Kategoria: adaptacja

The Secret Life of Walter Mitty/Sekretne życie Waltera Mitty (2013), reż. Ben Stiller

Tytuł polski: Sekretne życie Waltera Mitty
Tytuł oryginalny: The Secret Life of Walter Mitty
Reżyseria: Ben Stiller
Scenariusz: Steve Conrad
Na podstawie: „The Secret Life of Walter Mitty” (opowiadanie), James Thurber
Zdjęcia: Stuart Dryburgh
Muzyka: Theodore Shapiro
Obsada: Ben Stiller, Kristen Wiig, Adam Scott, Sean Penn, Shirley MacLaine, Kathryn Hahn, Patton Oswald
Czas trwania: 114 minut
Rok produkcji: 2013
Dystrybutor: Imperial CinePix
Ocena: 5.5/6

The Secret Life of Walter Mitty (2013) on IMDb(function(d,s,id){var js,stags=d.getElementsByTagName(s)[0];if(d.getElementById(id)){return;}js=d.createElement(s);js.id=id;js.src=”http://g-ec2.images-amazon.com/images/G/01/imdb/plugins/rating/js/rating.min.js”;stags.parentNode.insertBefore(js,stags);})(document,’script’,’imdb-rating-api’);

Generalnie unikam filmów w których pojawiają się takie „tuzy” kina jak Adam Sandler czy Ben Stiller. Od reguły dobrze jest zrobić wyjątki, szczególnie, gdy dotyczą one drugiego z wymienionych. Opowiadanie Jamesa Thurbera przeniesiono na ekran po raz pierwszy w 1947 roku. Hollywood przymierzało się do kolejnej adaptacji pod koniec lat dziewięćdziesiątych, ale perturbacje prawne i obsadowe przeciągały realizację. Wprawdzie finalnie obsadzono Bena Stillera w tytułowej roli, ale stołek reżysera wciąż trwał pusty. I tak aktor nakręcił film do którego chce się wracać z wielu powodów.

Walter Mitty (Ben Stiller) jest dyrektorem działu negatywów magazynu „Life”, którego złote czasy dawno minęły i stoi na progu restrukturyzacji. Bohater ma pewną przypadłość marzyciela – często odpływa myślami, gdzie dokonuje wielkich, bohaterskich czynów. Przyłapuje go na tym Ted Hendricks (Adam Scott), dyrektor do spraw przekształcenia, który nie będzie szczędził okazji by zabawić się kosztem Waltera. Mitty zaszywa się w swoim dziale, gdzie czeka na niego prezent od Seana O’Connella (Sean Penn), wieloletniego fotografa „Life’a”. Ten sam człowiek, który nie rozmawiał nawet z zarządem, wysłał telegram w którym oczekuje, że negatyw numer 25 trafi na okładkę jako arcydzieło i kwintesencja magazynu „Life”. To będzie ostatni numer, ale początek kłopotów bohatera, ponieważ tego negatywu nie ma. Walter musi odnaleźć nieuchwytnego fotografa inaczej grozi mu utrata pracy, co też nieoczekiwanie daje pretekst by odezwać się do Cheryl Melhoff (Kristen Wiig).

Ben Stiller, a w tle Adam Scott


Nie czytałam opowiadania, ani też nie miałam okazji zapoznać się z filmem Normana Z. McLeoda z 1947 roku, ale nawet po zwięzłych informacjach na wikipedii widać, że historię trzeba było napisać od nowa. Tam Mitty był redaktorem w wydawnictwie, a w przerwach dawał upust wyobraźni, gdzie podejmował się niebezpiecznych, heroicznych misji. Poznaje tajemniczą kobietę i wplątuje się w międzynarodowy spisek ze skarbem w tle. Taki układ zdarzeń zostałby gorąco przyjęty w wytwórni Asylum i na szczęście Steve Conrad wymyślił opowieść pod nasze czasy. Nawet dzisiaj nie brakuje takich Walterów, którzy żyją z przekonaniem, że nie dokonali niczego ważnego i uciekają w strefę marzeń, którą próbują wypełnić tę pustkę. Jak często porzucamy plany i marzenia zmuszeni przez życie zapominamy o własnych potrzebach, aż stają się one nieosiągalne przez strach i poczucie odpowiedzialności za innych? Walter Mitty miał marzenie by zwiedzić Europę, ale śmierć ojca zrzuciła na jego barki odpowiedzialność za rodzinę. Nawet po wielu latach nie przestaje pilnować wydatków rozpisując je na zwykłym papierze. Z pełnego pasji chłopaka z irokezem na głowie stał się kwintesencją szarości.

Film ma przede wszystkim bardzo dobry scenariusz. Nawet jeśli struktura fabularna daje się w większości przewidzieć, to pełno w niej elementów i motywów, które czynią seans przeżyciem zbliżającym się do definicji magii kina. Nie przypominam sobie bym po jakimś filmie szukała przepisu, a tutaj aż chce się spróbować ciasta klementynkowego. Z pewnością dużo daje obsada. Ben Stiller doskonale pasuje do grania postaci w typie Waltera i obserwowanie jego przemiany jest jak kibicowanie dobremu znajomemu. Z kolei Kristen Wiig uosabia ciepło i naturalność, które nie skupia się na powierzchowności. Chociaż nie lubię Seana Penna, to role takich outsiderów i indywidualności są jakby pisane pod niego. Za to Adam Scott przejdzie do historii dzięki swojej brodzie, która jest tak sztuczna i rzucająca się w oczy, że musi być w swej niedorzeczności zamierzona.

Sean Penn


Strona wizualna to poezja dla oczu. Z jednej strony mamy codzienność szarego Waltera, przeskoki do wytworów jego nieposkromionej wyobraźni, aż wreszcie obrazki z podróży. Całość dopełnia niesamowita muzyka Theodore Shapiro. Obraz idealnie współgra z treścią, pomaga wydobyć z niej nie tylko niuanse, ale ogrom emocji jakie w sobie mieści. Film Stillera jest w gruncie rzeczy nienachalnym antydepresantem, który bardzo lekko opowiada historię, nieco ją zapętla i nie czaruje wymyślnym zakończeniem. Dawno nie byłam tak zauroczona filmem, zaintrygowana wskazówkami i ukontentowana zakończeniem.

Nie sposób nie poddać się refleksji na temat współczesności i jego problemów. Walter ucieka w świat fantazji odreagowując codzienność i stres, to jego wentyl bezpieczeństwa. Trudno jednak uznać to za zjawisko negatywne, ale reżyser podkreśla niezrozumienie dla takich jednostek. W dzisiejszym wyścigu szczurów, w pełnej informatyzacji niemal każdej sfery życia, bycie marzycielem bywa utożsamiane z kimś przegranym, nieradzącym sobie w życiu. Dlaczego tak chętnie czytamy książki, oglądamy filmy i słuchamy muzyki? Szukamy odskoczni od codzienności, ale niektórzy, jak Walter potrzebują tego bardziej niż inni.

Ben Stiller i Kristen Wiig


Dobrym pomysłem było umieszczenie Waltera w redakcji prawdziwego magazynu „Life”. Z jednej strony czuć wyjątkowość, historię miejsca nie tylko poprzez podkreślenie motta tego założonego w XIX wieku pisma („By ujrzeć świat, czające się ryzyko. By wyjrzeć zza ścian, zbliżyć się. By się odnaleźć i poczuć. To jest cel życia”). Często nie zdajemy sobie sprawy, że jeden numer to praca i zaangażowanie wielu osób, co w filmie Stillera zostało wyraźnie pokazane, a zdjęcie ostatniej okładki jest tego pięknym dowodem. Poza tym tytuł doskonale pasuje do istoty filmu. „Sekretne życie Waltera Mitty” jest też bolesnym zderzeniem wartości z płytkim konsumpcjonizmem, który groteskowo uosabia Ted Hendrikson. Nie sposób nie docenić wątku serwisu randkowego, który popłynął nieoczekiwanym strumieniem, dodając fabule dodatkowego uroku i też materiału do refleksji.


Można uznać „Sekretne życie Waltera Mitty” za kolejny film w stylu przestań się bać, weź byka za rogi, a zobaczysz ile możesz zyskać. W filmach wydaje się to łatwiejsze i jeszcze wmawiają, że my sami siebie ograniczamy. Jednak w tym przypadku trudno mówić o filmie banalnym, kiedy opowieść wciąga do samego końca, a humor i emocje wzajemnie się uzupełniają. Nie spodziewałam się za wiele po tym filmie mając w pamięci inny film wyreżyserowany przez Stillera, czyli „Jaja w tropikach” (dobry film, ale czasem dowcip przegięty). Opowieść o Walterze Mitty nie zjednała sobie krytyków filmowych, co pewnie odbiło się na wynikach box office. Do tego Stiller jest kojarzony z pewnym typem ról, co też może wpływać na oczekiwania. Jednak takiego aktora i reżysera chcę oglądać, a wydanie dvd chętnie postawię u siebie na półce.

I can be your hero, baby…

Sherlock, sezon trzeci.

Tytuł: Sherlock
Na podstawie: twórczość sir Arthura Conana Doyle’a
Twórcy: Mark Gatiss, Steven Moffat
Sezon: 3.
Ilość odcinków: 3
Czas trwania: 90 minut
Stacja: BBC
Rok produkcji: 2010 –
Ocena: 3.5/6

Sherlock (2010) on IMDb(function(d,s,id){var js,stags=d.getElementsByTagName(s)[0];if(d.getElementById(id)){return;}js=d.createElement(s);js.id=id;js.src=”http://g-ec2.images-amazon.com/images/G/01/imdb/plugins/rating/js/rating.min.js”;stags.parentNode.insertBefore(js,stags);})(document,’script’,’imdb-rating-api’);

Dwa lata czekania by obejrzeć 3 półtoragodzinne odcinki. Może to świadczyć o miłości fanów jak i fenomenu jaki urósł wokół tego serialu. Dobra passa produkcji z bohaterami stworzonymi przez sir Arthura Conana Doyle’a wciąż trwa. Guy Warner Bros. dało zielone światło trzeciej części „Sherlocka Holmesa”. Stacja CBS emituje drugi sezon „Elementary” i wreszcie ten najbardziej wyczekiwany – „Sherlock” od BBC. Mark Gatiss i Steven Moffat podkreślali, że podczas pracy nad trzecim sezonem nie odczuwali presji. Na pierwszy rzut oka można uwierzyć im na słowo, ale nie sposób oprzeć się wrażeniu, że trzeci sezon nie jest wolny od wpływów. Obejrzałam go dwa razy w bardzo krótkim czasie, bo nie mogłam uwierzyć swojemu rozczarowaniu.

To żadna tajemnica, że Sherlock Holmes (Benedict Cumberbatch) żyje i ma się całkiem dobrze. Od jego sfingowanej śmierci minęły dwa lata. Przez ten czas John Watson (Martin Freeman) zdążył opłakać przyjaciela i partnera w przygodzie oraz zakochać się w Mary Morstan (Amanda Abbington). Śmierć Sherlocka była dla niego wielką tragedią i niepowetowaną stratą, której cień powoli słabnął, ale wciąż jest obecny w jego życiu. Po dwóch latach młodszy z Holmesów wraca. Misja rozbicia siatki Moriarty’ego w Europie dobiegła końca, ale ktoś znów go potrzebuje – Anglia zagrożona zamachem terrorystycznym. Wraca na stare śmieci jakby z przekonaniem, że czas w Londynie stanął w miejscu, a w chwili, kiedy postawi stopę na Baker Street, będzie tak jak sobie wyobrażał. Jednak zastaje dużo zmian. Właściwie to cały trzeci sezon naznaczony jest wieloma zmianami. Pytaniem jest czy wszystkie są dobre i prowadzą serial we właściwym kierunku. Oczywiście wpis usiany spoilerami, zapraszam ponownie po seansie.

Cóż, do pełnego entuzjazmu jednak daleko

„THE EMPTY HEARSE”,

czyli pusty karawan  jest jak powitanie dawno niewidzianego przyjaciela. Odcinek napisany przez Marka Gatissa  pozostaje najlepszą częścią tego sezonu. Scenarzysta genialnie wybrnął z pytania: „Jak Sherlock sfingował swoją śmierć?” Z jednej strony internet obfituje w masę teorii od sensownych, poprzez urocze, na absurdalnych kończąc. Z drugiej ten wątek zostałby poruszony bez względu na rosnący w siłę fandom serialu. Uczynienie z Andersona (Jonathan Aris) punkt wyjścia dla wszelkiej maści spekulacji jest jedną z niespodzianek, a motywacje postaci właściwie logiczne. Świetnie poprowadzono wątek ujawnienia się Sherlocka przed Johnem, a w scenach, kiedy Holmes krąży wokół sprawy z Molly Hooper (Louise Brealey) i ewidentnie brakuje mu Watsona, trudno się nie rozczulić. Ten odcinek miał być istotny jeszcze z innego powodu – jaka będzie Mary, narzeczona Watsona? Obsadzenie w tej roli życiowej partnerki Freemana mogło się okazać bronią obusieczną, ale i ja doceniłam jej urok , inteligencję oraz stosunek do Holmesa. Podobnie jak pokazanie rodziców braci Holmes, którzy w rzeczywistości są rodzicami Benedicta Cumberbatcha, miało to swój klimat, ale był też kolejnym sygnałem, że serial zaczyna być coraz bardziej hermetyczny. To oczywiste, że ten odcinek nie mógł być taki jak poprzednie, a sprawa przez którą Mycroft (Mark Gatiss) sprowadził brata, nie będzie najważniejszym wątkiem. Osadzenie finału 5 listopada i wykorzystanie tradycji związanej z Guy Fawkesem (Remember, remember the fifth of November…) było dobrym pomysłem. Nawet efekty specjalne wskazują na dobry budżet w tym zakresie i ich jakość nie wzbudza większych zastrzeżeń. W „The empty hearse” życie Watsona dwukrotnie zawisło na włosku i w obu przypadkach chodziło o ogień. Muszę przyznać, że umieszczenie bohatera w stosie, na którym miała spłonąć kukła Fawkesa nieźle działa na wyobraźnię. Nawet jeśli się wie, że John wyjdzie z tego cało, to groza sytuacji wymyka się rozumowi. Dla Brytyjczyków ta scena ma też drugie dno. W okolicach tego święta rusza kampania uświadamiająca, że w ogniskach ginie mnóstwo jeży, które późną jesienią szukają legowiska. Kiedy Benedict Cumberbatch uosabia wydrę, Martin „jest zrobiony z kociąt” Freeman został okrzyknięty jeżem. Odcinek jest przede wszystkim świetnie zmontowany, co szczególnie widać w sekwencji po spotkaniu się głównych bohaterów. Chociaż pokazano więcej Molly, to powoli staje się najsmutniejszą postacią w serialu. Szkoda, że twórcy nie chcą by wyleczyła się z uczucia do Sherlocka i sparowali ją z substytutem detektywa w dziwnej czapce.

Było czerwone wesele, czas na żółte.


„THE SIGN OF THREE”,

czyli znak trzech ma trzech autorów: Gatissa, Stevena Moffata i Stephena Thompsona. Fabuła skupia się wokół ślubu Johna i Mary oraz dołożono do tego sprawę kryminalną. Odcinek obfituje w świetne sceny, ale czegoś zaczyna być za dużo, a czegoś za mało. Konstrukcja chronologiczna z początku wygląda jak obraz szaleńca, ale tylko podporządkowanie tego pozornego chaosu przemowie drużby. Przyznaję, że obserwowanie Sherlocka w jego największym wyzwaniu to czysta przyjemność, do momentu. Było zabawnie, rozczulająco, pięknie i zaskakująco. Jednak od chwili, w której Holmes upuszcza kieliszek szampana, odcinek zaczął tracić w moich oczach. Oto przebłysk geniuszu każe rozpracować sprawę morderstwa, które wydarzy się na weselu. Nie podobało mi się zakłócenie uroczystości sprawą, która była katastrofalnie naciągana. Sam fakt, że zawód Sherlocka dominuje zawsze i wszędzie zaczyna trochę męczyć. Za to nie sposób nie zakochać się w Mary, kobiecie idealnej w tych okolicznościach. Doskonale zdaje sobie sprawę, że narzeczony nie będzie w pełni szczęśliwy bez Sherlocka, że nawzajem siebie potrzebują. Sama nie tylko polubiła tego dziwnego detektywa, ale znalazła do niego klucz (cudowny dialog o serwetkach). Przez odcinek przetacza się obawa Holmesa, że ślub zmieni wszystko i straci jedyną osobę, która trzyma go w ryzach. Tutaj wykorzystano panią Hudson (Una Stubbs), której zebrało się na wspominki o swoim weselu i małżonku. Z jednej strony chciałoby się by Sherlock pozostał Sherlockiem, ale warto pamiętać, że mimo wszystko jest człowiekiem. Może przez te dwa lata tęsknił za Watsonem, ponieważ nie sposób nie zauważyć jak mocno zmieniły się relacje między nimi – więcej w nich równowagi. Chyba większość widzów uśmiechnie się na wspomnienie zagadki jaką jest tytuł odcinka.

Słodka mina to za mało.

„HIS LAST VOW”,

czyli jego ostatnia przysięga, a zarazem finał trzeciego sezonu został napisany przez Moffata. Brytyjczyk ma renomę wielkiego trolla, który wprawdzie pisze słabsze odcinki, ale fandom bardzo go kocha. Ja nie potrafię polubić tego odcinka, chociaż ma niezaprzeczalny atut – Larsa Mikkelsena (tak, tak – to brat Madsa) w roli Charlesa Augustusa Magnussena. Moffat wywraca wszystko do góry nogami, stawia na ostrzu noża i śmieje się widzom w twarz. Sherlock ma dziewczynę, Mary okazuje się mieć ciekawą przeszłość i na koniec jeszcze syndrom „Supernatural”, gdzie zmartwychwstanie jest częstym zjawiskiem. „His last vow” pozostanie w moich oczach jako przekombinowany, a zakończenie lekko mnie załamało. Punkt wyjścia jest świetny, oto kobieta na stanowisku pada ofiarą szantażu. Z tym, że sam szantażysta jest osobą budzącą niepokój graniczący z paniką. Sceny, w której Magnussen poniża Watsona, jest bardzo bolesna i jednocześnie przerażająca. Moffat zdecydował się na pokazanie braci Holmes w środowisku rodzinnym, odkrywając przy okazji geniusz matematyczny matki, aby wykluczyć podejrzenie o adopcję czy upadek z księżyca. Jednak nie potrafię przeboleć jak poprowadzono wątek Mary. Z perspektywy czasu jest to logiczne, zostało nieźle umotywowane i ładnie zakończone, ale mimo to drażni. Jakby normalność była przymiotem wstydliwym. No i zakończenie. Decyzja Sherlocka, która kosztowała go zesłaniem na misję bez powrotu niesie w sobie solidny ładunek emocjonalny. Detektyw zdaje sobie sprawę, że Watson jest jego siłą i słabością zarazem i dopuszczając do siebie promyki człowieczeństwa wystawia się na ostrzał. Jednak powrót z zaświatów Jima Moriarty’ego (Andrew Scott) pogrążył serial w moich oczach. A ja się zastanawiam dlaczego.

Czy cała rodzina Mikkelsenów jest tak cudownie przerażająca?


Biorę pod uwagę to, że dwuletnie czekanie może skutkować pewnym wypaleniem. Kiedyś już tak miałam, dlatego do tej sprawy podchodzę bardziej racjonalnie. W końcu samym pragnieniem obejrzenia kolejnego sezonu nie sprawię cudu, a na świecie jest pełno ciekawych produkcji do obejrzenia. Życie przecież nie kończy się na „Sherlocku”. W połowie sezonu zaczęłam zadawać sobie pytanie: „Do kogo skierowany jest ten serial?”. Pierwszy sezon miał przekonać do siebie każdego. Zwykły widz dostał ciekawe postacie, błyskotliwy humor i zagadki kryminalne. Znawcy twórczości sir Arthura Conana Doyle’a mogli docenić twórcze podejście do uwspółcześnionej adaptacji. Największy rozgłos przyszedł wraz z drugim sezonem. Byłam pod wrażeniem pierwszych trzech odcinków, ale to drugi sezon sprawił, że „Sherlocka” po prostu pokochałam. Aktywność fanów w internecie osiągnęła istne apogeum, a twórcy niejednokrotnie udowodnili, że w internecie czują się jak ryba w wodzie. Odniosłam wrażenie, że w trzecim sezonie internet za mocno wkradł się w fabułę. Nie brakuje odniesień czy kodów, które są zrozumiałe dla bardziej zaawansowanej grupy. To nic złego, kiedy od czasu do czasu twórcy puszczą oko. Pewnie miłośnicy slash fiction mogli się poczuć urażeni jak zostali przedstawieni w serialu, a fani Martina – jeża z miejsca odgadli, gdzie został uwięziony w pierwszym odcinku. Tego jest więcej i na swój sposób czyni seans intensywniejszym i przyjemniejszym. Jednak pomyślałam sobie, że chciałabym pokazać ten serial następnemu pokoleniu, gdzieś za 10 lat. Ile podtekstów będę musiała wyjaśnić i zobrazować?

Zobaczyć tę scenę w kinie…


Przyznaję się, że kanon, czyli twórczość Doyle’a jest mi w większości obca i właściwie obojętna. Podjęłam pewne kroki w celu zapoznania się z jego dorobkiem, ale z czasem zdałam sobie sprawę, że mnie tak bardzo nie ciągnie. Należę do tej grupy odbiorców, która ogląda przede wszystkim serial w oderwaniu od oryginału, który jest twórczo i pomysłowo dostosowywany na potrzeby produkcji. Argument, że finał trzeciego sezonu jest logiczny, bo jest zgodny z kanonem do mnie nie trafia. Jeśli pierwsze dwa sezony oceniłam wysoko bez znajomości pierwowzoru, to czemu trzeci nie jest w stanie sam się obronić? Nie podoba mi się wizja powrotu wątku Moriarty’ego nawet jeśli kanon to przewiduje. Fakt, że Mary była agentką CIA osłabia mnie nawet, kiedy klepię te litery. Połączenie przemowy weselnej z rozwiązywaniem zagadki kryminalnej wcale nie jest takie rewelacyjne. Przez takie i inne zagrania trudno mi było wciągnąć się w historię. Siląc się na obiektywizm to mamy do czynienia z dobrym serialem pełnym niespodzianek, zwrotów akcji i scen, które chwytają za serce i gardło. Jednak zabrakło pewnej prostoty i rozsądku w trakcie prac nad scenariuszami.

Czwarty sezon był oczywisty już w trakcie drugiego odcinka. Steven Moffat zapowiedział 9 stycznia, że będą kolejne odcinki o Sherlocku. To ma sens tym bardziej, że trzeci sezon przypomina bardziej rozbieg przed właściwą historią. Może tym razem nie będziemy czekać tak długo i „Sherlock” zaskoczy nas następnej zimy. Nie zamierzam porzucać serialu, który ma jeden słabszy sezon. Po prostu nie potrafię dołączyć do chórów pochwalnych i udawać, że ten sezon zrobił na mnie wrażenie.

Tak, bałam się, że ten sezon nie zachwyci.

The Butler/Kamerdyner (2013), reż. Lee Daniels

Tytuł polski: Kamerdyner
Tytuł oryginalny: The Butler
Reżyseria: Lee Daniels
Scenariusz: Danny Strong
Na podstawie: „A Butler well served by this election”, Wil Haygood (artykuł)
Zdjęcia: Andrew Dunn
Muzyka: Rodrigo Leao
Obsada: Forest Whitaker, Ophrah Winfrey, David Oyelowo, Cuba Gooding Jr., Terrence Howard, Lenny Kravitz, John Cusack, James Marsden, Alan Rickman
Czas trwania: 132 minuty
Rok produkcji: 2013
Dystrybutor: Kino Świat
Ocena: 3/6

Lee Daniels' The Butler (2013) on IMDb(function(d,s,id){var js,stags=d.getElementsByTagName(s)[0];if(d.getElementById(id)){return;}js=d.createElement(s);js.id=id;js.src=”http://g-ec2.images-amazon.com/images/G/01/imdb/plugins/rating/js/rating.min.js”;stags.parentNode.insertBefore(js,stags);})(document,’script’,’imdb-rating-api’);


O najnowszym filmie Lee Danielsa, mającego na koncie takie tytuły jak „Hej Skarbie”, „Pokusa” czy nieszczęsny „Shadowboxer” mówi się w kontekście wielkiego pomijanego w nominacjach. W końcu podejmuje temat, który gwarantuje należytą uwagę ze strony nominujących. Droga czarnej społeczności do uzyskania pełnych praw gwarantowanych przez Konstytucję USA to temat jak najbardziej wzbudzający emocje. Jednak nie pamiętam filmu, który poruszałby ten temat i jednocześnie był tak wyprany z emocji.

Rozstrzał czasowy jest ogromny. Akcja zaczyna się w 1926 roku na plantacji bawełny w Macon w stanie Georgia, a kończy się w 2008 roku w Waszyngtonie, kiedy Barrack Obama został wybrany na prezydenta. Droga Cecila Gainesa (Forest Whitaker) od plantacji do Białego Domu była naznaczona ciężką pracą i odrobiną szczęścia. Doświadczył na własnej skórze co to znaczy być czarnym na Południu i chciał tego oszczędzić swoim bliskim – żonie Glorii (Ophrah Winfrey) i synom: Louisowi (David Oyelowo) i  Charliemu. Dlatego trudno mu będzie znaleźć wspólny język ze starszym potomkiem, który bezgranicznie zaangażował się w walkę o równouprawnienie. „Kamerdyner” to nie tylko kalendarium walki z niesprawiedliwością, ale też obraz dwóch skrajnych postaw.

Forest Whitaker, aktor, który położył tytułową rolę.


Film Danielsa może być trudniejszy w odbiorze dla widza nieznającego wszystkich wydarzeń i osób związanych z walką o równouprawnienie. O ile postać Martina Luthera Kinga (znany z „Czystej krwi” Nelsan Ellis) jest równie oczywista do Gandhi czy Nelson Mandela, tak Malcolm X, Mamie Till i takie inicjatywy jak „Jeźdźcy wolności” czy „Czarne pantery” (które z organizacji społecznej przekształciły się w terrorystyczną) już niekoniecznie. W każdym razie rzucone hasła i nazwiska stanowią punkt zaczepienia do szukania wiedzy w tym temacie, ale wrażenie, że coś się już powinno wiedzieć, bywa trochę deprymujące. Jednak nie zapominajmy, że to film o Amerykanach dla Amerykanów, reszta świata musi się po prostu dostosować.

Troszkę inaczej wyobrażałam sobie wątek tytułowego bohatera w kontakcie z prezydentami, a raczej, że zostanie on bardziej zaakcentowany. Cecil obsługiwał Einsenhowera (Robin Williams), JFK (James Marsden), Richarda Nixona (John Cusack, który pod koniec kadencji wyglądał jak pokąsany przez pszczoły), Johnsona (Liev Schreiber) i Reagana (Alan Rickman). Spodobało mi się to, że nie starano się na siłę upodobnić aktorów do odgrywanych postaci, bo i tak właściwie nie mieli co grać. Skupiono się oczywiście na ich stosunku do sytuacji czarnej społeczności, ale to miało formę punktów i podpunktów, którym jednak brakowało rozwinięcia.

Whitaker i David Oyelowo


Niestety, wątek kamerdynera jest najsłabszym w tym filmie. Z jednej strony wina leży po stronie scenariusza, z drugiej irytująca gra Foresta Whitakera. Jego Cecil jest jak chodząca kukła wyprana z większości emocji – rozmyta i przyprawiająca widza o depresję. Chociaż można zrozumieć, że poprzez doświadczenie życiowe pragnie spokojnego i bezpiecznego życia, to jednak ta świadomość kapituluje przed słabym aktorstwem. Poznanie bohatera i jego bliskich jest właściwie niemożliwe  – obserwujemy scenki, słuchamy kwestii, ale w tym wszystkim brakuje jakiegoś spoiwa i przede wszystkim uczuć. Dawno nie widziałam tak niedobranego obsadowo małżeństwa jak w przypadku Whitakera i Winfrey.

Zaangażowanie Louisa w walkę o równouprawnienie, a zarazem źródło jego konfliktu z ojcem, to najlepsza część „Kamerdynera”. W tej części przewijają się najważniejsze wydarzenia i postacie z nimi związane. Zaangażowanie jest odczuwalne i naznaczone wieloma postawami o różnych odcieniach. W pewnym sensie David Oyelowo ratuje „Kamerdynera” – swoją stonowaną grą potrafi wyrazić bardzo wiele i przebić się przez trochę schematycznie napisaną rolę syna buntownika.

Oyelowo i Oprah Winfrey

Scenariusz Danny’ego Stronga nie powinien zostać przyjęty do realizacji w takiej formie. Z tej historii powstałyby dwa solidne filmy, w którym byłoby miejsce na psychologię postaci i przyjrzenie się wydarzeniom istotnym z punktu widzenia walki o równouprawnienie czarnych Amerykanów. Mielibyśmy historię kamerdynera i jego rodziny. Może wtedy bylibyśmy przekonani, że Cecil i Gloria mimo wszystko naprawdę się kochają. Mielibyśmy też opowieść o walce z segregacją rasową z punktu widzenia Louisa i jego zaangażowania. Podstawowym błędem scenariusza jest upchanie zbyt wielu wątków i wydarzeń rozpisanych na wiele lat i postaci, a także stosowanie zagrań pod wywołanie określonych emocji (co ewidentnie razi w scenie urodzin Cecila). Przez to „Kamerdyner” jest filmem płytkim, a przede wszystkim boleśnie niepotrzebnym. Chociaż ogląda się go dobrze, wizualnie wręcz cieszy oko, to świadomość przeciętności wypływa niczym kropla oleju w wodzie. Można go obejrzeć, ale nie wpłynie on znacząco na postrzeganie problemu jakim jest uprzedzenie rasowe. Właściwie zostawi widza obojętnym.

Lenny Kravitz, Cuba Gooding Jr. i Whitaker

The Hobbit: Desolation of Smaug/Hobbit: Pustkowie Smauga (2013), reż. Peter Jackson

Tytuł polski: Hobbit: Pustkowie Smauga
Tytuł oryginalny: The Hobbit: Desolation of Smaug
Reżyseria: Peter Jackson
Scenariusz: Guillermo del Toro, Peter Jackson, Fran Walsh, Philippa Boyens
Na podstawie: „Hobbit”, J.R.R. Tolkien
Zdjęcia: Andrew Lesnie
Muzyka: Howard Shore
Obsada: Martin Freeman, Richard Armitage, Ian McKellen, Benedict Cumberbatch, Evangeline Lilly, Orlando Bloom, Lee Pace, Aidan Turner, Stephen Fry
Czas trwania: 161 minut
Rok produkcji: 2013
Dystrybutor: Forum Film
Ocena: 5/6

The Hobbit: The Desolation of Smaug (2013) on IMDb(function(d,s,id){var js,stags=d.getElementsByTagName(s)[0];if(d.getElementById(id)){return;}js=d.createElement(s);js.id=id;js.src=”http://g-ec2.images-amazon.com/images/G/01/imdb/plugins/rating/js/rating.min.js”;stags.parentNode.insertBefore(js,stags);})(document,’script’,’imdb-rating-api’);

Zamieszanie wokół adaptacji niemal trzystu stronicowej książki nie osłabło, kiedy ogłoszono, że na jej podstawie powstaną trzy pełnometrażowe filmy. Moje zainteresowanie zdecydowanie osłabło i „Niezwykłą podróż” zobaczyłam dopiero w sierpniu na dvd. Z drugą częścią było inaczej – z  dubbingiem, doborowym towarzystwem oraz resztkami noworocznego kaca. Zahartowana przez filmy indyjskie niemal nie odczuwałam tych prawie 3 godzin w kinowym fotelu i właściwie dałam się zaczarować fanfiction na bazie „Hobbita”.

Nie lubię odchodzenia od kanonu, a tym bardziej fanfiction. Zawsze ceniłam historie najbliższe oryginałowi i spisane przez autora oraz zachowywanie wierności pierwowzorowi literackiemu w adaptacjach filmowych. Oczywiście radosna twórczość w formie krótkiej czy wizualnej, która jest charakterystyczna dla  zjawiska fandomu jak najbardziej wzbudza mój entuzjazm, ale zawsze będę ceniła to, co pierwotne. Nie tylko rażące sięganie do kieszeni fanów Tolkiena przygasiło moją ciekawość, ale też świadomość rozpuszczenia „Hobbita” w wodzie nasyconej fanfiction. Z drugiej strony „Hobbit” to filmy, które trzeba zobaczyć i do tego nigdy nie wiadomo do czego zdołamy się przekonać. Ja zaczęłam przyjmować wizję Petera Jacksona i spółki, a także nie drżeć z obrzydzenia na dubbing w filmie aktorskim.

Richard Armitage

„Pustkowie Smauga” zaczyna się od krótkiego pobytu u Beorna, który udziela pomocy krasnoludom i hobbitowi dotrzeć do Mrocznej Puszczy. Film kończy się widokiem Smauga lecącego zaatakować Esgaroth – Miasto na Jeziorze. Fabuła obejmuje tyle rozbudowanych i równorzędnych wątków, że trudno wskazać postać wychylającą się nad inne. Ci, którzy czytali książkę, zacierali ręce na poszczególne sceny: ucieczka w beczkach, przejście przez Mroczną Puszczę czy rozmowę Bilba ze Smaugiem. Twórcy zadbali oto, by przygody bohaterów zapierały dech w piersiach widzów stawiając nie tylko na epickość, ale też pomysłowość i solidną dawkę humoru. Jednak kręcąc tak długi film należałoby sięgnąć po patent filmowców z Indii, którzy w odpowiednim momencie pokazują planszę z napisem „Intermission”. Nawet wygodne fotele niedawno wyremontowanego kina nie pozwoliły mi zapomnieć o pewnej części ciała.

Thorin Dębowa Tarcza to postać, która w „Pustkowiu Smauga” konsekwentnie przeistaczała się w antybohatera. Im bliżej odzyskania bogactwa oraz władzy, tym uzewnętrzniają się w nim gorsze cechy – egoizm, władczość i zaślepienie. W „Niezwykłej podróży” był liderem, który brał odpowiedzialność nie tylko za wyprawę, ale i za swoich towarzyszy. Mimo szorstkości, sprawiał wrażenie prawego wojownika. Niestety, ale Richard Armitage nie udźwignął przeobrażenia postaci w drugiej części. Przez większość seansu nie zastanawiałam się co się dzieje z Thorinem, ale który krasnolud wreszcie wyjmie mu kij z tyłka. Jego gra dodatkowo blednie w porównaniu z Martinem Freemanem, który może nie zdominował „Pustkowia Smauga”, ale w scenach zarówno lżejszych jak i nacechowanych dylematami oraz walką z wpływem pierścienia jest niesamowity. Jednak na scenę wkraczają nowe postacie, które nie tylko łagodzą dyskomfort spowodowany przez słabo zagranego Thorina, ale zdecydowanie wzbogacają historię.

Lee Pace

Król Thranduil, grany przez Lee Pace’a, pojawił się na końcu „Niezwykłej podróży”, ale ten moment wystarczająco rozbudził fantazję fandomu. Jednak jego interpretacja postaci wyniosłej, próżnej i egoistycznej jest genialna. Nawet niedopasowany głos Piotra Grabowskiego nie był w stanie tego zepsuć. Kontrowersje wokół wprowadzenia Tauriel (Evangeline Lilly) z pewnością straciły racje bytu po seansie drugiej części. Uniwersum „Hobbita” jest mocno zmaskulinizowany, że w zasadzie nie byłam przeciwna tej decyzji. Tauriel jest nie tylko waleczna, ale i zwyczajnie… ludzka, a wątek elfki z Kilim (Aidan Turner) jest najsympatyczniejszą niespodzianką. W zestawieniu z Thranduilem i Tauriel, postać Legolasa  (Orlando Bloom) trochę blednie, ale tylko trochę. Kiedy ogłoszono, że Barda zagra Luke Evans, byłam bardzo zadowolona z tej decyzji. Brytyjczyk nie zawsze miał nosa do filmów, ale aktorsko nigdy mnie nie zawiódł. Nie sposób nie pomyśleć, że Bard jest Aragornem, bo znając przeznaczenie postaci i jej wizerunek – ten fakt bije po oczach.

Druga część „Hobbita” kumuluje w sobie najlepsze wątki i obrazuje je iście epickim zacięciem. Obrazy, scenografia i kostiumy, po prostu cała strona wizualna poraża pięknem, rozmachem i magią. Z drugiej strony ta kwestia nie powinna odciągać od opowiadanej historii i rozterek bohaterów. Chociaż te najbardziej wyczekiwane sceny doczekały się zapierającej dech  realizacji, to w pewnych momentach zabrakło umiaru. Sekwencja z ucieczką w beczkach jest dynamiczna, świetnie ułożona i zabawna, ale za długa. Podobnie jest ze scenami w Samotnej Górze, których rozmach i pomysłowość są niezaprzeczalne, ale pod koniec wypatruje się napisów końcowych i piosenki Eda Sheerana. Mimo pewnego dyskomfortu trudno oderwać się od filmu, bo sam seans jest niezwykłą przygodą.

Evangeline Lilly

Najważniejszy jest jednak Smaug, smok zamieszkujący Samotną Górę. Wybór Benedicta Cumberbatcha, który użyczył nie tylko głosu, ale ruchów i mimiki, wywołał powszechny entuzjazm. Aktor dysponuje wspaniałym, niskim głosem, ale wyczekiwana scena rozmowy Bilba ze smokiem nabrała dodatkowego znaczenia. Chodzi oczywiście o nawiązanie do serialu „Sherlock”, w którym grają Freeman i Cumberbatch. Dla części widzów to nie jest tylko rozmowa hobbita ze Smaugiem, ale też dialog między Johnem Watsonem i Sherlockiem Holmesem. Wizualnie smok autentycznie zachwyca, a miałam obawy, że to stworzenie zostanie przerysowane lub przekombinowane. Głos Benedicta będę w stanie ocenić po seansie na dvd, ale Jacek Mikołajczak podołał temu zadaniu.

W filmie nie brakuje pewnych smaczków. Na samym początku nie sposób nie zauważyć Petera Jacksona zajadającego się marchewką. A piękne Esgaroth zaczęło oślepiać swą urodą dzięki parze mopsów. „Hobbit: Pustkowie Smauga” może i jest zbyt długi, ale obejrzałam go z przyjemnością. Peter Jackson doskonale pokazuje i urozmaica przygody hobbita, krasnoludów i Gandalfa. Olbrzymi budżet widać w każdej sekundzie, ale trudno mówić o źle wydanych pieniądzach. Jak wspominałam, ta część kumuluje najlepsze wątki z powieści i dla zapowiadanego na koniec tego roku „Tam i z powrotem” pozostaje właściwie wielka bitwa – a to oznacza ryzyko balansowania na granicy patosu. Do tego czasu z przyjemnością wrócę do „Pustkowia Smauga” w wersji z napisami. Chociaż już nie patrzę tak krzywo na dubbing w filmie aktorskim, to autentyczności zawsze będę szukać u źródeł.

Esgaroth – Miasto na Jeziorze

The Hunger Games: Catching Fire/Igrzyska śmierci: W pierścieniu ognia (2013), reż. Francis Lawrence

Tytuł polski: Igrzyska śmierci: W pierścieniu ognia
Tytuł oryginalny: „The Hunger Games: Cathing Fire”
Na podstawie: „W pierścieniu ognia”, Suzanne Collins
Reżyseria: Francis Lawrence
Scenariusz: Simon Beaufoy,  Michael Arndt
Zdjęcia: Jo Willems
Muzyka: James Newton Howard
Obsada: Jennifer Lawrence, Josh Hutcherson, Liam Hemsworth, Jena Malone, Sam Claflin, Elizabeth Banks, Woody Harrelson, Lenny Kravitz, Donald Sutherland, Philip Seymour Hoffman
Czas trwania: 146 minut
Rok produkcji: 2013
Dystrybutor: Forum Film
Ocena: 5/6

The Hunger Games: Catching Fire (2013) on IMDb(function(d,s,id){var js,stags=d.getElementsByTagName(s)[0];if(d.getElementById(id)){return;}js=d.createElement(s);js.id=id;js.src=”http://g-ec2.images-amazon.com/images/G/01/imdb/plugins/rating/js/rating.min.js”;stags.parentNode.insertBefore(js,stags);})(document,’script’,’imdb-rating-api’);

Zawód pierwszej części nie obejmował danych finansowych. Powstanie „W pierścieniu ognia” było oczywiste, a decyzja o podzieleniu „Kosogłosa” na dwa filmy nie była niespodzianką, a bardziej wbijanie się w obecne trendy. Dokonano zmian, które da się odczuć niemal od samego początku drugiej części serii. Pożegnano reżysera, scenarzystów i operatora, co zaowocowało filmem nie tylko ciekawszym, ale zwyczajnie lepszym od poprzednika. Po „Igrzyskach śmierci” powieści Suzanne Collins były mi obojętne. Oglądając film Francisa Lawrence’a zapragnęłam jeszcze raz przeczytać całą trylogię.

Siedemdziesiąte czwarte Głodowe Igrzyska przeszły do historii, ale na długo zapadną w pamięci obywateli Panem. Pierwszy raz w historii wyłoniono dwójkę zwycięzców, a bunt Katniss (Jennifer Lawrence) i Peety (Josh Hutcherson) nie został zignorowany zarówno przez mieszkańców Dystryktów jak i sam Kapitol. Po zwycięstwie, Katniss i Peeta zamieszkali w wiosce zwycięzców. Po chwili spokoju, muszą na nowo podjąć grę: nałożyć maski na czas tournee po Panem i udawać, że wciąż się kochają, kiedy w rzeczywistości jest zupełnie inaczej. Everdeen dostaje od prezydenta Snowa (Donald Sutherland) ostrzeżenie, że od wyników tournee zależą dalsze losy jej i jej bliskich. Niestety bunty przybrały na sile, a na zbliżające się trzecie ćwierćwiecze Głodowych Igrzysk przygotowano coś specjalnego. Na arenie zmierzą się dotychczasowi zwycięzcy.



Pierwsza część skupiała się na przedstawieniu świata Panem i jego mieszkańców oraz na przetrwaniu bohaterów. Mimo swojej widowiskowości miała bardziej kameralny i stonowany charakter. Nie sposób nie było dostrzec krytyki bezmyślnego konsumpcjonizmu, gustowaniu w bardziej okrutnych rozrywkach oraz głosu niesprawiedliwości społecznej. Jednak tematy zdawały się być ledwo obecne z powodu trochę zmanierowanego scenariusza i jego przydługich scen i powtórzeń. „W pierścieniu ognia” siła angażująca widza jest zdecydowanie mocniejsza. Świat nie ogranicza się do małego świata Katniss i Areny, ale roztacza się na cały kraj. Jej troska o najbliższych przeradza się w odpowiedzialność za miliony obywateli Panem. Dziewczyna znów musi grać jak jej każą, postawić dobro innych ponad swoje i nie zatracić się w tym całym szaleństwie. Każda rewolucja musi mieć swoją cenę, a w tym filmie pokazano to jak na dłoni.

„W pierścieniu ognia” poszerza się galeria postaci w związku z organizacją trzeciego ćwierćwiecza Głodowych Igrzysk. Najwięcej emocji wzbudzał casting do roli Finnicka Odaira i muszę przyznać, że wybór Brytyjczyka Sama Claflina jest bardzo udany. To samo można powiedzieć o Jenie Malone jako Johannie Mason, bohaterce, której zupełnie nie zapamiętałam z książek. Wiedząc jak skończył poprzedni organizator Igrzysk, pojawia się nowy – Plutarch Heavensbee. Fakt, że do obsady dołączył Phlip Seymour Hoffman świadczy o tym, że seria „Igrzyska śmierci” zyskały renomę zbliżoną do cyklu o „Harry’m Potterze” – tam drugi plan aż błyszczał od nagromadzonych nazwisk. W tej części męska część obsady stopniowo wychodzi z cienia Jennifer Lawrence co jest zasługą nie tylko poszerzenia ich wątków, ale też dobrze skrojonego scenariusza. Lepiej poznajemy Gale’a Hawthorne’a (Liam Hemsworth), który pokazuje się od innej strony – gotowego podjąć walkę. Zaskakujące jak bardziej wyrazisty stał się Josh Hutcherson, a obecność i charakter jego postaci nie zmieniły się tak bardzo.



Nie można zapominać, że zwycięstwo w Igrzyskach Głodowych oznacza utratę czegoś ważnego – niewinności. Doskonale to widać w pierwszych scenach, kiedy Katniss budzi się z krzykiem lub wpada w panikę podczas polowania. W przeciwieństwie do Peety, odebrała komuś życie, a sam fakt samoobrony niewiele zmienia. Postawienie na jej drodze silnej postaci kobiecej jaką niewątpliwie jest Johanna uwydatnia skrywane dotychczas cechy charakteru. Mała rysa na wizerunku dzielnej dziewczyny, która zgłosiła się na ochotnika na miejsce siostry, była potrzebna. Stała się inspiracją i symbolem, dlaczego miałaby być odporna na takie cechy jak próżność?

„W pierścieniu ognia” kończy się w takim momencie, że trochę żałuję, że nie poczekałam z seansem do premiery ostatniego filmu, przewidzianej na koniec 2015 roku. W tym dwugodzinnym filmie niemal idealnie oddano nie tylko ducha książki, ale i ewolucję bohaterów. Jennifer Lawrence pokazała, że mimo młodego wieku jest bardzo świadomą aktorką, a ostatnia scena z jej udziałem, kiedy obserwujemy ogromną skalę emocji rysującą się na jej twarzy, a po chwili patrzy nam w oczy, jest niesamowita. Wprawdzie Lawrence wszedł na grunt ukształtowany przez poprzedniego reżysera, ale zrobił zdecydowanie lepszy  i bardziej angażujący film.


Venuto al mondo/Powtórnie narodzony (2012), reż. Sergio Castellitto

Tytuł polski: Powtórnie narodzony
Tytuł oryginalny: Venuto al mondo
Na podstawie: „Powtórnie narodzony”,Margaret Mazzantini
Reżyseria: Sergio Castellitto
Scenariusz: Sergio Castellitto, Margaret Mazzantini
Zdjęcia: Gianfilippo Corticelli
Muzyka: Eduardo Cruz
Obsada: Penelope Cruz, Emile Hirsch, Adnan  Haskovic, Pietro Castellitto, Saadet Aksoy, Jane Birkin, Sergio Castellitto
Czas trwania: 127 minut
Rok produkcji: 2012
Dystrybutor: Vivarto
Ocena: 4/6

Twice Born (2012) on IMDb(function(d,s,id){var js,stags=d.getElementsByTagName(s)[0];if(d.getElementById(id)){return;}js=d.createElement(s);js.id=id;js.src=”http://g-ec2.images-amazon.com/images/G/01/imdb/plugins/rating/js/rating.min.js”;stags.parentNode.insertBefore(js,stags);})(document,’script’,’imdb-rating-api’);

„Powtórnie narodzony” to film włoskiego reżysera Sergia Castellitto, będący adaptacją powieści napisanej przez jego żonę, Margaret Mazzantini. Historia jest nierówna, czasem nieczytelna i ocieka ckliwością rodem z tanich romansów, ale dzięki bałkańskiemu kolorytowi oraz mocnej końcówce zostaje w pamięci na długo. Wojna w byłej Jugosławii wydaje się być bardzo odległa, a od tamtych wydarzeń nie mija w tym roku nawet 20 lat.

Gemma (Penelope Cruz) i wraz z szesnastoletnim synem Pietro (Pietro Castellitto, syn reżysera) wyjeżdża do Sarajewa na zaproszenie starego przyjaciela Gojko (Adnan Haskovic). W czasie konfliktu jugosłowiańskiego zginął jej mąż, Diego (Emile Hirsch). Reżyser stopniowo odkrywa sekrety przeszłości, zdradzając kawałek po kawałeczku, by doprowadzić do finału, który zmienia naprawdę wiele jeśli nie wszystko. Głównym trzonem fabuły jest uczucie między Diego i Gemmą – pełne pasji i oddania, na którym kładzie się cień niemożności posiadania dziecka. Pragnienie potomstwa staje się obsesją, między małżonków wkrada się gorycz i zwątpienie. Jednak mimo wszystko nie przestają się kochać i szukać rozwiązania problemu. Często wracają do jugosłowiańskich przyjaciół, ale skutki ostatniej wizyty zmienią życie bohaterów.



„Powtórnie narodzony” to film, w którym Penelope Cruz udowadnia, że jest dobrą i wszechstronną aktorką. Bez problemów wciela się w postać w różnych etapach życia. Czy to młoda studentka, czy dojrzała kobieta po przejściach – jest naturalna i wiarygodna. Z jednej strony zadziałała charakteryzacja, ale jej spojrzenia, gesty i emocje są bardzo prawdziwe. Obsadzenie Emile Hirscha jako jej partnera w pierwszym odczuciu wydaje się być nietrafione. Dopiero z dialogów można wnioskować, że Diego jest młodszy od Gemmy, bo choć Hirsch jest w rzeczywistości młodszy od Cruz o 11 lat – fizjonomia właściwie tego nie zdradza. Jego Diego jest typem romantycznego włóczykija, co w jego wydaniu trąci nieco sztucznością. Jednak z przyjemnością przyjdzie obserwować ewolucję bohatera i w drugiej części filmu Hirsch konsekwentnie wychodzi z cienia Cruz. Nie można pominąć Saadet Aksoy, pochodzącej z Turcji odtwórczyni roli Aski. W scenach z Cruz jest równoprawną partnerką, można wyczuć namiastki chemii, której często brakuje w scenach Hiszpanki z Hirschem.

Chociaż trzonem fabuły jest uczucie Gemmy i Diega, to konflikt bałkański odgrywa znaczącą rolę w filmie Castellitta. Tam się poznają, tam mieszkają bliscy przyjaciele, którzy reprezentują bohemę artystyczną, patrzącą na rzeczywistość z innej perspektywy. Dlatego, kiedy dopada ich groza konfliktu, staje się to bardziej wyraziste i uderzające. Była Jugosławia jest przede wszystkim pięknie sfotografowana na każdym etapie historii. Skupieni na rozpamiętywaniu II wojny światowej praktycznie ignorujemy najnowszą historię konfliktów. W „Powtórnie narodzonym” konflikt wydaje się być bezosobowy – nie ma w nim wyraźnie zaznaczonych narodowości, szczególnie oprawców. Wojna jest pokazana z perspektywy cywili, nie pomijając dramatu wielu kobiet. Chyba najbardziej mnie zdumiało, że to miało miejsce 20 lat temu, a wydawało się, że ta historia jest znacznie odleglejsza.



Film jest trochę nierówny, czasem wręcz chaotyczny, ale mimo iż trwa dwie godziny, nie przestaje interesować i wyzwalać emocje. Ciekawość tego co będzie, a właściwie co tak naprawdę się wydarzyło jest w stanie zasypać w mrokach niepamięci nawet fatalny wątek z psycholog w ośrodku adopcyjnym graną przez Jane Birkin. Trochę od czapy wygląda wątek ojca Gemmy, który woli dla swojej córki narwanego lekkoducha niż odpowiedzialnego nudziarza. To jednak drobnostki przy finale, który jest dramatyczny i tkwi w pamięci długo po seansie. Castellitto wyreżyserował film, gdzie decyzje nie zawsze są łatwe do podjęcia, a ich konsekwencje mogą nieoczekiwanie przestawić życie na inny tor. Z pewnością sięgnę po powieść Mazzantini i odważę się obejrzeć inny film dotyczący konfliktu na Bałkanach.
Film obejrzany dzięki Vivarto

The Hunger Games/Igrzyska śmierci (2012), reż.Gary Ross

Tytuł polski: Igrzyska śmierci
Tytuł oryginalny: The Hunger Games
Na podstawie: „Igrzyska śmierci”, Suzanne Collins
Reżyseria: Gary Ross
Scenariusz: Gary Ross, Billy Ray, Suzanne Collins
Zdjęcia: Tom Stern
Muzyka: T-Bone Burnett, James Newton Howard
Obsada: Jennifer Lawrence, Josh Hutcherson, Liam Hemsworth, Elizabeth Banks, Woody Harrelson, Lenny Kravitz, Stanley Tucci, Donald Sutherland
Czas trwania: 142 minuty
Rok produkcji: 2012
Dystrybutor: Monolith Video
Ocena: 3/6

The Hunger Games (2012) on IMDb(function(d,s,id){var js,stags=d.getElementsByTagName(s)[0];if(d.getElementById(id)){return;}js=d.createElement(s);js.id=id;js.src=”http://g-ec2.images-amazon.com/images/G/01/imdb/plugins/rating/js/rating.min.js”;stags.parentNode.insertBefore(js,stags);})(document,’script’,’imdb-rating-api’);

Serie literackie, które zdążyły zebrać pokaźne grono fanów są teraz na pulpicie niemal każdej wytwórni filmowej. W końcu najlepiej zarabia się na nastolatkach, a poszukiwania kolejnej złotej kury na miarę „Harry’ego Pottera” czy sagi „Zmierzch” wciąż trwają. Wygląda na to, że powieści Suzanne Collins wpiszą się do tej grupy, ale początek nie należy do najlepszych. Wprawdzie mamy do czynienia z sukcesem kasowym i przychylnymi recenzjami krytyki, ale z seansu pamiętam głównie niedosyt i znużenie.

W odległej przyszłości podział polityczny kształtuje się zgoła inaczej. Na terenie dzisiejszych Stanów Zjednoczonych znajdziemy państwo Panem składające się z Kapitolu otoczonego 12 Dystryktami. Stolica do dnia dzisiejszego nie przebaczyła buntu jaki miał miejsce wiele lat temu i po raz 74. domaga się od dystryktów daniny w postaci chłopca i dziewczyny w wieku od 12 do 18 lat zwanych trybutami. Corocznie 24 dzieci bierze udział w Głodowych Igrzyskach, gdzie staczają walkę na śmierć i życie, a zwycięzca może być tylko jeden. Kiedy na Dożynkach w 12. Dystrykcie zostaje wylosowana dwunastoletnia Primrose Everdeen (Willow Shields), jej starsza siostra Katniss (Jennifer Lawrence) zgłasza się na ochotnika – w końcu jako doskonała łuczniczka ma większe szanse na przetrwanie niż wrażliwa dziewczynka. Wylosowany zostaje również Peeta Mellark (Josh Hutcherson), który kiedyś pomógł dziewczynie.



Powieść Suzanne Collins odsuwa wątek miłosny z głównego toru, ale z niego nie rezygnuje. Ciężar fabuły wyznacza dystopijne uniwersum, gdzie okrucieństwo, niesprawiedliwość i kontrasty społeczne kierują fabułę na poważniejsze tematy. Chyba dlatego film zyskał uznanie krytyki, nawet jeśli zaliczany jest do komercyjnego kina dla młodzieży. Główna bohaterka, która w książce jest jednocześnie narratorką, zdecydowanie wyróżnia się na tle postaci, które zalały literaturę young adult. Silna, zdeterminowana i doświadczona przez życie. Walka o przetrwanie i odpowiedzialność za rodzinę (po śmierci ojca matka przeżyła załamanie) stłumiły w niej uczucia, które uważa za zbędne. Nie oznacza to, że jest bezduszna i egoistyczna, ale nauczyła się patrzeć na świat realistycznie, a nawet nieco cynicznie. Łączy ją bardzo bliska więź z Gale’em (Liam Hemsworth), możliwe, że nawet go kocha. Jednak wokół niej narosła zbyt gruba skorupa, by łatwo było się jej otworzyć. Jej priorytety są zgoła inne i to one wyznaczają jej codzienność.

Słabość filmu objawia się na etapie scenariusza. Można odnieść wrażenie, że mamy do czynienia z filmem tworzonym pod rzeszę fanów serii, ponieważ zarówno świat jak i jego elementy mogą być na pierwszy rzut oka niezbyt jasne. Wystarczy wspomnieć scenę w której Katniss i Gale rozmawiają o Dożynkach, wypytując się ile razy ich nazwisko pojawia się w puli. O astragalach, czyli racjach żywnościowych w zamian za zwiększenie szans na wylosowanie można się dowiedzieć tylko z książki. Jednak to szczegół, ponieważ „Igrzyska śmierci” nie są zbyt łatwe do przeniesienia na ekran z innego powodu. Powieść skupia się w dużej mierze na uczuciach i przemyśleniach głównej bohaterki. Kto czytał książkę, łatwiej mu będzie zinterpretować słowa, spojrzenia i gesty. Trochę idiotycznie zmieniono wątek broszki z kosogłosem. Katniss dostaje ją od handlarki z Ćwieka (czarny rynek) i tuż przed Dożynkami daje siostrze na szczęście. Jak wiemy mimo to Prim została wylosowana. Dlatego głupio wygląda scena pożegnania, kiedy dziewczynka oddaje siostrze zapinkę, by ta zapewniła jej szczęście. W książce Katniss dostaje broszkę od Madge, córki burmistrza tuż przed wyjazdem do Kapitolu. Kosogłos jest symbolem, ale w powieściach Collins towarzyszyła mu aura niezawodnego talizmanu.
Mimo wątku igrzysk, gdzie dzieciaki walczą ze sobą na śmierć i życie, w film wkradają się dłużyzny i co zadziwiające – nuda. „Igrzyska śmierci” trwają ponad dwie godziny, co szczególnie daje się odczuć w zbytnio przeciąganych scenach. Jednak powtarzanie scen, przy których można pomyśleć, że ma się do czynienia z wadliwym montażem stało się przysłowiową kropką nad „i”.



Film ma swoje zalety, a jedną z nich jest obsada. Jennifer Lawrence miała na koncie kilka filmów, w tym „X-Men: Pierwsza klasa”, oraz nominację do Oscara za „Do szpiku kości”, kiedy ogłoszono, że wcieli się w postać Katniss Everdeen. Początkowo można odnieść wrażenie, że aktorka ma sparaliżowaną mimikę twarzy, ale z czasem widać coraz dokładniej jak dobrze oddaje stan ducha i umysłu bohaterki. Josh Hutcherson występuje w filmach od dziecka, ale rola Peety Mellarka chyba uratowała go przed wizją niebytu. Niby zagrał w znakomitym „Wszystko w porządku”, ale jego filmografia to głównie filmy dla dzieci lub marne horrory. Starał się o rolę Petera Parkera w najnowszym reebocie serii o Spider-Manie, ale na szczęście nie dostał tej roli. Chociaż nie ma zbyt wiele do zagrania i zdecydowanie usuwa się w cień koleżanki z planu, trudno sobie wyobrazić lepszego kandydata do tej roli. Już mam pisać o niewielkiej roli Liama Hemswortha, kiedy dociera do mnie, że mamy do czynienia z doskonałym castingiem. Aktorzy gładko wchodzą w skóry granych przez siebie postaci, a drugi plan jest wręcz upstrzony nazwiskami. Donald Sutherland, Elizabeth Banks, Woody Harrelson, Stanley Tucci a nawet Lenny Kravitz  – ich pamięta się w niemal każdym szczególe.

„Igrzyska śmierci” od strony wizualnej to surowość i design. Kontrast między klasą uprzywilejowaną, a byłymi buntownikami jest bardzo wyraźny. O ile przedstawienie dystryktów nie sprawiało trudności, wyzwaniem było odwzorowanie nie tylko Kapitolu, ale osobliwej estetyki. Kostiumolodzy i charakteryzatorzy mieli spore pole do popisu. Jednak większość wyczekiwała strojów Katniss i muszę przyznać, że twórcy nie polegli w tej materii.



Mimo udanej oprawy wizualnej i obsady, brakowało sprawnego budowania napięcia, kiedy widz i tak wie jakie będzie zakończenie (Collins to nie George R.R. Martin, który nie ma litości dla bohaterów swoich powieści). Poza wątkiem Rue (śliczna Amandla Stenberg), który za każdym razem wyciska ze mnie wiadra łez, trudno pełne zaangażowanie w przedstawianą historię. Niby mamy dramat dzieci zmuszanych do uczestniczenia w barbarzyńskim wydarzeniu, krytykę współczesnych mediów oraz postępującej znieczulicy i ogłupienia. Jednak to nie tylko nie robi wrażenia, ale zaskakuje brakiem jakichkolwiek emocji. Po seansie nie miałam ochoty na powtórną lekturę, a wszystkie części „Igrzysk śmierci” dosłownie połykałam. Widząc zalety nie jestem w stanie ukryć rozczarowania. To był materiał na bardzo dobry i widowiskowy film z niegłupim przekazem.


The Avengers/Avengers 3D (2012), reż. Joss Whedon

Tytuł polski: Avengers 3D
Tytuł oryginalny: The Avengers
Na podstawie: „Avengers”, Stan Lee i Jack Kirby
Reżyseria: Joss Whedon
Scenariusz: Joss Whedon
Zdjęcia: Seamus McGarvey
Muzyka: Alan Silvestri
Obsada: Robert Downey Jr., Chris Hemsworth, Mark Ruffalo, Chris Evans, Scarlett Johansson, Tom Hiddleston, Jeremy Renner, Samuel L. Jackson, Stellan Skarsgard
Czas trwania: 142 minuty
Rok produkcji: 2012
Dystrybutor: CDProjekt
Ocena: 5.5/6

The Avengers (2012) on IMDb(function(d,s,id){var js,stags=d.getElementsByTagName(s)[0];if(d.getElementById(id)){return;}js=d.createElement(s);js.id=id;js.src=”http://g-ec2.images-amazon.com/images/G/01/imdb/plugins/rating/js/rating.min.js”;stags.parentNode.insertBefore(js,stags);})(document,’script’,’imdb-rating-api’);


Pomysł by na fali popularności komiksowych adaptacji postawić na ten jeden, który skupi w jednym filmie kilku bohaterów jest jednocześnie piękny i ryzykowny. Zanim „Avengers” weszli na ekrany, wprowadzono do kin postać Kapitana Ameryki – co pokazuje z jak dalekowzrocznym i długofalowym projektem mamy do czynienia. Ryzyko finansowe było ogromne – budżet musiał udźwignąć nie tylko gwiazdorskie gaże, ale i efekty specjalne. Widzowie na całym świecie wyczekiwali premiery, a ich cierpliwość została wynagrodzona. „Avengers” okazał się nadzwyczaj udanym widowiskiem, a gwiazda Jossa Whedona rozbłysła niczym supernova.

Zanim odpalimy płytę z „Avengers” warto zaznajomić się z niektórymi tytułami. Chodzi tutaj o „Iron Man”, „Iron Man 2”, „Captain America: Pierwsze starcie” oraz „Thor”. Dopiero po omawianym filmie należy zobaczyć „Iron Man 3” i „Thor: Mroczny świat”, ponieważ fabuły są ze sobą ściśle powiązane, a spoiwem jest „Avengers”. Oczywiście można zdecydować się na ominięcie podanych tytułów i obejrzenie tylko tego jednego, ale wtedy traci się zbyt wiele niuansów by w pełni cieszyć się seansem. Zasadniczy walor tego filmu to wrażenie oglądania starych znajomych w jednym miejscu. Już znamy ich charaktery, umiejętności, pewne strzępki przeszłości, ale nowym jest zderzenie ze sobą tych indywidualności i sama wizja ich współpracy. Ziemia jak zawsze jest w potrzebie, a w perspektywie jest zmasowany atak z kosmosu. Brzmi niepoważnie, a nawet tandetnie, ale nie w filmie opartym na wizji Jossa Whedona. Patos, który w innym przypadku osiągnąłby wartości krytyczne, zostaje dosłownie zmieciony przez humor. „Avengers” to zabawna jazda na karuzeli, a przede wszystkim dowód na to, że film naszpikowany wieloma wyrazistymi postaciami może się udać. Disney, który jest właścicielem praw do większości bohaterów ze stajni Marvela wygrał, bo był pierwszy. Warner Bros., który z kolei zainwestował w postacie DC Comics z miejsca jest na straconej pozycji – kroki w kierunku stworzenia „Ligi sprawiedliwych” już są postrzegane jako szukanie łatwego i sprawdzonego zarobku.



Osobiście nie miałam styczności z pierwowzorami komiksowymi, co też niespecjalnie mi przeszkadza. Poznawanie bohaterów i ich historii za pomocą filmowych adaptacji nie traktuję jako proces drastycznie zubożony. Tutaj mamy do czynienia z wizjami, która na naszych oczach się poszerzają i w efekcie stykają ze sobą. Tony Stark będzie miał tylko twarz Roberta Downey’a Jr., Thor nie może wyglądać inaczej niż Chris Hemsworth, a Kapitan Ameryka nie pozbędzie się poczciwej twarzyczki Chrisa Evansa. Kto będzie pamiętał, że Hulka grali Eric Bana i Edward Norton, kiedy casting Marka Ruffalo stał się równie zaskakujący co idealny? Wprawdzie nie wszyscy bohaterowie doczekali się własnych filmów (nie wiem czy sama chciałabym oglądać osobne historie Czarnej Wdowy czy Hawkeye’a), to trudno uczynić z tego zarzut – najważniejsi i właściwie najatrakcyjniejsi bohaterowie już wcześniej zostali przestawieni widzom. Piękno „Avengers” tkwi nie tylko w zebraniu wspomnianych postaci oraz dowcipie sytuacyjnym, ale w doborze głównego czarnego charakteru. Loki to jedna najciekawszych, najbardziej tajemniczych i nieprzewidywalnych postaci jakie pojawiły się na ekranach w przeciągu ostatnich lat. Zło przybierające formę poczwarki podróżującej kosmicznym ulem, której credo brzmi „zniszczenie czyni mnie szczęśliwym”, nie wzbudza większych emocji. Jeśli widzimy postać pełną uczuć i sprzeczności i przy tym ludzką pod wieloma względami – zło staje się bardziej namacalne i przerażające.

Film Whedona nie sili się na bycie czymś więcej niż bycie rozrywką w stanie czystym. Bardzo dochodowa kategoria wiekowa jaką jest PG-13 jest jednak niewyczuwalna. Co tu dużo pisać – udany scenariusz naszpikowany dowcipnymi kwestiami, zapierającymi dech sekwencjami akcji i walk, a do tego nawiązania i cytaty, wprost zachwycają. Role główne wydają się być równomiernie rozłożone przez co nie ma się wrażenia wyraźnego faworyzowania. Jednak w tym zbiorze doskonałości i zachwytów nie brakuje elementów niezbyt udanych. Kiedy film schodzi na poważniejsze tony, kiedy trzeba przytemperować ego poszczególnych bohaterów by skłonić ich do współpracy – fabuła zaczyna nieco siadać. Zagrywki, które są proste i niestety przewidywalne trochę psują odbiór. Skoro ten radosny rollercoaster wymyka się porównaniom z tym co dotychczas się widziało, to może trzymać dobry poziom do samego końca. Jednak owe potknięcia nie tylko nie przesłaniają pozytywów, ale szybko odchodzą w niepamięć. Ponieważ nie brakuje powodów dla których warto zobaczyć ten film, a scena Hulka z Lokim jest jedną z wielu.



Trudno ten wpis brać na serio, takie uwielbienie i nikły krytycyzm nawet u mnie wzbudziłby cichy protest. Jednak dla mnie „Avengers” to przykład niemal doskonałego kina rozrywkowego. W mojej definicji filmu doskonałego mieszczą się przypadki do których chce się wracać i trzymać w pogotowiu płytę dvd. Polskie wydanie tego filmu na dvd jest doprawdy rozczarowujące. Wydawcy bardzo perfidnie przekonują widzów na BR, gdzie pakują ogrom dodatków, kiedy na starszym nośniku dodawane jest tyle co nic. W przypadku „Avengers” jest to wręcz rażące, że dopiero okazja w Biedronce (zapłaciłam jakieś 10 zł) skłoniła mnie do nabycia. Spuśćmy jednak zasłonę milczenia na zawartość książeczki, która ewidentnie została napisana przez dziesięciolatka dla pięciolatka.

O sukcesie filmu nie ma co dyskutować skoro za dwa lata zobaczymy „Avengers: Age of Ultron”. Nie zanosi się na to, by aktorzy zmęczyli się granymi przez siebie postaciami. W końcu dla niektórych okazały się być trampoliną do sławy lub też powrotem z okresu niebytu. Istnieje pełna świadomość, że za tym projektem stoi chęć zysku, ale póki to będą dobre filmy, niech karnawał trwa dalej. 

Thor: The Dark World/Thor: Mroczny świat (2013), reż. Alan Taylor

Tytuł polski: Thor: Mroczny świat
Tytuł oryginalny: Thor: The Dark World
Na podstawie: „Thor”, Stan Lee, Larry Lieber, Jack Kirby
Reżyseria: Alan Taylor
Scenariusz: Christopher Yost, Christopherr Markus, Stephen McFeely
Zdjęcia: Kramer Morgenthau,
Muzyka: Brian Tyler
Obsada: Chris Hemsworth, Tom Hiddleston, Natalie Portman, Anthony Hopkins, Christopher Eccleston, Stellan Skarsgard, Kat Dennings, Zachary Levi, Idris Elba
Czas trwania: 112 minut
Rok produkcji: 2013
Dystrybutor: Disney

Ocena: 5/6
Thor: The Dark World (2013) on IMDb(function(d,s,id){var js,stags=d.getElementsByTagName(s)[0];if(d.getElementById(id)){return;}js=d.createElement(s);js.id=id;js.src=”http://g-ec2.images-amazon.com/images/G/01/imdb/plugins/rating/js/rating.min.js”;stags.parentNode.insertBefore(js,stags);})(document,’script’,’imdb-rating-api’);

Minęły dwa lata od premiery pierwszej części, dzięki której wypłynęły nowe twarze. Dzisiaj Thorem może być tylko Chris Hemsworth, a Lokim Tom Hiddleston. Główna obsada nie uległa zmianie, ale podczas realizacji „Thor: Mroczny świat” nastąpiła wymiana na stołkach reżyserskim, scenopisarskim, operatorskim i kompozytorskim. W efekcie powstał film bardziej efekciarski, trochę kłócący się z poprzednikiem i przede wszystkim doskonale wpasowujący się w uniwersum „Avengers”, które jest sukcesywnie budowane od wielu miesięcy. I co tu dużo pisać – mimo dubbingu bawiłam się naprawdę dobrze.

Od wydarzeń z pierwszej części minęły 2 lata. Przez ten czas Thor (Chris Hemsworth) wraz z Asgardczykami wprowadzał pokój w 9 królestwach, a Jane Foster (Natalie Portman) dzieli czas między życiem, a próbami spotkania ukochanego Thora. Darcy (Kat Dennings), jej stażystka, zaprowadza Jane do miejsca pełnego anomalii. Sama Foster zapuści się w miejsce, które okaże się być źródłem Eteru – starodawnej mocy, jeszcze sprzed powstania wszechświata. Jeśli Eter dostanie się w ręce Malekitha (Christopher Eccleston), będą ważyły się losy nie tylko świata, ale całego wszechświata. Do tego zbliża się bardzo rzadka koniunkcja 9 światów, a to zazwyczaj nie wróży nic dobrego. A co z Lokim (Tom Hiddleston)? Po schwytaniu uniknął kary śmierci dzięki wstawiennictwu Friggi (Renee Russo). Odyn (Anthony Hopkins) skazał go na więzienie. Okazuje się, że Thor nie zapomniał o Jane, ale zlecił Heimdallowi (Idris Elba) obserwowanie ukochanej, kiedy ten wraz z Mjolnirem zaprowadzał pokój. Kiedy Foster znika z radaru, Thor schodzi na Ziemię i zabiera ją do Asgardu – tajemnicza choroba zaatakowała jej ciało i ziemska medycyna nie będzie skuteczna.

ABC – absolutny brak chemii

„Thora” widziałam raz i mimo wszystko pamiętałam, że Bifrost (tęczowy most łączący Asgard ze światem śmiertelników) został zniszczony. To było zastanawiające już podczas oglądania „Avengers”, ale nie na tyle istotne by psuć sobie seans. Można się zastanawiać dlaczego Thor nie nawiązał z Jane jakiegokolwiek kontaktu, skoro problem z tęczową kolejką górską został jakoś rozwiązany? Najlepiej jest nie myśleć o takich drobiazgach i po prostu cieszyć się filmem, zwłaszcza, że po konflikcie szekspirowskim praktycznie nie został ślad. Alan Taylor balansuje między komiksowym patosem, a dowcipem sytuacyjnym biorąc za przykład klimat „Avengers” i serii o Iron Manie. Disney rozkręca uniwersum Marvela, aż miło patrzeć, a zapędy właścicieli praw do postaci DC Comics wydają się być spóźnione i z góry skazane na przegraną pozycję.

Można się przyzwyczaić, że postacie kobiece są trzymane w sztywnych szufladkach i brakuje superbohaterki, która zawojowałaby masową wyobraźnią. Zaangażowanie Natalie Portman było czysto marketingowe, biorąc pod uwagę ryzyko zatrudnienia głównie nieznanych nazwisk. Najwyraźniej aktorka nie potrafi odnaleźć się w blockbusterowych produkcjach, bo brak chemii w drugiej części wydaje się być jeszcze bardziej zdumiewający. Jej bohaterka nie nosi w sobie znamion przerażenia w związku z tajemniczym Eterem, którego jest nosicielką. Nie widać gotowości do bycia wsparciem dla Thora w ciężkich chwilach, ale za to jako zadumany i piękny słup soli sprawdza się znakomicie. Przy tej obserwacji jej gotowość do poświęceń w imię ratowania świata wydaje się być jedyną funkcją dla której została zaprogramowana. Na szczęście są jeszcze Darcy, dowcipna i bezpośrednia asystentka Foster, Sif (Jaimie Alexander) wojowniczka Asgardu i przyjaciółka Thora oraz Frigga, żona Odyna. W przypadku ostatniej postaci nastąpiło miłe zaskoczenie, szczególnie kiedy staje w obronie swojej rodziny. Poza tym jej postać nabrała wyrazu i stała się pewnym symbolem. Odyn, Thor i Loki mogą walczyć między sobą, ale i tak jedno zawsze będzie ich łączyć – miłość do Friggi.

Więzienie zmienia także bogów

Jeszcze trochę i obsadzanie Brytyjczyków w roli czarnych charakterów stanie się nużące. Pod drobiazgową charakteryzacją trudno dostrzec Christophera Ecclestona i tym samym można dojść do wniosku, że tę postać mógłby zagrać inny aktor. Mam pewien problem z niehumanoidalnymi szwarccharakterami. Im mniej przypominają człowieka, tym mniej trudniej jest traktować ich poważnie. Kolejna figura z galerii kosmitów, które lubują się w zagładzie. Kiedy w pierwszej części brylował Loki, jego motywy i działania były istotną strukturą dramaturgii – wiarygodne i niezwykle ludzkie. Malekith to kolejny pokemon, który niszczy bo lubi niszczyć. Czy ktoś taki jest w ogóle wart większej uwagi? To Loki pozostaje największą i najciekawszą zagadką uniwersum. Ma uczucia i jednocześnie jest skrajnie nieprzewidywalny – nie wiadomo co zrobi, a zdolny jest do wszystkiego.

„Thor: Mroczny świat” jest niezwykle widowiskowy i dynamiczny. Efekty specjalne, zdjęcia, wyczucie barw robi niesamowite wrażenie, które potęguje trochę pompatyczna, ale przyjemna ścieżka dźwiękowa Briana Tylera. Świetnie wykorzystano motyw przenikania się światów w związku ze zbliżającą się koniunkcją – jest jednocześnie porywająco i zabawnie. Dowcip sytuacyjny jest niesamowicie prosty, ale jednocześnie nie brakuje mu pewnej elegancji. Film jako całość sprawia wrażenie starannie ułożonego, ale nie sposób oprzeć się wrażeniu, że widzowie czegoś nie zobaczyli i trochę ważnych scen przepadło w trakcie montażu. Szczególnie, że oglądając tę część traci się poczucie czasu i dwie godziny mijają zaskakująco szybko. Dobrze napisane dialogi, cięte kwestie z pewnością ożywiają seans, ale nie miałabym nic przeciwko, gdyby film byłby dłuższy o pół godziny.

Świetna charakteryzacja, ale na dłuższą metę
postać bardzo szablonowa

Zmiany jakie zaszły w sequelu idą w dobrym kierunku, ale to nie znaczy, że wkład Branagha jest przeze mnie umniejszany. Filmy na podstawie komiksów Marvela wytyczyły pewien trend, który został kupiony przez rzesze kinomanów. Tu nie ma miejsca na mdłe i patetyczne historyjki, ale heroizm przełamany dystansem i humorem, który doskonale pasuje do współczesności. „Thor: Mroczny świat” nie udaje, że jest czymś więcej niż rozrywką i nie robi z widza idioty. Przy tym pozostaje dobrym, wciągającym filmem z nieco irytującą Natalie Portman, ale z doskonałą resztą obsady.

Nie miałam wyboru, obejrzałam film z dubbingiem. Osobiście uważam, że ta forma w filmie aktorskim to czyste zło, ale do wszystkiego można się przyzwyczaić. Z pewnością powtórzę sobie seans w domowym zaciszu najlepiej z angielskimi napisami (mam wadę słuchu i nawet na dubbingu pouciekały mi co ciekawsze riposty, ale „zatkało kakao” słyszałam nazbyt wyraźnie). Warto poczekać do napisów końcowych. Tym razem nie pojawił się Nick Fury, ale Kolekcjoner (Benicio Del Toro) z zapowiadanego na koniec lata „Guardians of the Galaxy”. Jeśli „Thor” Branagha nie przekonał, to film Taylora oraz londyńskie widoki powinny to naprawić. W końcu nieczęsto zdarzają się udane sequele, które na sam koniec serwują atomowego twista.

Ostoja ziemskiej myśli naukowej?

Psycho/Psychoza (1960), reż. Alfred Hitchock

Tytuł polski: Psychoza
Tytuł oryginalny: Psycho
Na podstawie: „Psychoza”, Robert Bloch
Reżyseria: Alfred Hitchcock
Scenariusz: Joseph Stefano
Zdjęcia: John L. Russell
Muzyka: Bernard Herrmann
Obsada: Janet Leigh, Anthony Perkins, Vera Miles, John Gavin, Martin Balsam, Mort Mills
Czas trwania: 109 minut
Rok produkcji: 1960
Dystrybutor: TiM Film Studio
Ocena: 4.5/6

Psycho (1960) on IMDb(function(d,s,id){var js,stags=d.getElementsByTagName(s)[0];if(d.getElementById(id)){return;}js=d.createElement(s);js.id=id;js.src=”http://g-ec2.images-amazon.com/images/G/01/imdb/plugins/rating/js/rating.min.js”;stags.parentNode.insertBefore(js,stags);})(document,’script’,’imdb-rating-api’);

„Psychoza” to dzieło dzisiaj kultowe, znak rozpoznawczy mistrza suspensu którym obwołano Alfreda Hitchcocka. Wybierając na seans film uznany za arcydzieło i okupujące szczyty różnych zestawień istnieje ryzyko, że podświadomie zafałszujemy własną opinię. Przez moment tak miałam z tym filmem, ale przyszło otrzeźwienie i przyznanie się przed samą sobą, że „Psychoza” jednak tak absolutnie nie zachwyciła. Sztandarowe dzieło Hitchocka to film warty uwagi nie tylko ze względu na kultowy status, ale faktu, że to dobry film z niesamowitym klimatem.

Marion Crane (Janet Leigh) pracuje w biurze w Phoenix i utrzymuje związek na odległość z Samem Loomisem (John Gavin). Kiedy nadarza się okazja, kradnie szefowi 40.000 $ i ucieka z miasta by rozpocząć nowe życie z ukochanym. Po drodze zatrzymuje się w niewielkim motelu prowadzonym przez sympatycznego Normana Batesa (Anthony Perkins), który ma problem z zaborczą matką. Tego samego wieczoru Marion ginie zadźgana pod prysznicem. Po tygodniu w motelu pojawiają się osoby poszukujące Marion: jej siostra Lila (Vera Miles) i detektyw Milton Arbogast (Martin Balsam). Motel Batesa wzbudza w nich podejrzenie, a widzowie wiedzą, że nie bezpodstawnie.

Janet Leigh


Scenariusz Josepha Stefano oparto o powieść Roberta Blocha o tym samym tytule. Hitchock anonimowo wykupił prawa do ekranizacji za 9 tysięcy dolarów, ale nie ograniczył się tylko do kwestii prawnych. Wykupił tyle egzemplarzy powieści ile był w stanie, by ukryć zakończenie. W latach 50. to mogło zadziałać, w dzisiejszych czasach, kiedy króluje internet i szybki przepływ informacji – byłaby to walka z wiatrakami. Modyfikacje względem oryginału musiały mieć miejsce. Kiedy powieściowy Norman jest niski, gruby, starszy i odpychający (czyżby opis zbytnio pasował do reżysera, który miał ciekawą opinię szczególnie wśród aktorek), Hitchock uczynił go młodym, przystojnym i sympatycznym. Odejście od stereotypowego i konwencjonalnego wizerunku czarnego bohatera był doskonałym zabiegiem. Z jednej strony jest trochę niepokojący, a widz zastanawia się czy to na pewno on jest źródłem tego odczucia. Względem bohaterki prysznicowego zejścia też poczyniono drobną korektę. Pierwotnie nazywała się Mary Crane, ale kiedy odnotowano dwie kobiety o tym samym imieniu i nazwisku żyjące w Phoenix, zmieniono je na Marion. Z dzisiejszej perspektywy to jest co najmniej dziwne, ale może wtedy to była konieczna tarcza? W końcu do reżysera napisał mocno zdenerwowany ojciec pewnej dziewczyny, która po obejrzeniu „Widma” bała się brać kąpiel, a po „Psychozie” nie było mowy o prysznicu. Wprawdzie Hitchock mu odpisał by posłał ją do pralni chemicznej, ale to daje pewien pogląd na mentalność tamtych czasów.

Anthony Perkins


Scena prysznicowa, która trwa niecałą minutę i na jej kręcenie poświęcono 7 dni zdjęciowych jest jedną z najbardziej rozpoznawalnych na świecie. Hitchock znany jest z surowych, czasem drastycznych metod motywowania aktorek. Tym razem to ekipa filmowa wzięła sprawy w swoje ręce puszczając lodowatą wodę, aby wywołać u Janet Leigh większy szok. Reżyser zdecydował się na film czarno – biały, ponieważ uważał, że kolorowy byłby za bardzo krwawy. W tej scenie nie widać wbijania noża w ciało, ani ran na ciele – dosłowna drastyczność pozostaje w wyobraźni widza. „Psychoza” przekraczała niejedno filmowe tabu, które ograniczało sztukę filmową dzięki kodeksowi Hayesa. To pierwszy amerykański film, który pokazuje kobietę w samej bieliźnie (zwróćcie uwagę jak kolor bielizny odpowiada sytuacji bohaterki). Sama scena prysznicowa przeszła małą batalię z cenzurą. Wymagano usunięcia fragmentów z nagą Leigh pod prysznicem, ale Hitchock nie zamierzał ukrywać faktu, że ludzie kąpią się bez ubrania i… odesłał taśmę w formie niezmienionej. Cenzura ją zatwierdziła wychodząc z założenia, że reżyser dokonał wymaganych zmian.

Z perspektywy współczesnego widza „Psychoza” tak nie szokuje jak to miało miejsce w czasie premiery. Z jednej strony oczekuje się filmu, który będzie trzymał w napięciu i wyraźnie udowodni swoją renomę. Z drugiej zaś odbiór sztuki jest subiektywny z małymi próbami obiektywizmu. Nie przymierzałam tej samej miarki co do filmu współczesnego, to byłoby nie tylko głupie, ale i pozbawione sensu. Historia z początku nieco dezorientuje. Młoda kobieta z nieokreślonych pobudek kradnie pieniądze i rusza w drogę. Zwraca na siebie uwagę policjanta, którego zachowanie podpowiada, że przekroczenie uprawnień nie jest dla niego problemem. Same sceny, kiedy stoi oparty o radiowóz wzbudzają sporą dozę niepokoju. Jednak „Psychoza” to wyczekiwanie tej jednej kultowej sceny i ciekawość co będzie po niej. Hitchcock rewelacyjnie buduje napięcie i nastrój grozy szczególnie w pierwszej części filmu i drążąc wątek matki Normana. Rozczarowanie przychodzi wraz z wątkiem śledztwa, który wydaje się toporny w opozycji do zagadki, która otacza film niepokojem i grozą. Gwoździem do trumny jest tyrada psychiatry tuż przed wyrazistą ostatnią sceną. Możliwe, że wtedy ludzie potrzebowali więcej wyjaśnień. Nie ulega wątpliwości, że Hithcock nie bez powodu jest określany mianem mistrza suspensu – do samego końca pozwoliłam się prowadzić i dać zaskoczyć.

Vera Miles i John Gavin


Anthony Perkins jeszcze trzykrotnie wcielał się w rolę Normana Batesa, a Gus van Sant pokusił się o remake. W tym roku powstał serial „Bates Motel”, który skupia się na historii młodego Normana. „Psychoza” na stale weszła w język popkultury głównie dzięki scenie prysznicowej – wyrazistej i bardzo odważnej biorąc pod uwagę swoje czasy. Skupienie się na tej flagowej scenie ma swój duży pozytyw. Dzieje się ona praktycznie na początku filmu i przykrywa informacje, które mogłyby zdradzić zakończenie lub przynajmniej na nie naprowadzić. Dlaczego obejrzałam dopiero teraz? Moja lista filmów uznanych za kultowe, a których jeszcze nie widziałam jest bardzo długa. Z jednej strony czuję się w obowiązku ich poznania, a częściej naprawdę chcę je zobaczyć. Z drugiej strony istnieje obawa, że łatka arcydzieła zafałszuje mój odbiór lub spotka mnie zwyczajny zawód. „Psychoza” to film, który warto, a nawet trzeba zobaczyć. Nie unikniemy rozczarowania, ale każdy seans to cegiełka, która kształtuje nasz gust i upodobania.

Mort Mills