2012 · adaptacja · film włoski · film: 4/6 · Sergio Castellitto

Venuto al mondo/Powtórnie narodzony (2012), reż. Sergio Castellitto

Tytuł polski: Powtórnie narodzony
Tytuł oryginalny: Venuto al mondo
Na podstawie: „Powtórnie narodzony”,Margaret Mazzantini
Reżyseria: Sergio Castellitto
Scenariusz: Sergio Castellitto, Margaret Mazzantini
Zdjęcia: Gianfilippo Corticelli
Muzyka: Eduardo Cruz
Obsada: Penelope Cruz, Emile Hirsch, Adnan  Haskovic, Pietro Castellitto, Saadet Aksoy, Jane Birkin, Sergio Castellitto
Czas trwania: 127 minut
Rok produkcji: 2012
Dystrybutor: Vivarto
Ocena: 4/6

Twice Born (2012) on IMDb(function(d,s,id){var js,stags=d.getElementsByTagName(s)[0];if(d.getElementById(id)){return;}js=d.createElement(s);js.id=id;js.src=”http://g-ec2.images-amazon.com/images/G/01/imdb/plugins/rating/js/rating.min.js”;stags.parentNode.insertBefore(js,stags);})(document,’script’,’imdb-rating-api’);

„Powtórnie narodzony” to film włoskiego reżysera Sergia Castellitto, będący adaptacją powieści napisanej przez jego żonę, Margaret Mazzantini. Historia jest nierówna, czasem nieczytelna i ocieka ckliwością rodem z tanich romansów, ale dzięki bałkańskiemu kolorytowi oraz mocnej końcówce zostaje w pamięci na długo. Wojna w byłej Jugosławii wydaje się być bardzo odległa, a od tamtych wydarzeń nie mija w tym roku nawet 20 lat.

Gemma (Penelope Cruz) i wraz z szesnastoletnim synem Pietro (Pietro Castellitto, syn reżysera) wyjeżdża do Sarajewa na zaproszenie starego przyjaciela Gojko (Adnan Haskovic). W czasie konfliktu jugosłowiańskiego zginął jej mąż, Diego (Emile Hirsch). Reżyser stopniowo odkrywa sekrety przeszłości, zdradzając kawałek po kawałeczku, by doprowadzić do finału, który zmienia naprawdę wiele jeśli nie wszystko. Głównym trzonem fabuły jest uczucie między Diego i Gemmą – pełne pasji i oddania, na którym kładzie się cień niemożności posiadania dziecka. Pragnienie potomstwa staje się obsesją, między małżonków wkrada się gorycz i zwątpienie. Jednak mimo wszystko nie przestają się kochać i szukać rozwiązania problemu. Często wracają do jugosłowiańskich przyjaciół, ale skutki ostatniej wizyty zmienią życie bohaterów.



„Powtórnie narodzony” to film, w którym Penelope Cruz udowadnia, że jest dobrą i wszechstronną aktorką. Bez problemów wciela się w postać w różnych etapach życia. Czy to młoda studentka, czy dojrzała kobieta po przejściach – jest naturalna i wiarygodna. Z jednej strony zadziałała charakteryzacja, ale jej spojrzenia, gesty i emocje są bardzo prawdziwe. Obsadzenie Emile Hirscha jako jej partnera w pierwszym odczuciu wydaje się być nietrafione. Dopiero z dialogów można wnioskować, że Diego jest młodszy od Gemmy, bo choć Hirsch jest w rzeczywistości młodszy od Cruz o 11 lat – fizjonomia właściwie tego nie zdradza. Jego Diego jest typem romantycznego włóczykija, co w jego wydaniu trąci nieco sztucznością. Jednak z przyjemnością przyjdzie obserwować ewolucję bohatera i w drugiej części filmu Hirsch konsekwentnie wychodzi z cienia Cruz. Nie można pominąć Saadet Aksoy, pochodzącej z Turcji odtwórczyni roli Aski. W scenach z Cruz jest równoprawną partnerką, można wyczuć namiastki chemii, której często brakuje w scenach Hiszpanki z Hirschem.

Chociaż trzonem fabuły jest uczucie Gemmy i Diega, to konflikt bałkański odgrywa znaczącą rolę w filmie Castellitta. Tam się poznają, tam mieszkają bliscy przyjaciele, którzy reprezentują bohemę artystyczną, patrzącą na rzeczywistość z innej perspektywy. Dlatego, kiedy dopada ich groza konfliktu, staje się to bardziej wyraziste i uderzające. Była Jugosławia jest przede wszystkim pięknie sfotografowana na każdym etapie historii. Skupieni na rozpamiętywaniu II wojny światowej praktycznie ignorujemy najnowszą historię konfliktów. W „Powtórnie narodzonym” konflikt wydaje się być bezosobowy – nie ma w nim wyraźnie zaznaczonych narodowości, szczególnie oprawców. Wojna jest pokazana z perspektywy cywili, nie pomijając dramatu wielu kobiet. Chyba najbardziej mnie zdumiało, że to miało miejsce 20 lat temu, a wydawało się, że ta historia jest znacznie odleglejsza.



Film jest trochę nierówny, czasem wręcz chaotyczny, ale mimo iż trwa dwie godziny, nie przestaje interesować i wyzwalać emocje. Ciekawość tego co będzie, a właściwie co tak naprawdę się wydarzyło jest w stanie zasypać w mrokach niepamięci nawet fatalny wątek z psycholog w ośrodku adopcyjnym graną przez Jane Birkin. Trochę od czapy wygląda wątek ojca Gemmy, który woli dla swojej córki narwanego lekkoducha niż odpowiedzialnego nudziarza. To jednak drobnostki przy finale, który jest dramatyczny i tkwi w pamięci długo po seansie. Castellitto wyreżyserował film, gdzie decyzje nie zawsze są łatwe do podjęcia, a ich konsekwencje mogą nieoczekiwanie przestawić życie na inny tor. Z pewnością sięgnę po powieść Mazzantini i odważę się obejrzeć inny film dotyczący konfliktu na Bałkanach.
Film obejrzany dzięki Vivarto
2012 · adaptacja · film amerykański · film: 3/6 · Gary Ross · seria: Igrzyska Śmierci

The Hunger Games/Igrzyska śmierci (2012), reż.Gary Ross

Tytuł polski: Igrzyska śmierci
Tytuł oryginalny: The Hunger Games
Na podstawie: „Igrzyska śmierci”, Suzanne Collins
Reżyseria: Gary Ross
Scenariusz: Gary Ross, Billy Ray, Suzanne Collins
Zdjęcia: Tom Stern
Muzyka: T-Bone Burnett, James Newton Howard
Obsada: Jennifer Lawrence, Josh Hutcherson, Liam Hemsworth, Elizabeth Banks, Woody Harrelson, Lenny Kravitz, Stanley Tucci, Donald Sutherland
Czas trwania: 142 minuty
Rok produkcji: 2012
Dystrybutor: Monolith Video
Ocena: 3/6

The Hunger Games (2012) on IMDb(function(d,s,id){var js,stags=d.getElementsByTagName(s)[0];if(d.getElementById(id)){return;}js=d.createElement(s);js.id=id;js.src=”http://g-ec2.images-amazon.com/images/G/01/imdb/plugins/rating/js/rating.min.js”;stags.parentNode.insertBefore(js,stags);})(document,’script’,’imdb-rating-api’);

Serie literackie, które zdążyły zebrać pokaźne grono fanów są teraz na pulpicie niemal każdej wytwórni filmowej. W końcu najlepiej zarabia się na nastolatkach, a poszukiwania kolejnej złotej kury na miarę „Harry’ego Pottera” czy sagi „Zmierzch” wciąż trwają. Wygląda na to, że powieści Suzanne Collins wpiszą się do tej grupy, ale początek nie należy do najlepszych. Wprawdzie mamy do czynienia z sukcesem kasowym i przychylnymi recenzjami krytyki, ale z seansu pamiętam głównie niedosyt i znużenie.

W odległej przyszłości podział polityczny kształtuje się zgoła inaczej. Na terenie dzisiejszych Stanów Zjednoczonych znajdziemy państwo Panem składające się z Kapitolu otoczonego 12 Dystryktami. Stolica do dnia dzisiejszego nie przebaczyła buntu jaki miał miejsce wiele lat temu i po raz 74. domaga się od dystryktów daniny w postaci chłopca i dziewczyny w wieku od 12 do 18 lat zwanych trybutami. Corocznie 24 dzieci bierze udział w Głodowych Igrzyskach, gdzie staczają walkę na śmierć i życie, a zwycięzca może być tylko jeden. Kiedy na Dożynkach w 12. Dystrykcie zostaje wylosowana dwunastoletnia Primrose Everdeen (Willow Shields), jej starsza siostra Katniss (Jennifer Lawrence) zgłasza się na ochotnika – w końcu jako doskonała łuczniczka ma większe szanse na przetrwanie niż wrażliwa dziewczynka. Wylosowany zostaje również Peeta Mellark (Josh Hutcherson), który kiedyś pomógł dziewczynie.



Powieść Suzanne Collins odsuwa wątek miłosny z głównego toru, ale z niego nie rezygnuje. Ciężar fabuły wyznacza dystopijne uniwersum, gdzie okrucieństwo, niesprawiedliwość i kontrasty społeczne kierują fabułę na poważniejsze tematy. Chyba dlatego film zyskał uznanie krytyki, nawet jeśli zaliczany jest do komercyjnego kina dla młodzieży. Główna bohaterka, która w książce jest jednocześnie narratorką, zdecydowanie wyróżnia się na tle postaci, które zalały literaturę young adult. Silna, zdeterminowana i doświadczona przez życie. Walka o przetrwanie i odpowiedzialność za rodzinę (po śmierci ojca matka przeżyła załamanie) stłumiły w niej uczucia, które uważa za zbędne. Nie oznacza to, że jest bezduszna i egoistyczna, ale nauczyła się patrzeć na świat realistycznie, a nawet nieco cynicznie. Łączy ją bardzo bliska więź z Gale’em (Liam Hemsworth), możliwe, że nawet go kocha. Jednak wokół niej narosła zbyt gruba skorupa, by łatwo było się jej otworzyć. Jej priorytety są zgoła inne i to one wyznaczają jej codzienność.

Słabość filmu objawia się na etapie scenariusza. Można odnieść wrażenie, że mamy do czynienia z filmem tworzonym pod rzeszę fanów serii, ponieważ zarówno świat jak i jego elementy mogą być na pierwszy rzut oka niezbyt jasne. Wystarczy wspomnieć scenę w której Katniss i Gale rozmawiają o Dożynkach, wypytując się ile razy ich nazwisko pojawia się w puli. O astragalach, czyli racjach żywnościowych w zamian za zwiększenie szans na wylosowanie można się dowiedzieć tylko z książki. Jednak to szczegół, ponieważ „Igrzyska śmierci” nie są zbyt łatwe do przeniesienia na ekran z innego powodu. Powieść skupia się w dużej mierze na uczuciach i przemyśleniach głównej bohaterki. Kto czytał książkę, łatwiej mu będzie zinterpretować słowa, spojrzenia i gesty. Trochę idiotycznie zmieniono wątek broszki z kosogłosem. Katniss dostaje ją od handlarki z Ćwieka (czarny rynek) i tuż przed Dożynkami daje siostrze na szczęście. Jak wiemy mimo to Prim została wylosowana. Dlatego głupio wygląda scena pożegnania, kiedy dziewczynka oddaje siostrze zapinkę, by ta zapewniła jej szczęście. W książce Katniss dostaje broszkę od Madge, córki burmistrza tuż przed wyjazdem do Kapitolu. Kosogłos jest symbolem, ale w powieściach Collins towarzyszyła mu aura niezawodnego talizmanu.
Mimo wątku igrzysk, gdzie dzieciaki walczą ze sobą na śmierć i życie, w film wkradają się dłużyzny i co zadziwiające – nuda. „Igrzyska śmierci” trwają ponad dwie godziny, co szczególnie daje się odczuć w zbytnio przeciąganych scenach. Jednak powtarzanie scen, przy których można pomyśleć, że ma się do czynienia z wadliwym montażem stało się przysłowiową kropką nad „i”.



Film ma swoje zalety, a jedną z nich jest obsada. Jennifer Lawrence miała na koncie kilka filmów, w tym „X-Men: Pierwsza klasa”, oraz nominację do Oscara za „Do szpiku kości”, kiedy ogłoszono, że wcieli się w postać Katniss Everdeen. Początkowo można odnieść wrażenie, że aktorka ma sparaliżowaną mimikę twarzy, ale z czasem widać coraz dokładniej jak dobrze oddaje stan ducha i umysłu bohaterki. Josh Hutcherson występuje w filmach od dziecka, ale rola Peety Mellarka chyba uratowała go przed wizją niebytu. Niby zagrał w znakomitym „Wszystko w porządku”, ale jego filmografia to głównie filmy dla dzieci lub marne horrory. Starał się o rolę Petera Parkera w najnowszym reebocie serii o Spider-Manie, ale na szczęście nie dostał tej roli. Chociaż nie ma zbyt wiele do zagrania i zdecydowanie usuwa się w cień koleżanki z planu, trudno sobie wyobrazić lepszego kandydata do tej roli. Już mam pisać o niewielkiej roli Liama Hemswortha, kiedy dociera do mnie, że mamy do czynienia z doskonałym castingiem. Aktorzy gładko wchodzą w skóry granych przez siebie postaci, a drugi plan jest wręcz upstrzony nazwiskami. Donald Sutherland, Elizabeth Banks, Woody Harrelson, Stanley Tucci a nawet Lenny Kravitz  – ich pamięta się w niemal każdym szczególe.

„Igrzyska śmierci” od strony wizualnej to surowość i design. Kontrast między klasą uprzywilejowaną, a byłymi buntownikami jest bardzo wyraźny. O ile przedstawienie dystryktów nie sprawiało trudności, wyzwaniem było odwzorowanie nie tylko Kapitolu, ale osobliwej estetyki. Kostiumolodzy i charakteryzatorzy mieli spore pole do popisu. Jednak większość wyczekiwała strojów Katniss i muszę przyznać, że twórcy nie polegli w tej materii.



Mimo udanej oprawy wizualnej i obsady, brakowało sprawnego budowania napięcia, kiedy widz i tak wie jakie będzie zakończenie (Collins to nie George R.R. Martin, który nie ma litości dla bohaterów swoich powieści). Poza wątkiem Rue (śliczna Amandla Stenberg), który za każdym razem wyciska ze mnie wiadra łez, trudno pełne zaangażowanie w przedstawianą historię. Niby mamy dramat dzieci zmuszanych do uczestniczenia w barbarzyńskim wydarzeniu, krytykę współczesnych mediów oraz postępującej znieczulicy i ogłupienia. Jednak to nie tylko nie robi wrażenia, ale zaskakuje brakiem jakichkolwiek emocji. Po seansie nie miałam ochoty na powtórną lekturę, a wszystkie części „Igrzysk śmierci” dosłownie połykałam. Widząc zalety nie jestem w stanie ukryć rozczarowania. To był materiał na bardzo dobry i widowiskowy film z niegłupim przekazem.


2012 · adaptacja · Avengers · film amerykański · film: 5.5/6 · Joss Whedon

The Avengers/Avengers 3D (2012), reż. Joss Whedon

Tytuł polski: Avengers 3D
Tytuł oryginalny: The Avengers
Na podstawie: „Avengers”, Stan Lee i Jack Kirby
Reżyseria: Joss Whedon
Scenariusz: Joss Whedon
Zdjęcia: Seamus McGarvey
Muzyka: Alan Silvestri
Obsada: Robert Downey Jr., Chris Hemsworth, Mark Ruffalo, Chris Evans, Scarlett Johansson, Tom Hiddleston, Jeremy Renner, Samuel L. Jackson, Stellan Skarsgard
Czas trwania: 142 minuty
Rok produkcji: 2012
Dystrybutor: CDProjekt
Ocena: 5.5/6

The Avengers (2012) on IMDb(function(d,s,id){var js,stags=d.getElementsByTagName(s)[0];if(d.getElementById(id)){return;}js=d.createElement(s);js.id=id;js.src=”http://g-ec2.images-amazon.com/images/G/01/imdb/plugins/rating/js/rating.min.js”;stags.parentNode.insertBefore(js,stags);})(document,’script’,’imdb-rating-api’);


Pomysł by na fali popularności komiksowych adaptacji postawić na ten jeden, który skupi w jednym filmie kilku bohaterów jest jednocześnie piękny i ryzykowny. Zanim „Avengers” weszli na ekrany, wprowadzono do kin postać Kapitana Ameryki – co pokazuje z jak dalekowzrocznym i długofalowym projektem mamy do czynienia. Ryzyko finansowe było ogromne – budżet musiał udźwignąć nie tylko gwiazdorskie gaże, ale i efekty specjalne. Widzowie na całym świecie wyczekiwali premiery, a ich cierpliwość została wynagrodzona. „Avengers” okazał się nadzwyczaj udanym widowiskiem, a gwiazda Jossa Whedona rozbłysła niczym supernova.

Zanim odpalimy płytę z „Avengers” warto zaznajomić się z niektórymi tytułami. Chodzi tutaj o „Iron Man”, „Iron Man 2”, „Captain America: Pierwsze starcie” oraz „Thor”. Dopiero po omawianym filmie należy zobaczyć „Iron Man 3” i „Thor: Mroczny świat”, ponieważ fabuły są ze sobą ściśle powiązane, a spoiwem jest „Avengers”. Oczywiście można zdecydować się na ominięcie podanych tytułów i obejrzenie tylko tego jednego, ale wtedy traci się zbyt wiele niuansów by w pełni cieszyć się seansem. Zasadniczy walor tego filmu to wrażenie oglądania starych znajomych w jednym miejscu. Już znamy ich charaktery, umiejętności, pewne strzępki przeszłości, ale nowym jest zderzenie ze sobą tych indywidualności i sama wizja ich współpracy. Ziemia jak zawsze jest w potrzebie, a w perspektywie jest zmasowany atak z kosmosu. Brzmi niepoważnie, a nawet tandetnie, ale nie w filmie opartym na wizji Jossa Whedona. Patos, który w innym przypadku osiągnąłby wartości krytyczne, zostaje dosłownie zmieciony przez humor. „Avengers” to zabawna jazda na karuzeli, a przede wszystkim dowód na to, że film naszpikowany wieloma wyrazistymi postaciami może się udać. Disney, który jest właścicielem praw do większości bohaterów ze stajni Marvela wygrał, bo był pierwszy. Warner Bros., który z kolei zainwestował w postacie DC Comics z miejsca jest na straconej pozycji – kroki w kierunku stworzenia „Ligi sprawiedliwych” już są postrzegane jako szukanie łatwego i sprawdzonego zarobku.



Osobiście nie miałam styczności z pierwowzorami komiksowymi, co też niespecjalnie mi przeszkadza. Poznawanie bohaterów i ich historii za pomocą filmowych adaptacji nie traktuję jako proces drastycznie zubożony. Tutaj mamy do czynienia z wizjami, która na naszych oczach się poszerzają i w efekcie stykają ze sobą. Tony Stark będzie miał tylko twarz Roberta Downey’a Jr., Thor nie może wyglądać inaczej niż Chris Hemsworth, a Kapitan Ameryka nie pozbędzie się poczciwej twarzyczki Chrisa Evansa. Kto będzie pamiętał, że Hulka grali Eric Bana i Edward Norton, kiedy casting Marka Ruffalo stał się równie zaskakujący co idealny? Wprawdzie nie wszyscy bohaterowie doczekali się własnych filmów (nie wiem czy sama chciałabym oglądać osobne historie Czarnej Wdowy czy Hawkeye’a), to trudno uczynić z tego zarzut – najważniejsi i właściwie najatrakcyjniejsi bohaterowie już wcześniej zostali przestawieni widzom. Piękno „Avengers” tkwi nie tylko w zebraniu wspomnianych postaci oraz dowcipie sytuacyjnym, ale w doborze głównego czarnego charakteru. Loki to jedna najciekawszych, najbardziej tajemniczych i nieprzewidywalnych postaci jakie pojawiły się na ekranach w przeciągu ostatnich lat. Zło przybierające formę poczwarki podróżującej kosmicznym ulem, której credo brzmi „zniszczenie czyni mnie szczęśliwym”, nie wzbudza większych emocji. Jeśli widzimy postać pełną uczuć i sprzeczności i przy tym ludzką pod wieloma względami – zło staje się bardziej namacalne i przerażające.

Film Whedona nie sili się na bycie czymś więcej niż bycie rozrywką w stanie czystym. Bardzo dochodowa kategoria wiekowa jaką jest PG-13 jest jednak niewyczuwalna. Co tu dużo pisać – udany scenariusz naszpikowany dowcipnymi kwestiami, zapierającymi dech sekwencjami akcji i walk, a do tego nawiązania i cytaty, wprost zachwycają. Role główne wydają się być równomiernie rozłożone przez co nie ma się wrażenia wyraźnego faworyzowania. Jednak w tym zbiorze doskonałości i zachwytów nie brakuje elementów niezbyt udanych. Kiedy film schodzi na poważniejsze tony, kiedy trzeba przytemperować ego poszczególnych bohaterów by skłonić ich do współpracy – fabuła zaczyna nieco siadać. Zagrywki, które są proste i niestety przewidywalne trochę psują odbiór. Skoro ten radosny rollercoaster wymyka się porównaniom z tym co dotychczas się widziało, to może trzymać dobry poziom do samego końca. Jednak owe potknięcia nie tylko nie przesłaniają pozytywów, ale szybko odchodzą w niepamięć. Ponieważ nie brakuje powodów dla których warto zobaczyć ten film, a scena Hulka z Lokim jest jedną z wielu.



Trudno ten wpis brać na serio, takie uwielbienie i nikły krytycyzm nawet u mnie wzbudziłby cichy protest. Jednak dla mnie „Avengers” to przykład niemal doskonałego kina rozrywkowego. W mojej definicji filmu doskonałego mieszczą się przypadki do których chce się wracać i trzymać w pogotowiu płytę dvd. Polskie wydanie tego filmu na dvd jest doprawdy rozczarowujące. Wydawcy bardzo perfidnie przekonują widzów na BR, gdzie pakują ogrom dodatków, kiedy na starszym nośniku dodawane jest tyle co nic. W przypadku „Avengers” jest to wręcz rażące, że dopiero okazja w Biedronce (zapłaciłam jakieś 10 zł) skłoniła mnie do nabycia. Spuśćmy jednak zasłonę milczenia na zawartość książeczki, która ewidentnie została napisana przez dziesięciolatka dla pięciolatka.

O sukcesie filmu nie ma co dyskutować skoro za dwa lata zobaczymy „Avengers: Age of Ultron”. Nie zanosi się na to, by aktorzy zmęczyli się granymi przez siebie postaciami. W końcu dla niektórych okazały się być trampoliną do sławy lub też powrotem z okresu niebytu. Istnieje pełna świadomość, że za tym projektem stoi chęć zysku, ale póki to będą dobre filmy, niech karnawał trwa dalej. 

2012 · film amerykański · film: 3.5/6 · James McTeigue

The Raven/Kruk. Zagadka zbrodni (2012), reż. James McTeigue

Tytuł polski: Kruk. Zagadka zbrodni
Tytuł oryginalny: The Raven
Reżyseria: James McTeigue
Scenariusz: Hannah Shakespeare, Ben Livingston
Zdjęcia: Danny Ruhlmann
Muzyka: Lucas Vidal
Obsada: John Cusack, Luke Evans, Alice Eve, Brendan Gleeson
Czas trwania: 111 minut
Rok produkcji: 2012
Dystrybutor: Kino Świat
Ocena: 3.5/6

The Raven (2012) on IMDb(function(d,s,id){var js,stags=d.getElementsByTagName(s)[0];if(d.getElementById(id)){return;}js=d.createElement(s);js.id=id;js.src=”http://g-ec2.images-amazon.com/images/G/01/imdb/plugins/rating/js/rating.min.js”;stags.parentNode.insertBefore(js,stags);})(document,’script’,’imdb-rating-api’);

Edgar Allan Poe właściwie nie doczekał się solidnej filmowej biografii. Twórca epoki romantyzmu miał niemały wpływ na literaturę będąc nie tylko jedynym w swoim rodzaju, ale też źródłem inspiracji dla innych wielkich. Wokół okoliczności jego śmierci do dzisiaj krążą sprzeczne opinie, ale jego życie i twórczość są doskonałym materiałem na scenariusz. Mimo to jedyne filmowe nazwisko jakie przychodzi na myśl w związku z Poe’m to Roger Corman i jego niezbyt wierne adaptacje. Film Jamesa McTeigue’a nie przyczynił się zbytnio do popularyzacji amerykańskiego pisarza – praktycznie pozostał niezauważony.

„Kruk. Zagadka zbrodni” nie jest filmem stricte biograficznym, ale radosną mieszanką życiorysu, twórczości i inwencji własnej. Całość miała mieścić się w ramach kasowego filmu rozrywkowego i to zadanie właściwie spełniła. Nie sposób oprzeć się wrażeniu, że twórcom zamarzył się sukces serii o Sherlocku Holmesie. Stylistyka „Kruka” bardzo przypomina filmy Ritchiego, tyle, że więcej w nich makabry. Fabuła skupia się wokół ostatnich dni z życia pisarza, poety i krytyka literackiego. Grany przez Johna Cusacka Poe jest bankrutem zaglądającym do kieliszka, ale nie brak mu tupetu i wysokiego ego. Zaleca się do młodziutkiej Emily (Alice Eve) ku rozpaczy jej ojca kapitana Hamiltona (Brendan Gleeson). Równolegle w Baltimore rozpoczyna się seria brutalnych morderstw. Zbrodnie, których inspiracją jest twórczość Poe’go. Policja z detektywem Fieldsem (Luke Evans) na czele widzi w Edgarze podejrzanego, ale szybko powierzają mu funkcję konsultanta.


Po lekturze powyższego akapitu można wywnioskować, że postać dziewiętnastowiecznego pisarza jest środkiem dla innego celu. Bierzemy Poe’go, nadajemy mu silną i barwną osobowość i wikłamy go w zagadkę kryminalną. Problem w tym, że oglądając Johna Cusacka nie czujemy postaci zdolnej do napisania swoich najmroczniejszych wierszy i opowiadań. Scenki w których przygląda się kociemu truchłu czy bada przy biurku ludzkie serce to zbyt mało. Ciemna kreska wokół oczu nie wystarczy, a przy fizjonomii Cusacka wygląda niemal tandetnie. Dla przeciwwagi mamy rzeczowego Fieldsa granego przez Luke’a Evansa, którego nagła kariera jednocześnie cieszy i zastanawia. Nie zawodzi Alice Eve, ale szkoda, że Brendan Gleeson nie ma czego grać.

„Kruk. Zagadka zbrodni” broni się odwzorowaniem i klimatem epoki. Sceny zbrodni są brudne i makabryczne, co poskutkowało przyznaniu kategorii R i tym samym ograniczeniem widowni kinowej. Film okazał się totalną klapą finansową, nie zwróciły się nawet koszty produkcji. Czyżby Poe nie miał już tego magnesu co kilkanaście czy kilkadziesiąt lat temu? Zawiodła promocja? Mimo niefortunnego obsadzenia Cusacka film jest dość solidną produkcją, gdzie widać nie tylko znajomość twórczości Poe’go, ale też pomysły. Seryjny morderca zostawia organom ścigania wskazówki, w końcu wciąga Edgara w swoją grę i do końca nie wiemy kim on jest. Biorąc pod uwagę, że akcja dzieje się w 1849 roku, nie sposób pominąć metodykę pracy detektywa Fieldsa. Poe był pierwszym pisarzem, który powołał do życia detektywa stosującego metody dedukcji. Czy Fields ma coś z C. Auguste’a Dupina trudno mi stwierdzić, ponieważ dawno nie czytałam opowiadań amerykańskiego pisarza. Jednak ta myśl prześladowała mnie przez pół filmu.



„Kruk. Zagadka zbrodni” to całkiem dobrze zrealizowany film z nieźle poprowadzoną intrygą i dobrze budowanym nastrojem. Nazwisko reżysera „V jak Vendetta” czy obsada nie wystarczyły by projekt cieszył się zainteresowaniem już w fazie produkcji. Ograniczenie widowni do osób dorosłych wymaga jednak obsady z silnym zapleczem fanowskim, a jeszcze lepiej zorganizowanym w prężny fandom. Cusack okres świetności ma dawno za sobą. Luke Evans pojawia się w filmach od 3 lat, ale może udział w „Hobbicie” sprawi, że Walijczyk zawojuje internet. Może to sygnał, że Edgar Allan Poe już tak nie rozpala wyobraźni, pozostaje jednym z tych nazwisk w zalewie innych? Mam nadzieję, że powstanie solidna biografia tego pisarza, która będzie godna jego osoby. A tak to dostajemy „Kruka”, który dobrze się ogląda, ale poza kilkoma nawiązaniami do twórczości zupełnie nic nie mówi o samym Edgarze (ale to i tak lepsze niż Abraham Lincoln walczący z wampirami).

2012 · film amerykański · film: 4/6 · Seth MacFarlane

Ted (2012), reż. Seth MacFarlane

Tytuł: Ted
Reżyseria: Seth MacFarlane
Scenariusz: Seth MacFarlane, Alec Sulkin, Wellesley Wild
Zdjęcia: Michael Barrett
Muzyka: Walter Murphy
Obsada: Mark Wahlberg, Mila Kunis, Giovanni Ribisi, Joel McHare, Norah Jones, Tom Skerritt
Czas trwania: 96 minut
Rok produkcji: 2012
Dystrybutor: TiM Film Studio
Ocena: 4/6

Ted (2012) on IMDb(function(d,s,id){var js,stags=d.getElementsByTagName(s)[0];if(d.getElementById(id)){return;}js=d.createElement(s);js.id=id;js.src=”http://g-ec2.images-amazon.com/images/G/01/imdb/plugins/rating/js/rating.min.js”;stags.parentNode.insertBefore(js,stags);})(document,’script’,’imdb-rating-api’);



Zwiastun narobił niezłego zamieszania. Słodki pluszowy miś przestał być taki potulny, stał się antydefinicją bezpiecznej zabawki dla malucha. Coś nowego, innego i odświeżającego? Z pewnością tak, ale „Ted” to kolejny film o męskich trudach długiego dorastania.  Seth MacFarlane, który w tym roku poprowadził galę rozdania Oscarów, udowodnił, że głupie pomysły mogą być też dobre.

Skąd wziął się Ted i dlaczego nie jest jak inne pluszowe misie? Magia bożonarodzeniowych życzeń postanowiła namieszać i spełniła prośbę małego chłopca. Młody John jest bardzo samotny, nikt nie chce się z nim bawić i przyjaźnić. Kiedy pod choinką znajduje misia, czyni z niego substytut przyjaciela. Rankiem miś zwany Tedem był jak żywy, a cały świat dowiedział się o cudzie. Zaskoczenie było spore. Widziałam tylko zwiastun oryginalny, a z moją wadą słuchu nie zrozumiałam kwestii i jakoś wyszłam z założenia, że Ted jest tylko w wyobraźni Johna. Zazwyczaj tak jest, ale wizja misia jako upadłej gwiazdy, która podpala jointy i sprowadza damy lekkich obyczajów niemal z miejsca mnie kupiła. Dorosły John (Mark Wahlberg) ma już 35 wiosen na karku, ale usposobienie luzackiego studenta. Od czterech lat jest w związku z Lori (Mila Kunis), ale wyobrażenie o przyszłości ogranicza się do kilku dni naprzód.



Ten film z misiem jest przeznaczony dla widza dorosłego. Poziom wulgaryzmu osiąga różne stadia rozwoju, niektóre mogą być nie do przejścia. Jednak osobowość Teda nadaje im łagodniejszy filtr, czasem groteskowy i niedorzeczny. Uszatek jest praktycznie pozbawiony hamulców, co nie znaczy, że nie da się go lubić. Jego symbioza z Johnem jest totalna – jeden nie wyobraża sobie życia bez drugiego. W końcu trzeba zacząć podejmować decyzje, ustalać priorytety i spojrzeć na siebie zupełnie trzeźwo. Wyprowadzka Teda nie rozwiązuje problemów, ale doprowadza do ich eskalacji i tym samym do chwili oczyszczenia. Żeby nie było bardzo sztampowo, na horyzoncie pojawia się niepokojąca postać – Donny grany przez Giovanniego Ribisiego. W końcu Ted jest jedyny w swoim rodzaju, a kto nie chciałby mieć kogoś takiego jak on?

Dowcip zawarty w „Tedzie” jest wielobarwny z naciskiem na złośliwy. W końcu Seth MacFarlane wylansował przebój „We saw your boobs” i stoi za takimi produkcjami jak „Johnny Bravo”, „Labolatorium Dextera”, „Krowa i kurczak” i „Family Guy”. Komik z bogatym doświadczeniem świetnie się sprawdza w filmach fabularnych. Poczucie humoru to sprawa bardzo subiektywna. Osobiście nie gustuję w poziomie jaki reprezentuje „Ted” przez część swojego czasu, ale mam też sporo dystansu i cierpliwości. Nie brakuje tu udanych motywów jak wątek Toma Skerritta czy Flasha Gordona. Pieśń pozwalająca oswoić strach przed burzą nie traci swego uroku. Wulgaryzmy i stąpanie po cienkim lodzie dobrego smaku nie dominują półtoragodzinnej produkcji. „Ted” zaczyna się mocno i bezkompromisowo, by w gruncie rzeczy przejść na spokojne tory tego, co w życiu jest naprawdę ważne.



„Ted” nie jest filmem wybitnym, nie wymaga nawet świetnej warszatatowo obsady. Mark Wahlberg jest jaki jest, Mila Kunis jak zawsze charakterna z klasą. W tle przemykają mniej lub bardziej rozpoznawalne twarze, ale i tak większość chciała zobaczyć niegrzecznego pluszaka. Niewiele brakowało, a film by nie powstał. Seth MacFarlane dzięki pomyłce agenta nie znalazł się w samolocie, który uderzył w WTC. Seans z Tedem uważam mimo wszystko za udany – rozśmieszył mnie, zniesmaczył, zaskoczył i rozbroił. Osobiście nie chciałabym mieć takiego misia w pobliżu, ale dzięki takiej ozdobie kolejny film o późno dojrzewającym facecie nie okazał się być stratą czasu.

PS. Chodzą słuchy o kontynuacji. Światowa premiera przewidziana na 26 czerwca 2015 roku. Szczerze, nie mam pojęcia o czym miałby by być „Ted 2”.


2012 · adaptacja · film brytyjski · film: 4.5/6 · Tom Hooper

Les Miserables/Les Miserables. Nędznicy (2012), reż. Tom Hooper

Tytuł polski: Les Miserables. Nędznicy
Tytuł oryginalny: Les Miserables
Na podstawie: „Nędznicy”, Victor Hugo
Reżyseria: Tom Hooper
Scenariusz: William Nicholson
Zdjęcia: Danny Cohen
Muzyka: Claude – Michel Shönberg

Rok produkcji: 2012
Dystrybutor: UIP Polska
Ocena: 4.5/6

Les Misérables (2012) on IMDb(function(d,s,id){var js,stags=d.getElementsByTagName(s)[0];if(d.getElementById(id)){return;}js=d.createElement(s);js.id=id;js.src=”http://g-ec2.images-amazon.com/images/G/01/imdb/plugins/rating/js/rating.min.js”;stags.parentNode.insertBefore(js,stags);})(document,’script’,’imdb-rating-api’);



Uwielbiam musicale, dlatego wieść o przeniesieniu na ekran   jednego z broadway’owskich klasyków i to z doborową obsadą z miejsca wzbudziła mój entuzjazm. Najzabawniejsze jest to, że nigdy nie widziałam tego musicalu, ani nie miałam w rękach powieści Victora Hugo. Jednym słowem nie znałam historii, a w ostatnich czasach do moich uszu dotarły dwie piosenki: „I dream a dream” i „Castle on the cloud”. W takiej sytuacji nie trudno o nieśmiertelny dylemat: „Co pierwsze, książka czy film?”. Postawiłam na to drugiei dane mi było to, co rzadko mi się zdarza, ale często tego szukam – wzruszeń, których nie potrafię ukryć i opanować. Film Hoopera był powszechnie krytykowany, co mnie trochę dziwi, ale tylko trochę. Dużo zależy od oczekiwań, a moje były skierowane w sferę emocji. Tak, płakałam.

„Nędznicy”, już sam tytuł wskazuje, że historia, a raczej sieć ludzkich losów, nie będzie lekką i miłą opowiastką w scenerii porewolucyjnej Francji. Victor Hugo, czołowy reprezentant epoki francuskiego romantyzmu, nie ograniczał swojej działalności tylko na polu literackim. Piętnował niesprawiedliwość społeczną i w tym kierunku układał reformy, czego nie sposób nie dostrzec w w samych „Nędznikach”. Opowieści w której przypadkowy, zwykły gest może odmienić czyjeś życie na lepsze lub skazać go na utratę resztek godności. Przypadki Jeana Valjeana (Hugh Jackman), Fantine (Anne Hathaway), Javerta (Russell Crowe), Cosette (Amanda Seyfried), Eponime (Samantha Barks), Mariusa (Eddie Redmayne) czy Enjorlasa (Aaron Tveit) są tylko ułamkiem wyciętym z morza im podobnych. Może i żyjemy w XXI wieku, ale pewne rzeczy tak bardzo się nie zmieniają.

Hugh Jackman


Musical ma niesamowitą, ostatnio niezbyt docenianą siłę. Jej istotą są treści, emocje przekazywane przy interpretacji piosenki. Utwór musicalowy jest bardzo bliski poezji, gdzie dokonuje się pewne obnażenie wrażliwości, tkwiących emocji. Proza, zwykły dialog nie zawsze oddadzą esencję, perspektywę. Czy warunkiem wywołania katharsis jest doskonały, krystaliczny głos? Niezupełnie, ponieważ niedoskonałość, potknięcie, chwilowy brak tchu potrafią poruszyć mocniej niż czyste dźwięki. Poziom wokalny w „Les Miserables” jest mocno zróżnicowany. W przeciwieństwie do indyjskich produkcji, gdzie prężnie rozwija się gałąź playback singerów, aktorzy śpiewają własnym głosem. Między znanych ze swoich możliwości wokalnych (Hugh Jackman, Anne Hathaway, Amanda Seyfried) i niezbyt lotnych (Russell Crowe, Helena Bonham Carter), znaleźli się aktorzy musicalowi (Aaron Tveit, Samantha Barks). Nie trzeba być znawcą, aby stwierdzić, że część żeńska zdecydowanie góruje nad męską. Jakim zaskoczeniem była niemoc wokalna Jackmana, który ma za sobą miesiące na deskach teatrów musicalowych. Słabsze wykonania nie wpłynęły jednak na odbiór filmu, nawet nie miałam kiedy zastanawiać się nad odwagą Crowe’a by w ogóle zaśpiewać. Przy jednej piosence osiągnęłam szczyty wzruszenia. Niby miałam z tyłu głowy, że Hathaway za bardzo zależało na Oscarze, ale za wykonanie „I dreamed a dream” jej się należał.

Anne Hathaway


Sama opowieść, z perspektywy nowicjusza, który nie liznął nawet zarysu historii, przyciąga uwagę i angażuje na kilku poziomach. Na ile to zasługa umysłu Hugo, inteligencji scenarzysty czy rozmachu wizualnego, że nie wspomnę o aktorstwie – trudno określić. To może świadczyć o zrównoważeniu poszczególnych elementów, a historia po prostu płynie. Widoczna jest pewna teatralność, umowność, ale to jedna z naturalnych cech musicalu – formy, która od kilkunastu lat próbuje zająć miejsce między gatunkami, które wyznaczają trendy w kinie. „Les Miserables” jako film i jako musical naprawdę się udał, a moje obawy były związane z osobą reżysera. Tom Hooper ma już swojego Oscara za „Jak zostać królem”, film, który nie powinien być nawet nominowany. Kalka goniła kalkę i poza kilkoma scenami nadawałby się do zapomnienia. Jednak musical potraktował w pierwszej kolejności jako film, nie wywołując presji na stronę wokalną. Dlatego „Les Miserables” mają swój autorki rys, pewną chropowatość, która przemienia teatralność w autentyczność. Dramaty i dylematy nie są przesadzone, miłości nie takie słodkie, a odwaga nie taka głupia.

Helena Bonham Carter, Isabelle Allen, Sacha Baron Cohen


Nie pozostaje nic innego jak przeczytać książkę i jeszcze raz obejrzeć film Hoopera. Plejada gwiazd tak pięknie skryła się za plecami granych przez siebie postaci, że nie sposób nie docenić tego widowiska. Po seansie krążą myśli, serce rozsadzają emocje. Może nie miałam do czynienia z kinem wybitnym, ale każdy seans, który daje spełnienie mnie jako widzowi, jest wart zapamiętania, opisania i powtórzenia.

2012 · film amerykański · film: 3/6 · McG

This means war/A więc wojna (2012), reż. McG

Tytuł polski: A więc wojna
Tytuł oryginalny: This means war
Reżyseria: McG
Scenariusz: Timothy Dowling, Simon Kinberg
Zdjęcia: Russell Carpenter
Muzyka: Christophe Beck
Rok produkcji: 2012
Dystrybutor: Imperial CinePix
Ocena: 3/6

This Means War (2012) on IMDb


Filmy naprawdę potrafią przynieść wiele przyjemności, czyż komedia romantyczna nie powinna nas wzruszać i bawić z naciskiem na to drugie? Niekiedy, tak jak w omawianym przypadku, przyjemność jest generowana z najmniej spodziewanej (przez twórców, oczywiście) strony. To doprawdy niemała gratka, kiedy po 20 minutach można przewidzieć zarys fabuły wraz z zakończeniem. „A więc wojna” jest filmem tak przewidywalnym, aż uroczym. Jednak w pewnych scenach ciężkim do strawienia zarówno przez natężenie idiotyzmu jak i kwestii wątpliwych etycznie.


Agenci, agenci. Jak często partnerami na służbie FBI są mężczyźni, którzy przyjaźnią się od dziecka? FDR (Chris Pine) i Tuck (Tom Hardy) są skutecznymi, niepozbawionymi uroku facetami. Pierwszy ma dość lekki stosunek do związków, drugi przełyka gorycz porażki po rozstaniu z matką jego syna. Ten drugi rejestruje się na portalu randkowym i tak trafia na Lauren (Reese Witherspoon). Rzecz w tym, że to nie ona jest autorką swego profilu, ale od czego są najlepsze przyjaciółki pod słońcem, które tak dbają o nasze życie erotyczne. FDR, jak przystało na rasowego kumpla, gotów ruszyć z odsieczą w razie alarmu. Sygnału nie było, można się zbierać do domu, kiedy na drodze spotyka się właśnie tą kobietę. Panowie dość szybko przekonują się, że przyjdzie im rywalizować o jedną osobę. Mając zaplecze takie jak FBI, hulaj dusza piekła nie ma.



Jak wspominałam, zakończenia można się szybko domyślić. Po drodze będzie dziecinada zwana rywalizacją oraz cień groźnego terrorysty (jego rola w filmie jest oczywista, aż żal patrzeć na Tila Schweigera). W takich sytuacjach zastanawia mnie jedna rzecz. Jacy przyjaciele rywalizują na tym polu. W normalnych sytuacjach wycofałby się ten, który poznał jako drugi. Świadomie godzą się na taki stan rzeczy z pewnością, że nie wpłynie on na ich przyjaźń. Oszukiwali nie tylko siebie, ale też dziewczynę. Inna sprawa, że Lauren nie była taka niewinna – w końcu umawiała się z dwoma jednocześnie. Jednak próbowałam sobie wyobrazić sytuację, kiedy ona dokonuje wyboru i siłą rzeczy nie sposób ukryć najlepszego przyjaciela i to tak związanego z rodziną. I co? Kolejna niezręczna sytuacja, kiedy to stres spadnie na Lauren.

Scenarzyści zapragnęli wykorzystać szeroki wachlarz możliwości jakie daje praca tajnego agenta. W końcu ichnie metody inwigilacji mogą zastąpić, a raczej przyspieszyć, poznanie ukochanej. Wątek został  miejscami doprowadzony do absurdu, że dla kondycji psychicznej musiałam nacisnąć pauzę. Na szczęście nie brakuje momentów miłych i zabawnych, a tym samym nie wciśniętych na siłę. Chciałabym zapomnieć o rodzince w restauracji czy wciągnięciu kolegów w inwigilowanie Lauren. Czym innym jest obserwowanie jak facet wyłazi ze skóry by zaimponować wybrance. Nie brakowało fachowo podkładanych świń (czym to Klimt nie malował…), co na szczęście gładko wpisywało się w konwencję i nie przekraczało granicy dobrego smaku.



Obsada robi wrażenie, szczególnie estetyczne. Nie brakowało głosów krytyki pod adresem Toma Hardy’ego. No bo jak taki aktor ma czelność pojawić się w takim filmie, komercyjnym aż do bólu? Chętnie przyłączę się do opcji głoszącej, że każdy może grać w czym chce. Czasem mam ochotę zobaczyć aktora czy aktorkę, grających wbrew swemu emploi. Wyobrażacie sobie Mię Wasikowską a’la Kate Hudson czy Cameron Diaz? Może przypadek Hardy’ego nie jest tak drastyczny, ale uświadamia jak fani lubią sterować swoim idolem i wiedzą co dla niego najlepsze. Muszę przyznać, że trio z plakatu jest naprawdę udane – jest lekko i jakaś chemia się pałęta – szczególnie między panami). 

Gdyby wyciąć kilka scen, przerobić co bardziej idiotyczne pomysły – mielibyśmy całkiem zgrabnie nakręconą komedię. Pewnie dalej tak radośnie przewidywalną, ale przyjemniejszą w odbiorze dzięki zastosowaniu filtrów nieprzepuszczających szczytów absurdu. Trochę szkoda, że zmarnowano fajny pomysł i zabrakło wyczucia w niektórych momentach.

To jedyna kwestia godna zapamiętania obok tej o błędach.
2012 · adaptacja · film amerykański · film: 3.5/6 · Jason Moore

Pitch Perfect (2012), reż. Jason Moore

Tytuł oryginalny: Pitch Perfect
Na podstawie: „Pitch perfect: The quest for collegiate a capella glory”, Mickey Rapkin
Reżyseria: Jason Moore
Scenariusz: Kay Cannon
Zdjęcia: Julio Macat
Muzyka: Christophe Beck, Mark Kilian
Rok produkcji: 2012
Ocena: 3.5/6

Pitch Perfect (2012) on IMDb

Filmy nie muszą być dobre aby się podobać. Czasem wystarczy pewien rys, który przesłoni to, co należałoby przykryć zasłoną milczenia. „Pitch perfect” w reżyserii Jasona Moore’a jest lekką komedią muzyczną dziejącą się w studenckich środowiskach zespołów acapella. Na pierwszym planie jest muzyka i dobra zabawa, scenariusz dość poprawnie się do tego dostosowuje. Gdybym pisała świeżo po seansie, ocena z pewnością byłaby o oczko wyższa, ale większa perspektywa czasem jest wskazana. To muzyka wyciąga przeciętny film przed szereg i okazała się na tyle skuteczna, że powstanie druga część, która pojawi się w 2015 roku.


Serial „Glee” od stacji Fox pokazał, że produkcje z coverami, mashupami i historie o grupie dziwolągów, którzy angażują się w projekt i przechodzą kolejne eliminacje by sięgnąć po najwyższy laur – mają szanse na powodzenie. Z tym, że nic nie było w stanie przebić fenomenu serialu i tak jest do dzisiaj. Inna sprawa, że „Glee” okres świetności ma za sobą. Tym razem mamy zgrabnie ułożoną historię wedle sprawdzonego babcinego przepisu. Ona, Beca (Anna Kendrick) ląduje na studiach, ale jej marzenia wędrują w rejony muzyczne – chce być dj. Ma gdzieś uczelnię, ale ojciec stawia jej pewne ultimatum i nie ma innej drogi jak spróbować być pełnoetatową studentką. Jej ścieżki przecinają się z autostradą zwaną „The Bellas” oraz alejką o aparycji Jesse’go (Skylar Astin). Należy przygotować się na pokaz osobowości, rywalizacji i po trosze nieprzemyślanych scen.



Jakie to zaskakujące, że Anna Kendrick nie wzbudza większej sympatii, a to wokół niej budowana jest fabuła. Aż chciało się potrząsnąć Jessem i krzyknąć mu w twarz: „Uciekaj!” Aktorka blaknie nie tylko w zestawieniu Rebel Wilson (chyba mamy Zacha Galifianakisa w spódnicy), ale też przy porównaniu do Anny Camp czy Brittany Snow. Można dać na usprawiedliwienie, że Beca jest osobą skrytą i trzymającą ludzi na dystans, ale takim postaciom z reguły się kibicuje. Jednak nie jest aż tak źle, mamy inne atrakcje z muzyką na czele. Bo to ona sprawia, że ma się ochotę na powtórkę z tych momentów, w których nie tylko brzmiała, ale urozmaicała okoliczności.

A jest czego posłuchać i na dodatek popatrzeć na oprawę. Towarzyszy temu nastrój, który doskonale ilustruje refren przeboju grupy Fun „We are young”. Soundtrack zawojował listy przebojów i zestawienia sprzedaży. Pierwszy raz spodobała mi się piosenka Miley Cyrus, usłyszałam o „Titanium” Davida Guetty i próbowałam opanować trik z kubkiem znanym z piosenki „Cups” (efekty marne). Całość podziałała jak wyzwalacz endorfin, a takie filmy zawsze będą potrzebne. Zaskoczenie śpiewem Kendrick i ruchami scenicznymi Astina, które wskazywały na obycie ze sceną, zaowocowało małymi poszukiwaniami. I tak odkryłam, że dwójka młodych aktorów to owoce scen broadway’owskich musicali. Anna jako dziecko była nominowana  do nagrody Tony za występ w „High Society”. Skylar ma za sobą występy w „Spring Awakening” i to z tą samą obsadą co Lea Michele i Jonathan Groff. Jak widać, „Pitch perfect” wokalnie stoi naprawdę dobrze i to nie tylko za sprawą tej pary.


Zakończenie jest udane – wyważone i nieprzekombinowane, ale po drodze film zaliczył kilka potknięć. Nie chodzi o urocze akcje i reakcje Jessego, ale siłowość momentów w zamierzeniu zabójczo śmiesznych. Już nie chodzi o reakcje Audrey na nadmiar stresu. Zupełnie od czapy jest taka scena bójki, która po wkroczeniu Fat „Kraken” Amy narobiła niesmaku na równi z orzełkiem w reakcji Audrey. Wtedy sobie przypominałam gdzie tkwi target „Pitch perfect”. Nie dajmy się jednak zwariować, bo kilka pęknięć nie zniekształca całości. Jeżeli ma się sentyment do „Klubu winowajców”, który jest istotny dla części fabuły, to takie jazdy stają się niewarte irytacji. Dalej stawiam film Moore’a na półce z antydepresantami będąc świadoma mankamentów tej produkcji.

Czy zobaczę  kolejną część? Pewnie, choć już dzisiaj mam pewne obawy. Trzyletnia różnica w takich produkcjach jest jednak ryzykowna. Mam nadzieję, że do tego czasu kariera głównego trzonu obsady ruszy z kopyta. O przyszłość nie musi martwić się Anna Kendrick, ale Astin musi unikać kolejnych wersji „Projektu X”, bo to droga donikąd. Aktorsko widać potencjał, bo wokalnie już jest znakomity. A jaka przyszłość czeka Rebel Wilson? Oby zaskoczyła samą siebie, nim na stale zespoli się z jednym wizerunkiem. Boję się tylko, że te dwa lata zlecą zbyt szybko i nim się obejrzę, będę oglądała „Pitch perfect 2”.




A na deser pełna wersja „Cups” w wykonaniu Anny Kendrick w sympatycznym teledysku.
2012 · film amerykański · film brytyjski · film: 3/6 · Ridley Scott

Prometheus/Prometeusz (2012), reż. Ridley Scott

Tytuł polski: Prometeusz
Tytuł oryginalny: Prometheus
Reżyseria: Ridley Scott
Scenariusz: Jon Spaihts, Damon Lindelof
Zdjęcia: Dariusz Wolski
Muzyka: Marc Streitenfeld
Rok produkcji: 2012
Dystrybucja: Imperial Cinepix
Ocena: 3/6

Prometheus (2012) on IMDb(function(d,s,id){var js,stags=d.getElementsByTagName(s)[0];if(d.getElementById(id)){return;}js=d.createElement(s);js.id=id;js.src=”http://g-ec2.images-amazon.com/images/G/01/imdb/plugins/rating/js/rating.min.js”;stags.parentNode.insertBefore(js,stags);})(document,’script’,’imdb-rating-api’);

 

Nie widziałam pierwszych filmów z serii „Obcy”. Czwórkę z Winoną Ryder w zasadzie nie ma co liczyć, bo większego wrażenia na mnie nie uczyniła – liczą się trzy filmy na początku, których do dzisiaj boję się zobaczyć. Do tego seria dodawana do „Newsweeka” trafiła bardzo nie w czasie, kiedy moje wydatki były skupione wokół przygotowań do świąt. Dlaczego sięgnęłam po krytykowanego „Prometeusza”? Z jednej strony miałam okazję, z drugiej chciałam zakończyć rok filmowy rasowym science – fiction. Współczesna technologia daje filmowcom niemal nieograniczone możliwości. „Prometeusz” jest ładny, sterylny i monumentalny. Co z tego, skoro ogólne wrażenia podpowiadają jedno słowo – nijakość.

Jest para archeologów, którzy przetrząsają Ziemię w poszukiwaniu klucza łączącego starożytne i odizolowane od siebie cywilizacje. Kolejne odkrycia doprowadzają ich do podróży kosmicznej, której cel osiągają w 2093 roku. „Prometeusz” ląduje na obcej planecie, która powinna skrywać odpowiedzi na nurtujące ludzkość od tysiącleci – kto nas stworzył? Po Ridley’u Scott’cie nie należy się spodziewać wizualizacji piosenki „Bóg kocha mnie, takiego jakim jestem. Cieszy się każdym moim gestem. Alleluja, moja radość mnie rozpiera. Uuuu…” Nie, jest posępnie z łopatologicznie serwowaną filozofią. Sens życia, przemijanie z nutą sentymentalizmu, która gloryfikuje wolę życia. Jednak na pierwszy plan wysuwają się relacje między stwórcą a jego dziełem. Ludzie jako produkt Inżynierów zapominają, że sami nie rozumieją swoich „dzieci”. Nie traktują androidów jak równych sobie, albo wartych szacunku równego sobie. Czego więc tak naprawdę oczekują od swoich „ojców i matek”? Czyż niedaleko pada jabłko od jabłoni?


Obsada „Prometeusza” została ciekawie dobrana. Gwiazdami są bez wątpienia Michael Fassbender (David), Charlize Theron (Vickers), Idris Elba (Janek, od dzisiaj tak na niego mówię) i rozchwytywana Szwedka Noomi Rapace (Shaw). Gdzieś w tle majaczą Tom Hardy Logan Marshall – Green, Sean Harris i inni zapychacze, których się nie chce wymieniać. Cudownym kuriozum jest angaż Guy’a Pearce’go. Ile by ulżyło budżetowi, gdyby wybrano aktora w podeszłym wieku. Gdyby pokazywano Petera Weylanda w retrospekcjach, kiedy był u szczytu młodości i witalności – nie miałabym pytań. A tak dołożyłam kolejny eksponat do kolekcji facepalmów. Mimo wszystko „Prometeusza” ratują dwie osoby, a trzecia cieszy niczym maskotka. Mowa o Fassbenderze i Rapace. Można się domyślić, że posadę filmowego pluszaka zdobył bezapelacyjnie Idris Elba. David Fassbendera, android, jest najbardziej tajemniczą, dwuznaczna postacią w filmie. Trochę dziwny, niepokojący i jednocześnie wzbudzający ciepłe uczucia. Jest trochę jak WALL-E, kiedy ogląda „Lawrence’a z Arabii” i upodabnia się do ulubionego bohatera. Możliwe, że to dobre aktorstwo oraz szukanie w Davidzie człowieczeństwa pociąga widza do bardziej wnikliwej obserwacji tej postaci. W opozycji mamy Elizabeth Shaw, główną bohaterkę, której wola życia oraz niestrudzenie w poszukiwaniu odpowiedzi napędza „Prometeusza” niczym pchła dorożkę. To z jej ust pada stwierdzenie, że to wyprawa badawcza i nie zabiera się broni. Tak, ląduje się na obcej planecie, gdzie z pewnością traktuje się naukowców jak placówki dyplomatyczne. A tak poważniej, to był mój pierwszy kontakt ze szwedzką aktorką i jestem pod wrażeniem. Faktycznie ma w sobie coś z puszczyka, a aktorsko zasługuje na więcej uwagi.

Tom Hardy, Noomi Rapace i Michael Fassbender
Historia opowiedziana w „Prometeuszu” jest dziwna, poszarpana, a końcówka ciągnie się jak guma od majtek. Możliwe, że załapałabym ukryty geniusz filmu po trzecim seansie, ale nie czuję gotowa na takie oświecenie. Zastanawiają mnie stadia rozwojowe obcego. Ile postaci, żywicieli musi stanąć między puszeczką, a gotowym do zabijania dorosłym osobnikiem. Powrót jednego z członków załogi na czterech łapach (nie, nie wrócił z planetarnego pubu w stanie niezdolności utrzymania pionu i gracji) jest jak element układanki z innego obrazka wciśnięty na siłę. Z drugiej strony nie widziałam pierwszych filmów z uniwersum „Obcego”, może tam to zostało wyjaśnione? Przed nami kontynuacja przewidziana na 2015 rok. Inny scenarzysta daje nadzieję, na historię, która potwierdzałaby wysokie ego Ridley’a Scotta. Nie sposób odmówić „Prometeuszowi” rozmachu i potęgi wrażeń wizualnych. Zdjęcia Dariusza Wolskiego świetnie się komponują z muzyką Streitenfelda. Jednak obraz powinien być opakowaniem dla imponującego szkieletu – tutaj mamy skórę majestatycznego lwa nałożonego na kości kota domowego. Ta dysproporcja jest widoczna i potwierdza, że wysoka forma angielskiego reżysera jest przeszłością. Seans „Prometeusza” był w sumie przyjemny, ale realizacja filmu była zbędna.

Czy coś wyniosłam z tych prawie dwóch godzin? Poza miłością do Idrisa Elby i zaintrygowaniem osobą Noomi Rapace, zaczęła na mnie spływać magia uroku i charyzmy Michaela Fassbendera. To już coś. Ale te plusy mogły się pojawić przy innej produkcji.

Janek
2012 · adaptacja · Ben Affleck · film amerykański · film: 4.5/6 · oparty na faktach

Argo/Operacja Argo (2012), reż. Ben Affleck

Tytuł polski: Operacja Argo
Tytuł oryginalny: Argo
Na podstawie: Antonio Mendez i Matt Baglio, „Operacja Argo”; Joshua Bearman, „The Great Escape” (artykuł)
Reżyseria: Ben Affleck
Scenariusz: Chris Terrio
Zdjęcia: Rodrigo Prieto
Muzyka: Alexandre Desplat
Rok produkcji: 2012
Dystrybutor: Warnes Bros Entertainment Polska
Ocena: 4.5/6

Argo (2012) on IMDb(function(d,s,id){var js,stags=d.getElementsByTagName(s)[0];if(d.getElementById(id)){return;}js=d.createElement(s);js.id=id;js.src=”http://g-ec2.images-amazon.com/images/G/01/imdb/plugins/rating/js/rating.min.js”;stags.parentNode.insertBefore(js,stags);})(document,’script’,’imdb-rating-api’);

Obserwując karierę filmową Bena Afflecka, nie sposób nie zauważyć pewnych wyrazistych punktów. Oscar za scenariusz zaowocował niekoniecznie błyskotliwą karierą aktorską. Kiedy już większość stawiała już nad nim krzyżyk, wyskoczył z debiutem reżyserskim, który wyprowadził z równowagi niedowiarków. Po „Gdzie jesteś Amando” i „Mieście złodziei”, Affleck kontynuuje dobrą passę, biorąc na warsztat prawdziwą historię. Kryzys teherański rozpoczął się 4 listopada 1979 roku, kiedy amerykańska ambasada została zaatakowana przez irańskie bojówki rewolucji Chomeiniego. Szóstce Amerykanów udało się uciec i znaleźć schronienie pod skrzydłami kanadyjskich służb dyplomatycznych. Kwestią czasu było odkrycie ich ucieczki przez Irańczyków i tym samym wydanie na nich wyroku śmierci. Trzeba było ich dyskretnie ewakuować.

Można sobie zadać pytanie, czy najpierw przeczytać książkę Antonia Mendeza i Matta Baglio, czy też zatopić się w lekturze po seansie? Mendez, postać w którą wciela się Affleck, jest autorem tytułowej misji, która przyniosła mu najwyższe odznaczenie CIA. Były agent, spec od podróbek i eksfiltracji, dokładnie opisuje nie tylko kulisy słynnej operacji (pomysł rodził się wręcz w bólach), ale daje wgląd w system pracy amerykańskich służb wywiadowczych. Za wyjątkiem kilku żelaznych punktów, film stanowi odwrócenie relacji Mendeza. Kiedy w książce przebieg i zakończenie akcji można skwitować stwierdzeniem „to tyle?”, film skupia się na jej maksymalnym udramatycznieniu. Książkowy Mendez ma udane małżeństwo i trójkę dzieci, a w pracy znajduje spełnienie. Jego filmowa wersja snuje się ze zwieszoną miną, bo małżeństwo przeżywa poważny kryzys. Ma też jednego synka za którym tęskni. Bo kto widział, by zapracowany agent CIA był w pełni zadowolonym z życia człowiekiem? Można by tak ciągnąć, ale czasem warto oderwać produkt finalny od warstwy podstawowej. Pomijając rozbieżności z książką, Affleck znów pokazał, że w roli reżysera czuje się jak ryba w wodzie.

Ben Affleck i Bryan Cranston

Początek filmu jest mocny – obserwujemy szturm tłumu na amerykańską ambasadę w Teheranie. Gorączkowe niszczenie dokumentów, strach skrywany za z trudem opanowaną postawą i przede wszystkim destrukcyjną siłę tłumu. Sekwencje zdjęć, montaż i muzyka robią piorunujące wrażenie. Wciągają, przytłaczają i angażują widza wbrew jego woli (cóż, zaszkliły mi się oczy). Proces przygotowywania misji, a raczej szukania na nią pomysłu, to sekwencje absurdu („rowerami przez Iran”) i świetnych dialogów („Argo f**k yourself” to  znak rozpoznawczy filmu). Nie bez znaczenia jest udana obsada nie tylko pod kątem fachu aktorskiego, ale też podobieństwa do odgrywanych postaci. Zbyt kreatywne podejście do faktów na poziomie scenariusza przestaje być wadą, kiedy historia trzyma w napięciu do samego końca. Chociaż finał operacji, dzięki której Amerykanie pokochali Kanadę, jest doskonale znany – to niepewność tkwi aż do momentu opuszczenia strefy powietrznej Iranu. Dla takich wrażeń, maltretowania emocjonalnego można wybaczyć sporo przeinaczeń.

Ben Affleck znów obsadził siebie w głównej roli. Mendeza miał zagrać Brad Pitt, ale zrezygnował z powodu napiętego terminarza. Może zabrakło czasu na nowy casting, a może reżyserowi bardziej paliło się skorzystać z opcji 2 w 1?  Niestety, ale jako główny bohater momentami bywa zbyt męczący. Trudno dostrzec w nim speca od eksfiltracji i to jednego z najlepszych. Prędzej można się by spodziewać, że lada dzień podetnie sobie żyły. Za to reszta obsady zdaje się mieć w sobie więcej życia, nawet szóstka uciekinierów kisząca się pod dachem ambasadora Kanady. Ciekawym przypadkiem jest duet Johna Goodmana i Alana Arkina, a i Bryan Cranston silnie zaznaczył w filmie swoją obecność. Wystarczyło tylko znaleźć aktora o latynoskich korzeniach, który uczyniłby z Antonia Mendeza postać wiarygodną i pełnokrwistą.

John Goodman, Alan Arkin i Ben Affleck

Trochę szkoda, że prawdziwa historia została tak dalece poddana liftingowi. Gdybym nie czytała książki, notabene bardzo dobrej, film dostałby mocne 5.5/6. „Operacja Argo” sama w sobie jest bardzo dobrym filmem, który potrafi trzymać w napięciu i niepewności pomimo oczywistego zakończenia. Do tego dochodzi świetnie skonstruowana opowieść, kapitalne dialogi oraz szereg pozostałych czynników, które spajają film w jednolitą i wyrazistą masę. Do głosu dochodzi przede wszystkim historia, która elektryzowała świat pod koniec lat siedemdziesiątych. To doskonały impuls do zgłębienia tematu i może też natrafienia na inne warte poznania fakty. W temacie irańskim polecam szczególnie „Persepolis” Marjane Satrapi, dzieło ocierające się o wybitność. „Operacja Argo” nie jest wybitnym filmem, ale prezentuje to co dobre w swoim gatunku  i to z klasą.

Argo in progress
Film obejrzałam dzięki
Warner Bros Entertainment Polska