Kategoria: 2012

Pitch Perfect (2012), reż. Jason Moore

Tytuł oryginalny: Pitch Perfect
Na podstawie: „Pitch perfect: The quest for collegiate a capella glory”, Mickey Rapkin
Reżyseria: Jason Moore
Scenariusz: Kay Cannon
Zdjęcia: Julio Macat
Muzyka: Christophe Beck, Mark Kilian
Rok produkcji: 2012
Ocena: 3.5/6

Pitch Perfect (2012) on IMDb

Filmy nie muszą być dobre aby się podobać. Czasem wystarczy pewien rys, który przesłoni to, co należałoby przykryć zasłoną milczenia. „Pitch perfect” w reżyserii Jasona Moore’a jest lekką komedią muzyczną dziejącą się w studenckich środowiskach zespołów acapella. Na pierwszym planie jest muzyka i dobra zabawa, scenariusz dość poprawnie się do tego dostosowuje. Gdybym pisała świeżo po seansie, ocena z pewnością byłaby o oczko wyższa, ale większa perspektywa czasem jest wskazana. To muzyka wyciąga przeciętny film przed szereg i okazała się na tyle skuteczna, że powstanie druga część, która pojawi się w 2015 roku.


Serial „Glee” od stacji Fox pokazał, że produkcje z coverami, mashupami i historie o grupie dziwolągów, którzy angażują się w projekt i przechodzą kolejne eliminacje by sięgnąć po najwyższy laur – mają szanse na powodzenie. Z tym, że nic nie było w stanie przebić fenomenu serialu i tak jest do dzisiaj. Inna sprawa, że „Glee” okres świetności ma za sobą. Tym razem mamy zgrabnie ułożoną historię wedle sprawdzonego babcinego przepisu. Ona, Beca (Anna Kendrick) ląduje na studiach, ale jej marzenia wędrują w rejony muzyczne – chce być dj. Ma gdzieś uczelnię, ale ojciec stawia jej pewne ultimatum i nie ma innej drogi jak spróbować być pełnoetatową studentką. Jej ścieżki przecinają się z autostradą zwaną „The Bellas” oraz alejką o aparycji Jesse’go (Skylar Astin). Należy przygotować się na pokaz osobowości, rywalizacji i po trosze nieprzemyślanych scen.



Jakie to zaskakujące, że Anna Kendrick nie wzbudza większej sympatii, a to wokół niej budowana jest fabuła. Aż chciało się potrząsnąć Jessem i krzyknąć mu w twarz: „Uciekaj!” Aktorka blaknie nie tylko w zestawieniu Rebel Wilson (chyba mamy Zacha Galifianakisa w spódnicy), ale też przy porównaniu do Anny Camp czy Brittany Snow. Można dać na usprawiedliwienie, że Beca jest osobą skrytą i trzymającą ludzi na dystans, ale takim postaciom z reguły się kibicuje. Jednak nie jest aż tak źle, mamy inne atrakcje z muzyką na czele. Bo to ona sprawia, że ma się ochotę na powtórkę z tych momentów, w których nie tylko brzmiała, ale urozmaicała okoliczności.

A jest czego posłuchać i na dodatek popatrzeć na oprawę. Towarzyszy temu nastrój, który doskonale ilustruje refren przeboju grupy Fun „We are young”. Soundtrack zawojował listy przebojów i zestawienia sprzedaży. Pierwszy raz spodobała mi się piosenka Miley Cyrus, usłyszałam o „Titanium” Davida Guetty i próbowałam opanować trik z kubkiem znanym z piosenki „Cups” (efekty marne). Całość podziałała jak wyzwalacz endorfin, a takie filmy zawsze będą potrzebne. Zaskoczenie śpiewem Kendrick i ruchami scenicznymi Astina, które wskazywały na obycie ze sceną, zaowocowało małymi poszukiwaniami. I tak odkryłam, że dwójka młodych aktorów to owoce scen broadway’owskich musicali. Anna jako dziecko była nominowana  do nagrody Tony za występ w „High Society”. Skylar ma za sobą występy w „Spring Awakening” i to z tą samą obsadą co Lea Michele i Jonathan Groff. Jak widać, „Pitch perfect” wokalnie stoi naprawdę dobrze i to nie tylko za sprawą tej pary.


Zakończenie jest udane – wyważone i nieprzekombinowane, ale po drodze film zaliczył kilka potknięć. Nie chodzi o urocze akcje i reakcje Jessego, ale siłowość momentów w zamierzeniu zabójczo śmiesznych. Już nie chodzi o reakcje Audrey na nadmiar stresu. Zupełnie od czapy jest taka scena bójki, która po wkroczeniu Fat „Kraken” Amy narobiła niesmaku na równi z orzełkiem w reakcji Audrey. Wtedy sobie przypominałam gdzie tkwi target „Pitch perfect”. Nie dajmy się jednak zwariować, bo kilka pęknięć nie zniekształca całości. Jeżeli ma się sentyment do „Klubu winowajców”, który jest istotny dla części fabuły, to takie jazdy stają się niewarte irytacji. Dalej stawiam film Moore’a na półce z antydepresantami będąc świadoma mankamentów tej produkcji.

Czy zobaczę  kolejną część? Pewnie, choć już dzisiaj mam pewne obawy. Trzyletnia różnica w takich produkcjach jest jednak ryzykowna. Mam nadzieję, że do tego czasu kariera głównego trzonu obsady ruszy z kopyta. O przyszłość nie musi martwić się Anna Kendrick, ale Astin musi unikać kolejnych wersji „Projektu X”, bo to droga donikąd. Aktorsko widać potencjał, bo wokalnie już jest znakomity. A jaka przyszłość czeka Rebel Wilson? Oby zaskoczyła samą siebie, nim na stale zespoli się z jednym wizerunkiem. Boję się tylko, że te dwa lata zlecą zbyt szybko i nim się obejrzę, będę oglądała „Pitch perfect 2”.




A na deser pełna wersja „Cups” w wykonaniu Anny Kendrick w sympatycznym teledysku.
Reklamy

Prometheus/Prometeusz (2012), reż. Ridley Scott

Tytuł polski: Prometeusz
Tytuł oryginalny: Prometheus
Reżyseria: Ridley Scott
Scenariusz: Jon Spaihts, Damon Lindelof
Zdjęcia: Dariusz Wolski
Muzyka: Marc Streitenfeld
Rok produkcji: 2012
Dystrybucja: Imperial Cinepix
Ocena: 3/6

Prometheus (2012) on IMDb(function(d,s,id){var js,stags=d.getElementsByTagName(s)[0];if(d.getElementById(id)){return;}js=d.createElement(s);js.id=id;js.src=”http://g-ec2.images-amazon.com/images/G/01/imdb/plugins/rating/js/rating.min.js”;stags.parentNode.insertBefore(js,stags);})(document,’script’,’imdb-rating-api’);

 

Nie widziałam pierwszych filmów z serii „Obcy”. Czwórkę z Winoną Ryder w zasadzie nie ma co liczyć, bo większego wrażenia na mnie nie uczyniła – liczą się trzy filmy na początku, których do dzisiaj boję się zobaczyć. Do tego seria dodawana do „Newsweeka” trafiła bardzo nie w czasie, kiedy moje wydatki były skupione wokół przygotowań do świąt. Dlaczego sięgnęłam po krytykowanego „Prometeusza”? Z jednej strony miałam okazję, z drugiej chciałam zakończyć rok filmowy rasowym science – fiction. Współczesna technologia daje filmowcom niemal nieograniczone możliwości. „Prometeusz” jest ładny, sterylny i monumentalny. Co z tego, skoro ogólne wrażenia podpowiadają jedno słowo – nijakość.

Jest para archeologów, którzy przetrząsają Ziemię w poszukiwaniu klucza łączącego starożytne i odizolowane od siebie cywilizacje. Kolejne odkrycia doprowadzają ich do podróży kosmicznej, której cel osiągają w 2093 roku. „Prometeusz” ląduje na obcej planecie, która powinna skrywać odpowiedzi na nurtujące ludzkość od tysiącleci – kto nas stworzył? Po Ridley’u Scott’cie nie należy się spodziewać wizualizacji piosenki „Bóg kocha mnie, takiego jakim jestem. Cieszy się każdym moim gestem. Alleluja, moja radość mnie rozpiera. Uuuu…” Nie, jest posępnie z łopatologicznie serwowaną filozofią. Sens życia, przemijanie z nutą sentymentalizmu, która gloryfikuje wolę życia. Jednak na pierwszy plan wysuwają się relacje między stwórcą a jego dziełem. Ludzie jako produkt Inżynierów zapominają, że sami nie rozumieją swoich „dzieci”. Nie traktują androidów jak równych sobie, albo wartych szacunku równego sobie. Czego więc tak naprawdę oczekują od swoich „ojców i matek”? Czyż niedaleko pada jabłko od jabłoni?


Obsada „Prometeusza” została ciekawie dobrana. Gwiazdami są bez wątpienia Michael Fassbender (David), Charlize Theron (Vickers), Idris Elba (Janek, od dzisiaj tak na niego mówię) i rozchwytywana Szwedka Noomi Rapace (Shaw). Gdzieś w tle majaczą Tom Hardy Logan Marshall – Green, Sean Harris i inni zapychacze, których się nie chce wymieniać. Cudownym kuriozum jest angaż Guy’a Pearce’go. Ile by ulżyło budżetowi, gdyby wybrano aktora w podeszłym wieku. Gdyby pokazywano Petera Weylanda w retrospekcjach, kiedy był u szczytu młodości i witalności – nie miałabym pytań. A tak dołożyłam kolejny eksponat do kolekcji facepalmów. Mimo wszystko „Prometeusza” ratują dwie osoby, a trzecia cieszy niczym maskotka. Mowa o Fassbenderze i Rapace. Można się domyślić, że posadę filmowego pluszaka zdobył bezapelacyjnie Idris Elba. David Fassbendera, android, jest najbardziej tajemniczą, dwuznaczna postacią w filmie. Trochę dziwny, niepokojący i jednocześnie wzbudzający ciepłe uczucia. Jest trochę jak WALL-E, kiedy ogląda „Lawrence’a z Arabii” i upodabnia się do ulubionego bohatera. Możliwe, że to dobre aktorstwo oraz szukanie w Davidzie człowieczeństwa pociąga widza do bardziej wnikliwej obserwacji tej postaci. W opozycji mamy Elizabeth Shaw, główną bohaterkę, której wola życia oraz niestrudzenie w poszukiwaniu odpowiedzi napędza „Prometeusza” niczym pchła dorożkę. To z jej ust pada stwierdzenie, że to wyprawa badawcza i nie zabiera się broni. Tak, ląduje się na obcej planecie, gdzie z pewnością traktuje się naukowców jak placówki dyplomatyczne. A tak poważniej, to był mój pierwszy kontakt ze szwedzką aktorką i jestem pod wrażeniem. Faktycznie ma w sobie coś z puszczyka, a aktorsko zasługuje na więcej uwagi.

Tom Hardy, Noomi Rapace i Michael Fassbender
Historia opowiedziana w „Prometeuszu” jest dziwna, poszarpana, a końcówka ciągnie się jak guma od majtek. Możliwe, że załapałabym ukryty geniusz filmu po trzecim seansie, ale nie czuję gotowa na takie oświecenie. Zastanawiają mnie stadia rozwojowe obcego. Ile postaci, żywicieli musi stanąć między puszeczką, a gotowym do zabijania dorosłym osobnikiem. Powrót jednego z członków załogi na czterech łapach (nie, nie wrócił z planetarnego pubu w stanie niezdolności utrzymania pionu i gracji) jest jak element układanki z innego obrazka wciśnięty na siłę. Z drugiej strony nie widziałam pierwszych filmów z uniwersum „Obcego”, może tam to zostało wyjaśnione? Przed nami kontynuacja przewidziana na 2015 rok. Inny scenarzysta daje nadzieję, na historię, która potwierdzałaby wysokie ego Ridley’a Scotta. Nie sposób odmówić „Prometeuszowi” rozmachu i potęgi wrażeń wizualnych. Zdjęcia Dariusza Wolskiego świetnie się komponują z muzyką Streitenfelda. Jednak obraz powinien być opakowaniem dla imponującego szkieletu – tutaj mamy skórę majestatycznego lwa nałożonego na kości kota domowego. Ta dysproporcja jest widoczna i potwierdza, że wysoka forma angielskiego reżysera jest przeszłością. Seans „Prometeusza” był w sumie przyjemny, ale realizacja filmu była zbędna.

Czy coś wyniosłam z tych prawie dwóch godzin? Poza miłością do Idrisa Elby i zaintrygowaniem osobą Noomi Rapace, zaczęła na mnie spływać magia uroku i charyzmy Michaela Fassbendera. To już coś. Ale te plusy mogły się pojawić przy innej produkcji.

Janek

Argo/Operacja Argo (2012), reż. Ben Affleck

Tytuł polski: Operacja Argo
Tytuł oryginalny: Argo
Na podstawie: Antonio Mendez i Matt Baglio, „Operacja Argo”; Joshua Bearman, „The Great Escape” (artykuł)
Reżyseria: Ben Affleck
Scenariusz: Chris Terrio
Zdjęcia: Rodrigo Prieto
Muzyka: Alexandre Desplat
Rok produkcji: 2012
Dystrybutor: Warnes Bros Entertainment Polska
Ocena: 4.5/6

Argo (2012) on IMDb(function(d,s,id){var js,stags=d.getElementsByTagName(s)[0];if(d.getElementById(id)){return;}js=d.createElement(s);js.id=id;js.src=”http://g-ec2.images-amazon.com/images/G/01/imdb/plugins/rating/js/rating.min.js”;stags.parentNode.insertBefore(js,stags);})(document,’script’,’imdb-rating-api’);

Obserwując karierę filmową Bena Afflecka, nie sposób nie zauważyć pewnych wyrazistych punktów. Oscar za scenariusz zaowocował niekoniecznie błyskotliwą karierą aktorską. Kiedy już większość stawiała już nad nim krzyżyk, wyskoczył z debiutem reżyserskim, który wyprowadził z równowagi niedowiarków. Po „Gdzie jesteś Amando” i „Mieście złodziei”, Affleck kontynuuje dobrą passę, biorąc na warsztat prawdziwą historię. Kryzys teherański rozpoczął się 4 listopada 1979 roku, kiedy amerykańska ambasada została zaatakowana przez irańskie bojówki rewolucji Chomeiniego. Szóstce Amerykanów udało się uciec i znaleźć schronienie pod skrzydłami kanadyjskich służb dyplomatycznych. Kwestią czasu było odkrycie ich ucieczki przez Irańczyków i tym samym wydanie na nich wyroku śmierci. Trzeba było ich dyskretnie ewakuować.

Można sobie zadać pytanie, czy najpierw przeczytać książkę Antonia Mendeza i Matta Baglio, czy też zatopić się w lekturze po seansie? Mendez, postać w którą wciela się Affleck, jest autorem tytułowej misji, która przyniosła mu najwyższe odznaczenie CIA. Były agent, spec od podróbek i eksfiltracji, dokładnie opisuje nie tylko kulisy słynnej operacji (pomysł rodził się wręcz w bólach), ale daje wgląd w system pracy amerykańskich służb wywiadowczych. Za wyjątkiem kilku żelaznych punktów, film stanowi odwrócenie relacji Mendeza. Kiedy w książce przebieg i zakończenie akcji można skwitować stwierdzeniem „to tyle?”, film skupia się na jej maksymalnym udramatycznieniu. Książkowy Mendez ma udane małżeństwo i trójkę dzieci, a w pracy znajduje spełnienie. Jego filmowa wersja snuje się ze zwieszoną miną, bo małżeństwo przeżywa poważny kryzys. Ma też jednego synka za którym tęskni. Bo kto widział, by zapracowany agent CIA był w pełni zadowolonym z życia człowiekiem? Można by tak ciągnąć, ale czasem warto oderwać produkt finalny od warstwy podstawowej. Pomijając rozbieżności z książką, Affleck znów pokazał, że w roli reżysera czuje się jak ryba w wodzie.

Ben Affleck i Bryan Cranston

Początek filmu jest mocny – obserwujemy szturm tłumu na amerykańską ambasadę w Teheranie. Gorączkowe niszczenie dokumentów, strach skrywany za z trudem opanowaną postawą i przede wszystkim destrukcyjną siłę tłumu. Sekwencje zdjęć, montaż i muzyka robią piorunujące wrażenie. Wciągają, przytłaczają i angażują widza wbrew jego woli (cóż, zaszkliły mi się oczy). Proces przygotowywania misji, a raczej szukania na nią pomysłu, to sekwencje absurdu („rowerami przez Iran”) i świetnych dialogów („Argo f**k yourself” to  znak rozpoznawczy filmu). Nie bez znaczenia jest udana obsada nie tylko pod kątem fachu aktorskiego, ale też podobieństwa do odgrywanych postaci. Zbyt kreatywne podejście do faktów na poziomie scenariusza przestaje być wadą, kiedy historia trzyma w napięciu do samego końca. Chociaż finał operacji, dzięki której Amerykanie pokochali Kanadę, jest doskonale znany – to niepewność tkwi aż do momentu opuszczenia strefy powietrznej Iranu. Dla takich wrażeń, maltretowania emocjonalnego można wybaczyć sporo przeinaczeń.

Ben Affleck znów obsadził siebie w głównej roli. Mendeza miał zagrać Brad Pitt, ale zrezygnował z powodu napiętego terminarza. Może zabrakło czasu na nowy casting, a może reżyserowi bardziej paliło się skorzystać z opcji 2 w 1?  Niestety, ale jako główny bohater momentami bywa zbyt męczący. Trudno dostrzec w nim speca od eksfiltracji i to jednego z najlepszych. Prędzej można się by spodziewać, że lada dzień podetnie sobie żyły. Za to reszta obsady zdaje się mieć w sobie więcej życia, nawet szóstka uciekinierów kisząca się pod dachem ambasadora Kanady. Ciekawym przypadkiem jest duet Johna Goodmana i Alana Arkina, a i Bryan Cranston silnie zaznaczył w filmie swoją obecność. Wystarczyło tylko znaleźć aktora o latynoskich korzeniach, który uczyniłby z Antonia Mendeza postać wiarygodną i pełnokrwistą.

John Goodman, Alan Arkin i Ben Affleck

Trochę szkoda, że prawdziwa historia została tak dalece poddana liftingowi. Gdybym nie czytała książki, notabene bardzo dobrej, film dostałby mocne 5.5/6. „Operacja Argo” sama w sobie jest bardzo dobrym filmem, który potrafi trzymać w napięciu i niepewności pomimo oczywistego zakończenia. Do tego dochodzi świetnie skonstruowana opowieść, kapitalne dialogi oraz szereg pozostałych czynników, które spajają film w jednolitą i wyrazistą masę. Do głosu dochodzi przede wszystkim historia, która elektryzowała świat pod koniec lat siedemdziesiątych. To doskonały impuls do zgłębienia tematu i może też natrafienia na inne warte poznania fakty. W temacie irańskim polecam szczególnie „Persepolis” Marjane Satrapi, dzieło ocierające się o wybitność. „Operacja Argo” nie jest wybitnym filmem, ale prezentuje to co dobre w swoim gatunku  i to z klasą.

Argo in progress
Film obejrzałam dzięki
Warner Bros Entertainment Polska

Mirror, mirror/Królewna Śnieżka (2012), reż. Tarsem Singh

Tytuł polski: Królewna Śnieżka
Tytuł oryginalny:  Mirror, mirror
Na podstawie: „Królewna Śnieżka”, Jakub i Wilhelm Grimm
Reżyseria: Tarsem Singh
Scenariusz: Melissa Wallack, Jason Keller, Marc Klein
Zdjęcia: Brendan Galvin
Muzyka: Alan Menken
Rok produkcji: 2012
Dystrybucja: Monolith Video
Ocena: 5/6



W obliczu mody na motywy baśniowe nie sposób zignorować wysypu filmów w tej konwencji. Może i takich historii jest dużo, ale tych najbardziej znanych chyba niewystarczająco. W tym roku do kin ruszyły dwie wersje opowieści o królewnie Śnieżce, każda w innej tonacji nie tylko estetycznej, ale też dramaturgicznej. Jedynie Tarsem Singh potraktował baśń jak baśń i opakował ją w estetyczny entourage ze sporą dawką humoru.

Dawno, dawno temu… No dobra, wszyscy znamy tę bajkę, której wersja animowana stała się kamieniem milowym nie tylko w historii kina animowanego, ale ogólnego. Klasyka. Piękna księżniczka (Lily Collins), zła macocha (Julia Roberts), krasnoludki i książę (Armie Hammer), który swoim pocałunkiem przywraca ukochaną do życia. Urocze i takie romantyczne. Film Tarsema to przede wszystkim komedia, która wywraca do góry nogami charakterystyczne elementy, ale estetycznie trzyma się konwencji baśni. Zła królowa jest w sumie zakompleksioną kobietą, która nie potrafi uporać się z upływem czasu. Krasnoludki to banda złodziei na szczudłach. Wydaje się, że królewna i książę są na ich tle bardzo konserwatywni, ale to tylko złudzenie.
Julia Roberts
Po czym poznać film reżyserowany przez Tarsema Singha? Po stronie wizualnej, charakteryzującej się  bogactwem, intensywnością barw i jednocześnie prostotą. Nie widziałam jeszcze „Celi” ani „Immortals”, ale po seansie „Magii uczuć” byłam wręcz oczarowana.  Pozorny miszmasz stylów i odniesień jest zaskakująco spójny i wyważony. Mimo bogactwa scenograficznego i kostiumów, to historia i jej bohaterowie najmocniej zapadają w pamięć. A jest co oglądać, ponieważ twórcze podejście do klasycznej baśni nadało jej świeżości i nutę oryginalności. W tym wszystkim bryluje bardzo udana obsada. Możliwe, że pewne elementy nie powtórzą się w kolejnych projektach reżysera. Eiko Ishioka, kostiumograf z którą współpracował od pierwszego filmu, zmarła jeszcze przed premierą „Królewny Śnieżki”.

Julia Roberts była pierwszym wyborem. Armie Hammer pokonał takie nazwiska jak James McAvoy czy Alex Pettyfer. Śnieżką mogła być Saoirse Ronan, ale różnica wieku między nią a Hammerem była zbyt znacząca. Rolę proponowano Felicity Jones, ale na szczęście trafiła do Lily Collins. Roberts jest rewelacyjna, Collins urocza i zadziorna, Hammer sympatyczny z naturalną nutą komizmu. Osobiście cieszę się, że nie oglądałam filmu w kinie, gdzie puszczano tylko wersję z dubbingiem. Sama myśl, że cudowny głos Hammera (jeden z najpiękniejszych męskich głosów jakie słyszałam) może być zagłuszany jest trudna do przyjęcia. Już w „J. Edgarze” byłam pod wrażeniem, bo w „The Social Network” zginął w zachwycie nad całością.
Lily Collins
Pewnie wielu dziwi nagła kariera córki jednego z bardzo znanych wokalistów. Nagła, bo w krótkim czasie pojawiła się w głośnych produkcjach, unikając przystanku z tandetnymi horrorami czy bzdurnymi filmami dla młodzieży. Właściwie powinnam ją przez to skreślić, ale nie potrafię. Aktorsko radzi sobie bardzo dobrze, do tego jest wyrazista i naturalna. Jako Śnieżka idealnie wkomponowała się w styl narzucony przez reżysera. Ronan, ze swoim chłodem, w ogóle nie pasowałaby do filmu.

„Królewna Śnieżka” przyniosła mi ogrom zabawy i niepohamowanej radości. Poszczególne wątki, gesty czy przeinaczenia względem pierwowzoru nadały filmowi atrakcyjności i dynamizmu. Pod kątem wizualnym to prawdziwy majstersztyk, pod kątem fabularnym świetnie opowiedziana baśń z zacięciem komediowym. Film Tarsema spotkał się z mieszanym odbiorem, ale mnie oczarował. Klamra kompozycyjna skupiona na czerwonym jabłku została ciekawie przedstawiona. Na koniec nie zabrakło ukłonu reżysera w stronę kinematografii jego kraju. Muszę obejrzeć jeszcze raz, kiedy zły humor zawita u moich drzwi.

Armie Hammer

John Carter (2012), reż. Andrew Stanton

Tytuł oryginalny: John Carter
Na podstawie: „Księżniczka z Marsa”, Edgar Rice Burroughs
Reżyseria: Andrew Stanton
Scenariusz: Andrew Stanton, Michael Chabon, Mark Andrews
Zdjęcia: Daniel Mindel
Muzyka: Michael Giacchino
Rok produkcji: 2012
Dystrybutor: Forum Film Poland/CDProjekt
Ocena: 4/6
Jeden z oczekiwanych przeze mnie filmów zrobił koncertową klapę. Chociaż nie czytałam powieści E. R. Burroughsa, a postać tytułowego bohatera była lądem nieznanym – ten fakt mnie trochę przygnębił. Olbrzymi budżet, który widać w warstwie technicznej, nie wystarczył. Mam wrażenie, że zawiniła promocja. Nie dość, że wystartowała późno, to jeszcze bez pomysłu i przede wszystkim zaakcentowania znaczenia „Księżniczki z Marsa” dla światowej fantastyki. Nie wiem jak w innych krajach, ale przeciętny Polak ma podobną wiedzę o Burroughsie jak o naszym Grabińskim. Po prostu chciałam obejrzeć ten film i otrzymałam porcję odprężającej rozrywki z dopieszczonymi efektami specjalnymi.

„Ock, ohem, ocktei wies… Barsoom”, te słowa często powtarzałam po seansie, ale brakowało  jednego przedmiotu. Doskonale wiem, że żaden talizman nie pomoże, ponieważ to tylko film powstały na motywach powieści wydanej w 1912 roku. Sto lat później powstał film, ale niestety spóźniony. Nie brakuje opinii, w których film Stantona zrzyna z wielu popularnych tytułów. Nieświadomość, że źródło tych zapożyczeń tkwi w postaci Johna Cartera i jego książkowych przygód, z pewnością nie pomaga filmowi. Takich historii już się nie kręci. Chociaż niepozbawione uroku, to daje się poczuć lekki zapaszek ramotki. Ale na ile można dokonać korekty twarzy, wstrzyknąć implanty czy odessać zjełczały tłuszcz, by kultowa postać nie straciła swojego charakteru? Skoro widzowie mogli wrócić do początków kina dzięki „Artyście”, dlaczego nie mieliby polubić historii, która sto lat temu zaczęła wyznaczać nowe trendy?
Ziemska część fabuły została osadzona w drugiej połowie XIX wieku. John Carter (Taylor Kitsch) wysyła telegram o enigmatycznej treści. Ktoś go bez wątpienia śledzi i obserwuje. Na stacji kolejowej wysiada Edgar Rice Burroughs (Daryl Sabara), którego powita nie tylko jeden ze służących, ale smutna wiadomość – wuj John nie żyje. Do rąk otumanionego biegiem wydarzeń młodzieńca trafia dziennik prowadzony przez tytułowego bohatera. Cofamy się o 13 lat. Carter, weteran wojny secesyjnej, niestrudzenie poszukuje złota. Splot okoliczności zawiódł go jaskini, by następnie obudzić się na pustkowiu. Od tego momentu zaczyna się fantastyczna część historii, która rozmachem i różnorodnością zostawia ślad w umyśle widza.

Mamy księżniczkę, Dejah Thoris (Lynn Collins), zastępy czterorękich Tarkasów. Dobrych broniących Helium oraz agresorów z Zodangi. Między nimi są Thernowie, święci posłańcy Bogini, którzy znają tajemnicę potęgi niebieskiego ognia. Na planecie Barsoom, po naszemu zwanej Marsem, dominują pustynne krajobrazy, a czasy mórz i oceanów zachowały się w niewyraźnych legendach. Czyżby podłoże pod treści ekologiczne? Nawet jeśli pojawi się reflekcja nad kondycją zdrowotną naszej planety, to „John Carter” pozostaje klasycznym romansem awanturniczym. Fabuła, niestety, jest zbyt prosta i klasyczna jak na jej odbiorcę w XXI wieku. Dozowany humor z pewnością dodaje nieco świeżości do ogranych klisz oraz motywów. Oto Ziemianin zjawia się przypadkiem na planecie, której istnienie jest poważnie zagrożone. I jak tu nie domyślić się, że rola skaczącego faceta będzie przełomowa i doprowadzi do zwycięstwa tych dobrych nad tymi złymi? John Carter to the rescue. Czy jest sens topienia TAKICH pieniędzy w tak banalną historyjkę? Te miliony widać w efektach komputerowych, które zachwycają nawet na 19″ monitorze, a co dopiero w kinie. Świat przedstawiony jest bardzo spójny i zachwyca zapożyczeniami z różnych kultur oraz ich historii. Plemiona na kształt indiańskich i afrykańskich nie kłócą się z arystokracją rodem z ze starożytnego Rzymu. To jest świat, w którym chciałabym się znaleźć – choćby dla rozbrajającej maskotki filmu – Wooli.

Woola, mój nowy ideał

Mając świadomość potknięć, radośnie je zignorowałam, bo zaczęłam się bawić i to bardzo dobrze. Dostałam to, czego chciałam – sympatyczny film przygodowy, gdzie samotny bohater zostaje rzucony w nieznany świat i doświadcza go wraz z widzem. Taylor Kitsch zwrócił moją uwagę jako jasny punkt  „X – Men Genezy: Wolverine”. Jego Gambit był jedną z dwóch postaci, której pojawienie się wywoływało na mej twarzy mimowolny uśmiech. Nie chodzi o wybitne aktorstwo (bo nie było za bardzo czego grać), ale subtelny czar jaki roztacza młody Kanadyjczyk. Jego typ urody predestynuje go do takich ról jak w filmie Andrew Stantona – przystojnych wrażliwców, chowających jakąś tajemnicę. Jego bohater nie ogranicza się tylko do sfery estetycznej, ale i pod względem aktorskim Kitsch nie zawodzi. Obserwowanie jego niektórych reakcji w poszczególnych scenach (God bless „replay” button) zaowocowało małym postanowieniem – nadrobienie jego filmografii. Dobre wrażenie z „X-Men Genezy” Wolverine” najwyraźniej nie było przypadkowe.

W obsadzie pojawiła się aktorka, która również zachwyciła mnie w przytaczanym już filmie Gavina Hood. Ujęła mnie naturalną kobiecością, której zabrakło mi w „Johnie Carterze”. Charakteryzacja na księżniczkę Dejah zrobiło jej więcej złego niż dobrego. Jej typ urody nie lubi mocnej charakteryzacji na granicy teatralności. Mamy nienaturalnie niebieskie oczy, czarne jak heban włosy i skórę, która przyjęła za dużo samoopalacza. To atrybuty postaci, które praktycznie zepsuły mi odbiór tej postaci. Może i aktorka jest dwa lata starsza od Kitscha, ale w tym filmie z dwóch zrobiło się lekko dziesięć. Zawodzi również Dominic West wcielający się w postać złego Sab Thana, a Mark Strong robi się nudny grając enty czarny charakter. To, że był mega pozytywny w „The Green Lanthern” można pominąć, bo za nic siebie nie przypominał. Miłym akcentem był Ciaran Hinds, który nie miał co grać, ale dobrze się go ogląda. Za to zaskoczeniem był James Purefoy, który mnie irytuje, ale tutaj potrafił być nawet uroczy. Minusy znikają, kiedy znajdujemy się pośród Tarkasów. Głosy oraz ruchy najważniejszym z nich udzielili Willem Dafoe oraz Samantha Morton.

Lynn Collins i Taylor Kitsch

Niby taki nieudany film, a zdołał poruszyć moją strunę emocjonalną. Czy to konflikt wewnętrzny bohatera, czy scena w której mimo woli stanął w obronie Wooli. Mogę też wymienić porażająco ludzki płacz zielonych stworzonek dopiero co wyklutych z jaj. Czyżby przypomnienie, że każde życie jest ważne? Najmocniej chwyciła mnie za serce scena samotnej walki pięknie zmontowana z największym dramatem bohatera. Jest w niej wszystko – piękno, wyważenie, prostota i epickość w jednym. Szkoda, że takich odczuć miałam za mało, ale „John Carter” nie jest dla mnie filmem do jednorazowego oglądania. Jeżeli po seansie musiałam zobaczyć kilka scen, to znaczy, że istnienie tego filmu nie jest pomyłką.

Tarkasowie

Nie jest tajemnicą, że dvd nabyłam za 19,99 zł w Biedronce. Chociaż opakowanie czy też nadruk na płycie może wywołać małe skrzywienie, to zawartość jest najważniejsza. A obok filmu są takie dodatki jak: „100 lat procesu twórczego” (krótki, ale zajmujący i estetycznie zrealizowany) oraz komentarze reżysera oraz producentów z polskimi napisami. Ciągle się mówi, że ceny dvd czy płyt z muzyką (że o książkach nie wspomnę) są zwyczajnie za wysokie. Chętniej wydam nawet 60 zł, jeśli to będą 3 filmy przyzwoicie wydane. Wersja BR wyjdzie 17 sierpnia, a ja pewnie do tego czasu nie tylko zapoznam się z komentarzem twórców, ale też obejrzę sobie jeszcze raz, ale dla odmiany z angielskimi napisami dla niesłyszących.

The Dark Knight Rises/Mroczny rycerz powstaje (2012), reż. Christopher Nolan

Tytuł polski: Mroczny rycerz powstaje
Tytuł oryginalny: The Dark Knight Rises
Reżyseria: Christopher Nolan
Scenariusz: Jonathan Nolan, Christopher Nolan
Zdjęcia: Wally Pfister
Muzyka: Hans Zimmer
Rok produkcji: 2012
Dystrybutor: Warner Bros. Polska
Ocena: 4.5/6
Jedna z najbardziej oczekiwanych premier tego roku. Zwieńczenie trylogii, która zdarła z Batmana slapstickową pelerynę jest sprawą nie tyle trudną, co postawioną na straconej pozycji. Nieograniczone pole ekspresji kurczy się do jednej ścieżki, która dopuszcza nowe pomysły, ale wymaga solidnego zamknięcia całości. Bardzo czekałam na tę premierę, film obejrzałam z zaangażowaniem, ale nie będę ukrywać – to nie te emocje co w „Mrocznym rycerzu”.

Od wydarzeń z finału „Mrocznego rycerza” minęło 8 lat. Bruce Wayne (Christian Bale) wiedzie życie rozczulającego się nad sobą samotnika, powoli przekształcając się w jedną z miejskich legend Gotham City. Dopiero zjawienie się Seliny Kyle (Anne Hathaway), a właściwie Kobiety – Kota, rozpocznie proces stopniowego przebudzania się milionera. Komuś bardzo  zależy na jego odciskach palców. Bruce wkłada kostium niemal w ostatnim momencie. Na horyzoncie pojawia się Bane (Tom Hardy), najgroźniejszy przeciwnik Batmana i jego zguba.
Postać Bane’a, na tle doniesień od znawców komiksów, pozostawia zbyt dużo niedosytu. Nie przeraża, nie wzbudza skrajnych emocji. Tom Hardy nie ma tej charyzmy, która pozwalałaby widzowi dostrzec coś więcej niż potężną posturę i groteskową maskę. Bane został sprowadzony do roli nawiedzonego osiłka, który głosi anarchistyczne banały i ma wzbudzać respekt samym wyglądem oraz podrasowanym głosem. Po tak wyrazistych i działających na wyobraźnię Jokerze oraz Dwóch Twarzach dla mnie Bane to totalne rozczarowanie. Jednak wokół tej postaci ułożono świetnie opowiedzianą historię. Kim właściwie jest ten człowiek, jaka jest jego przeszłość? Co go tak naprawdę motywuje?

Tom Hardy

Kiedy ogłoszono, że Anne Hathaway zagra Kobietę – Kota, posypał się grad krytyki i oburzenia. Nie rozumiałam tego, a na dodatek uważałam wybór za bliski ideału. Wersja Michelle Pfeiffer długo rozpalała wyobraźnię i wciąż będzie to robić. Jednak Nolan potrzebował postaci, której daleka będzie teatralność na granicy sado – maso. Selina Kyle to świetna aktorka, wyćwiczona złodziejka (jak ona fika tą nóżką) i przede wszystkim ciekawa i niejednoznaczna postać. Moim zdaniem to jedna z dwóch udanych nowych postaci w tym filmie. Drugą jest John Blake grany przez Josepha Gordon – Levitta. Z początku spodziewałam się mdłej postaci prawego policjantczyka, do jakiej predestynuje uroda aktora. Z tej drugoplanowej roli wyłania się jedyna realna postać odporna na patos, którym film jest za bardzo przesiąknięty. Blake jest inteligentnym młodym mężczyzną, który nie bawi się w pseudofilozoficzne dialogi, ale uosabia konkret, dynamizm oraz działanie. Nie tylko Hardy oraz Gordon – Levitt zdali egzamin na planie „Incepcji”. Pojawienie się Marion Cottilard w roli Mirandy Tate nie powinno być zaskoczeniem, ale jej postać już tak i to bardzo pozytywnym.

Skupmy się na samym Batmanie, a bardziej na osobie, która ukrywa się pod maską.  Na początku jest zmęczonym wszystkim samotnikiem, nie rozstający się nie tylko z zarostem, ale też laską. Widok ogólnie rozpaczliwy. Wydarzenia z „Mrocznego rycerza” odcisnęły niemałe piętno na człowieku przepełnionym złością, goryczą i poczuciem misji. Jako Batman wziął na siebie odpowiedzialność za śmierć Denta, który stał się symbolem ostrej walki z przestępczością. Jako Wayne opłakuje stratę ukochanej kobiety. W obydwu wcieleniach nie ma powodów do radości. Może warto poszukać ścieżki awaryjnej? Alfred (Michael Caine) nie przestaje żywić nadziei, że Bruce w końcu odetnie się od fuchy nocnego stróża i zacznie po prostu cieszyć się życiem. Inna sprawa, że ta postać jest wybitnie męcząca i straciła swojego dawnego ducha. To chyba domena „Mroczny rycerz powstaje” – jesteśmy zmęczeni i chcemy świętego spokoju. Jeszcze tylko ostatnia walka nim spalimy za sobą ostatni most.

Christian Bale

Ostatnia część trylogii jest filmem dobrym, ale jak na Nolana i jego wkład w odbudowę wizerunku bohatera DC Comics – zbyt bezpieczny, a nawet traktujący widza jak idiotę. Nie pozostawia zbyt wiele miejsca na domysły, interpretacje czy fantazje. Mimo to prezentuje historię wciągającą, potrafiącą zaskoczyć i przede wszystkim dobrze zagraną i zrealizowaną. Nawet nie zdawałam sobie sprawy jak bardzo przywykłam do muzyki w filmie, kiedy w pewnej scenie zawitała złowróżebna cisza. Jak wspomniałam, ostatni film serii jest najczęściej skazany na straconą pozycję, ale tylko odwaga i bezkompromisowość twórcy może się temu oprzeć. „Mroczny rycerz powstaje” jest zbyt optymistyczny, myślałam, że Nolan w pełni wykorzysta perspektywy jakie niesie sobą postać Bane’a. Dlatego mój odbiór nie jest w pełni entuzjastyczny – brakowało mi tego mroku i szaleństwa „Mrocznego rycerza”. Ten fakt nie przeszkadza mi dostrzec, że mam do czynienia z dobrym kinem i przede wszystkim zadowalającym uwieńczeniem trylogii. Można się zastanawiać czy w zbyt długim i sielskim zakończeniu nie tkwi jakaś mała furtka dla przyszłego projektu. Czas pokaże, ale Batmana nikt nie odbierze Nolanowi.

Anne Hathaway

 Za bilet na seans dziękuję Warner Bros. Polska.

PS.  Utworzyłam wspólny fanpage dla dwóch moich kochanych blogów. Mam nadzieję, że trochę polajkujecie. 😉

Dark Shadows/Mroczne cienie (2012), reż. Tim Burton

Tytuł polski: Mroczne cienie
Tytuł oryginalny: Dark Shadows
Reżyseria: Tim Burton
Scenariusz: Seth Grahame – Smith
Zdjęcia: Bruno Delbonnel
Muzyka: Danny Elfman
Rok produkcji: 2012
Dystrybucja: Warner Bros. Polska
Ocena: 4/6
Tim Burton niewątpliwie jest reżyserem charakterystycznym, szczycącym się grupą fanów w szerokiej kategorii wiekowej, a każdy jego projekt automatycznie znajduje się w kategorii „must see”. Podobnie było z wchodzącymi do kin „Mrocznymi cieniami”, powstałymi w oparciu o serial o tym samym tytule. Jedni mogą się zastanawiać dlaczego amerykański reżyser sięga po temat wampiryczny, będący u schyłku popularności. Wampiry powoli odchodzą na boczny tor, ustępując miejsca klasycznym baśniom i komiksowym bohaterom. Kiedyś z pewnością powrócą w blasku i chwale, ale „Mroczne cienie” nie dodają drwa do tego dogasającego ogniska.

Żywot kobieciarza ma swoje uroki, póki jedno ze złamanych serc nie należy do czarownicy. Barnabas Collins (Johnny Depp) miał tego pecha, że śliczna Angelique Bouchard (Eva Green) nie tylko włada mocą, ale jest też mściwa. Przemienia bohatera w wampira i żywcem grzebie w trumnie. Po niemal 200 latach Barnabas zostaje przypadkiem uwolniony, zastaje rodzinną posiadłość praktycznie w  ruinie, a przede wszystkim nową rzeczywistość roku 1972. Wprawdzie obecna generacja rodziny Collinsów nie przyprawia o dreszcz  dumy, to Barnabas nie zapomniał słów ojca: „rodzina to największy majątek”. Postanawia przywrócić blask nazwisku i dostosować się do nowych czasów. Nie musiał długo czekać na spotkanie z Angelique – sama do niego przyszła.
Historia opiera się na klasycznym motywie, ale rzadko obecnie stosowanym w takiej formie. Czarownica, której serce zostaje złamane i jest gotowa zmusić delikwenta do miłości, to doskonała baza pod dobry scenariusz. Nie trzeba być od razu Sorkinem, ale fabule brakowało tego czegoś, czego warstwa wizualna nie była w stanie zastąpić. Pozornie prosta jak budowa cepa, ale generowała za dużo irytujących pytań. Przez większość filmu czułam się trochę za mało doinformowana – co? Po co? Dlaczego? Z drugiej strony to nie było takie złe, ponieważ angażuje widza nie tylko w fabułę, ale również ukryte smaczki o których scenarzysta zapomniał napisać. Może w latach siedemdziesiątych tak tworzono historie, ale współczesnemu widzowi nie wystarcza już powiedzieć „ma być tak, bo… tak”. „Mroczne cienie” na szczęście się nie dłużą, co w dużej mierze jest zasługą przyzwoicie dawkowanym akcentom humorystycznym oraz Evie Green.
Tim Burton zaangażował plejadę uznanych aktorów: wspomnianą Evę, Michelle Pfeiffer, Jonny’ego Lee Millera, Jackiego Earle’a Haley’a, Chloe Moretz i Christophera Lee. Nie zrezygnował tylko z dwójki stałych współpracowników: Johnny’ego  Deppa i Heleny Bonham – Carter, co generuje trzy obozy: „za, przeciw oraz wisi mi to”. Należę do tej trzeciej, chociaż ostatnio coraz bardziej skłaniam się ku petycji, by ta trójka wzięła zawodową  separację. Z filmu na film Depp jest coraz bardziej przesadnie ucharakteryzowany. Na początku to miało swoją oryginalność, ale to co dziwaczniejsze szybciej się dewalualizuje. Depp jest bez wątpienia dobrym aktorem, ale za mocno utkwił w świadomości jako bohater filmów Burtona. W „Mrocznych cieniach” pozwolił się zepchnąć w cień przez Evę Green. Ona była świeża, kobieca, a do tego emanowała ekranową charyzmą, podczas gdy Depp był kolejną projekcją znanej postaci ze zmienioną tapetą – aseksualny, teatralny odmieniec. Burton chyba lubi wyszukiwać nowe twarze na Antypodach, ponieważ Bella Heathcote (podobnie jak znana z „Alicji w Krainie Czarów” Mia Wasikowska) pochodzi z Australii. Aktorka ujęła mnie głosem, przypominającym barwą Emily Deschanel znanej z serialu „Kości”.
Pod względem wizualnym Burton nie zawodzi, no prawie. Depp jeszcze nie był tak nieatrakcyjny, kiedy miał sprawiać wrażenie kobieciarza. Wampiry kojarzone są z urodą i maestrią w sztuce uwodzenia. Burton postawił mocniej zaakcentować komiczny wymiar filmu, a ja się zastanawiałam jakie to musiały być pieniądze i chmara owiec, by był wart takiej furii i zawziętości w zemście. A tak mamy kolorowe lata siedemdziesiąte z domieszką psychodelicznego lukru. Można odnieść wrażenie, że gotyckie klimaty Burtona straciły pazur. Wspominając choćby „Sok z żuka” czy „Jeźdźca bez głowy”, ostatnie jego filmy są przy nich jak Hello Kitty. Jednak Burton wciąż potrafi cieszyć oko i daje odczuć, że oglądam jego filmy.
Fabuła to przemieszanie komedii z melodramatem z naciskiem na to pierwsze. Jak wiadomo, z Barnabasa wampir bardziej poczciwy niż piękny i musi dostosować się do nowych czasów. Dziura do naprawienia jest niebagatelnych rozmiarów i owo zderzenie staroświeckości z nowoczesnością to istotny motor fabuły. U mnie wywołał co najwyżej lekki  uśmiech, a tym samym garść niedosytu. Z części poważniejszej  wycięłabym lub przynajmniej przerobiła wątek Josetty i Victorii. Film mógłby się skończyć w sali przy rozbitym żyrandolu – między Barnabasem i Angelique. Zakończenie jest po prostu złe i niezrozumiałe, biorąc pod uwagę, że ten wątek nie miał cienia ikry.
Tim Burton podjął jedną z najlepszych decyzji obsadowych w swojej karierze, angażując Evę Green. Aktorka dosłownie miażdży resztę obsady jak Tom  Hiddlestone w „Thorze”. Z tekstu można odnieść wrażenie, że film nie bardzo zachwyca, ale to wciąż dobre, rozrywkowe kino. Inaczej się patrzy znając jakieś 3/4 dorobku reżysera, a jeszcze inaczej patrząc na film w oderwaniu od wszystkiego. Znawcy i miłośnicy (to nie zawsze jest tożsame, bo siebie widzę w  pierwszej kategorii) mogą poczuć się zawiedzeni. Jednak pozostali otrzymają po prostu dobrze zrealizowane kino rozrywkowe. Mimo pewnych wad bawiłam naprawdę dobrze.
Eva, Eva, Eva…
Za bilet na seans dziękuję Warner Bros. Polska.
PS. „Rock of Ages” od dzisiaj oficjalnie wskakuje do kategorii „must see”