A King in New York./Król w Nowym Jorku (1957), reż. Charles Chaplin

Tytuł polski: Król w Nowym Jorku
Tytuł oryginalny: A King in New York
Reżyseria: Charles Chaplin
Scenariusz: Charles Chaplin
Zdjęcia: Georges Perinal
Muzyka: Charles Chaplin
Rok produkcji: 1957
Dystrybutor: Galapagos
Ocena: 4.5/6

A King in New York (1957) on IMDb




Chaplin kojarzony przede wszystkim jako komediant w rzeczywistości był człowiekiem oczytanym i pewnym swoich poglądów. Obserwując jego twórczość od zarania po schyłek życia, widać ile myśli chce wszczepić w umysł widza. Nie chodzi o incepcję, ale zachętę. Czasem wali myślą między oczy, czasem też serwuje ją nienachalnie i naturalnie. „Pan Verdoux” był dość monotonnym i męczącym głosem w sprawie państwo, a jednostka pod mianownikiem zabijana. „Król w Nowym Jorku” jest ostatnim typowym filmem Chaplina, wtedy zbliżającego się do siedemdziesiątki. Nakręcona 10 lat później „Hrabina z Honkgkongu” to zupełnie inny produkt z Marlonem Brando i Sophią Loren. Ot zwyczajna opowieść, która zniknęłaby w mrokach niepamięci gdyby nie obsada i osoba reżysera. „Król w Nowym Jorku” jest filmem przyjemnym, trochę nierównym, za to z tym nienachalnym przesłaniem.

W pewnym fikcyjnym państewku wybucha rewolucja, która skończyłaby się linczem na osobie króla Shahdova (Charlie Chaplin). Jednak ów umysł przewidział, że czas opuścić ojczyznę, a ból nędznego losu emigranta z pewnością złagodzi ogołocenie skarbca i wyniesienie planów atomowych. Celem jego wędrówki jest Ameryka, wielka obietnica sukcesu i szczęśliwego życia. Los podsuwa różnych doradców, choćby takich, którzy zawłaszczają skarbiec by cieszyć się nim w Meksyku. W obliczu felernej sytuacji król Shahdov zostają same plany, które próbuje opchnąć Komisji Energii Atomowej. Zostaje jeszcze ambasador Jaume (Oliver Johnston) jako nieodłączny druh, cały Nowy Jork i rachunki za luksusowy hotel.

Oliver Johnston i Charles Chaplin

Tym razem Chaplin gładko przechodzi od komedianctwa do stonowanej obserwacji. Początek jest żywym wspomnieniem dawnej twórczości Chaplina. Mamy serię scenek, których komizm  miesza się z szacunkiem dla kondycji fizycznej Chaplina. Niezwykła gracja, sprawność i mimika przy której łapiemy się na tym, że brakuje wąsów i melonika. Nim się zorientujemy, dostrzegamy co reżyser chce skomentować. Można wyliczać wiele, ale konsumpcjonizm, nowa kultura popularna (jej głośność), kult młodości czy mccartyzm wybijają się na czoło. Wyśmiewanie jest albo łagodne albo uwypuklone, nigdy jednak wulgarne. Ten trochę nierówny film kryje w sobie kilka scen i wątków, które zdecydowanie ożywiają widza. Duża w tym zasługa udanego castingu, bo Chaplin sam by „Króla w Nowym Jorku” nie udźwignął. Gwiazdą bez wątpienia jest Dawn Addams jako Ann Kay – urocza, dynamiczna i przykuwająca uwagę. Ciekawostką jest również udział Sida Jamesa jako Johnson, spec od reklamy. Część może go kojarzyć z serii filmów pod sztandarem „Cała naprzód”. Do osobnej rubryki zaliczyć należy udział Michaela Chaplina w roli Ruperta Macabee. Tak, to syn Charlesa. Mam pewną słabość do rodzinnych występów, ale o pokrewieństwie dowiedziałam się po seansie. Młody Chaplin był wyrazisty i naprawdę dobrze wypadł, co przy takiej dawce kwestii wypluwanej z niemałą prędkością zasługuje na uznanie. 

Charles i Michael Chaplin

Z czym będę kojarzyła „Króla w Nowym Jorku”? Pierwsza myśl kieruje się przy „Be or not to be”, kwestia Hamleta wyrecytowana z dużym zaangażowaniem w dość osobliwych okolicznościach. Drugi wątek jest ściśle powiązany z podążaniem za upływającą młodością. Bo nie ma to jak naciągnąć sobie skórę i pójść na występ komików. Ważnym punktem było podjęcie tematu polityki McCarthy’ego. Jak wiadomo, Chaplin był jedną z ofiar tzw. polowania na czarownice, co skończyło się zakazem wjazdu do USA. Nie tylko wykpił tę procedurę dodając element w postaci węża strażackiego, ale pokazał kim były prawdziwe ofiary.

Zakończenie mogło być tylko jedno, król Shahdov opuszcza Amerykę bez żalu, ale z nowymi znajomościami. Swoją drogą imię króla brzmi jak wymieszanie dwóch słów: shah (król) i shadow (cień). Czyżby określało człowieka ceniącego spokój, a może jest symbolem ludzi zepchniętych w cień? Czy takie doszukiwanie ma w ogóle sens? Najciekawszy okres twórczości Chaplina przypada na lata przed II wojną światową. Kiedy zerwał z postacią włóczęgi, co w piękny sposób uczynił w „Dzisiejszych czasach”, mógł rozwinąć skrzydła i pozbyć się ograniczeń jednej postaci. „Król w Nowym Yorku” to dobre kino jakiego się już nie kręci. Współczesność oferuje nam takich twórców jak Sacha Baron Cohen, który bardziej słynie z przekraczania granic dopuszczalnego smaku, niż z trafnej satyry. W tej sytuacji wolę nie tylko ten film Chaplina, ale też „Pana Verdoux”. Obie produkcje zasilają Kolekcję Charliego Chaplina wydawaną przez Galapagos.

Joan Ingram, be or not to be, Dawn Addams



Za seans dziękuję dystrybutorowi, firmie Galapagos 

Monsieur Verdoux/Pan Verdoux (1947), reż. Charles Chaplin

Tytuł polski: Pan Verdoux
Tytuł oryginalny: Monsieur Verdoux
Na podstawie: pomysł Orsona Wellesa
Reżyseria: Charles Chaplin
Scenariusz: Charles Chaplin
Zdjęcia: Roland Totheroh, Curt Courant
Muzyka: Charles Chaplin
Rok produkcji: 1947
Dystrybutor: Galapagos
Ocena: 2.5/6

Monsieur Verdoux (1947) on IMDb

Kariera Chaplina zaliczyła różne fazy, z tym, że po latach blasku fleszy nastąpił czas wrogości i oskarżeń. Spadek popularności, którego początek notuje się na czas II wojny światowej, znalazło swoje odbicie w autobiografii. To już inna lektura – nie tak lekka i rozbudowana jak wcześniejsze rozdziały. Pożegnanie trampa, jakie miało miejsce w „Dzisiejszych czasach” nie oznaczało wycofania się Chaplina z filmu. Pomysłów nie brakowało, ale jeden wypłynął od Orsona Wellesa, którego pozycja pozwoliła na złożenie oferty właśnie Chaplinowi.

Postać Sinobrodego jest nieodłącznie związana z Francją, gdzie też została umiejscowiona akcja „Pana Verdoux”. Ten szlachcic z baśni Charlesa Perraulta pojmował za żony kobiety, które potem znikały w podejrzanych okolicznościach. Jego nienaturalnie niebieska broda miała świadczyć o zepsuciu bohatera, które rozciąga się na wiele pokoleń wstecz. Taki przydomek nadano Henriemu Desire Landru, seryjnemu mordercy schwytanego i skazanego  w latach 20. ubiegłego stulecia. Jego historię chciał opowiedzieć Welles przy udziale Chaplina, ale ten uznał za pomysł na tyle interesujący, by odkupić od młodszego kolegi pomysł za 5 000 $ i samemu go zrealizować. Jednak później żałował umieszczenia jego nazwiska w czołówce.



Henri Verdoux (Charles Chaplin) był wieloletnim pracownikiem banku, kiedy kryzys wyrzucił go na bruk. Mając na utrzymaniu synka oraz chorą żonę, zaczął rozkręcać własny biznes. Jeżeli można tak nazwać poślubianie zamożnych kobiet i ich zabijanie. Obserwując poczynania bohatera trudno inaczej zrozumieć jego motywy oraz podejście do nowej profesji. „Pan Verdoux” to jednak czarna komedia, która przeradza w dramat z elementami moralitetu. Od dłuższego czasu Chaplin dawał się poznać jako postać zaangażowana, komentująca rzeczywistość. W jego wcześniejszych pełnometrażowych dokonaniach było to wyraźne, ale podane w sposób zrównoważony. Niestety początek „Pana Verdoux” jest toporny i ciężkostrawny, dlatego w pewnym momencie musiałam przerwać seans.

W czym tkwi problem? Przeszarżowanie elementów komediowych, które nie tylko irytowały, ale męczyły swoją długością. Chaplin popełnił dwugodzinny film, który mógłby skrócić o jakieś 30 minut. Garść naprawdę dobrych sekwencji nie była w stanie przyćmić zbędnych scen. Do tego myśl przewodnia została wyłożona bez ogródek na samym końcu. Nie kwestionuję jej słuszności, ale formę jej ujścia. Nie sposób nie dostrzec inteligencji Chaplina jako twórcy poszukującego, eksperymentującego i podejmującego ryzyko. Totalna zmiana wizerunku postaci, sięgnięcie po czarną komedię nie przekonały w dniu premiery. „Pan Verdoux” był pierwszą porażką Chaplina na dwóch frontach: krytyki i publiczności. Jednak do końca był z niego dumny.



Lubię filmy Chaplina i to bardzo. Po „Panie Verdoux” spodziewałam się naprawdę wiele przez wzgląd na podjęte ryzyko oraz świeżość w doborze postaci. Czytając autobiografię artysty, utkwił mi w głowie obraz człowieka, który jest pewny tego co robi i chce osiągnąć. Niestety, zmuszona jestem zasilić grono osób nie tylko zawiedzionych tym filmem, ale wymęczonych seansem. Jedynie momenty pozbawione wątków „próbujemy zabić kolejną panią Verdoux”, szczególnie z udziałem Marilyn Nash oraz bardziej stonowane zbliżanie się ku końcowi nie spisują filmu na dotkliwe straty. 

„Pan Verdoux” zasila kolekcję filmów Charliego Chaplina wydaną przez Galapagos z okazji 35. rocznicy śmierci artysty. Wydanie wizualnie nie wzbudza zastrzeżeń, ale jak w pozostałych wypadkach brak jakichkolwiek dodatków. Polska wersja językowa jedynie w formie napisów. Jednak nie wiecie jak ładnie wyglądają filmy ułożone grzbietami.




Film obejrzałam dzięki dystrybutorowi Galapagos. 

My Autobiography/Autobiografia, Charles Chaplin

Tytuł polski: Autobiografia
Tytuł oryginalny: My Autobiography
Autor: Charles Chaplin
Wydawnictwo: Dolnośląskie
Rok wydania: 2011
Ilość stron: 456
Ocena: 4.5/6

W tym roku, 25 grudnia, minie 35 lat od śmierci słynnego artysty, który zapisał się na kartach historii kina i kultury platynowymi zgłoskami. Jego życie to czasem popadanie ze skrajności w skrajność, dobre i złe wybory, kontrowersje i tragedie, chwile szczęścia i spełnienia. Autobiografia napisana pod koniec życia Chaplina nie jest zapisem ekshibicjonisty, ale wyważoną i przemyślaną historią jego życia jako artysty. Życie prywatne ograniczył do minimum, a niewygodne fragmenty zwyczajnie przemilczał. „Autobiografia” to wciągająca lektura dająca obraz życia na przełomie wieków oraz początkach kina.

Urodził się 16 kwietnia 1889 roku, był o 4 dni starszy od Adolfa Hitlera, którego sparodiował w jednym ze swoich filmów. Ciężkie dzieciństwo z matką z problemami psychicznymi, życiem w przytułku i na ulicy. Jednak talent artystyczny, upór oraz ogrom pracy pozwolił mu odmienić swój los. Nie bez znaczenia była pomoc starszego brata Sydney’a, który wkręcił Charliego do grupy Freda Karno. Jednak od dziecka zdobywał doświadczenie w różnych trupach i teatrzykach. Wiedział, że scena jest jego powołaniem. Prawdziwa kariera zaczęła się w USA, gdzie trafił do kina i zaczął tworzyć filmy w oparciu o charakterystycznego bohatera – Trampa. Przetrwał koniec kina niemego, problemy z amerykańskim rządem (z Edgarem J. Hooverem na czele) i wygnanie. Przyjrzyjmy się jednak samej autobiografii.
To, co zwraca uwagę na początku, to zdumiewająca szczegółowość wspomnień z dzieciństwa. Ta drobiazgowość może świadczyć o dwóch rzeczach: zabieg udramatyzowania dzieciństwa, by zyskać współczujące nastroje na poczet jego dorosłego życia, albo tamten czas był bardzo intensywny i traumatyczny – bieda, strach, głód, choroba matki. Jednak chodzi o to drugie, bo styl jest zbyt żywy i nacechowany emocjami oraz detalami, by był „doprawiany”. Do tego dalsza lektura wskazuje, że jeśli nie chciał o czymś pisać – po prostu te kwestie przemilczał lub odznaczył lakoniczną wzmianką. Nie da się ukryć, że czasy dzieciństwa jak i ścieżka kariery aż do pierwszych sukcesów w dziedzinie kinematografii to najciekawsza i najlepiej napisana część książki – Chaplin nie musiał się pilnować, ani ważyć swoich błędów i porażek wynikających z własnej winy.

Kiedy Chaplin stał się wielką gwiazdą, na której widok wiwatowały tłumy (wystarczy wspomnieć jego pięciodniową podróż pociągiem z Los Angeles do Nowego Jorku), zaczął przebywać w towarzystwie znanych i cenionych. Czasem „Autobiografia” jest źródłem ciekawych anegdot, czasem nie można odpędzić się od wrażenia, że Chaplin przechwala się kogo to nie znał i nie spotkał. To jest dość uciążliwe szczególnie pod koniec jego życia i kariery. Sporo miejsca zostało poświęconych trudnej dla Chaplina sprawie, która skończyła się z wydaleniem z USA. Antykomunistyczne nastroje, zawziętość dyrektora FBI skupiły się na politycznej aktywności artysty. Również incydent  z Joan Barry i jej dzieckiem, którego rzekomo miał być ojcem, znalazł niemało miejsca w autobiografii.

O rodzinie i kobietach pisze mało, ledwie wzmiankując taki fakt, że został ojcem. Przemilczał Litę Grey, nie wspomniał nawet z nazwiska, co może świadczyć, że to małżeństwo było wielką porażką. Z drugiej strony za słabość do młodziutkich aktorek może winić wyłącznie siebie. Słusznie zresztą zauważył Piotr Pluciński,  że w dzisiejszych czasach Chaplin byłby spalony w kontekście życia prywatnego. Jednak „Autobiografia” to cenny zapis wydarzeń, mentalności i nastrojów z przełomu wieków. A Chaplin jako artysta wciąż inspiruje i zadziwia.

Modern Times/Dzisiejsze czasy (1936), reż. Charles Chaplin

Tytuł polski: Dzisiejsze czasy
Tytuł oryginalny: Modern times
Reżyseria: Charles Chaplin
Scenariusz: Charles Chaplin
Zdjęcia: Roland Totheroh, Ira H. Morgan
Muzyka: Charles Chaplin
Rok produkcji: 1936
Dystrybutor: Galapagos
Ocena: 5.5/6
Wielki kryzys, który zapoczątkował tzw. czarny czwartek (ciekawe, że banki lubią towarzyszyć takim wydarzeniom), w gruncie rzeczy musiał znaleźć swoje odbicie w kulturze. Chaplin miał ambicje nie tylko śmieszyć, ale też wypowiadać się na ważne tematy. Kiedy Ameryka dźwigała się po Wielkiej Depresji, w Europie popularność zdobywała myśl socjalistyczna. Szósty pełnometrażowy film Chaplina można odebrać nie tylko jako krytykę polityki wyzysku, ale też przez pryzmat banalnego przesłania – jakby nie było, ale we dwójkę raźniej.

Fabryka robi wrażenie. Sterylna, wypolerowana, wypełniona dźwigienkami i licznikami. Dyrektor siedzi w biurze, łyka tabletkę i wydaje polecenie, aby zwiększyć wydajność. Tempo rośnie, nie zwracając uwagi na wydolność pracowników, taśma sunie z nieludzką prędkością. Każdy ma swoje zadanie – monotonne i ogłupiające. Tramp (Charlie Chaplin) dzierży w dłoniach dwa klucze, którymi dokręca aż dostaje niekontrolowanych tików. Wymowna scena (która jest jednocześnie znakiem rozpoznawczym „Dzisiejszych czasów”), gdzie na Trampie testowana jest maszyna karmiąca – nie wymaga dogłębnego komentarza. Idea zysku zgubiła gdzieś po drodze człowieka w jego elementarnej formie – istoty, która ma swoją godność, uczucia i rozum.
Okrutny los nie ominął młodej dziewczyny (Paulette Goddard), która mimo wszystko zachowuje pogodę ducha. Dopuszcza się kradzieży, aby rodzina miała co jeść, ale więcej w niej psotnej figlarki niż dziewczyny złamanej nędzą i nieszczęściem. Tych dwoje musiało się spotkać, bo więcej ich łączy niż dzieli. W dzisiejszych czasach nic nie jest pewne, ale razem łatwiej odbić się od dna i spróbować złapać szczęście jeszcze raz, w innym miejscu.
To ostatni film Chaplina, gdzie kreuje postać Trampa. To też pożegnanie kina niemego i powitanie ery kina dźwiękowego. Mariaż tych rodzajów może wzbudzić wewnętrzny sprzeciw, ale też zaciekawienie. Z początku Anglik był przekonany, że dni filmu dźwiękowego są policzone, ale w końcu musiał jemu ustąpić. Zrealizowane w 1931 roku „Światła wielkiego miasta” były już uznawane za akt odwagi, więc czym nazwać zrealizowane 5 lat później „Dzisiejsze czasy”? Chaplin ufał przede wszystkim swojej intuicji, choćby podpowiadała inaczej niż wszyscy (wyrazisty przypadek „Dyktatora”).
Nie da się nie zauważyć, że Tramp nie jest już młody. W momencie realizacji Chaplin miał ponad czterdzieści lat, ale gracja ruchów oraz sprawność maskowały ten fakt doskonalej niż charakteryzacja. W opozycji mamy młodziutką Goddard, która jest esencją naturalności – podarta sukienka, brud na twarzy, brak salonowego makijażu. Zaskakujące jest jak świetnie współpracuje ze starszym partnerem, nadając wspólnym gagom nieskrępowanej wyrazistości. Łatwo uwierzyć, że Tramp i Dziewczyna nadają na tych samych falach i rodzi się między nimi silna i głęboka więź. 
Chaplin żegna się ze swoim bohaterem w dobrym stylu. Odchodzi w nieznane, ale ma przy sobie kogoś, kto będzie mu towarzyszem, wsparciem i radością. W kinie dźwiękowym nie ma miejsca dla Trampa, który dzięki mistrzowskiej pantomimie Chaplina na stale zapisał się nie tylko w historii kina, ale też popkultury. „Dzisiejsze czasy” w swojej wymowie nie przestają być też naszymi, a problemy uchwycone w latach trzydziestych można znaleźć w XXI wieku. Najważniejsze, że wciąż dostarcza śmiechu, wzruszeń i chwili na refleksję.
Charles Chaplin i Paulette Goddard
Film obejrzałam dzięki

The Kid/Brzdąc (1921), reż. Charles Chaplin

Tytuł polski: Brzdąc
Tytuł oryginalny: The Kid
Reżyseria: Charles Chaplin
Scenariusz: Charles Chaplin
Zdjęcia: Roland Totheroh, Jack Wilson
Muzyka: Charles Chaplin
Rok produkcji: 1921
Dystrybutor: Galapagos
Ocena: 5/6
„Bez Chaplina kino nie istnieje”, taki cytat Janusza Wróblewskiego widnieje na tyle okładki najnowszego wydania filmu z 1921 roku. Dla niektórych może się okazać na wyrost czy zbyt górnolotny, ale nie można zaprzeczyć, że początki kina kojarzą się w pierwszej kolejności z Charliem Chaplinem. „Brzdąc” to obok „Gorączki złota” i „Dyktatora” najbardziej znany film brytyjskiego komika. To pierwsza dłuższa fabuła Chaplina, który dotychczas kręcił proste komiczne historyjki.

Zasadniczo opowieść jest bardzo prosta, ale w swej nieskomplikowanej strukturze oraz atmosferze czarno – białego filmu niemego, ma niemałą siłę oddziaływania. Samotna kobieta (Edna Purviance), z pewnością uwiedziona, zmuszona jest porzucić swoje dziecko. Aby zapewnić mu dobre życie, podrzuca niemowlę na tylne siedzenie samochodu. Pech chciał, że chwilę później automobil zostaje skradziony, a złodzieje zostawiają niewygodnego pasażera w nędznym zaułku. Kto je znajduje? Ubogi tramp (Charlie Chaplin), który po nieudanych próbach pozbycia się dziecka, w końcu je przygarnia i otacza opieką. Po pięciu latach wyrasta z chłopca mały łobuz, ale też doskonały partner w biznesie szklarskim. W tym czasie kobieta zdobywa sławę i pieniądze, ale wciąż nie pogodziła się ze stratą dziecka.
Niewątpliwą gwiazdą filmu jest mały Jackie Coogan. Myśl o zaangażowaniu dziecka pojawiła się wraz z wiadomością, że Roscoe Arbuckle zatrudnił je do filmu. W tym momencie do umysłu Chaplina zaczęły napływać pomysł za pomysłem. Kiedy angaż chłopca okazał się być plotką (chodziło o jego ojca, Jacka) Chaplin nie tracił czasu. Coogan okazał się być utalentowanym aktorem, ale mimo smutnych historii serwowanych przez reżysera wciąż „był w bardzo wesołym i pustackim nastroju”*. Jednak udało się z niego wydobyć rozpacz, która zrobiła na mnie wrażenie nie tylko pod względem aktorskim, ale przede wszystkim emocjonalnym. Z nazwiskiem tego aktora kojarzy się ważny akt prawny – „California Child Actor’s Bill„, zwany też „Prawem Coogana”. W 1938 roku podał do sądu swoich rodziców, żądając zwrotu zarobionych przez niego pieniędzy. Chociaż sprawę wygrał, z majątku zostało niewiele nie tylko przez rozrzutność rodziców, ale też koszty sądowe.
Najbardziej charakterystycznym motywem wykorzystanym w „Brzdącu” jest sen szklarza o raju. Ta sama ulica, ale jakby piękniejsza (girlandy kwiatów). Wszyscy mają anielskie skrzydła, ale pozostają tymi, kim są w prawdziwym życiu. Przyznam się, że miałam problem ze zrozumieniem niektórych scen w tej sekwencji. Czy tkwił w nich podporządkowany fabule sens, a może jest to nieskrępowana impresja i sztuka sama w sobie?  Nie odmawiając Chaplinowi kunsztu komediowego, nie da się nie stwierdzić, że całość doskonale równoważy elementy zabawne z poważnymi, wręcz smutnymi. Można się zastanawiać ile w postaci brzdąca stanowi odbicie jego niewesołego dzieciństwa. Biedę opanował doskonale jak również szukanie jasnych stron choćby najczarniejszej chwili. Trudne dzieciństwo wykształciło w nim twardy i bezkompromisowy charakter. „Brzdąc” był pełnometrażowym filmem siedmiorolkowym, ale wytwórnia First National chciała go wypuścić jako trzy dwurolkowe. Tym samym zapłaciłaby mniej niż Chaplin wyłożył na produkcję. Twórca zabrał materiał do innego stanu i dopiął swego. To tylko przypomina mi nieugiętość Walta Disney’a, który wbrew wszystkiemu postawił na produkcję „Królewny Śnieżki i siedmiu krasnoludków”. 
„Brzdąc” wyraźnie odcina się od wcześniejszych dokonań Brytyjczyka. Nie brakuje w nich gagów i śmiesznych scenek sytuacyjnych, ale nie stanowią rdzenia historii – są jej podporządkowane. Pod względem długości, nie bije na głowę sobie współczesnych. Swoje 50 minut („Nietolerancja” Griffitha z 1916 roku trwa 215 minut) zapełnił sprawnie poprowadzoną historią, która wzbudza szereg rozmaitych emocji. Obserwowanie trampa, który z taką łatwością i czułością otacza opieką obce dziecko, było przyjemnością w stanie czystym Przyznaję, że trochę się bałam tego seansu. Jako dziecko uwielbiałam czarno – białe filmy z okresu kina niemego oraz z początku ery dźwiękowej. Moje obawy kierowały się w stronę podświadomego idealizowania tamtego okresu. Na szczęście skończyło się mocnym zatopieniem w historię i stylistykę lat dwudziestych.
„Brzdąc” jest jednym z 10 tytułów wchodzących w skład chaplinowej kolekcji Galapagosu. Okazją ku temu jest zbliżająca się 35. rocznica śmierci artysty. Mam wrażenie, że na tym się nie skończy. Znalazłam w bibliotece „Autobiografię” ładnie wydaną przez Wydawnictwo Dolnośląskie, a z mojej małej kolekcji dvd wyciągnęłam na wierzch „Chaplina” Richarda Attenborougha z Robertem Downey’em Jr. w roli tytułowej. W tym roku zapowiada się bardzo… chaplinowo.
Charlie Chaplin & Jackie Coogan
———-
* „Autobiografia”, Charles Chaplin, Wyd. Dolnośląskie, str. 213
Za powrót do źródeł dziękuję