500 dni miłości”. Widocznie wtykanie słowa „miłość”, nie jest głównie domeną dystrybutorów filmów z kraju Gandhiego. Socha określa film jako nietypową komedię romantyczną i ma rację.

Na początku filmu pojawia się informacja, że podobieństwo do osób i zdarzeń jest przypadkowe. Wydaje się, że w tej materii nie ma nic nadzwyczajnego, ale w tym przypadku cieszyłam się, że nie zdążyłam wziąć łyka. Odejście od konwencji na samym starcie, postawienie widza na baczność dzięki dwóm niestandardowym linijkom tekstu i człowiek czeka na więcej. Historia jest widziana oczami Toma Hansena (Joseph Gordon-Levitt), głównego bohatera i zarazem narratora. Jeszcze nie mężczyzna, ale już nie dziecko, do tego pracuje w firmie produkującej kartki okolicznościowe. Zamiast wyżywać się artystycznie jako architekt, wymyśla życzenia na różne okazje. Wychowany ma muzyce pop, marzy o prawdziwej miłości, tej jedynej itp. W tej opowieści musi być ona, czyli Summer Finn (Zooey Deschanel). Dziewczyna ma zupełnie odmienne spojrzenie na kwestię miłości i związków. Cechy klasycznie męskie otrzymała kobieta, na swój sposób tajemnicza i nieco trzepnięta. Teraz to on cierpi i kocha, a ona po prostu go rzuca. Spokojnie, daleka jestem od wykrzykiwania „Girl power” i tym podobnych hasełek.
Czeka nas obserwowanie rodzącego się uczucia przez wielkie namiętności na kryzysie , zerwaniu i życiu po związku kończąc. Tutaj wkracza błyskotliwy umysł  scenarzysty, który podarł historię na drobne elementy, a następnie posklejał po swojemu. Skaczemy po chronologii, ale nie przypadkowo. Sceny połączone zostały z rozmysłem i humorem, a dzięki cyferkom widz wie, na jakim etapie życia bohatera obecnie się znajduje. Wspomniany zabieg, dodaje właściwie banalnej historii nowego smaku i świeżości. Pomaga spojrzeć na sprawy z innej strony. Muszę przyznać, że to udany debiut reżyserski Marca Webba. Całość została okraszona niezłym aktorstwem, świetną muzyką i zdjęciami.
Nie znam dobrze dorobku aktorskiego Zooey Deschanel, mam większą sympatię do jej siostry Emily. Jak na razie utrwala się wrażenie, że w swoich filmach jest podobna. Może jakbym natrafiła na film, gdzie gra wredną sucz czy totalną idiotkę? Nie zmienia to faktu, że została dobrze obsadzona w roli Summer. W jej urodzie jest coś neurotycznego i zarazem zwyczajnego. Josepha widziałam już w „G.I. Joe: Czas kobry”, nie nagrał się zbyt wiele, ale wydał mi się bardzo znajomy. Nie chodziło o to, że stanowi skrzyżowanie Heatha Ledgera z Mortenem Harketem z grupy A-ha. To moje pierwsze skojarzenie jak mu się bardziej przyjrzałam. Widać, że można uniknąć losu Lindsay Lohan czy Rivera Phoenixa. Wciąż jestem na etapie przeglądania jego filmografii, bo aktorem wydaje się być interesującym.
Szukam jakiś minusów filmu i zaczynają się schody. Wiem, że to nie jest idealny i genialny film, ale nie umiem podjać się krytyki jakiegoś elementu. Nawet postacie drugoplanowe są niezłe, włączając w to kumpla z biurka na przeciwko. Sekwencja taneczna jest urocza – przecież ze szczęścia chce nam się tańczyć, choćby w duchu. Świat staje się piękniejszy, bardziej przyjazny. Humor, który do mnie w zasadzie trafia. Młodsza siostra Toma, która mentalnie jest chyba starsza od swojego brata. To wszystko tak dobrze zagrało, a po ciężkim tygodniu moja dusza znów nabrała lekkości. Jakub Socha wspomina o krótkich parodiach filmów Ingmara Bergmana. Mowa dokładnie o „Personie” i „Siódmej pieczęci”. Wiem, że powinnam znać te filmy, ale jakoś nie czułam w sobie tej potrzeby. Chociaż mamy piękną jesień, a ona sprzyja oglądaniu takich filmów.
Zooey Deschanel i Joseph Gordon – Levitt
w ich drugim wspólnym filmie
Pierwsza publikacja: 14 listopada 2009 r.
Korekta: mikroskopijna
Uwagi: Od tego filmu rozpoczęła się moja faza i starałam się zgłębić filmografię Gordon-Levitta. Kurcze, o kilku wypadałoby wspomnieć w notach pochwalnych, a przed takimi gniotami jak: „Zawód zabójca” czy „Killshot” lojalnie ostrzec.

Mały i miły bonus:
2009 · adaptacja · BenAddicted · film brytyjski · film: 5/6 · Jon Amiel

Creation/Darwin. Miłość i ewolucja (2009), reż. Jon Amiel

Tytuł polski: Darwin. Miłość i ewolucja
Tytuł oryginalny: Creation
Na podstawie: „Annie’s box: Charles Darwin, his daughter and human evolution”, Randal Keynes
Reżyseria: Jon Amiel
Scenariusz: John Collee
Zdjęcia: Jess Hall
Muzyka: Christopher Young
Rok produkcji: 2009
Dystrybutor: Monolith Video
Ocena: 5/6

Teoria ewolucji do dzisiaj wzbudza kontrowersje. Chociaż po latach kolejne jego tezy znajdowały potwierdzenie dzięki postępowi myśli naukowej i rozwojowi techniki, to wciąż znajdą się jego przeciwnicy. Jak kształtowała się ta myśl, co ją pobudziło? Jak wyglądała praca Darwina nim ujął ją w opublikowanej w 1859 roku „O powstawaniu gatunków? Jak praca naukowa została odebrana przez różne środowiska z naciskiem na naukowe i religijne? Tych odpowiedzi nie znajdziemy w filmie Amiela, chociaż tytuły mogą takie oczekiwania rozbudzić. „Creation” to portret rodziny, której równowaga oraz szczęście zostały zachwiane po śmierci dziecka.

Mój pierwszy kontakt z teorią ewolucji był mocno nieświadomy. Miałam jakieś 12 lat i zerowa znajomość angielskiego nie przeszkadzała mi grać w „Civilization”, gdzie jednym z odkryć była teoria Darwina. Przez te lata nie przyszło mi do głowy, by bliżej poznać historię i prace angielskiego przyrodnika. Dopiero oglądając film Jona Amiela zobaczyłam jaki potencjał dla filmowców kryje biografia Charlesa Darwina. Można skupić się na wątku czysto naukowym, ale też odkrywać życie rodzinne. Charles i jego żona Emma byli rodzeństwem ciotecznym, co w pewien sposób zakrawa na ironię.  Jon Amiel oparł się na książce pra praw wnuka Darwina, Randala Keynesa (ojca Skandara, znanego jako Edmund z „Opowieści z Narnii”), gdzie punktem wyjścia jest śmierć Annie, najstarszej córki przyrodnika. Po tym zdarzeniu Darwin przeżył załamanie, a jego wiara w boga została praktycznie unicestwiona.
Nie będę zaprzeczała, że moje oczekiwania względem filmu były inne niż standardowe. Chciałam by „Creation” było produkcją o teorii ewolucji z naukowym i społecznym zacięciem. Za to dostałam coś, czego w danej chwili bardzo potrzebowałam – przejmujący portret człowieka idącego pod prąd, niepasującego do otoczenia, zmagającego się z osobistym dramatem, chorobą i problemem wiary. Annie (Martha West) miała 10 lat, kiedy przegrała z chorobą. Charles (Paul Bettany) nie potrafi się z tym pogodzić, obwinia siebie dostrzegając błąd w bliskim pokrewieństwie ze swoją żoną, Emmą (Jennifer Connelly). Odsuwa się od rodziny, podupada na zdrowiu i rozmawia z nieżyjącą córką. W tym czasie pojawiają się naciski ze środowiska naukowego, by jak najszybciej opublikował swoją teorię. Mobilizują go Thomas Huxley (Toby Jones) i Joseph Hooker (Benedict Cumberbatch), ale jego teoria wchodzi w krzyżowy ogień z wiarą, której zażarcie broni jego żona oraz zaprzyjaźniony duchowny Innes (Jeremy Northam).
Dla mnie „Creation” to przejmujący, pełen silnych emocji portret ojca zmagającego się z wielką stratą. Konstrukcja fabularna nie jest nowatorska, ale dobrze sprawdza się w historiach, gdzie trzeba wykazać delikatność, narastające napięcie i szerokie spektrum uczuć i stanów emocjonalnych. Kiedy obserwujemy małą Anne, która jest marzeniem chyba każdego rodzica, ból ojca w pewnym stopniu staje się udziałem widza. Jednak to kapitalna kreacja Paula Bettany’ego stanowi centrum i siłę „Creation”. Aktor zrobił na mnie olbrzymie wrażenie już w „Atramentowym sercu”, gdzie przesłonił mi cały film z Brendanem Fraserem na czele. To niesamowite wyczucie w scenach dramatycznych, które równają się z emocjonalnym obnażeniem, do dzisiaj mnie zadziwia. Przymykam oko na rozmienianie talentu w średnich filmach Scotta Stewarta, bo nawet w lżejszych czy głupich produkcjach („Legion” jest koszmarnie głupi) nie traci nic z charyzmy. Jego Charles Darwin to człowiek, którego nie sposób nie obdarzyć sympatią i szacunkiem i co najważniejsze – chwilami staje się zbyt prawdziwy w swoich słowach, myślach i odruchach. Jennifer Connelly (prywatnie żona aktora) stanowi doskonałe uzupełnienie dla Bettany’ego. Jej Emma jest kobietą silną, wierną zasadom oraz oddaną matką i żoną. Z początku można odnieść wrażenie, że zbyt szybko pogodziła się ze stratą Annie. To jednak skorupa pod którą buzują emocje, które nie mają gdzie i przed kim znaleźć ujścia. Każde z nich dźwiga ciężar poczucia winy, którego nie umieją  z siebie zdjąć w obawie przed potwierdzeniem własnych lęków.

Nie żałuję, że film minął się w dużej mierze z moimi oczekiwaniami. Zamiast wprowadzenia w świat nauki dziewiętnastego wieku, otrzymałam świetnie zagrany dramat, który wycisnął ze mnie dużo łez. Nie miałam wrażenia, że jestem emocjonalnie szantażowana,  a na takie zabiegi bywam szczególnie wyczulona. Mogę wprawdzie żałować, że Benedicta Cumberbatcha jest mało, ale przy Paulu Bettanym tego wcale nie odczuwałam. Film miał premierę dobre 3 lata temu i wciąż się mogę zastanawiać dlaczego zwlekałam aż tyle czasu. Zamiast tego lepiej rozejrzeć się za innym angielskim filmem z Paulem w roli głównej.

Paul Bettany i Martha West