Kategoria: 2010

How to train your dragon/Jak wytresować smoka (2010), reż. Dean DeBlois, Chris Sanders

Tytuł polski: Jak wytresować smoka
Tytuł oryginalny: How to train your dragon
Na podstawie: „Jak wytresować sobie smoka”, Cressida Cowell
Reżyseria: Dean DeBlois, Chris Sanders
Scenariusz: Dean DeBlois, Chris Sanders, William Davies
Muzyka: John Powell
Rok produkcji: 2010
Dystrybutor: Imperial CinePix
Ocena: 6/6

How to Train Your Dragon (2010) on IMDb(function(d,s,id){var js,stags=d.getElementsByTagName(s)[0];if(d.getElementById(id)){return;}js=d.createElement(s);js.id=id;js.src=”http://g-ec2.images-amazon.com/images/G/01/imdb/plugins/rating/js/rating.min.js”;stags.parentNode.insertBefore(js,stags);})(document,’script’,’imdb-rating-api’);


Rok w którym przyszło mi stwierdzić, że chyba jestem za stara na bajki i filmy animowane, okazał się być przełomowym. Dawno nie dane mi było zobaczyć tylu animacji, jakby owo stwierdzenie uruchomiło tajemną zapadkę, która ma za zadanie udowodnić mi jak bardzo się mylę. Bo myliłam się i to grubo – filmy dla dzieci wciąż potrafią wciągnąć, rozbawić i wzruszyć. A jak jeszcze dochodzi do tego towarzystwo czterolatki – przyjemność miesza się z odpowiedzialną rolą wprowadzania młodszego pokolenia w świat dziesiątej muzy. „Jak wytresować smoka” to rewelacyjny film, który wciąga młodego widza i nie zanudza starego.


Seria brytyjskiej autorki Cressidy Cowell liczy sobie dwanaście tomów, ale w Polsce zdaje się być praktycznie znana. Może fakt iż o autorce dowiedziałam się jakiś kwadrans przed przystąpieniem do pisania nic nie znaczy, ale skoro od premiery filmu minęły 3 lata  – jednak coś znaczy. Nasz rynek jest jednak trudny, a portfele niezbyt pokaźne – nie to co na Zachodzie. Seria zwróciła uwagę studia DreamWorks, które dostrzegło potencjał w opowieści o chłopcu z wikińskiej wioski, który oswaja smoka na przekór wieloletnim tradycjom. Powiew świeżości między skostniałe filary tradycji to nic nowego, ale dla młodego widza takie pojęcie nie istnieje.



Gdzieś tam, gdzie wikingów jest pod dostatkiem, znajdujemy nadmorską wioskę Berk. Na pozór idylliczna społeczność zmaga się z jednym problemem – jest notorycznie atakowana przez smoki.  Czkawka znacząco wyróżnia się na tle współbraci. Nie tylko ma fizjonomię chudeusza, ale jest zwyczajną ofermą, która cudem nie zrównała kuźni z ziemią. Syn wodza jest pomocnikiem kowala, czy mogło być gorzej? W czasie jednego z nocnych ataków, Czkawka zestrzeliwuje jednego ze skrzydlatych – jednak nikt mu nie daje wiary. Chłopiec wyrusza więc na poszukiwanie dowodu, który zmieniłby jego pozycję w oczach wioski. Jednak nie jest w stanie zabić smoka i w efekcie go uwalnia. Nie wie jeszcze, że ta decyzja będzie najlepszą w jego życiu.

Aby skraść serce widza, kluczowym był proces kreowania smoka zarówno na płaszczyźnie wizualnej, co i behawioralnej. Szczerbatek jest po prostu przeuroczy, a oparcie jego  wyglądu charakteru na zachowaniach zaobserwowanych u kotów (chociaż odniosłam wrażenie, że smokowi mentalnie bliżej do psa) okazał się być strzałem w dziesiątkę. Sekwencje oswajania Szczerbatka przez Czkawkę to ciąg zabawnych i uroczych scenek, które urozmaicają seans, ale nie przesłaniają przesłania, które jest czytelne, ale też pokazane w naturalny sposób. Bądź sobą – w dzisiejszych czasach to jest trudne i wymaga niezwykłej siły charakteru. Inność, choć z początku wyśmiewana, z czasem zaczyna imponować nie tylko swoją siłą, ale przede wszystkim mądrością. Czkawka nie tylko nie myśli jak inni, ale swoje doświadczenia  i intuicję przekuwa na wiedzę. Uwolnienie smoka jest tym doświadczeniem, które wywróciło do góry nogami wszystko, co wiedział o tych stworzeniach.

Wybór smoka, a nie innego realnego zwierzęcia daje duży margines bezpieczeństwa, jeśli chodzi o inspiracje małych widzów. Można być pewnym, że dziecko nie pojedzie na północ w poszukiwaniu smoka do oswojenia. Oczywiście nie ma co demonizować i wątpić w rozsądek naszych miniatur, ale produkcje pokroju „Mój przyjaciel lis” to jednak krok w złym kierunku. A smoki są fajne, różnobarwne i równie prawdopodobne co Oscar dla Lindsay Lohan.

„Jak wytresować smoka” porusza też ważną kwestię różnic pokoleniowych i towarzyszącym im konfliktom. Chyba każdy z nas zmagał czy wciąż się zmaga z wyobrażeniami rodziców, ich pojęciem naszego dobra i brakiem zrozumienia naszej natury. Podkreślany brak dialogu jest szczególnie widoczny w scenie, kiedy ojciec Czkawki próbuje porozmawiać z synem przed wyprawą w morze. Rozmowa jest niezwykle drętwa, sztampowa i krępująca dla obu stron. Podstawowa różnica między Czkawką, a Meridą z filmu „Merida Waleczna” to fakt, że młody wiking liczy się z uczuciami innych, kiedy szkocka księżniczka ma ich po prostu w nosie. Dlatego łatwiej jest kibicować oswajaniu nieznanego niż odkręcaniu skutku totalnej głupoty.

Dobry wynik w box office uruchomił franczyzę, której kontynuację przyjdzie nam zobaczyć w przyszłym roku. Po czterech latach w kinach pojawi się „Jak wytresować smoka 2” i mam nadzieję, że nie podzieli losu „Uniwersytetu Potwornego”, który zapomniał do kogo właściwie ma być skierowany. Szkoda by było skompromitować tak dobry film, ze znakomitym scenariuszem i dopracowaną dramaturgią.







The Killer inside me/Morderca we mnie (2010), reż. Michael Winterbottom

Tytuł polski: Morderca we mnie
Tytuł oryginalny: The Killer inside me
Na podstawie: „Morderca we mnie”, Jim Thompson
Reżyseria: Michael Winterbottom
Scenariusz: John Curran, Michael Winterbottom
Zdjęcia: Marcel Zyskind
Muzyka: Melissa Parmenter, Joel Cadbury
Rok produkcji: 2010
Ocena: 4/6

The Killer Inside Me (2010) on IMDb(function(d,s,id){var js,stags=d.getElementsByTagName(s)[0];if(d.getElementById(id)){return;}js=d.createElement(s);js.id=id;js.src=”http://g-ec2.images-amazon.com/images/G/01/imdb/plugins/rating/js/rating.min.js”;stags.parentNode.insertBefore(js,stags);})(document,’script’,’imdb-rating-api’);

Przeglądając filmografię Michaela Winterbottoma, potrafię oprzeć się na 3 tytułach. Omawiany dzisiaj będzie czwartym. Ze zdumieniem przyjęłam fakt, że to on stoi za „9 songs”, który w moich oczach jest niedorzecznym wypaczeniem haseł o wolności artystycznej. Jednak jeden film nie może przekreślić całego dorobku, a „Morderca we mnie” chodził za mną od dłuższego czasu. Historia została oparta na klasyku kryminału z 1952 roku, który uważany jest za prekursora zabójcy inteligentnego, wyrafinowanego i okrutnego. Na Berlinale został wybuczany, a ja już nie próbuję zastanawiać się dlaczego.

Lata pięćdziesiąte, upalne południe Ameryki. Małe miasteczko, gdzie wszyscy się znają i wytworzyły się niepisane reguły współżycia społecznego. Skupiamy uwagę na niemal trzydziestoletnim Lou Fordem (Casey Affleck), zastępcą miejscowego szeryfa o powierzchowności miłego i prawego harcerzyka. Pod tą sympatyczną powłoką kryje się człowiek zdolny do zabicia z premedytacją. Jego życie oddziela maska, którą przywdziewa z konieczności bycia członkiem społeczności. Po jednej stronie czeka na niego narzeczona Amy (Kate Hudson), drugą wypełnia mu prostytutka Joyce (Jessica Alba). Ale zbrodnia wisi w powietrzu – zaplanowana, przemyślana i wreszcie gotowa do realizacji. Sęk w tym, że jak zaczniesz, to tego nie zatrzymasz i aby zahamować, musisz powstrzymać samego siebie.

Kate Hudson i Casey Affleck


Film jest piękny wizualnie. Scenografia, kostiumy, charakteryzacja po prostu lśnią w kadrze, który niesamowicie oddaje klimat dusznego, amerykańskiego południa. Pomijam, że lata 50. to jeden z moich ulubionych okresów pod względem designu. Możliwe, że te już wyidealizowane, pięknie skrojone obrazy mają być kontrastem dla wewnętrznej zgnilizny bohatera. W chwilach, kiedy robi to, co według siebie uważa za konieczne jest to szczególnie uderzające. Przemoc, szczególnie wobec kobiet, nie oszczędza widza i nie pozostawia ani skrawka dla wyobraźni. Ciosy są dosłowne, widoczne jak oaza w sercu pustyni, a reakcje ofiar czasem bardziej przerażające niż czyny Lou. Wtedy też na widza przychodzi otrzeźwienie, bo przyłapuje się na tym, że lubi tego psychopatę. Ja też.

Casey Affleck, brat Bena i przy okazji przyzwoity aktor. Nie mogłam się oprzeć kontemplacji nad podobieństwem między braćmi. Różnią się diametralnie, ale te niepozorne, kryjące się w mimice czy zachowaniu są moim zdaniem najcenniejsze. Skupmy się jednak na Lou Fordzie, który stanowił pewne novum, kiedy powieść Thompsona ujrzała światło dzienne. Affleck pokazał bohatera świadomego swojej natury oraz jej konsekwencji, ale nieumiejącego z tym walczyć. Nie ma co liczyć na pełne emocji rozterki pt. „jakim ja jestem potworem i brzydzę się sobą”, ale zimne i logiczne rozumowanie. Jakbyśmy patrzyli na dziadka Dextera Morgana z serialu „Dexter”.

Jessica Alba prawie nie wychodzi z łóżka


Rozczarowujące jest zakończenie, które krzyczy przez megafon: „nie mam pomysłu”. Z jednej strony pasuje do nastroju oraz pewnego oniryzmu tkwiącego i daje złudzenie snu wymykającego się twardym zasadom ram kompozycji. Z drugiej strony psuje wrażenie całości, która niepozbawiona wad, hakuje umysł za pośrednictwem zmysłów. Można machnąć ręką na dłużyzny, mętne kreacje Hudson i Alby, ponieważ za każdym czynem, sceną idzie ciekawość co będzie dalej. Nie chodzi tu o chore pragnienie oglądania przemocy, ale obserwację z pytaniem dokąd to wszystko prowadzi. Niestety prowadzi do nieudanego zakończenia. Za to przez kilka dni będzie chodzić piosenka Eddy’ego Arnolda „Shame on you”,  świetna czołówka oraz film o który jednak potrafi usiąść w głowie na kilka dni.

Casey Affleck


Submarine/Moja łódź podwodna (2011), reż. Richard Ayoade

Tytuł polski: Moja łódź podwodna
Tytuł oryginalny: Submarine
Na podstawie: „Submarine”, Joe Dunthorne
Reżyseria: Richard Ayoade
Scenariusz: Richard Ayoade
Zdjęcia: Erik Wilson
Muzyka: Andrew Hewitt
Rok produkcji: 2010
Dystrybutor: Gutek Film
Ocena: 4.5/6
Lubię debiuty, szczególnie wyrażające się w niepozornych filmach o ludziach. Żadne tam kamienie milowe w historii światowej kinematografii, naszpikowane uznanymi lub rozpoznawalnymi nawet w Burkina Faso nazwiskami. Z plakatu spogląda nastolatek w płaszczu krawacie. W dzisiejszych czasach prędzej zdobyłby opinię dziwaka, ekscentryka. Okazuje się, że w latach 80. było podobnie, przynajmniej według filmu zrealizowanego na podstawie powieści Joe’go Dunthorne’a. Kim jest ten przestraszony chłopak, o czym właściwie jest „Submarine” i dlaczego mimo wszystko mi się spodobał?
Trudno mi określić co jest wyjątkowego w Wielkiej Brytanii sprzed kilku dekad, że stanowi idealne tło dla opowieści o młodych ludziach. Czy to „Starter for ten”, „Billy Elliot” czy „Cemetery Junction” – widzimy inny design, modę oraz myślenie. Może Anglicy tracą wiarę w obecne pokolenie, gdzie padają niechlubne rekordy i za tym nieposzlakowana opinia? Takie hedonistyczne „Cherrybomb” dzieje się współcześnie, a zwyczajne”Cemetery Junction” już w latach siedemdziesiątych. Ktoś by tu nabrał mylnego wrażenia, że jestem obeznana w brytyjskim kinie, ale tak nie jest. Tak się złożyło, że z widzianych filmów wyszedł mi wniosek tego kalibru. Może podobnie jak część Polaków z rozrzewnieniem wspomina czasy Edwarda Gierka, Anglicy też idealizują minione czasy. Bo przecież dzisiejsza młodzież jest taka zepsuta, kiedy nas  anioły z miejsca do nieba wyrywały. To były inne czasy, inni ludzie.

„Submarine” to dziwny film. Nie, sam projekt Ayoade’a jest ciekawy, zajmujący i przepełniony brytyjską duszą. Dziwne jest spojrzenie Olivera Tate’a granego przez Craiga Robertsa. Niesamowity wytrzeszcz, zlęknione spojrzenie ukierunkowane… właśnie na co? Teraźniejszość, przyszłość, nadjeżdżający samochód? O ile wytrzeszcz świnki morskiej w „Opowieściach na dobranoc” miał niezaprzeczalny urok, w przypadku Tate’a myślałam o podaniu mu Prozacu lub założeniu okularów przeciwsłonecznych. To mi nieco skrzywiło odbiór i zarazem uczyniło go intrygującym.

Nasz bohater nie ma lekko. Oczytany, do głupich nie należy, ale nie cieszy się szczególną sympatią rówieśników, przeżywa pierwszą miłość, a na dodatek małżeństwo rodziców wisi na włosku. Państwo Tate (Sally Hawkins i Noah Taylor) to równie udane egzemplarze, potraktowane nieco grubszą kreską. Lloyd jest naukowcem przeżywający wieczną depresję i urozmaica życie Jill, swojej żonie, wypadami do kina na ambitne filmy. Ona z kolei zapięta pod samą szyję, zachowawcza i przygaszona. Nic dziwnego, że pojawienie się w sąsiedztwie rozrywkowego Grahama (Paddy Considine), w dodatku dawnego znajomego rodziców, zostaje uznane przez Olivera za zagrożenie. W tym czasie jego serce mocniej reaguje na widok Jordany (Yasmin Paige), która sama czyni pierwszy krok i spędza z naszym intelektualistą dużo czasu. Młody Tate chętnie by poszedł o krok dalej, w czym dopingują mu koledzy tonem kobieciarzy z wieloletnim doświadczeniem (ten motyw niemal zawsze mnie bawi, choć ograny do niemożliwości). W tym wszystkim nie doszukamy się romantycznych uniesień, pięknych deklaracji czy przemiany nieśmiałego chłopaka w zdolnego do wielkich gestów zakochanego. Za to mamy nieporadność, niepewność, niezdecydowanie, strach, kalkulacja i odrobina szaleństwa.

O czym w zasadzie jest ten film, co nowego przede mną otworzył? Poza sentymentalną wycieczką do własnej, choć spokojniejszej i zrównoważonej młodości, skąpaną w angielskich klimatach i z dobrą muzyką? Szukam jakiegoś klucza dla obranej konwencji (modląc się w duchu, że twórca nie wysyła mi znaków dymnych w postaci cytatów z filmów francuskiej Nowej Fali czy włoskiego neorealizmu), ale pozostaje mi pogodzić się z faktem, że pewnie czegoś nie dostrzegam. Może jako zwykły widz po prostu skupię się na własnych odczuciach i wrażeniach? Zaraz, zaraz… ja jestem zwykłym widzem. To jedziemy dalej.

Świat został przefiltrowany przez umysł Olivera. Jego nastoletnia burza emocji i reakcji, które poniewierają młodym umysłem została ujęta w różnorodnych odsłonach, co siłą rzeczy daje trochę zwichnięty obraz. Bunt, skłonność do wielkich deklaracji i aktów dramatyzmu. Te wszystkie „wielkie rzeczy”, o których część widzów zapomniała (a najczęściej idealizuje lub traktuje jako coś zabawnego), a część właśnie przerabia. Dziwnie się czułam nie tylko za sprawą zestresowanego spojrzenia Olivera, ale też przez odbierane emocje – ich chwiejność, intensywność i różnobarwność. Duża w tym zasługa nie tylko wyrazistych postaci i pozornie leniwej akcji, ale rozmaitych zabiegów i detali, które nadawały całości konkretnej formy. Historia została pokazana z pewnym przymrużeniem oka, naznaczona dawkami absurdu, dramatu i komizmu. Nie banalizuje i nie lekceważy ciężaru młodości, ale go podkreśla. Łagodny i trochę sentymentalny nastrój to zasługa stylowych kadrów i cudownych piosenek wykonywanych przez Alexa Turnera z Arctic Monkeys. Wciąż się wzbraniam przed włączeniem, bo najprawdopodobniej ukradną mi wiele godzin.

„Moja łódź podwodna” reprezentuje kino młodych nie tylko dla młodych. Nie płynie po smolistych nurtach rzeki zwanej dramat, oszczędza tonu eksplorowanego w adaptacjach prozy Sparksa. Nie grzęźnie też w mule zwanym komedią dla niewymagających. Richard Ayoade nakręcił osobliwą historię korzystając z bogactwa środków wyrazu i co najważniejsze – nie potraktował tematu obcesowo i stereotypowo. Do takich filmów jak ten po prostu chce się wracać, choćby myślami. Bo zakończenie tylko podniosło wartość „Submarine” w moich oczach.

Dabangg (2010), reż. Abhinav Kashyap

Tytuł: „Dabangg”
Reżyseria: Abhinav Kashyap
Scenariusz: Abhinav Kashyap, Dilip Shukla
Zdjęcia: Mahesh Limaye
Muzyka: Sajid-Wajid, Sandeep Shirodkar
Rok produkcji: 2010
Ocena: 3.5/6
Zanim rozpocznę radosną twórczość w związku z wrażeniami po filmie „Dabangg”, indyjskim hiciorze z 2010 roku – muszę przyjąć pewną tezę. Nikły procent osób, które tutaj trafiają posiada wolne od stereotypów pojęcie o indyjskiej kinematografii. Patrząc na Bollywood i sąsiednie ośrodki filmowe, przyjmujemy pozycję europocentryczną, bo w takim okręgu kulturowym zostaliśmy wychowani. Stąd specyficzne produkcje z Indii określamy jako arcy długie, roztańczone, łzawe melodramaty o szkodliwym natężeniu patosu i kiczu. Boom na bollywood w Polsce już minął, na co złożyło się kilka czynników. Z pewnością przyczynił się do tego repertuar, który w znacznej mierze utrwalał obiegową, niezbyt pochlebną opinię. To tak jakby wizerunek polskiego kina budować wokół komedii romantycznych wątpliwej jakości.

W czasie, kiedy my mamy wyższe mniemanie o sobie względem kina z Indii, ośrodek filmowy z Mumbaju (dawniej Bombaj) podobnie odnosi się do kinematografii południowych. Mowa w szczególności o dwóch bardzo prężnych ośrodkach w Andhra Pradesh (tollywood) i Tamil Nadu (kollywood), chyba najbardziej kojarzonych. Jasny obraz kina indyjskiego przedstawiła Marysia w swoim blogu, naprawdę warto się z nim zapoznać. Ostatnio to jednak historie z pogardzanego południa są remakowane i to w coraz większych ilościach – co szczególnie widać we wpisie u Marioli. „Dabangg” nie jest remakiem, ale próbą satyry, ujęcia znaków szczególnych w krzywym zwierciadle. Problem w tym, że nurt kina hirołsowego na południu jest tak absurdalne i charakterystyczne, że samo w sobie jest parodią. Oczywiście indyjskie południe to nie tylko komiczne i przekombinowane talenty waleczne hirołów, bollywood to nie tylko roztańczone i kiczowate historyjki (za jakiś czas dam temu dowód nie do podważenia), a polskie kino to nie tylko produkcje w stylu „Weekend” czy „Jeszcze raz”. Jednak wojna ze stereotypami to jak walka z wiatrakami.
Chulbul Pandey (Salman Khan) żył w cieniu swego młodszego brata Makhanchana (Arbaaz Khan, brat Salmana). Chłopcy mieli jedną matkę Nainę (Dimple Kapadia), ale innych ojców. Prajapati Pandey (Vinod Khanna), drugi mąż Nainy i ojciec Makhanchana ledwie tolerował pasierba. Po latach nasz bohater wstąpił do policji i nie myślcie, że uczynił to by szerzyć sprawiedliwość i walczyć z uciskiem. Pandey jest uroczo skorumpowany, który łapie przestępców i wypuszcza za kasę. W czasie jednego z pościgów spotyka śliczną Rajjo (niesamowicie magnetyczna Sonakshi Sinha), czas zatrzymał się w miejscu, muzyka zaczęła grać. No co, trzeba się żenić. W tym czasie Makhanchan, totalny jełop i niezguła, zakochał się w biednej dziewczynie, a ojciec nie chce o tym słyszeć. Żeby nie było za różowo, to ostatnie zwinięcie kasy przez Chulbula poważnie wkurzyło Cheddiego Singha (Sonu Sood).
Jeżeli chcecie liznąć choć trochę ową konwencję w małej pigułce, to „Dabangg” powinno być dobrym filmem instruktażowym. Mam na swoim koncie kilkadziesiąt filmów z południa, ale popełniłam owy błąd, że za dużo wśród nich było hirołsowego mordobicia. A sceny walki są kompletnie odjechane, wypaczają do granic prawa fizyki i czynią to z nieprawdopodobną bezwstydnością. Pomijam fakt, że kopiowanie, inspirowanie i zapożyczanie jest na porządku dziennym i ktoś wypatrzył skopiowanie sceny walki z  „Sherlocka Holmesa”. To ma swój urok, ale powinien być dawkowany w rozsądnych odstępach czasu. 
Na oddzielną uwagę zasługuje Salman Khan, aktor który nie potrafi grać, ale ma talent do umilania mi seansów. W Indiach mamy trzech wielkich Khanów: Salmana, Aamira (zwany też perfekcjonistą, ale moim zdaniem to aktor co najwyżej dobry) oraz Shahrukha (no cóż, król bollywoodu – doszedł do tego bez koneksji rodzinnych). Wszystkich panów łączy rok urodzenia oraz ciągłe pogłoski o poróżnieniach między nimi. Dzisiejszy bohater z początku mnie denerwował, ale z czasem znalazłam przyjemność w obserwowaniu jego bytności na ekranie. Póki Khan gra na poważnie i w przeczuciu, że Oscar to dla niego za mało – po prostu się rozpływam. Zabrakło mi tego w „Dabangg”, ponieważ Salmanowi, zwanemu też Sallu, zechciało się nabrać dystansu do własnej osoby – czar prysł, a film zamiast bawić na poziomie guilty pleasure – miejscami naprawdę męczył.
W zasadzie nie powinnam być zdziwiona, bo dużo filmów odnoszących sukcesy w Indiach – mnie niespecjalnie grzeją. Ciekawostką pozostaje jednak osoba reżysera, gdyż nazwisko mówi mi bardzo wiele, ale imię już nic. Abhivav Kashyap jest bratem Anuraga, jednego z najciekawszych i najbardziej wyrazistych reżyserów indyjskich. Na filmy Anuraga czeka się tak jak na produkcje Allena, Almodovara czy Eastwooda. Abhinav na szczęście szuka innej drogi czego dowodem jest omawiany „Dabangg”. Nawet teraz nie przychodzi mi do głowy by porównywać dorobek braci, który choć dotyczy jednej perspektywy to jednak patrzy w inne strony.
Film z pewnością nie nadaje się do sprowadzenia na polski rynek, to jest kino dla tych co lubią takie klimaty –  a nie każdy z miejsca wczuje się w estetykę, miejscami naprawdę siermiężną. Nawet ja cudem zdzierżyłam piosenkę „Munni”, gdzie Malaika Arora prezentowała swoje walory, także taneczne. Nie bawiłam się tak dobrze jak oczekiwałam, ale w ogólnym rozrachunku Kashyap nakręcił sprawny film w stylu południowym. Aby sparodiować i jednocześnie uniknąć chamskiego wyśmiewania – trzeba niebywałego talentu. Już wspominałam, że produkcje nurtu hirołsowskiego są bardzo absurdalne, ale marzy mi się trzeźwe spojrzenie na to kino, które zaowocuje naprawdę solidną komedią wytykającą te właśnie urocze bzdury.
„Zaklęta w sokoła”… tfu… Salluś ^^

Cemetery Junction (2010), reż. Ricky Gervais, Stephen Merchant

Tytuł oryginalny: „Cemetery Junction”
Reżyseria: Ricky Gervais, Stephen Merchant
Scenariusz: Ricky Gervais, Stephen Merchant
Zdjęcia: Remi Adefarasin
Muzyka: Tim Atack
Rok produkcji: 2010
Ocena: 5/6
Ricky Gervais to brytyjski komik, który szerokiej publiczności objawił się dzięki serialowi „Office” (mówimy o wersji brytyjskiej, w amerykańskiej tę samą rolę grał Steve Carell) oraz jako gospodarz ostatniej gali wręczenia Złotych Globów. Dowcip Anglika dla wielu okazał się zbyt kontrowersyjny, że już pewnie mało kto pamięta zwycięzców. Za to pobłogosławiony przez św. Aspergera gospodarz gali nieprędko zostanie zapomniany. Mało kto zdaje sobie sprawę, że to człowiek, który czepia się wszystkiego: scenariusza, produkcji, dubbingu, aktorstwa oraz reżyserii. Wspólnie ze Stephenem Merchantem, który maczał palce przy poprzednich projektach i o dziwo ma na swoim koncie nagrody – pokazali, że umieją tworzyć niezłe kino. „Cemetery Junction” jest tego dobrym przykładem.
Wielka Brytania, rok 1973, jakieś zapyziałe miasteczko bez większych perspektyw. Trójka przyjaciół: Freddie (Christian Cooke), Bruce (Tom Hughes) i Snork (Jack Dodlan) wiedzie żywot dość beztroski, pełen głupich numerów. Kiedy pierwszy z nich chce zmienić swoje życie, coś osiągnąć i podejmuje się pracy akwizytora agencji ubezpieczeniowej, pozostali siłą rzeczy muszą spojrzeć na swoje życie bardziej krytycznie. Bruce hoduje w sobie brak szacunku dla ojca, który pozwolił matce odejść i na dodatek nie spuścił łomotu tamtemu facetowi. Podświadomie nadrabia ten dyshonor imprezując i wszczynając burdy. Cela miejscowego komisariatu to jego drugi dom. Z kolei Snork stanowi esencję sympatycznego nieudacznika, który zawsze coś palnie i wygląda przy tym jakby szukał rozumu. Zbieranina charakterystyczna, ale naprawdę ze sobą zżyta bez względu na procentowy udział wad i niedoskonałości. 
Freddie jest podniecony wizją pracy u Pana Kendricka (Ralph Fiennes). Chce osiągnąć w życiu coś więcej niż etat w miejscowej fabryce obróbki metalu. Pragnie dobrych zarobków, domu oraz bajeranckiego auta. Pokazowe przyuczenie do zawodu przez Mike’a Ramsay’a (Matthew Goode) robi na nim wrażenie, ale też lekko zapala ostrzegawczą lampkę. Przypadkowe spotkanie ze szkolną miłością, Julie (Felicity Jones) – córką szefa i narzeczoną Ramsay’a otwiera drzwi do weryfikacji własnych pragnień oraz wizji przyszłości. Obserwując nowe środowisko, dostrzega z pozoru nieistotne rysy, które dla jego wrażliwości i empatii są niczym przepastne wyrwy.

Gervais i Merchant nakręcili ciekawe, niegłupie i zabawne kino o młodych ludziach szukających swojego miejsca w życiu. Bardzo dobitnie pokazują, że o naszej przyszłości decydujemy my sami, musimy tylko znaleźć tę odwagę by wyrwać się z impasu i wziąć byka za rogi. Z tym bym lekko polemizowała, bo nawet najlepsze chęci mogą skończyć jako kaleki w starciu z brutalną rzeczywistością. Jednak podszyty charakterystycznym, lecz trzymanym w ryzach humorem przekaz, potrafi zarażać entuzjazmem i odważniejszym myśleniem. Bardzo wyrazistym i na szczęście nie karykaturalnym jest wątek roli kobiety. Mamy niezwykle konserwatywne podejście Pana Kendricka i pełną marzeń o samorealizacji Julie, jego córkę. Przyznam, że czasem ulatywała mi świadomość, że akcja dzieje się na początku lat siedemdziesiątych. Dlatego chwilę mi zajęło pojęcie tekstu: „Przestań słuchać tych pedziów (chodziło o muzykę klasyczną), puść Eltona Johna”. Muzyczna strona „Cemetery Junction” to przyjemność dla uszu. Oprócz Eltona Johna, nie zabrakło Led Zeppelin, Davida Bowie czy Roxy Music. Lubię, kiedy muzyka nie stanowi jedynie tła, ale też swoją obecnością nie przytłacza filmu.

Reżyserowie postawili zarówno na młode, niezbyt opatrzone twarze jak i wypracowane nazwiska. Młoda czwórka zdominowała pierwszy plan, ale na szczególną uwagę zasługuje Tom Hughes. Niezwykle wyrazisty, zdolny i przykuwający uwagę. Zagrał postać dość szorstką, zgorzkniałą, ale intrygującą. Z kolei Christian Cooke niewiele mu ustępuje, szczególnie w scenach obserwacji – na jego twarzy emocje, odczucia rysują się niezwykle naturalnie. Jack Dodlan sprawia wrażenie takiej ciamajdy, że muszę zobaczyć go w normalnej roli, by orzec o jego talencie. Mogę jedynie stwierdzić, że idiotę zagrał koncertowo, a wiarygodność w takich kreacjach jest naprawdę trudna do osiągnięcia. Felicity ujęła mnie w „Opactwie Northanger” więc trudno mi o dystans dla wiarygodności moich zachwytów.
Ralph Fiennes, Matthew Goode, Emily Watson oraz Ricky Gervais stanowią świetny, charakterystyczny drugi plan. Jako aktorzy o określonym dorobku, wieloletnim doświadczeniu i niewątpliwej charyzmie – nie próbowali nawet zdominować głównych bohaterów. Inna sprawa, że pierwszy plan nie daje sobie w kaszę dmuchać i potrafi samodzielnie nieść film i absorbować większość uwagi widza. Do tego potrzeba jednak dobrego scenariusza oraz błyskotliwych, trafnych, złośliwych i czasem głupich dialogów.

Jeżeli macie ochotę na lekkie, brytyjskie, osadzone w latach siedemdziesiątych kino – śmiało włączajcie „Cemetery Junction”. Przy okazji dowiecie się dlaczego Noddy ma dzwoneczek na czapce.

Felicity Jones, Christian Cooke, Tom Hughes i Jack Dodlan

Aashayein (2010), reż. Nagesh Kukunoor

Tytuł: „Aashayein”
Reżyseria: Nagesh Kukunoor
Scenariusz: Nagesh Kukunoor
Muzyka: Salim – Suleiman
Rok produkcji: 2010
Ocena: 4.5/6

Podczas tego seansu towarzyszyły dwoiste uczucia, obydwa otulały niczym ciepła kołderka w ponury wieczór. „Aashayein” („Nadzieje”) traktując o życiu i śmierci, wywołał we mnie lawinę wrażeń, których bardzo potrzebowałam. Inny rodzaj emocji wzbudził certyfikat wydawany przez Central Board of Film Certification, który poprzedza każdy indyjski film. Najpierw mimowolnie pojawił się szeroki uśmiech na twarzy,  potem spłynęły wspomnienia z czasów, kiedy filmy made in India były chlebem powszednim. Tak, chyba brakowało mi tego świata. Film Nagesha Kukunoora był przeze mnie mocno wyczekiwany, jeszcze przed wielomiesięczną przerwą od bollywoodu itp. Z początku premiera została wyznaczona na czerwiec 2008 roku, potem na wrzesień, listopad… Nagle producenci stwierdzili, że nie tego oczekiwali, jakby Kukunoor dotąd kręcił kolorowe i bzdurne komedyjki. Wreszcie film ujrzał światło dzienne w sierpniu 2010 roku. 

Rahul (John Abraham) jest nałogowym hazardzistą, wystawiającym na wieczną próbę cierpliwość swojej dziewczyny Nafisy (Sonal Sehgal). W końcu szczęście się do niego uśmiechnęło zasilając jego konto pokaźną kwotą z wieloma zerami. Ledwie zdążył podzielić się radością z przyjaciółmi i oświadczyć ukochanej, trafia do szpitala. Wyrok brzmi: rak płuc i trzy miesiące życia. Nie chcąc być ciężarem dla bliskich, w tajemnicy udaje się do hospicjum. Tam poznaje pyskatą i żywiołową Padmę (Anaitha Nair). Tam nie tylko odzyskuje wewnętrzną równowagę, ale odradza się w nim chęć życia.
„Aashayein” nie jest filmem idealnym, ale wycisnął ze mnie wiele emocji. Gdyby usunąć wstawki fantastyczne, które były projekcją marzeń Rahula, praktycznie nie miałabym się do czego przyczepić. Z jednej strony odsączały film ze zbyt ciężkiego nastroju i miały swój urok, to z perspektywy czasu uważam je za zbędne. Film ogląda się przede wszystkim dla duetu Johna i Anaithy oraz wyczucia reżysera. Relacje Rahula z Padmą są słodko – gorzkie, intensywne i niełatwe. On zdążył zasmakować życia, kiedy ona ledwo go dotknęła i przed śmiercią pragnie wyrwać z niego jak najwięcej właśnie dzięki Rahulowi. Kukunoorowi udało się uniknąć pułapki patosu i taniego moralizatorstwa w stylu „życie jest piękne”. Nie szantażuje widza widokami chorych i umierających, by ten zaczął mieć wyrzuty sumienia, że chodzi zdrowy i sprawny. Pensjonariusze hospicjum to zbieranina ciekawych typów i doświadczeń, zresztą w obliczu śmierci wszyscy jesteśmy równi. 
Film wybrałam głównie przez wzgląd na Johna Abrahama oraz podjętą tematykę. Indyjski aktor przeszedł długą drogę od kariery modela do statusu aktora z pierwszej ligi Bollywood. „Aashayein” przypomniał mi jak bezbłędny jest w scenach fizycznego cierpienia, trudnych emocjonalnie – wręcz obnażających. Już w „New York” Khabira Khana wbił mnie w fotel scenami, gdzie grany przez niego bohater był przetrzymywany i torturowany. Niewiele ustępowała mu młodziutka Anaitha Nair, którą miałam możliwość zobaczenia tylko w „Chak de! India” – aktorka zdecydowanie zasługuje na uwagę.
Zanim spytacie, czy tam tańczą i śpiewają, odpowiem, że nie do końca. Widz z pewnością nie uświadczy radosnych, roztańczonych teledysków wciśniętych w fabułę zupełnie od czapy. Muzyka odgrywa w nim ważną rolę, ale poza jednym utworem, pozostaje w tle. W piosence „Ab mujhko jeena”, skomponowanej przez duet Salim – Suleiman, pojawia się gościnnie Shreyas Talpade, który zagrał w innym filmie Kukunoora – „Iqbal”. Z jednej z piosenek tegoż filmu wywodzi się tytuł omawianego filmu.
Odwyk od kina indyjskiego dobrze mi zrobił. Swego czasu czułam przesyt i zmęczenie – częściej trafiałam na produkcje przeciętne niż reprezentujące kawał świetnego kina. Teraz po „Aashayein” odetchnęłam z ulgą i mam ochotę na więcej. Trzeba tylko zakasać rękawy i oddzielić te warte uwagi, od oglądalnych głównie pod wpływem procentów. Bez obaw, nie ma mowy o monotematyczności, ale warto przełamywać monopol Zachodu.

John Abraham

Another Year/Kolejny rok (2010), reż. Mike Leigh

Tytuł polski: „Kolejny rok”
Tytuł oryginalny: „Another year”
Reżyseria: Mike Leigh
Scenariusz: Mike Leigh
Muzyka: Gary Yershon
Rok produkcji: 2010
Ocena: 6/6

Mike Leigh to jedno z tych nazwisk, które wstyd nie znać, a ja w owym blamażu tkwiłam zaskakująco długo. „Kolejny rok” jest moim drugim po „Happy-go-lucky” spotkaniem z brytyjskim reżyserem. Nie byłam w stanie zobaczyć „Very Drake”, ale po ostatnim filmie Leigha odczuwam swoisty głód jego filmów. Jego filmy oraz wrażliwość są doskonałą odtrutką na kolorowe, pięknie obsadzone i rozrywkowe produkcje. Leigh tworzy kino o ludziach, których często mijamy na ulicy – zwyczajnych, bez spektakularnych osiągnięć, mających swoje problemy i radości. Po zarażającej optymizmem Poppy z „Happy-go-lucky”, przyszła pora na portrety ludzi rozgoryczonych i samotnych. Chyba tylko Leigh potrafi mnie tak przyszpilić do ekranu pokazując życie bez upiększeń, dozą naturalizmu i czyniąc je drogocennym i wzruszającym.

Opowieść toczy się wokół kochającego się i zgranego małżeństwa. Tom (Jim Broadbent) i Gerri (Ruth Sheen) pracują zawodowo, uprawiają działkę i czekają aż jedynak Joe (Oliver Maltman) znajdzie sobie dziewczynę. W ich życiu nie brakuje przyjaciół i znajomych – niemal ciągle ktoś ich odwiedza. Najczęstszym gościem wydaje się być Mary (Lesley Manville) – rozwódka, która nie może ułożyć sobie życia. Zakłada maskę zadowolonej z życia singielki, która nie została idealnie skrojona – zaczyna się zsuwać, uwierać i przekrzywiać. Oszukuje samą siebie, że nie jest taka stara, że między nią a synem Gerri coś iskrzy. Mary szuka miłości i akceptacji, ale w swej desperacji jest nachalna, żałosna i nieprzewidywalna. Jednak wzbudza garść sympatii i w głębi ducha pragnie się by ta urocza, ale kosmicznie nieszczęśliwa kobieta znalazła swój kawałek szczęścia. Lesley Manville zdominowała cały film, co na tle pozostałych kreacji aktorskich  – w tym Davida Bradleya (Ronnie) oraz Petera Wrighta (Ken) jest sporym wyczynem. Naprawdę nie rozumiem braku nominacji do Oscara dla brawurowej i przejmującej kreacji aktorskiej – Manville jest wręcz genialna.

Warto jednak napomknąć o stylu pracy Leigha. Przyswoił sobie metodę amerykańskiego reżysera Johna Cassavetesa, której istotą jest dokładna interpretacja osobowości bohatera oraz interakcji z pozostałymi postaciami. Za „Kolejny rok” Mike Leigh został nominowany do Oscara w kategorii najlepszy scenariusz oryginalny, co w sumie jest trochę zabawne. Kiedy rozpoczynają się zdjęcia, scenariusz owszem istnieje, ale w wersji bardzo ogólnej. Reżyser mobilizuje aktorów do improwizowania, budowania ról i tym samym sięgania do własnej puli doświadczeń. Dlatego nie zobaczymy tekturowych standów snujących się po ekranie z zastygłym wyrazem twarzy. Dlatego nie jesteśmy w stanie pozostać obojętni na rozgoryczenie ludzi, którzy nie są w stanie zaakceptować siebie i własnego życia – chociaż ciśnie się na usta stwierdzenie: „to twoje życie, ty dokonywałeś wyborów”. Dlatego zadajemy sobie pytanie – „czy mnie też to czeka?”.

Uwielbiam takie filmy, które poruszając trudny, często zamiatany pod dywan temat, czynią to bez patosu, moralizatorstwa i artystycznego zadęcia. „Kolejny rok” to rewelacyjne kino obserwacji, które pokazuje nam prawdziwych ludzi, których często nie dostrzegamy mając ich w zasięgu wzroku. Tom i Gerri sprawiają wrażenie światła, które jak ćmy przyciąga pokiereszowanych przez życie bohaterów. W pierwszej scenie bohaterka grana przez Imeldę Staunton cierpi na bezsenność, ale zostaje wysłana na psychoterapię. Ostatnia scena jest wymowną klamrą spinającą całość. Ciekawa jestem ile osób po obejrzeniu „Kolejnego roku” dostrzeże tkwiący w nich problem i przyznają się przed samymi sobą, że potrzebują pomocy? Przed seansem oczekiwałam czegoś zupełnie innego,  a otrzymałam przejmujące studium samotności i zarazem ciepłe i bezpretensjonalne kino z naciskiem na aktorstwo z wysokiej półki.

Lesley Manville i Ruth Sheen

PS. Ostatnio da się zauważyć niemały zastój. Brak mi energii, mam wrażenie, że wokół mnie krążą dementorzy i odbierają mi chęć na cokolwiek. Nie, nie mam depresji, ale aura pogodowa skutecznie kurczy pokłady energii. Mam nadzieję, że ten stan nie potrwa długo, bo zaległości zaczynają mnie poważnie wkurzać.

Blue Valentine (2010), reż. Derek Cianfrance

Tytuł: „Blue Valentine”
Reżyseria: Derek Cianfrance
Scenariusz: Joey Curtis, Derek Cianfrance, Cami DeLavigne
Muzyka: Grizzly Bear
Rok produkcji: 2010
Ocena: 5.5/6

Na „Blue Valentine” (tytuł zaczerpnięty z albumu Toma Waitsa z 1978 roku) czekałam nie tylko przez wzgląd na obsadę, ale nastrój w jaki wprawił mnie zwiastun. Pełno w nim było nostalgii oraz czegoś nieodwracalnego. Niesamowity plakat, intymny lecz trochę oszukujący – przeciętny widz chce zobaczyć wzniosłą historię miłosną, ale nie będzie przygotowany na przygnębiające klimaty. Derek Cianfrance poświęcił wiele lat na realizację tego filmu. W 2006 roku scenariusz wygrał w konkursie Crysler Film Project i tym samym milion dolarów na realizację. Pierwotnie zdjęcia miały się odbyć wiosną 2008 roku, ale z powodu śmierci Heatha Ledgera, byłego partnera Michelle Williams, zostały przesunięte. Brano pod uwagę zmianę aktorki, ale ostatecznie zaniechano tego pomysłu i rok później ekipa zebrała się na planie. Williams i Gosling stworzyli intensywne i niejednoznaczne kreacje aktorskie, a „Blue Valentine” stał się filmem, którego nieprędko wyrzucę z pamięci.

Cindy (Michelle Williams)  i Dean (Ryan Gosling) są małżeństwem z kilkuletnim stażem, wychowujący jedynaczkę Frankie (Faith Wladyka). Ona jest pielęgniarką w miejscowym szpitalu, poważnie traktująca życie i znająca smak ambicji aż za dobrze. On jest jej totalnym przeciwieństwem – lekkoduch parający się zawodem budowlańca, który chętnie zaczyna dzień od browarka. Dobrze jest jak jest, a wszelkie próby zmian rodzą w nim ciemną, apodyktyczną naturę. Od razu widać, że między wciąż młodymi ludźmi nie układa się dobrze – rutyna, zbytnia pewność, brak szczerości i chowanie uraz dawno osiągnęły stadium trudno wyleczalnego nowotworu. Chciałoby się powiedzieć, że wiedzieli w co się pakowali i tutaj wkraczają na scenę fragmenty przeszłości kręcone Super 16 mm – bardziej surowe, chropowate. Wtedy byli inni. Młodsi, zakochani i pełni wiary w szczęśliwą przyszłość.
O umiejętnościach aktorskich i wszechstronności Ryana Goslinga przekonałam się dawno. Nie będę oryginalna pisząc, że intensywnością emocji przekazanych w „Pamiętniku” pozostawił mnie niemal bez słów. Wcześniej zasłynął tytułową rolą w „Fanatyku” i nagrodzoną nominacją do Oscara za „Szkolny chwyt”, których nie miałam okazji zobaczyć. Jednak wspominając „Słaby punkt”  i „Miłość Larsa”, wiem, że mogę liczyć na kawał dobrego kina. Obserwując Deana w „Blue Valentine” nie mogłam się nadziwić jak naturalnie mu przychodzi pokazanie tej samej postaci w dwóch rzeczywistościach. Kiedy poznaje Cindy i zaczyna z nią flirtować jest uroczy, zabawny i gotowy na wiele w imię uczucia. Po latach widzę lekko łysiejącego budowlańca z syndromem wiecznego dziecka wywołującego dość negatywne emocje. 

Z obsady „Jeziora marzeń” to Michelle Williams robi największą karierę, a aktorsko wyprzedziła kolegów z planu o lata świetlne. James Van Der Beek praktycznie nie wychodzi poza ramy telewizyjnych projektów. Joshua Jackson bryluje w serialu s-f „Fringe” i od czasu do czasu zagości w jakimś horrorku. Katie Holmes zasłynęła bardziej jako matka Suri Cruise niż aktorka. Tylko Michelle Williams może pochwalić się ciekawą i różnorodną filmografią. Za rolę Cindy została nominowana do Oscara i pokazała, że jest dojrzałą oraz odważną aktorką – film zyskał kategorię „R” ze względu na niemaskowane sceny seksu. Jej postać pragnie od życia czegoś więcej, ale żyjąc w cieniu toksycznego męża powiela schemat rodzinny od którego chciała uciec. 

„Blue Valentine” to obraz rozpadu związku od wewnątrz. Nie potrzeba zdrady, ingerencji osób trzecich by to co z początku było piękne i wspaniałe, przemieniło się w totalne przeciwieństwo. Piętrzące się problemy, rutyna i niedostrzeganie potrzeb partnera z czasem tworzą mur nie do przeskoczenia. Jemu jest dobrze jak jest i nie chce widzieć, że z tej miłości niewiele zostało. Ona z kolei powstrzymuje się przed nienawiścią do Deana, który przestał w niej widzieć kobietę. Miłość powoli wygasła, a jej miejsce zajęło przyzwyczajenie i strach. Dean i Cindy osiągnęli poziom, w którym próba ratowania małżeństwa jest z góry skazana na porażkę. Wina nie leży tylko po jednej stronie, bo łatwo sobie odpuścić, kiedy jeszcze nie wszystko stracone. 

Filmu długo nie będę w stanie zapomnieć nie tylko dzięki świetnemu duetowi Williams i Goslinga, ale zdjęciom nadającym historii wyrazistości. Niski budżet i poważny temat niemal gwarantują ciekawe rozwiązania. Sceny z przeszłości zostały nakręcone kamerą Super 16 mm charakterystyczną dla produkcji niskobudżetowych czy reporterskich. Wyraźnie oddzielają się od scen współczesnych kręconych bardziej nowoczesną techniką RED – intensywniejsze barwy podkreślały duszność i toksyczność relacji głównych bohaterów. Przeszłość wydaje się lżejsza, nieskażona problemami nie do udźwignięcia, odległa.
Dzięki filmowi Cianfrance’a odkryłam tożsamość piosenki, która wiele lat temu mnie prześladowała. W „Blue Valentine” przewija się seria piosenek świetnie podłożonych pod poszczególne sceny, ale i tak wszystkie przyćmiła „We belong” Pat Benatar, którą wieki temu zgrałam z radia na kasetę. 

Przed obejrzeniem „Blue Valentine” wzbraniałam się przed seansami trudnymi emocjonalnie, poruszającymi niezbyt wesołe aspekty ludzkiego życia. Wraz z napisami końcowymi poczułam spokój i pogodzenie się  z nieuniknionym. Chyba jestem gotowa na spotkanie z „Rabbit hole” czy „The Fighter” oraz innymi antyrozweselaczami. „Blue Valentine” to kawał świetnego niskobudżetowego kina, gdzie młodzi i utalentowani aktorzy dają popis aktorstwa wysokiej próby. Z pewnością trzeba trochę doświadczyć, zaobserwować i przede wszystkim mieć nastrój na takie kino. Mnie trochę zajęło nim poczułam gotowość, ale całość przeszła moje oczekiwania.

Faith Wladyka i Ryan Gosling

Flipped/Dziewczyna i chłopak – wszystko na opak (2010), reż. Rob Reiner

I na coś przydał się seans „Jestem numerem cztery”, który doczekał się stosownego wpisu na blogu. To nie Alex Pettyfer okazał się intrygujący, ale jeszcze mniej znany Callan McAuliffe. Nie mogło być inaczej, musiałam zobaczyć z nim coś jeszcze i tak trafiłam na film Roba Reinera z akcją osadzoną w latach sześćdziesiątych. Przyznam się, że dopiero po seansie sprawdziłam co kryje się w dorobku reżysera – imponujące tytuły, a z tych co widziałam – same lubiane. Co się oszukiwać. Kiedy byłam zdana na telewizję, ciężko było zdobyć usystematyzowane dane. I tak dobrze, że kojarzyłam tytuły i aktorów. W końcu takie tytuły jak „Kiedy Harry poznał Sally”, „Ludzie honoru”, „Narzeczona dla księcia” czy „Misery” mówią same za siebie. Tym razem Reiner wziął na warsztat powieść Wendelin Van Draanen, wydaną w Polsce przez wydawnictwo „Galeria Książki”. Już wiem, że koniecznie muszę ją przeczytać. Nie żałuję, że pierwszy był film, bo młodzi aktorzy spisali się fantastycznie.
Poznali się jako sześciolatki. On wprowadzał się z rodziną do nowego domu, ona mieszkała na przeciwko i z miejsca straciła dla niego głowę. Od Julii Baker (Madeline Carroll) nie sposób się uwolnić – nachalna i ekscentryczna. Przez pierwsze lata Bryce Loski (Callan McAuliffe) marzy o tym, aby się od niej uwolnić. Dopiero w ósmej klasie coś się zaczyna zmieniać. Kiedy ona chce, on od niej ucieka. Kiedy jemu zaczyna zależeć, nie zostanie przyjęty z otwartymi ramionami.
Akcja właściwa rozgrywa się w Ameryce lat sześćdziesiątych – mojej ulubionej epoce. Rodziny głównych bohaterów  reprezentują dwa światy. Steven (Anthony Edwards) i Patsy Loski (Rebecca De Mornay) obrazują zamożną klasę średnią rodem z „Miasteczka Pleasantville”. Bryce nie jest jedynakiem, los ich obdarzył starszą córką Lynettą (Cody Horn) stanowiącą esencję radosnej nastolatki tamtych czasów. Jest jeszcze Chet Duncan (John Mahoney), dziadek bohatera. Niby jest wszystko ładnie, dostatnio i szczęśliwie, ale prawda jest zgoła inna. Steven posługując się stereotypami, szuka pretekstów by wyrazić swoją wyższość i tym samym podbudować sobie ego człowieka sukcesu. Ja mam ładny, zadbany trawnik, a ci niechluje z naprzeciwka nawet nie zrobią ze swoim porządku… Z czasem wychodzi, że jest zgorzkniały i osamotniony na swoim posterunku, ale przecież jest głową rodziny. Inaczej się ma sprawa z rodziną Bakerów, „niechlujami z naprzeciwka”. Nie narzekają na nadmiar pieniędzy, ale z pewnością nie brakuje im miłości. Trina (Penelope Ann Miller) stara się prowadzić dom na miarę możliwości, Richard (Aidan Quinn) ma duszę marzyciela i maluje piękne krajobrazy. Starsi bracia Julii, Mark (Michael Bolten) i Matt (Shane Harper) swoją przyszłość wiążą z muzyką. Dwa różne światy, ale w każdym znajdziemy odcienie szarości.
Skupmy się na głównych bohaterach. Julia jest dziewczyną mądrą, charakterną, ale przede wszystkim wrażliwą. Jej postrzeganie świata i odwaga bycia sobą czynią z niej dziwaczkę i przekleństwo Bryce’a. Madeline Carroll jest po prostu niesamowita, podobnie jak odtwarzająca młodszą wersję Julii Morgan Lily (pamiętacie pierwszą scenę z „Kobiety pragną bardziej”?). Na początku swego uwielbienia dla młodego Loskiego jest komiczna, ale kiedy zaczyna krytyczniej spoglądać na obiekt swoich uczuć, jej postać nabiera ciekawszego wymiaru. Nie mniej ciekawy jest Callam McAuliffe, który utwierdził mnie w przekonaniu, że nie bez powodu zwrócił moją uwagę we wspominanym na początku filmie. Świetnie sportretował chłopaka o dobrych intencjach, ale zbyt tchórzliwego by postawić się ogółowi i pozostać sobą. Chwilami ma się ochotę mu współczuć, czasem rozszarpać. Jednak nie sposób nie kibicować młodym, którzy mimo różnic świetnie do siebie pasują.
Kiedy myślę o „Dziewczynie i…” widzę przede wszystkim ciepły, spokojny, romantyczny z nutą sentymentu. Bardzo przypadła mi do gustu dwuosobowa narracja. Raz widzimy wydarzenia z perspektywy Julii, raz oczami Bryce’a. Scenarzystom udało się zachować równowagę między każdymi segmentami. Nawet jeśli jedna sytuacja jest pokazywana z dwóch stron, to one wzajemnie się dopełniają i nie ma mowy o nudnym powtórzeniu. Nie można zapomnieć o cudnych, skąpanych w ciepłych barwach zdjęciach oraz scenografii i kostiumach z okresu. Jak wspominałam uwielbiam filmy z akcją umiejscowioną w latach sześćdziesiątych, szczególnie moda i wzornictwo tamtego okresu jest mi bardzo bliskie. W filmie Reinera czuć osobisty sentyment do tych czasów, nie da się zignorować pozytywnych emocji ziejących z ekranu. „Dziewczyna i chłopak…” okazał się być idealnym balsamem dla duszy. Z pewnością niebawem do niego wrócę.
Callan McAuliffe i Madeline Carroll

The Green Hornet (2010), reż.Michel Gondry

Kocham kino, naprawdę. Przemawia do mnie wieloma językami, niczym wehikuł czasu przenosi w odległe miejsca i czasy, ale przede wszystkim opowiada niezłe historie. Jednak ta miłość nie jest w stanie zamydlić oczu i niestety zdarzają się filmy słabe, złe czy nijakie. Pamiętam jak pierwszy raz zobaczyłam trailer do „The Green Hornet” zastanawiając się gdzie u licha się podział Ryan Reynolds. Olśnienie nie przyszło tak szybko, bo o ile o kręceniu „Green Lanthern” jest głośno od samego początku, tak przygody Zielonego Szerszenia skryły się w cieniu. Do niedawna nie miałam pojęcia o istnieniu tego bohatera, który zdobył rozgłos dzięki słuchowiskom radiowym w latach trzydziestych ubiegłego stulecia. Komiks pojawił się później oraz nieodzowne ekranizacje. W serialowej adaptacji z lat sześćdziesiątych zagrał Bruce Lee. Wersja Gondry’ego to film poprawny, co kinie rozrywkowym oznacza niemal nijaki.
Brit Reid (Seth Rogen) prowadzi hulaszcze życie dzięki zasobnym kontom bankowych ojca Jamesa (Tom Wilkinson), właściciela „The Daily Sentinel”. Niczym playboy imprezuje, zarywa panienki by rano wypić filiżankę najwspanialszej kawy na świecie. Nigdy nie był w dobrych stosunkach ze swoim ojcem, nawet po jego nagłej śmierci nie jest w stanie uwolnić się od złych emocji. Cała fortuna oraz funkcjonowanie gazety spada na jego głowę – zupełnie nie wie co robić. W końcu zainteresował się tajemniczym Kato (Jay Chou), który przyrządza jego ulubioną kawę i tak zaczyna się właściwa część filmu. Brit jedzie zrobić jedną głupią rzecz i odkrywa bezcenny potencjał nowego przyjaciela. Obaj dadzą się we znaki nie tylko zespołowi „The Daily Sentinel”, ale również lokalnemu mafiosowi Chudnofsky’emu (Christoph Waltz).

To kolejny po „Kick-Ass” film o fanach superbohaterów. Brit jest irytującym dupkiem, który dzięki Kato może nocami bawić się w Zielonego Szerszenia. Obsadzenie w głównej roli Setha Rogena (przy okazji też współautora scenariusza) nie było dobrym pomysłem. Widzowie widzieli go w tylu wersjach jednej postaci, że każda kolejna prędzej zmęczy niż rozbawi. Ja zadawałam sobie pytanie, czy on nie potrafi pokazać czegoś innego? Z tego względu zakładany komizm scen czy dialogów najczęściej nie wypalał. W moich oczach film ratował tylko Kato, grany przez nieopatrzonego Jaya Chou (można go było zobaczyć w „Cesarzowej”). Totalne przeciwieństwo Brita – zdolny, wysportowany i czarujący. Wychowany na ulicy potrafi zachować się stosownie w przeciwieństwie do otaczanego dostatkiem Reida, nawet pomysły idą mu świetnie. Mogę nawet się przyznać, że kocham Kato. Brit to kolejny portret wiecznego chłopca żyjącego w cieniu surowego ojca. Gdyby zagrał go ktoś inny, kto nie dał się poznać z tej strony – może jako postać byłaby ciekawsza i założenia scenariusza byłyby zrealizowane. Cameron Diaz jako Lenore Case również nie zachwyca, prawie o niej zapomniałam – znów ta sama gra, podobny typ postaci…nic nadzwyczajnego.

Inna sprawa to Christoph Waltz, który dzięki genialnej grze w „Bękartach wojny” wypłynął na szerokie wody. Z początku uznałam jego Chudnofsky’ego za smutną karykaturę pułkownika Landy, ale z czasem dotarło do mnie, że nie chciałabym go spotkać. Nawet gdy próbuje zmienić swój image, nie przestaje niepokoić, a nawet przerażać. Waltz świetnym aktorem jest i dla niego zobaczę „Wodę dla słoni” (mimo obecności drewnianego Pattinsona) oraz kolejną ekranizację „Trzech muszkieterów”.
Scenariusz jest przyzwoity, ale obecność wtórnego Rogena zabija część humoru i dynamikę. Jajcarski klimat unoszący się nad historią nie daje widzom szansy na wczucie się w akcję i kibicowanie bohaterom. Pod względem estetycznym, „The Green Hornet” prezentuje się świetnie. Szczególnie przypadł mi do gustu miks nowoczesności z atrybutami przeszłości. Niekonsekwencją był dla mnie brak połączenia czarnych ślicznotek z internetem, ale wtedy cała rozpierdziucha na końcu nie miałaby racji bytu. Film nie jest zły, ale geniuszem nie paruje. Gdyby Brit nie był aż takim dzieciuchem, wtedy ocena byłaby lepsza.