Kategoria: 2011

The Hangover Part II/Kac Vegas w Bangkoku (2011), reż. Todd Phillips

Tytuł polski: Kac Vegas w Bangkoku
Tytuł oryginalny: The Hangover Part II
Reżyseria: Todd Phillips
Scenariusz: Craig Mazin, Todd Phillips, Scot Armstrong
Zdjęcia: Lawrence Sher
Muzyka: Christophe Beck
Rok produkcji: 2011
Dystrybutor: Galapagos
Ocena: 2/6

The Hangover Part II (2011) on IMDb(function(d,s,id){var js,stags=d.getElementsByTagName(s)[0];if(d.getElementById(id)){return;}js=d.createElement(s);js.id=id;js.src=”http://g-ec2.images-amazon.com/images/G/01/imdb/plugins/rating/js/rating.min.js”;stags.parentNode.insertBefore(js,stags);})(document,’script’,’imdb-rating-api’);


Sukces kasowy „Kac Vegas” to jedna z pierwszych myśli jakie przychodzą do głowy w związku z tytułem. Dla mnie to jedna z bardziej udanych i zwyczajnie zabawnych komedii jakie widziałam. Chociaż teoretycznie to nie moja bajka, bawiłam się zaskakująco dobrze. Nie trzeba być wróżbitą, by przewidzieć kontynuację. Nie trzeba być też wytrawnym pesymistą by stwierdzić, że nic dobrego z niej nie wyniknie. Zwiastun mówił aż za wiele, ale dysonans między pierwszą częścią był zbyt duży, by uznać „Kac Vegas w Bangkoku” za spadek formy tej samej ekipy. Niestety, miały miejsce pewne zmiany.


Obsada aktorska pozostała nienaruszona. Pęd za kasą przysłonił twórcom mózgi, co skończyło się zmianami na pozycjach scenariuszowych. Moore’a i Lucasa, odpowiedzialnych za takie filmy jak: „Cztery gwiazdki”, „Duchy moich byłych” czy „Zamiana ciał”, zamieniono na nazwiska, które produkowały się przy: :”Straszny film 3 i 4″, „Dziewczyna moich koszmarów” oraz „Old School: Niezaliczona”. Nie twierdzę, że pierwszy duet to mistrzowie, ale ich poczucie humoru przekłada się na komfort widza. Nawet jeśli podążali w naprawdę grube rejony to tylko po to, by z nich zawrócić. Początek drugiej części jest obiecujący i nawet dobrze wykombinowany. Szkoda tylko, że ten potencjał pierwszych minut został zmasakrowany w myśl dewizy: jeszcze mocniej, jeszcze śmieszniej i jeszcze więcej tych zabawnych Azjatów.

Powinno być: Oops! We did it again…

 
Szkielet historii został nienaruszony. Z jednej strony jest miłym ukłonem w stronę pierwszej części, ale poziom realizacji tak mocno zawodzi, że prędzej dostrzeże się wtórność i miałkość. Bliźniacze klamry kompozycyjne mimo wszystko są znakiem rozpoznawczym. Oto członek watahy Alana bierze ślub, ale jak umotywować zorganizowanie kawalerskiego otumanienia w egzotycznych plenerach? Załatwić egzotyczną pannę młodą. Stu, który poprzedni wypad przypłacił utratą siekacza i stanu kawalerskiego, leci do Tajlandii poślubić śliczną Lauren. Skoro ostatnio zgubiono Douga, trzeba wytypować innego Graala. Młodszy brat panny młodej, w dodatku oczko w głowie przyszłego teścia jest idealnym kandydatem. Zaczęło się jak zawsze, skończyło się jak ostatnio, tylko jakoś poza komfortem przeciętnego widza.



Poczucie humoru to kwestia delikatna i podobnie jak poczucie estetyki czy gust muzyczny jest wypadkową wielu zmiennych pojawiających się na przestrzeni dni, miesięcy i lat. Gdybym nie oglądała sama „Kac Vegas w Bangkoku”  byłabym jeszcze bardziej zażenowana. Wobec pewnych wątków nie byłam w stanie nabrać dystansu dzięki któremu potrafię oglądać niemal każdą głupotę. Kult dorosłych – niedorosłych, których inteligencja zbliża się do poziomu krytycznego (jak Alan), to plaga współczesnych bromance. O ile na początkach jej eksploatacji była czymś zabawnym, to teraz zaczyna wzbudzać podskórne przerażenie. Ich jest coraz więcej, w każdej konfiguracji jakby mnożyli się przez pączkowanie. Męczą mnie bohaterowie których łączy twarz Zacha Galifianakisa. To są zakompleksione miernoty, które chętnie przygarniają przywary i nie raczą nawet spojrzeć na zalety. W obliczu zidiocenia społeczeństwa, ten typ bohatera powinien ulec autodestrukcji. Ale czego oczekuję? Postać Alana Garnera jest motorem napędowym przygód watahy i pewna grupa widzów uważa ją za zabawną.

A zaczęło się dość niewinnie.

Owo silenie się na bycie najzabawniejszym, najbardziej odjazdowym i niegrzecznym filmem bezpardonowo bije po oczach. Historii brak polotu i bezpretensjonalności znanych z „Kac Vegas”. W efekcie większość jest nie tyle ciężka w oglądaniu co mało zajmująca. Brakuje tego elementu zaskoczenia, wyrwania się na moment z cienia jedynki. Powstał zwyczajny odgrzewany kotlet, który dodatkowo traci na smaku przy wspomnieniu tamtego krwistego steku. Z jednej strony spodziewałam się takiego obrotu rzeczy, ale miałam nadzieję, że to nie będzie aż tak fatalny film. Na osłodę pozostają świetne zdjęcia, muzyka oraz prezent Alana dla państwa młodych. To jednak za mało by komedia mogła być komedią.

Tak, Stu znów uszył piosenkę.

Rockstar (2011), reż. Imtiaz Ali

Tytuł oryginalny: Rockstar
Reżyseria: Imtiaz Ali
Scenariusz: Imtiaz Ali
Zdjęcia: Anil Mehta
Muzyka: A. R. Rahman, Rahat Fateh Ali Khan, Neeraj Shridhar
Rok produkcji: 2011
Ocena: 5/6

RockStar (2011) on IMDb

Co to znaczy być gwiazdą rocka? Co czyni artystę prawdziwym i przekonującym? Gdzie łatwo popełnić błąd? Możliwe, że to jedne z pytań, które wisiały nad scenarzystą w trakcie pisania scenariusza do „Rockstar”. Historia rozpisana na 2.5 godziny nie ustrzegła się błędów czy niedorzeczności, ale pod względem nastroju, emocji radzi sobie lepiej niż dobrze. Świadczy o tym odbiór przez widzów oraz ogrom nagród jaki stał się udziałem tego filmu. Teraz rzadko oglądam filmy z Indii, ale jeśli mam trafiać na takie tytuły, to pora częściej szukać produkcji w tamtych rejonach.


Prosta historia od pasjonata do gwiazdy porywającej tłumy została ujęta z trochę innej strony. Młody JJ (Ranbir Kapoor) od małego muzykuje, ale życie wypluło go jako dobrego, ale trochę nieporadnego młodzieńca. Czy taka postać jest w stanie zrobić karierę muzyczną i dorobić się choćby garstki fanów? Za którymś razem zapyta nie tylko siebie, czego  mu brakuje. Usłyszy, że cierpienie, ból złamanego serca itp. są znamienne dla wielkich artystów. Nasz bohater nie będzie siedział w miejscu, musi spróbować wszystkiego – najłatwiej złamać sobie serce. W ten sposób postawi na swojej drodze Heer (Nargis Fakhri), nie zdając sobie sprawy, że ta znajomość przerodzi się w ich przekleństwo. Warto rozważyć życzenia i pragnienia. bo czasem się spełniają aż za bardzo.



„Rockstar” Ranbirem stoi bez dwóch zdań. Młody aktor coraz częściej udowadnia, że trzy pokolenia aktorskie nie tylko się w nim skumulowały, ale też znajdują swoje ujście. Patrząc na filmografię można zauważyć równowagę między czystym kinem komercyjnym, a produkcjami stanowiącymi wyzwanie aktorskie. Od swojego debiutu, czyli pokazywanej w polskiej telewizji „Saawariyi” z 2007 roku widać różnicę nie tylko w grze. Ranbir ma niezwykłą lekkość w odgrywaniu emocji, których nie sposób zignorować. Nie wspomnę, że potrafi wytworzyć niezwykłą chemię z partnerującymi mu aktorkami (wystarczy wspomnieć duet z Priyanką Choprą w „Anjaani anjaana”). Nie tak gorzej jest w „Rockstar”, gdzie przydzielono mu początkującą aktorkę z poprawianymi ustami. Bardzo gładko przechodzi od grania grzecznej pierdoły z gitarą, przez pewnego siebie człowieka i na straceńcu o zapędach destrukcyjnych kończąc. Szeroka skala została udźwignięta. Chwilami czułam dyskomfort, jakbym przypadkiem znalazła się zbyt blisko bohatera. Teraz wiem, że Ranbir Kapoor dobrym aktorem jest. Rola JJ aka Jordan to dla mnie zajawka możliwości, które mogą się rozwinąć w przypadku przyjęcia negatywnej roli.



Drugim ważnym bohaterem jest muzyka. W soundtracku zasłuchiwałam się jeszcze przed premierą filmu. Za niesamowitymi kompozycjami, pięknymi wokalami kryły się też dobre teksty (o czym przekonałam się w trakcie seansu). Piosenki nie rzucają skojarzenia w kierunku rocka, ale bliżej im do muzyki zaangażowanej. Od razu podkreślam, w tym filmie nie ma teledysków, gdzie nagle pół miasta tańczy. Utwory są ilustracją dla wydarzeń i emocji targających bohaterami. Sztandarowym utworem jest „Sadda haq”, wyrazisty i buntowniczy. Jednak bliższy mi jest „Jo bhi main”, wprowadzający w niesamowity nastrój. Finałowe „Nadaan Parindey” w połączeniu z obrazem zyskuje na mocy. To są moje ulubione, ale od miesięcy wracam do całego soundtracku, a kiedy poznałam znaczenie słów nie oderwę się od niego na jeszcze dłużej. Niejednokrotnie teksty potrafiły zepsuć piękno kompozycji i interpretacji i świadomie nie szukałam przekładów na język angielski.

„Rockstar” nie uniknął błędów, szczególnie w kontekście niespójności scenariusza. To są drobne, ale czasem irytujące kwestie. W znacznej części zostały one zagłuszone przez montaż, który opiera się na szatkowanej chronologii i dość wybiórczego pokazywania życia tytułowego bohatera. Dzięki temu budowany jest niesamowity nastrój, dzięki któremu zapomina się o tym co złe i denerwujące. Trochę trudno uwierzyć, że film był kręcony od końca, a aktorowi po prostu stopniowo skracano włosy. Poruszając kwestie estetyczne, mamy jawny dowód ile z przeciętnego mężczyzny mogą wydobyć styliści i fryzjerzy. Ale to nie o tym powinnam pisać, bo nie to zostaje w głowie na wiele dni po seansie. Zakończenie jest chyba najlepsze jakie może być, pięknie sfilmowane i do końca nie wiem co o nim napisać. 


Jane Eyre (2011), reż. Cary Fukunaga

Tytuł: Jane Eyre
Na podstawie: Dziwne losy Jane Eyre, Charlotte Bronte
Reżyseria: Cary Fukunaga
Scenariusz: Moira Buffini
Zdjęcia: Adriano Goldman
Muzyka: Dario Marianelli
Rok produkcji: 2011
Dystrybutor: TIM Film Studio
Ocena: 3/6

Jane Eyre (2011) on IMDb

Pierwszy kontakt z historią Jane Eyre zawdzięczam Franco Zeffirelliemu, kiedy jako nastolatka zobaczyłam jego adaptację z 1996 roku. Jane zagrała Charlotte Gainsbourg, pana Rochestera odtworzył William Hurt i przez lata ta wersja tkwiła w mojej świadomości jak pierwsza miłość. W filmie zachowano balans między surowością, a subtelnością. Do dzisiaj nie przeczytałam książki (niestety, na bibliotekę nie mogłam liczyć w fazie gorących poszukiwań), dlatego nie mam podstaw do porównań między słowem pisanym, a pokazanym. Po latach za klasykę literatury angielskiej wziął się Cary Fukunaga. Wyszedł film ładny, czasem wręcz śliczny, ale zbyt poszatkowany.

Jane to dość wyróżniająca się postać. Przede wszystkim nie jest istotą urodziwą i życie nauczyło ją wartości bycia niezależną. Dlatego nie należy obsadzać pięknych aktorek, które ucharakteryzuje się na szare myszki. Z urodą Mii Wasikowskiej jest ten pozytyw, że jest bardzo plastyczna i nienachalna. Aktorka jest ładna, ale dzięki nietwarzowej XIX wiecznej fryzurze wygląda przeciętnie, chwilami sprawia wrażenie bardzo przygaszonej. Jednak jej Jane, na tle całości, za bardzo się wyrywa poza ramy epoki. A może to złudzenie wywołane przez scenariusz, który poszatkował opowieść czyniąc ją mniej zrozumiałą i bardziej niekonsekwentną? Pokaz slajdów, które zachwycają malowniczością, detalami i kostiumami, zostawia widza z pytaniami, których boi się większość reżyserów: „Dlaczego tak się zachowują?” Moje zdezorientowanie chwilami sięgało zenitu, bo czułam jakbym oglądała streszczenie, a to co istotne zostało przemilczane. Pan Rochester w wykonaniu Michaela Fassbendera jest człowiekiem gwałtownym, okrutnym i apodyktycznym. Jednak jego uczucie do młodej guwernantki było dla mnie zaskoczeniem, nie pasowały do sekwencji obrazów wyreżyserowanych przez Fukunagę. Coś przegapiłam? Chemia między bohaterami jest trudna do zauważenia, chociaż przyłapałam się na myśli, że takiemu Rochesterowi dałabym się maltretować psychicznie. Mowa o aktorach naprawdę dobrych, ale w tym przypadku do siebie niepasujących. O wiele cieplej wspominam Amelię Clarkson, która jako młoda Jane po prostu chwyta za serce.

Jeden z lepszych momentów


Nie określiłabym „Jane Eyre” filmem nieudanym, a raczej niekompletnym i nie oddającym ducha epoki. Można pójść prostym torem i uznać uczucie między panną Eyre, a panem Rochesterem za byt oczywisty i skupić się na treści typu: „och, jak oni się kochają”. Jednak historia opisana przez Charlotte Bronte jest ponad podstawowe love story. W tym wszystkim wątek Riversów wygląda jak przyczepiony na siłę. Nie powiem, Jamie Bell jako młody John Rivers jest bardzo przekonujący w swojej wierze w słuszność skostniałego podziału ról, któremu Jane nie potrafi się poddać. Przez moment zderzenie emocji z rozumem nadawało filmowi sens, ale urwało się zbyt szybko. Z drugiej strony fantazja mocno się trzyma „Jane Eyre” do napisów końcowych. Bo można stracić wzrok w pożarze, ale nie można pozwolić na nadmiar szpetoty. Broda jest najlepszym wytłumaczeniem, że Rochester ma za sobą traumatyczne przeżycia.

Film jest pięknie nakręcony, a muzyka Dario Marianelliego naprawdę urzeka. Jednak to nie przykryje wad scenariuszowych, bo to on jest główną bolączką filmu Fukunagi. Nie trzeba znać oryginału, by wiedzieć, że sama konstrukcja narracyjna ma solidne luki. Nie, nie żałuję seansu. „Jane Eyre” ma swoje dobre momenty, wciąż zamierzam śledzić Mię Wasikowską i zaczęłam uważniej brać pod uwagę konieczność zgłębiania filmografii Michaela Fassbendera. Przyznaję, że liczyłam na więcej, przynajmniej od strony emocjonalnej. A tu ładny pokaz slajdów z chwilami, które przybliżają je do kina.

wymarzony pan Rozchłester



PS. Planuję inne filmowe adaptacje powieści Charlotte Bronte, ale jednak po przeczytaniu książki. Myślę, że powinnam się tego trzymać. Szczególnie, że mam na oku wersję z Ruth Wilson.

Too big to fail/Zbyt wielcy, by upaść (2011), reż. Curtis Hanson

Tytuł polski: Zbyt wielcy, by upaść
Tytuł oryginalny: Too big to fail
Na podstawie: „Too Big to Fail:The Inside Story of How Wall Street and Washington Fought to Save the Financial System from Crisis – and Themselves”, Andrew Ross Sorkin
Reżyseria: Curtis Hanson
Scenariusz: Peter Gould
Zdjęcia: Kramer Morgenthau
Muzyka: Marcelo Zarvos
Rok produkcji: 2011
Dystrybutor: Galapagos
Ocena: 4/6

Too Big to Fail (2011) on IMDb(function(d,s,id){var js,stags=d.getElementsByTagName(s)[0];if(d.getElementById(id)){return;}js=d.createElement(s);js.id=id;js.src=”http://g-ec2.images-amazon.com/images/G/01/imdb/plugins/rating/js/rating.min.js”;stags.parentNode.insertBefore(js,stags);})(document,’script’,’imdb-rating-api’);

Kryzys wywołany w 2008 roku do dzisiaj jest odczuwalny. Jeśli spojrzeć na obecną sytuację to optymiści muszą się wysilać bardziej niż przed tym feralnym wydarzeniem. Hiszpańska gospodarka ledwo zipie, Grecja to już kpina, a jeszcze głośno było o Łotwie na skraju bankructwa. Kwestią czasu było powstanie filmów analizujących to wydarzenie z różnych perspektyw. Film Curtisa („Tajemnice Los Angeles”, „8 Mila”) opisuje kryzys z perspektywy sekretarza stanu Henry’ego Paulsona, a scenariusz został oparty na głośnej książce Sorkina (nie, nie tego od „The Social Network).

Dla laika w kwestiach ekonomicznym, nadążenie za wydarzeniami oraz ich realnym znaczeniem bywa trudne, ale nie niemożliwe. Bo co w tym przerażającego, że jakiś bank doprowadził finanse do stanu katastrofalnego? Rzecz w tym, że tu nie chodzi o jakiś zwykły bank, ale wielki bank inwestycyjny, z którego ciągną się niewidzialne nici powiązań i połączeń mających wpływ na inne instytucje finansowe. Film Curtisa przedstawia historię, która działa się za zamkniętymi drzwiami – sekretarz stanu i jego ekipa szukają rozwiązań dla niepokojących sygnałów dochodzących z sektora bankowego. Czy Paulson tak ofiarnie i zaciekle bronił kraju przed totalną rozsypką systemu finansowego? Są tacy, którzy w to wątpią i określają film jako wybielacz dla rządu USA. Odkładając na bok wątpliwości natury faktycznej, „Zbyt wielcy, by upaść” to solidne, trzymające w napięciu kino w dobrze skrojonych garniturach.

John Woods
Patrząc na okładkę, to nad wielkim czerwonym napisem można zauważyć ciąg nazwisk, których ilość oraz rozpoznawalność robi wrażenie. Dobra obsada jest potrzebna równie mocno jak klarowny scenariusz, kiedy w grę wchodzi bardzo specjalistyczny materiał. W zdominowanej przez mężczyzn obsadzie, Cynthia Nixon niestety prezentuje ten sam zdziwiony wyraz twarzy co w „Seksie w wielkim mieście”. Na szczęście jej rola nie jest znacząca, a na pierwszym planie brylują Wiliam Hurt, Billy Crudup i James Woods. Z drugiej strony szkoda, że nie postarano się o aktorkę, która w zmaskulinizowanej obsadzie byłaby wyrazista i warta zapamiętania.

Film obnaża niebezpieczeństwo jakie niosą ze sobą instytucje o zasięgu globalnym. Upadek banku Lehman Brothers to efekt nie tylko fatalnych inwestycji na Wall Street, ale zbytniej pewności siebie i dumy. Innym ważnym punktem jest przenikanie się Urzędu, Wall Street i banków, którego efektem jest ciasno spleciona sieć zależności i kontaktów. W efekcie rząd amerykański dokapitalizuje potężnymi pieniędzmi banki inwestycyjne, które są zbyt wielkie by upaść. Wielkie molochy, które trudno kontrolować, którym łatwo przeniknąć między wpływowych, aby mieć nieograniczone pole dla nienasyconego apetytu. Niepokój,  a raczej przerażenie sztabu Paulsona zaczyna się udzielać widzowi dla którego wydarzenia są już historią. Wizje katastrofalnych skutków, które mogły się ziścić gdyby nie ingerencja rządu, sprawiają, że tamten czas przeżywamy na nowo. Nagłówki gazet, liczne artykuły i wypowiedzi specjalistów to jedno. „Zbyt wielcy, by upaść” w sposób dobitny i konkretny pokazuje źródła jak i zagrożenia, a z perspektywy samej góry jest bardziej realna i tym samym trudna do zanegowania.

William Hurt

Film produkcji HBO potrafi trzymać w napięciu,  ale wymaga od widza pełnej koncentracji, ponieważ tempo przetwarzania specjalistycznej wiedzy jest dość wysokie. Warto też znać angielski z zakresu bankowości i ekonomii na poziomie podstawowym. Tu wychodzi jeden drobny feler tłumaczenia dvd, ograniczonego do dialogów. Podobnie jest w przypadku dodatku „Chronologia kryzysu – dogłębna analiza kluczowych wydarzeń, które wpłynęły na kryzys gospodarczy” – wszystko w oryginale. Przy pierwszym podejściu można wziąć za zwykły wykres (i tym samym kpinę, a nie dodatek), ale to przekrojowe i klarowne kalendarium wydarzeń. „Zbyt wielcy, by upaść” są jedną z wielu prób pokazania niedawnego kryzysu. Można wprawdzie nie dowierzać nieskazitelności amerykańskiego urzędu, który w sumie dołożył swoją cegiełkę do tego stanu rzeczy (kto forsował obniżenie wymagań dla kredytobiorców?), ale film sam w sobie jest dobrą i wciągającą produkcją.



Film obejrzałam dzięki dystrybutorowi


Hysteria/Histeria (2011), reż. Tanya Wexler

Tytuł polski: Histeria
Tytuł oryginalny: Hysteria
Reżyseria: Tanya Wexler
Scenariusz: Jonah Lisa Dyer, Stephen Dyer
Zdjęcia: Sean Bobbitt
Muzyka: Gast Waltzing
Rok produkcji: 2011
Dystrybucja: Hagi
Ocena: 4/6



Jeszcze nie tak dawno można było oglądać historię o miłości z viagrą w tle. Tak, mowa o „Miłości i innych używkach” z Jake’em Gyllenhaalem i Anne Hathaway. Dlaczego nie nakręcić czegoś podobnego, sięgając ku początkom wibratora? Oglądając zwiastun można było dojść do wniosku, że film może się udać lub zupełnie nie wypalić. Temat został potraktowany z przymrużeniem oka, co też zaowocowało zgrabną i miejscami rozbrajającą komedią.

Mamy lata 80. XIX wieku. Młody lekarz Mortimer Granville (Hugh Dancy) nie próżnuje, nieustannie zmienia miejsce pracy z powodu konfliktów ze starszą generacją medyków. On, przepełniony współczesną wiedzą, nie potrafi pracować pod okiem zacofanych lekarzy, którzy najchętniej leczyliby tabletkami Beekmana. Rozżalony skarży się swemu ofiarodawcy, Edmundowi St. John – Smythe’owi (Rupert Everett) i jednocześnie miłośnikowi nowinek technicznych, na swoje położenie. Cóż, pozostaje mu praktyka u boku zamożnego doktora i po wielu rozmowach trafia pod skrzydła dr Roberta Dalrymple’a (Jonathan Pryce). Problem w tym, że ów doktor specjalizuje się w leczeniu histerii, a lekarstwem jest… ręczne zadowalanie pacjentek.
Rękodzielnik w służbie zwiędłych histeryczek w akcji
 
Doktor Dalrymple ma dwie córki. Młodsza Emily (Felicity Jones) to wzór cnót i marzenie każdego rodzica. Śliczna, posłuszna, gra na fortepianie i nie zaprząta sobie głowy zdobywaniem prawdziwej wiedzy (bo frenologia się do niej nie zalicza). Co innego starsza Charlotte (Maggie Gyllenhaal), która swoją energię pożytkuje jako sufrażystka i społecznica. Dwie siostry, jakie przeciwieństwa. Między nimi młody, niezbyt rozgarnięty Mortimer, którego chlebodawca swata ze swoją młodszą latoroślą. Znamienita jest scena na ławeczce, gdzie nasz bohater oświadcza się Emily, co też podsumowuje jakże romantycznym stwierdzeniem: „no to załatwione”. Cóż, wizja przejęcia praktyki oraz spędzenia reszty życia z uroczą Emily nie zmienia faktu, że zaspokojenie połowy Londynu nie obędzie się bez komplikacji. Czas na cuda techniki. 
Bałam się, że połączenie tematu z lekką komedią romantyczną nie wypali. Z drugiej strony metoda leczenia aż się prosi o humorystyczne potraktowanie. Można się śmiać, ale histerię wykreślono z listy chorób dopiero w 1952 roku. Objawy łagodne takie jak nimfomania, oziębłość, melancholia czy lęk dały się ponoć łatwo leczyć. Cięższe przypadki pakowano do szpitali, gdzie często usuwano macicę. Świat poszedł ostro do przodu w ciągu ostatnich 50 lat, ale na przełomie XIX i XX wieku nie było tak zabawnie i romantycznie.
Felicity Jones
 
Ruch sufrażystek tym razem nie został potraktowany kpiącym uśmieszkiem twórców. Może stoi za tym fakt, że reżyserem jest kobieta? Nie zagłębiałam się w historię oraz metody walki ruchu sufrażystek, ale nie podoba mi się pokazywanie tego zjawiska jako czegoś między cyrkiem a galerią osobliwości. Charlotte jest temperamentną sufrażystką, ale przede wszystkim altruistką znajdującą spełnienie w pracy na rzecz innych. Taki obraz, choć pewnie trącący idealizmem, jest bardziej kroplą w morzu.

Nie zapominajmy, że „Histeria” to przede wszystkim rozrywka, która humorystycznie i na poziomie odkrywa przed widzami ciekawostki sprzed ponad 100 lat. Jak wiadomo, wibrator jest bardzo popularną zabawką erotyczną, a jeszcze na przełomie XIX i XX wieku był sprzedawany za pośrednictwem katalogów dla gospodyń. Między znakomitymi dialogami, dobrą grą oraz świetną scenografią i kostiumami wkradła się fałszywa nuta. Ja wiem, że Anglicy kochają swoich monarchów, ale ten epizod wycięłabym już na poziomie scenariusza. A tak „Histeria” okazała się być przyjemnym filmem, zdolnym do wydobycia ze mnie głośnego śmiechu.

Pryce, Everett i Dancy

Film do obejrzenia na iplex.pl

Cinema Verite (2011), reż. Shari Springer Berman, Robert Pulcini

Tytuł: Cinema Verite
Reżyseria: Shari Springer Berman, Robert Pulcini
Scenariusz: David Seltzer
Zdjęcia: Alfonso Beato
Muzyka: Rolfe Kent
Rok produkcji: 2011
Dystrybucja: Galapagos
Ocena: 4.5/6
Czy oglądając takie programy jak „Big Brother” lub „Bar, albo przyglądając się temu zjawisku, zastanawialiście się jakie były początki tego formatu? Tak, to kolejny amerykański wynalazek, który zmienił oblicze telewizji. Większości Amerykanów nazwisko Loud nie jest obce, ale dla reszty świata jest równą niewiadomą co geneza powstania reality show. „Cinema Verite” (kino prawdy), film produkcji HBO, przestawia kulisy powstania „An American Family”, pierwszego programu, gdzie kamera rejestrowała prawdziwe życie zwykłej amerykańskiej rodziny.

Początek lat siedemdziesiątych. Craig Gilbert (James Gandolfini) wybrał rodzinę Loudów do autorskiego programu, jakiego jeszcze nikt nie pokazał w telewizji. Kamera zajrzała niemal wszędzie, ale nie za próg domu przeciętnej amerykańskiej rodziny. Patricia Loud (Diane Lane) z początku nie była pewna udziału, w końcu jej mąż Bill (Tim Robbins) jest wiecznie w delegacjach, co nie pasuje do definicji wzorcowej rodziny. Jednak opalony biznesmen mocno zapala się do pomysłu i godzi się na bardziej osiadły tryb życia. I tak zaczyna się kosztowny proces nagrywania dzień po dniu, przez kilka miesięcy, fragmentów z życia nie tak mdłej rodziny.
„An American Family” zostało wyemitowane w 1971 roku i przez te 40 lat zdążyło przykryć się kurzem niepamięci. Scenariusz Seltzera pokazuje historię od podstaw i nie pozostawia złudzeń – to ważny rozdział w historii telewizji. Jak daleko Gilbert manipulował Pat Loud by dostać to czego tak naprawdę chciał? Jak bardzo mu przeszkadzał bunt kamerzystów, którzy nie chcieli przekraczać pewnych granic? „Cinema Verite” nie dokonuje głębokiej analizy motywacji każdej ze stron. Dla Gilberta to możliwość dokonania czegoś przełomowego, bycia pionierem, Loudowie w sumie liczą na sławę, ale sam projekt traktują jako doświadczenie czy zabawę. Jednak sam program wzbudził tak wiele kontrowersji, że szybko pożałowali tej decyzji. Teraz uznalibyśmy ich za desperatów typu rodzina Kardashian, ale w tamtych czasach był inny przepływ informacji. Strefa plotkarska czy celebrycka obejmowała prasę i telewizję – dopiero globalne medium, jakim jest internet, wywróciło ten świat do góry nogami. Warto sobie uzmysłowić, że Loudowie naprawdę się wyróżniali – w niemal pełni zaakceptowali odmienność Lance’a i to w latach siedemdziesiątych. Ciężarne nastolatki były wyrzucane z domów, a co dopiero homoseksualiści.

Gandolfini, Lane i Robbins

Poza scenariuszem, film ma dwie niezaprzeczalne zalety – aktorstwo i oddanie realiów lat siedemdziesiątych. Na samym początku widzimy z jaką dbałością dobrano aktorów do granych przez nich pierwowzorów. Diane Lane jest stworzona do noszenia się w stylu lat siedemdziesiątych, Tim Robbins z łatwością wchodzi w skórę niewiernego męża, a James Gandolfini potrafi wzbudzić nić sympatii jako zręczny manipulator. Ta trójka to jądro historii, ale nie można pominąć tak istotnych atomów jak postać Lance’a Louda (Thomas Dekker), pierwszego otwarcie zdeklarowanego geja w telewizji oraz Susan i Alana Raymondów (Shanna Collins i Patrick Fugit), niewygodne sumienie Gilberta. Nie wiem czy chcę obejrzeć „An American Family” choćby dla ocenienia aktorstwa. Niemal każda postać „Cinema Verite” to element gładko wpasowujący się w całość. Może Thomas Dekker był zbyt teatralny, ale to zachowanie znajduje wyjaśnienie w kolejnych minutach filmu. Zagrać naturalnie bycie nagrywanym to też swojego rodzaju wyzwanie.
Pomijając historyczno – socjologiczne aspekty, „Cinema Verite” to naprawdę dobre kino w swoim gatunku. Historie zza kulis nie należą do często podejmowanych przez filmowców. Jedyny, naprawdę kapitalny film jaki przychodzi mi do głowy, to „Frost/Nixon” Rona Howarda z 2008 roku. Film Springer Berman i Pulcinego zdobył wiele nominacji, a największe uznanie zyskała Diane Lane, która w roli Pat Loud jest po prostu rewelacyjna. Polskie wydanie dvd zostało wzbogacone o komentarze reżyserów i Lane oraz o prawie czterominutowy materiał zza kulis, którego równie dobrze mogło nie być – nie został przetłumaczony, a napisy pojawiają się przy opcji „angielski dla niesłyszących”.

Film obejrzałam dzięki uprzejmości
 

J. Edgar (2011), reż. Clint Eastwood

Tytuł: J. Edgar
Reżyseria: Clint Eastwood
Scenariusz: Dustin Lance Black
Zdjęcia: Tom Stern
Muzyka: Clint Eastwood
Rok produkcji: 2011
Dystrybutor: Galapagos
Ocena: 4/6
FBI przewija się w popkulturze od tylu lat, że tkwi w  zbiorowej świadomości jako solidna instytucja o szerokim spektrum kompetencji. Co nie zmienia faktu, że będąc pod ostrzałem krytyki, biuro bywało różnie określane, choćby federalną  bandą idiotów. Mało kto chyba zdaje sobie sprawę jakie były początki i ile dla FBI oraz technik śledczych zrobił John Edgar Hoover. Clint Eastwood wziął na warsztat życiorys człowieka, który dzierżył praktycznie największą władzę w historii Stanów Zjednoczonych.

Jak wyglądały przeciętne procedury śledcze na początku dwudziestego wieku? Kto zawracał sobie głowę zabezpieczaniem miejsca zbrodni i drobiazgowym zbieraniem dowodów? Tyle śladów dookoła, a ojczyzna w niebezpieczeństwie – Hoover nie mógł się temu przyglądać. Wierzył w wartość nauki w procedurze śledczej i dzięki własnemu uporowi oraz zaangażowaniu przyspieszył postęp w tej dziedzinie. Można zaryzykować stwierdzenie, że zrobił tyle dla FBI ile Walt Disney dla filmów animowanych. Jakby się lepiej przyjrzeć, to łączy ich znacznie więcej, o ile portret J. Edgara Hoovera według Clinta Eastwooda jest bliski prawdzie.
Co jest trudne do stwierdzenia, jeśli próbujemy rozszyfrować człowieka, który zna wartość informacji. A ten, kto ma wiele do ukrycia, potrafi z niej zrobić użyteczne narzędzie. Gdy tą osobą jest Hoover, który pełnił rolę dyrektora FBI przez 48 lat (do chwili śmierci), materiał poznawczy musi być co najmniej interesujący. Jego biografię można ująć na wiele sposobów, ale nie uda się sztuka objęcia całości w jednym filmie. Serial to co innego, ale kręcąc film o takiej postaci, trzeba mieć koncepcję i konsekwentnie się jej trzymać. Eastwoodowi trochę zabrakło tej konsekwencji. Film jest zasadniczo dobry i daje ogólne pojęcie o tytułowym bohaterze. To jest jednak film reżysera „Rzeki tajemnic”, „Oszukanej” czy rewelacyjnego „Gran Torino” i spadek formy jest zauważalny.
Wybór odtwórcy roli tytułowej był zarazem trafny jak i niebezpieczny. Leonardo DiCaprio od lat walczy o renomę poważnego aktora i zaczyna być znany z tego, że za bardzo się stara i nie ma do siebie dystansu. Nie sposób mu odmówić bycia dobrym w tym co robi i może w końcu dostanie swego upragnionego Oscara. Niebezpieczeństwo nazywa się Howard Hughes, którego zagrał w „Aviatorze” Martina Scorsese – postać równie autentyczna i pod pewnymi względami podobna do Hoovera. Obaj mieli problemy natury emocjonalnej i psychicznej. Na szczęście aktor wybronił się dobrą grą, rzadko przywołując nieme wspomnienie dawnej roli. Można się przyczepić, że w ciemnych soczewkach przypominał psychola oraz nieumiejętnie odgrywał starego bohatera. W ostatecznym rozrachunku był do tej roli niemal idealny, ale jego gwiazda traciła blask, gdy dzielił ekran z Judi Dench (matka Hoovera) oraz Armiem Hammerem (Clyde  Tolson). Na szczególną uwagę zasługuje młody aktor, który nie tylko świetnie gra (nawet starszego człowieka) to jeszcze przykuwa uwagę samym brzmieniem swojego głosu. Naomi Watts (Helen Gandy)  mogła w ogóle nie stawiać się na planie – jej postać jest ledwo zauważalna.
Jakiego Hoovera chciał pokazać Eastwood? Z pewnością inicjatora, człowieka idącego pod prąd, który własną wizję realizuje z żelazną konsekwencją. Mężczyznę pełnego kompleksów, lęków, którego łączy silna, prawie uzależniająca więź z matką. „J. Edgar” jest też jasnym dowodem na to, że zbyt długo sprawowana władza doprowadza do wynaturzeń oraz nadużyć. Jeśli jest ona w rękach człowieka o skrajnie konserwatywnych poglądach i niskim poczuciu własnej wartości, to skutków można się domyślać. Szkoda, że reżyser nie pozostawił podejrzeń odnośnie orientacji Hoovera w sferze domysłów, tylko wyłożył kawę na ławę. Niedopowiedzenie, szczególnie gdy dotyczy osoby chroniącej swoich sekretów, podniosłoby wartość filmu oraz jego wyraz.
Chociaż odczuwam niedosyt, to „J. Edgara” ogląda się dobrze i te dwie godziny nie są odczuwalne. Eastwood ma rękę do historii, które dotyczą określonej sytuacji i nie są łatwe w ocenie. Biografia Hoovera, która jest niewątpliwie bogatym materiałem dla filmowców, za bardzo ograniczała swobodę twórczą Eastwooda. Scenariusz oparty na wspomnieniach głównego bohatera byłby wzorową sztampą, gdyby nie nacisk na psychologię oraz wykorzystanie skłonności Hoovera do ubarwiania własnych zasług i osiągnięć. „The Social Network” było historią człowieka, który stworzył facebooka z potrzeby przynależności. „J. Edgar” może być opowieścią o człowieku, który ukształtował FBI by zyskać szacunek i uwielbienie za wszelką cenę. W obydwu zagrał Armie Hammer, ale to film Finchera i Sorkina jest przykładem rewelacyjnego kina biograficznego. Eastwood nakręcił tylko dobry film, który nie wykorzystał w pełni potencjału.
Armie Hammer i Leonardo DiCaprio
Film  obejrzałam dzięki firmie Galapagos

Something borrowed/Pożyczony narzeczony (2011), reż. Luke Greenfield

Tytuł polski: Pożyczony narzeczony
Tytuł oryginalny: Something borrowed
Na podstawie: „Coś pożyczonego”, Emily Giffin
Reżyseria: Luke Greenfield
Scenariusz: Jennie Snyder
Zdjęcia: Charles Minsky
Muzyka: Alex Wurman
Rok produkcji: 2011
Dystrybutor: Monolith Video
Ocena: 2.5/6

Dzisiaj będzie o przypadku, gdzie film w produkcji skłonił mnie do przeczytania książki. W pierwotnej obsadzie był wtedy Colin Farrell i w pewnym sensie żałowałam, że zrezygnował – pasował do przypisanej mu postaci. Po seansie skrycie  mu pogratulowałam, ponieważ jak to bywa ostatnio z  filmami z Kate Hudson – książka została poważnie spłycona. Dlatego nie obędzie się bez porównań do pierwowzoru literackiego.

Zdrada? Wiadomo, że jest w samej swej istocie zła i nie zasługuje na taryfę ulgową. Jednak Emily Giffin zmieszała czerń i biel, każąc przyjrzeć się sprawie z wielu stron. Zdrada pozostaje zła, pozostawia  po sobie cierpki smak oraz szeroką gamę negatywnych emocji. Jennie Snyder zupełnie nie oddała specyfiki książki, ale tak się zatraciła w prasowaniu ubrań, że przypadkiem żelazko dosięgło scenariusza. Tym większa szkoda, że książki Giffin to dobrze napisane powieści obyczajowe.
Darcy (Kate Hudson) i Rachel (Ginnifer Goodwin) to przyjaciółki z czasów szkolnych. Reprezentują tę banalną kategorię, gdzie jedna jest piękna i przebojowa, a druga ładna i spokojna. Fajnie mieć pod bokiem psiapsiółę przy której uroda własna nabiera jeszcze większego blasku. Co nie znaczy, że można przepuścić okazję do zrobienia imprezy z okazji trzydziestych urodzin swej myszowatej  koleżanki. Darcy wykańczają drinki, ale jej narzeczony  Dexter (Colin Egglesfield) pakuje ją do taksówki i spędza z Rachel resztę wieczoru. Tutaj alkohol również zbiera swoje żniwo, bo Rach i Dex budzą się rano w jednym łóżku.
Zacznijmy od tego, że narratorką książki „Coś pożyczonego” jest Rachel. Jesteśmy ograniczeni jest wiedzą, spostrzeżeniami i uczuciami. Kiedy zaczyna się jej romans z narzeczonym przyjaciółki, to Dexter jest tą stroną, która prowokuje zdarzenia i do której należy ostateczny krok. Z pewnością nie jest aż taki sympatyczny czy warty współczucia jak to  zostało ujęte w filmie. W pewnej scenie aż się przywołałam do porządku, bo zaczęłam za bardzo lubić  filmowego bohatera.
Sam film zasila ocean przeciętności, ponieważ poza wątkiem zdrady – nie oferuje niczego nadzwyczajnego. Kate Hudson gra kolejną wersję tej samej postaci,  Goodwin znów wchodzi w kostium zahukanej, ale sympatycznej myszy. Iskierką pozostaje John Krasinski, chyba jedyny możliwy kandydat do roli Ethana – przyjaciela, dzięki któremu świat wydaje się lepszy. Mimo wszystko symbolem porażki filmu jako adaptacji, pozostaje Marcus grany przez Steve’a Howey’a. O ile w książce był luzakiem zdolnym do sarkazmu, w filmie przywodzi na myśl jaskiniowca. Czy neguję sens oglądania adaptacji książek? Absolutnie  nie, kiedy  zostaje zachowana istota oraz charakter historii. Tutaj twórcy poszli po najmniejszej linii oporu, jednocześnie robiąc antyreklamę książce wartej przeczytania.
John Krasinski i Ginnifer Goodwin

In Time/Wyścig z czasem (2011), reż. Andrew Niccol

Tytuł polski: Wyścig z czasem
Tytuł oryginalny: In time
Reżyseria: Andrew Niccol
Scenariusz: Andrew Niccol
Zdjęcia: Roger Deakins
Muzyka: Craig Armstrong
Rok produkcji: 2011
Dystrybutor: Imperial Cinepix
Ocena: 2.5/6
Ponure wizje przyszłości, jakie od lat serwuje nam kino, niemal zawsze znajdzie we mnie widza. Czy to życie w postapokaliptycznym świecie, czy obnażanie pozornej doskonałości utopijnych porządków społecznych w futurystycznym enturażu – niemal zawsze stanowią dobrą przynętę. Ile razy można sobie zadawać pytania w stylu „Co by było, gdyby…”? Ostatnio tak się złożyło, że temat nieśmiertelności niemal mnie prześladuje. Szkoda, że w wersji filmowej tak słabo i idiotycznie.

Oto kolejna wizja przyszłości. Nauka poszła do przodu i dała ludzkości zbawienie oraz przekleństwo w jednym – nieśmiertelność. W przeciwieństwie do książki Drewa Magary’ego („Nieśmiertelność zabije nas wszystkich”), wieczne życie nie zostało udostępnione wszystkim na równych prawach. W filmie Niccola („Gattaca – szok przyszłości”, „Truman Show”) mamy podziały na lepszych i gorszych, a zamiast dolarów czy euro – czas. Każdy człowiek został genetycznie zmodyfikowany i rodzi się z zegarem, który uruchamia się w dniu 25. urodzin. Wtedy przestaje się starzeć i ma do dyspozycji rok, a na więcej czasu musi zapracować. Oczywiście nie dotyczy to uprzywilejowanej grupy, która żyjąc wystawnie ma zapewnione dziesiątki, setki i tysiące lat egzystencji.
„Wyścig z czasem” to świetnie wykreowany świat, pełen detali, których logiczności oraz uzasadnienia dla ich istnienia nie sposób podważyć. Sama idea czasu jako waluty jest tym, co wyróżnia film na tle innych podobnych. Z jednej strony oryginalna z drugiej przerażająca. Zupełnie inaczej zachowuje się mieszkaniec getta, który budzi się z niecałą dobą życia, a inaczej bogacz mający czasu aż nadto. Tam gdzie panuje niedostatek czasu, formują się organizacje przestępcze i czarny rynek. Twórcy zadbali, by uniwersum miało wszelkie znamiona prawdopodobieństwa, ale cały trud został zniweczony przez fabułę – sztampową, niedorzeczną z dramaturgią budowaną na siłę.
Will Salas (Justin Timberlake) miał tego pecha, że urodził się w najbiedniejszej strefie, której mieszkańcy codziennie pracują i walczą o każdą sekundę. Mieszka wraz z matką (Olivia Wilde, o niezmiennym spojrzeniu kosmitki) i dzień w dzień musi patrzeć na niesprawiedliwość oraz śmierć. Wieczorem w barze zwraca uwagę na Henry’ego Hamiltona (w końcu kto by nie zwrócił uwagi na Matta Bomera?), który stawia wszystkim drinki i zdecydowanie nie wygląda na tutejszego. Wie, że facet prosi się o kłopoty i je znajduje – po okolicy grasują minutnicy z Fortisem (Alex Pettyfer) na czele. Sto lat na liczniku to niezły kąsek. Will ratuje nieznajomego głupca z opresji i ukrywa się z  nim w opuszczonym budynku (gdzie jak na zawołanie jest fotel i kanapa). Henry jest zmęczony długim życiem i przelewa niemal cały czas na konto śpiącego Salasa, by usiąść na poręczy mostu i doczekać końca. Zupełnie przypadkowo kamery nie zarejestrowały samobójstwa, za to z przyjemnością uchwyciły naszego bohatera. Wniosek dla Raymonda Leona (Cillian Murphy), Strażnika Czasu, jest oczywisty i rozpoczyna pościg za młodym Salasem. Will tymczasem zdążył zrejterować do najbogatszej strefy, gdzie poznaje Sylvię Weis (Amanda Seyfried), pochodzącą z obrzydliwie bogatej rodziny. 
Tutaj zaczyna się mizeria filmu, ponieważ Niccol poszedł w kierunku Bonnie i Clyde’a o ideałach Robina i Marion. Jak przywrócić równowagę we wszechświecie? Zabrać bogatym i dać biednym. Z tym, że napady na banki są podejrzanie proste. O ile pierwszy rabunek z zupełnego zaskoczenia ma spore szanse na sukces, ale kolejne? I tak oglądałam „Wyścig z czasem” z twarzą wyrażającą coraz bardziej spektakularne „WTF”. Idiotyzm goni bzdurę na silniku atomowym. Zdobywają milion lat, rozdają biednym, a tu kurna mają kilka minut życia na pustkowiu… I tak symbolem niedorzeczności (jeśli nie obrazy inteligencji widza) jest dla mnie zakończenie. Naprawdę, czy Will i Sylvia ze spluwami i uśmiechem na twarzy naprawdę są w stanie obrabować takie miejsce? 
„Wyścig z czasem” to film o niemałym potencjale, który zniszczyła nieprzemyślana fabuła. Aktorstwo nie jest najwyższych lotów, ale Timberlake dalej musi nad sobą popracować. Na początku był słaby i sztuczny, ale w końcu się rozkręcił – jednak wciąż nie wymazał mi z pamięci fatalnego występu w „The Social Network”. Amanda Seyfried jako ozdobnik jest niezastąpiona, bo niestety nie miała dużo do grania. W pamięci pozostaje głównie Cillian Murphy, który swoją tajemniczością naprawdę intrygował. A tak to praktycznie strata czasu i małe moje zmartwienie – Niccol reżyseruje ‚”The Host” (na podstawie powieści Stephenie Meyer) z Saoirse Ronan w roli głównej. Podczas lektury byłam ciekawa jak adaptacja wybrnie z motywu dwóch osobowości w jednym ciele. Teraz moja ciekawość mocno zmalała.
Matt Bomer i niestety Justin Timberlake

X-Men: First Class/X-Men: Pierwsza klasa (2011), reż. Matthew Vaughn

Tytuł polski: „X-Men: Pierwsza klasa”
Tytuł oryginalny: „X-Men: First Class”
Reżyseria: Matthew Vaughn
Scenariusz: Jane Goldman, Ashley Miller, Zack Stentz, Matthew Vaughn
Zdjęcia: John Mathieson
Muzyka: Henry Jackman
Rok produkcji: 2011
Dystrybutor: Imperial CinePix
Ocena: 5.5/6

Kiedy słyszy się o kolejnych rebootach serii filmowych, zazwyczaj ma się ochotę zgrzytać zębami. O ile  dotyczy to produkcji sprzed dwóch czy trzech dekad, to jeszcze widać sensowność oraz potrzebę. Schody się zaczynają, kiedy seria jest naprawdę młoda jak to jest w przypadku Spidermana czy X-Menów. Czyżby obecne owoce popkultury zostały skażone progerią? Kiedy dowiedziałam się o projekcie Matthew Vaughna, to nawet obsadzenie w nim Jamesa McAvoy’a nie rozbudziło we mnie dzikiego entuzjazmu. Kiedy pierwszy raz obejrzałam „X- Men”, zakochałam się w filmie oraz jego uniwersum niemalże z miejsca i natychmiastowo. I tak wiedziałam, że najnowszy film zobaczę, a dzięki masie pozytywnych głosów byłam więcej niż zaintrygowana.

Upajałam się tym rzadkim przypadkiem, kiedy pozytywne i wielce entuzjastyczne opinie miały przełożenie w rzeczywistości. Moje oczekiwania były wysokie i z radością przywitałam fakt, że można tworzyć kino rozrywkowe na wysokim poziomie. Trylogia X-Menów i tak pozostaje uosobieniem świetnego kina (Może „X-Men: Ostatni bastion” jest słabszy). Osobliwy jest przypadek „X-Men Genezy: Wolverine”, który totalnie mi namieszał w historii Logana i sprawiał wrażenie odcinającego się od wspomnianej trylogii. Oglądało się go dobrze, ale pamiętam tylko Gambita. Film Gavina Hooda nie wróżył dobrze rebootowi – po co poprawiać to co dobre? A jednak Matthew Vaughn wyreżyserował najlepszy film z serii – wciągający, trzymający w napięciu, nieźle zagrany z kapitalnie dawkowanymi emocjami oraz humorem.

Scenarzyści cofnęli się najdalej w przeszłość jak tylko mogli. Żadne tam stworzenie Ziemi czy powstanie kosmosu. Sięgnęli ku początkom, kiedy to profesor Xavier (James McAvoy) podrywał studentki w barach, a Magneto (Michael Fassbender) szukał zemsty na swoim oprawcy. Dla mnie, osoby nie znającej ani jednego komiksu, to było jak odkrywanie nowego lądu. Z perspektywy czasu widzę, że od tej historii powinna rozpocząć się seria. Z drugiej strony nie będę się wypierać faktu, że gdyby nie Wolverine grany przez Hugh Jackmana, nie wpadłabym tak bardzo. Przed 2000 rokiem mało kto słyszał o McAvoy’u czy Fassbenderze, więc reasumując – dobrze jest jak jest.

Jedną z sił „X-Men: Pierwszej klasy” jest równoważny duet młodych i utalentowanych aktorów, wcielających się w silne i wyraziste postacie. Nowością był dla mnie Fassbender, którego wprawdzie widziałam w „300”, „Jonah Hex” i „Bękartach wojny”, ale nie zapamiętałam na tyle by drążyć temat jego filmografii. W „300” byłam zachwycona oprawą i klimatem, „Jonah Hex” był cienki jak siki nietoperza, a „Bękarty wojny” to głównie Christoph Waltz. Dopiero u Vaughna go zobaczyłam i naprawdę doceniłam, a chwilami porównywałam do Viggo Mortensena. Coś obaj panowie mają takiego w oczach, że wydają się trochę podobni. Razem z Jamesem stworzyli tak autentyczny i poruszający duet, że pisząc o filmie po kilku miesiącach, wciąż pamiętam emocje i obrazy. Relacja między Charlesem Xavierem, a Ericem Lehnsherrem (późniejszym Magneto) jest dla mnie trudna do uchwycenia. Jest w tym coś poruszającego, ale też czuć między nimi niewidzialną barierę.

Jednak za tym wszystkim stoi historia ubrana w spójny i dobrze napisany scenariusz. Mieszanka zdartych do niemożliwości motywów, takich jak zemsta, wybór właściwej drogi, akceptacja siebie, solidarność na szkoleniu młodych adeptów kończąc, nabrała nowej energii. Chociaż to wszystko już było i przewija się w popkulturze od bardzo dawna – jako widz zupełnie tego nie czułam. Lekkość z jaką twórcy dawkują elementy dramatyczne i komediowe jest warta uwagi. Sam humor, szczególnie odnoszący się do poprzednich filmów z serii, jest zwyczajny i niewymuszony. Do dzisiaj zdarza mi się parsknąć na wspomnienie sceny z Wolverinem tak samo jak w przypadku tytułowego „Thora” w sklepie zoologicznym. To jawny dowód, że istnieją filmowcy, którzy potrafią rozśmieszyć widza, wydobywając komizm z niepozornych sytuacji. A jeszcze wczoraj słyszałam, że sikanie pod palmą w Warszawie jest śmieszne…

Jednak „Ostatnia klasa” to nie komedia czy „zabawny” film o mutantach. Mnogość poruszanych kwestii, szczególnie ważnych do zaszczepienia przeciętnemu człowiekowi, została przyzwoicie przemyślana. Szczególnie mocno utkwili mi w pamięci Mystique (Jennifer Lawrence) oraz Hank McCoy (Nicolas Hoult), których połączył brak akceptacji własnej odmienności. Kiedy ma się dość tej edukacyjnej papki, jaką serwuje serial „Glee” – można włączyć „Pierwszą klasę” i spokojni pójść spać. Temat został potraktowany formą skondensowaną na skrajnym przypadku, co wyszło filmowi na dobre.

Tym złym jest Sebastian Shaw o twarzy Kevina Bacona. Cyniczny, pozbawiony skrupułów, byle tylko osiągnąć swój cel w zasadzie nie wyróżnia się na tle innych czarnych charakterów. To nie ta iskra, którą posiada Christoph Waltz, ale też nie powód do wstydu. Tego się nie da powiedzieć o January Jones, której ewidentnie brakuje lekkości – bardziej przypominała robota niż mutanta. I to jest mój najmocniejszy zarzut. Nie bardzo mam się do czego przyczepić, nawet z perspektywy czasu.

Nawet budowane napięcie sprawiło, że zapomniałam o wszystkich filmach świata. Powinnam pamiętać, że Profesor X jeździ na wózku, Magneto ma się świetnie, a mutanci po obu stronach barykady dają sobie radę. A jednak niczym dziecko wierzyłam, że wszystko może się zdarzyć. Za to między innymi uwielbiam ten film – zablokował we mnie wyjadacza filmowego, a na jego miejsce wstawił osobę, która dopiero odkrywa magię kina. Do tego dochodzi świetne aktorstwo z Fassbenderem na czele oraz dobry scenariusz. „Pierwsza klasa” to film rozrywkowy, który stara się być też czymś więcej i wyraźnie pokazuje, że szykuje się zmiana warty aktorów. Z pewnością powtórzę seans, a już pewnością tuż przed kontynuacją.