This is the end/To już jest koniec (2013), reż. Evan Goldberg, Seth Rogen

Tytuł polski: To już jest koniec
Tytuł oryginalny: This is the end
Reżyseria: Evan Goldberg, Seth Rogen
Scenariusz: Evan Goldberg, Seth Rogen
Zdjęcia: Brandon Trost
Muzyka: Henry Jackman
Rok produkcji: 2013
Dystrybutor: UIP
Ocena: 2.5/6

This Is the End (2013) on IMDb(function(d,s,id){var js,stags=d.getElementsByTagName(s)[0];if(d.getElementById(id)){return;}js=d.createElement(s);js.id=id;js.src=”http://g-ec2.images-amazon.com/images/G/01/imdb/plugins/rating/js/rating.min.js”;stags.parentNode.insertBefore(js,stags);})(document,’script’,’imdb-rating-api’);



Nie wyszłam wczoraj z lasu, dokładnie wiedziałam na jaki film się porywam. Duet Goldber&Rogen mają na koncie scenariusze do takich filmów jak: „Supersamiec” (o dziwo mi się spodobał), „Boski chillout” (nie widziałam) czy „Green Hornet 3D” (całkiem przyzwoity). Ich ostatni projekt to świetny pomysł, który w pewnym momencie wymknął się spod kontroli. Zamiast siedzieć i konstruować solidne podstawy dla filmu jakim jest scenariusz, panowie siedzieli  i spisywali swoje najgłupsze pomysły. Byle śmieszniej, byle bardziej jajcarsko – słowo „hamulec” nie istnieje.

Nie będę rozpływać się nad sukcesem bromance movies, których symbolem ostatnich lat jest Seth Rogen. Postać wiecznego chłopca, który boi się słowa „dojrzałość” jak diabeł święconej coca – coli już na stałe wpisał się w filmowy krajobraz. Nie zamierzam negować tego zjawiska, bo nawet tam znajdą się filmy, które mnie pozytywnie zaskoczą. „To już jest koniec” to rozwinięcie bardzo prostego pomysłu – bierzemy aktorów, którzy grają samych siebie (a raczej ich wyobrażenia powstałe na bazie granych ról) i stawiamy ich w obliczu zbliżającej się apokalipsy. Kategoria R to zasługa niewybrednych żartów, które stanowią jeden ze słabych filarów tego prawie dwugodzinnego filmu. Przez jakieś 1/3 czasu mamy do czynienia z nudą. Co nie znaczy, że całości brakuje jasnych punktów. Po prostu „To już jest koniec” jest skierowany do konkretnego odbiorcy, któremu do szczęścia wystarczy seria gagów, którym daleko do subtelności tegorocznemu występowi Miley Cyrus na VMA.



Zacznijmy od pozytywów. Idea, by każdy grał samego siebie przefiltrowanego przez czynniki, które docierają do nas z mediów: styl życia gwiazd, typy ról lub ich odwrotność, plotki – jest naprawdę świetna. Dodajmy do tego jeszcze krzywe zwierciadło, dystans do siebie i gotowość na wszystko. Epicentrum wydarzeń to Seth Rogen, którego wszyscy lubią: Jay Baruchel, James Franco, Jonas Hill, Craig Robinson. To skrócenie dystansu między aktorami, a widzem daje złudzenie, że to wspólna impreza pełna czytelnych cytatów i symboli. Tutaj nikt nie gra, nie udaje tylko dobrze się bawi. Twórcom udało się dość zgrabnie wpleść autoironiczne teksty, komentarze czy odniesienia. Motyw kręcenia „Boskiego chilloutu 2” przypomina jak żywo „Ratunku! Awaria” z 2008 roku. Jedno się nie zmienia, to wciąż banda patafianów, którzy w obliczu katastrofy nic się nie zmieniają. Ich nieporadność, tchórzliwość, złośliwość, małostkowość i krótkowzroczność są znakami rozpoznawczymi. Czasem te cechy są zabawne, czasem irytują czy zmieniają się w generator facepalmów. Nie wiem czy fakt, że zgraja misiów wypada blado przy jedynym mocnym wątku kobiecym, ma wzbudzić sympatię. Jednak w myśl konwencji spełniają swoją rolę znakomicie.



Zastrzeżenia do filmu są dwa: wulgarność i dłużyzny. Przez moment stanął mi w oczach seans „Projektu X”, który był zaskakująco nużący. Błąd jest taki, że bohaterowie zbyt długo tkwią w jednym miejscu. Kiedy już są zmuszeni je opuścić, akcja nabiera rumieńców by postawić grubą kropkę nad „i” w zakończeniu. Jeśli trzymamy w zamknięciu grupę takich facetów, to z nudów i frustracji zaczną robić głupie rzeczy. Póki dominuje głupota sytuacyjna, nie jest źle. Kiedy panowie przechodzą na poziom seksualny, porażka z dumą podnosi głowę. Ilustracją tego niech będzie kłótnia między Franco a McBride’m w sprawie zaspermowanej rozkładówki. Scena zbędna, niepotrzebnie rozciągnięta w czasie i będąca sztuką dla sztuki. Pomijam fakt, że zupełnie nie celująca w moje poczucie humoru, ale opis mówi sam za siebie.

Komedia to dość śliski gatunek, ale nie zupełnie stracony. Wiem, że nie jestem targetem dla „To już jest koniec”, co nie znaczy, że ryzyko ma być mi obce. Wiele zaryzykowali twórcy tego filmu nie czując się ani na jotę zawstydzonymi poziomem swojego dowcipu. Wedle jednych wyszli obronną ręką, inni są gotowi wieszać na nich psy. Słabość filmu tkwi w dłużyznach, we wkradającej się nudzie. Niski poziom humoru staje się wtedy bardziej irytujący, jeśli nie męczący. Ja widzę tylko zmarnowany potencjał z chwilami przebłysku.


Monsieur Verdoux/Pan Verdoux (1947), reż. Charles Chaplin

Tytuł polski: Pan Verdoux
Tytuł oryginalny: Monsieur Verdoux
Na podstawie: pomysł Orsona Wellesa
Reżyseria: Charles Chaplin
Scenariusz: Charles Chaplin
Zdjęcia: Roland Totheroh, Curt Courant
Muzyka: Charles Chaplin
Rok produkcji: 1947
Dystrybutor: Galapagos
Ocena: 2.5/6

Monsieur Verdoux (1947) on IMDb

Kariera Chaplina zaliczyła różne fazy, z tym, że po latach blasku fleszy nastąpił czas wrogości i oskarżeń. Spadek popularności, którego początek notuje się na czas II wojny światowej, znalazło swoje odbicie w autobiografii. To już inna lektura – nie tak lekka i rozbudowana jak wcześniejsze rozdziały. Pożegnanie trampa, jakie miało miejsce w „Dzisiejszych czasach” nie oznaczało wycofania się Chaplina z filmu. Pomysłów nie brakowało, ale jeden wypłynął od Orsona Wellesa, którego pozycja pozwoliła na złożenie oferty właśnie Chaplinowi.

Postać Sinobrodego jest nieodłącznie związana z Francją, gdzie też została umiejscowiona akcja „Pana Verdoux”. Ten szlachcic z baśni Charlesa Perraulta pojmował za żony kobiety, które potem znikały w podejrzanych okolicznościach. Jego nienaturalnie niebieska broda miała świadczyć o zepsuciu bohatera, które rozciąga się na wiele pokoleń wstecz. Taki przydomek nadano Henriemu Desire Landru, seryjnemu mordercy schwytanego i skazanego  w latach 20. ubiegłego stulecia. Jego historię chciał opowiedzieć Welles przy udziale Chaplina, ale ten uznał za pomysł na tyle interesujący, by odkupić od młodszego kolegi pomysł za 5 000 $ i samemu go zrealizować. Jednak później żałował umieszczenia jego nazwiska w czołówce.



Henri Verdoux (Charles Chaplin) był wieloletnim pracownikiem banku, kiedy kryzys wyrzucił go na bruk. Mając na utrzymaniu synka oraz chorą żonę, zaczął rozkręcać własny biznes. Jeżeli można tak nazwać poślubianie zamożnych kobiet i ich zabijanie. Obserwując poczynania bohatera trudno inaczej zrozumieć jego motywy oraz podejście do nowej profesji. „Pan Verdoux” to jednak czarna komedia, która przeradza w dramat z elementami moralitetu. Od dłuższego czasu Chaplin dawał się poznać jako postać zaangażowana, komentująca rzeczywistość. W jego wcześniejszych pełnometrażowych dokonaniach było to wyraźne, ale podane w sposób zrównoważony. Niestety początek „Pana Verdoux” jest toporny i ciężkostrawny, dlatego w pewnym momencie musiałam przerwać seans.

W czym tkwi problem? Przeszarżowanie elementów komediowych, które nie tylko irytowały, ale męczyły swoją długością. Chaplin popełnił dwugodzinny film, który mógłby skrócić o jakieś 30 minut. Garść naprawdę dobrych sekwencji nie była w stanie przyćmić zbędnych scen. Do tego myśl przewodnia została wyłożona bez ogródek na samym końcu. Nie kwestionuję jej słuszności, ale formę jej ujścia. Nie sposób nie dostrzec inteligencji Chaplina jako twórcy poszukującego, eksperymentującego i podejmującego ryzyko. Totalna zmiana wizerunku postaci, sięgnięcie po czarną komedię nie przekonały w dniu premiery. „Pan Verdoux” był pierwszą porażką Chaplina na dwóch frontach: krytyki i publiczności. Jednak do końca był z niego dumny.



Lubię filmy Chaplina i to bardzo. Po „Panie Verdoux” spodziewałam się naprawdę wiele przez wzgląd na podjęte ryzyko oraz świeżość w doborze postaci. Czytając autobiografię artysty, utkwił mi w głowie obraz człowieka, który jest pewny tego co robi i chce osiągnąć. Niestety, zmuszona jestem zasilić grono osób nie tylko zawiedzionych tym filmem, ale wymęczonych seansem. Jedynie momenty pozbawione wątków „próbujemy zabić kolejną panią Verdoux”, szczególnie z udziałem Marilyn Nash oraz bardziej stonowane zbliżanie się ku końcowi nie spisują filmu na dotkliwe straty. 

„Pan Verdoux” zasila kolekcję filmów Charliego Chaplina wydaną przez Galapagos z okazji 35. rocznicy śmierci artysty. Wydanie wizualnie nie wzbudza zastrzeżeń, ale jak w pozostałych wypadkach brak jakichkolwiek dodatków. Polska wersja językowa jedynie w formie napisów. Jednak nie wiecie jak ładnie wyglądają filmy ułożone grzbietami.




Film obejrzałam dzięki dystrybutorowi Galapagos. 

Project X/Projekt X (2012), reż. Nima Nourizadeh

Tytuł polski: Projekt X
Tytuł oryginalny: Project X
Reżyseria: Nima Nourizadeh
Scenariusz: Matt Drake, Michael Bacall
Zdjęcia: Ken Seng
Muzyka: różni wykonawcy
Rok produkcji: 2012
Dystrybutor: Warner Bros. Polska
Ocena: 2.5/6
Filmy można dzielić na różne kategorie. Można generować co bardziej wymyślne kryteria, ale w tym przypadku kwestia rozbija się o banalność. Są filmy do których trzeba dorosnąć oraz takie z których się wyrasta, jest się zwyczajnie za starym. Miałam pewne opory przed obejrzeniem „Projektu X” przeczuwając, że to nie jest moja bajka. Jednak tliła się nadzieja, że twórcy mnie jakoś zaskoczą, tak jak to miało miejsce przy takich filmach jak „Kac Vegas” i „Supersamiec”. Tym razem film okazał się zwyczajnie słaby i nudny.

Jak z frajera zrobić bohatera? Przeglądając w pamięci komedie młodzieżowe, nie sposób nabrać przekonania, że urządzając czy wybierając się na prestiżową imprezę masz szansę poprawić swoją reputację, a najczęściej stać się po prostu widzialnym. Tam dokonasz wielkich czynów pod wpływem alkoholu i dodatków chemicznych, tam zaliczysz najseksowniejsze dziewczyny z okolicy, tam pozbędziesz się blokady i uwolnisz skrywanego w sobie zwierza. Niech jeden będzie wysoki i sympatyczny, ale mózgiem operacji i tak będzie cwaniak o nieco szczurzym wyglądzie. Dwóch to zdecydowanie za mało, dajcie nam jeszcze nieśmiałego grubasa, najlepiej by sprawiał wrażenie niedorozwiniętego. Ta trójka szykuje imprezę, o której będą krążyły legendy. Zakładane 50 osób rozmnożyło się do ponad tysiąca, by zaśpiewać gospodarzowi „Happy Birthday”. Nie tak słodko jak Marylin Monroe w sobotnią, majową noc 1962 roku.
Debiut fabularny Nourizadeha (zdobywającego laury jako reżyser wideoklipów) można podzielić na trzy części: przygotowywanie, imprezowanie i rozpierducha. Dwie pierwsze opierają się na sprawdzonych rozwiązaniach, dopiero faza totalnej destrukcji pozwala jakoś wyróżnić „Projekt X” na tle innych tego typu. Tak naprawdę mamy do czynienia z filmem zawierającym śladowe ilości scenariusza, za to z optymalną dawką pójścia na żywioł. Tak to na pierwszy rzut wygląda, ale bez dobrego montażu nie osiągnęłoby się efektu spontanicznej relacji na żywo. Jeff Groth wykonał częściowo kawał dobrej roboty sprawnie miksując relacje z różnych systemów nagrywania (od profesjonalnej kamery po telefony). Nie zmienia to faktu, że do „Projektu X” wkrada się nuda, co w filmie traktującym o epickiej bibie zakrawa na ironię. Spokojnie można by skondensować całość w 45 minutach, czyli tyle ile trwa godzina lekcyjna w szkole – w miejscu skupiającym gros targetu tego filmu.
Postawiono przede wszystkim na naturszczyków aktorskich. Otwarty casting wyłonił trójkę aktorów, którzy idealnie wkomponowali w nadane im schematy. Brak wyrobienia aktorskiego nie jest widoczny, bo nie ma za wiele do grania. Jeden z głównych bohaterów nie miał okazji błysnąć doświadczeniem nabytym w branży filmów erotycznych. W sumie dobrze, ponieważ w „Projekcie X” nagości nie brakuje, ale sceny seksu pozostają w sferze domysłów. Ciekawostką jest Dax, który filmuje całe zdarzenie, nie pije alkoholu i nieco przeraża innych ludzi. W tę postać wciela się popularny w USA bloger, który zamieszcza filmiki ze swojego życia. Tyle, że przeciętny polski widz ma o tym marne pojęcie.
Zdaję sobie sprawę, że nie tylko jestem za stara na takie jazdy, ale też, że wszystko jest dla ludzi. Nie będę negować własnych uczuć jakie towarzyszyły mi podczas seansu, ale też nie będę stawiała siebie w kategorii wyroczni. Zawsze uważałam, że miłośnicy danej konwencji czy stylistyki są jej najlepszymi krytykami. Dlatego ten, kto ogląda dużo kina indyjskiego, koreańskiego czy jakiegokolwiek innego, będzie  bardziej wiarygodny w swojej krytyce. Na plus mogę przywołać, że poziom dowcipu nie wymyka się spod kontroli jak cała impreza i jest akceptowalny jako nieodłączny element konwencji. Najważniejsze, że film nie udaje czegoś czym nie jest – od początku miała być odmóżdżającą komedią próbującą wbić się w  ramy epickości. Szkoda, że scenarzyści nie postarali się o wyraźniejszą historię, bo karzeł w piekarniku czy facet z napalmem to trochę za mało.
Za bilet na seans dziękuję Warner Bros. Polska.

Something borrowed/Pożyczony narzeczony (2011), reż. Luke Greenfield

Tytuł polski: Pożyczony narzeczony
Tytuł oryginalny: Something borrowed
Na podstawie: „Coś pożyczonego”, Emily Giffin
Reżyseria: Luke Greenfield
Scenariusz: Jennie Snyder
Zdjęcia: Charles Minsky
Muzyka: Alex Wurman
Rok produkcji: 2011
Dystrybutor: Monolith Video
Ocena: 2.5/6

Dzisiaj będzie o przypadku, gdzie film w produkcji skłonił mnie do przeczytania książki. W pierwotnej obsadzie był wtedy Colin Farrell i w pewnym sensie żałowałam, że zrezygnował – pasował do przypisanej mu postaci. Po seansie skrycie  mu pogratulowałam, ponieważ jak to bywa ostatnio z  filmami z Kate Hudson – książka została poważnie spłycona. Dlatego nie obędzie się bez porównań do pierwowzoru literackiego.

Zdrada? Wiadomo, że jest w samej swej istocie zła i nie zasługuje na taryfę ulgową. Jednak Emily Giffin zmieszała czerń i biel, każąc przyjrzeć się sprawie z wielu stron. Zdrada pozostaje zła, pozostawia  po sobie cierpki smak oraz szeroką gamę negatywnych emocji. Jennie Snyder zupełnie nie oddała specyfiki książki, ale tak się zatraciła w prasowaniu ubrań, że przypadkiem żelazko dosięgło scenariusza. Tym większa szkoda, że książki Giffin to dobrze napisane powieści obyczajowe.
Darcy (Kate Hudson) i Rachel (Ginnifer Goodwin) to przyjaciółki z czasów szkolnych. Reprezentują tę banalną kategorię, gdzie jedna jest piękna i przebojowa, a druga ładna i spokojna. Fajnie mieć pod bokiem psiapsiółę przy której uroda własna nabiera jeszcze większego blasku. Co nie znaczy, że można przepuścić okazję do zrobienia imprezy z okazji trzydziestych urodzin swej myszowatej  koleżanki. Darcy wykańczają drinki, ale jej narzeczony  Dexter (Colin Egglesfield) pakuje ją do taksówki i spędza z Rachel resztę wieczoru. Tutaj alkohol również zbiera swoje żniwo, bo Rach i Dex budzą się rano w jednym łóżku.
Zacznijmy od tego, że narratorką książki „Coś pożyczonego” jest Rachel. Jesteśmy ograniczeni jest wiedzą, spostrzeżeniami i uczuciami. Kiedy zaczyna się jej romans z narzeczonym przyjaciółki, to Dexter jest tą stroną, która prowokuje zdarzenia i do której należy ostateczny krok. Z pewnością nie jest aż taki sympatyczny czy warty współczucia jak to  zostało ujęte w filmie. W pewnej scenie aż się przywołałam do porządku, bo zaczęłam za bardzo lubić  filmowego bohatera.
Sam film zasila ocean przeciętności, ponieważ poza wątkiem zdrady – nie oferuje niczego nadzwyczajnego. Kate Hudson gra kolejną wersję tej samej postaci,  Goodwin znów wchodzi w kostium zahukanej, ale sympatycznej myszy. Iskierką pozostaje John Krasinski, chyba jedyny możliwy kandydat do roli Ethana – przyjaciela, dzięki któremu świat wydaje się lepszy. Mimo wszystko symbolem porażki filmu jako adaptacji, pozostaje Marcus grany przez Steve’a Howey’a. O ile w książce był luzakiem zdolnym do sarkazmu, w filmie przywodzi na myśl jaskiniowca. Czy neguję sens oglądania adaptacji książek? Absolutnie  nie, kiedy  zostaje zachowana istota oraz charakter historii. Tutaj twórcy poszli po najmniejszej linii oporu, jednocześnie robiąc antyreklamę książce wartej przeczytania.
John Krasinski i Ginnifer Goodwin

In Time/Wyścig z czasem (2011), reż. Andrew Niccol

Tytuł polski: Wyścig z czasem
Tytuł oryginalny: In time
Reżyseria: Andrew Niccol
Scenariusz: Andrew Niccol
Zdjęcia: Roger Deakins
Muzyka: Craig Armstrong
Rok produkcji: 2011
Dystrybutor: Imperial Cinepix
Ocena: 2.5/6
Ponure wizje przyszłości, jakie od lat serwuje nam kino, niemal zawsze znajdzie we mnie widza. Czy to życie w postapokaliptycznym świecie, czy obnażanie pozornej doskonałości utopijnych porządków społecznych w futurystycznym enturażu – niemal zawsze stanowią dobrą przynętę. Ile razy można sobie zadawać pytania w stylu „Co by było, gdyby…”? Ostatnio tak się złożyło, że temat nieśmiertelności niemal mnie prześladuje. Szkoda, że w wersji filmowej tak słabo i idiotycznie.

Oto kolejna wizja przyszłości. Nauka poszła do przodu i dała ludzkości zbawienie oraz przekleństwo w jednym – nieśmiertelność. W przeciwieństwie do książki Drewa Magary’ego („Nieśmiertelność zabije nas wszystkich”), wieczne życie nie zostało udostępnione wszystkim na równych prawach. W filmie Niccola („Gattaca – szok przyszłości”, „Truman Show”) mamy podziały na lepszych i gorszych, a zamiast dolarów czy euro – czas. Każdy człowiek został genetycznie zmodyfikowany i rodzi się z zegarem, który uruchamia się w dniu 25. urodzin. Wtedy przestaje się starzeć i ma do dyspozycji rok, a na więcej czasu musi zapracować. Oczywiście nie dotyczy to uprzywilejowanej grupy, która żyjąc wystawnie ma zapewnione dziesiątki, setki i tysiące lat egzystencji.
„Wyścig z czasem” to świetnie wykreowany świat, pełen detali, których logiczności oraz uzasadnienia dla ich istnienia nie sposób podważyć. Sama idea czasu jako waluty jest tym, co wyróżnia film na tle innych podobnych. Z jednej strony oryginalna z drugiej przerażająca. Zupełnie inaczej zachowuje się mieszkaniec getta, który budzi się z niecałą dobą życia, a inaczej bogacz mający czasu aż nadto. Tam gdzie panuje niedostatek czasu, formują się organizacje przestępcze i czarny rynek. Twórcy zadbali, by uniwersum miało wszelkie znamiona prawdopodobieństwa, ale cały trud został zniweczony przez fabułę – sztampową, niedorzeczną z dramaturgią budowaną na siłę.
Will Salas (Justin Timberlake) miał tego pecha, że urodził się w najbiedniejszej strefie, której mieszkańcy codziennie pracują i walczą o każdą sekundę. Mieszka wraz z matką (Olivia Wilde, o niezmiennym spojrzeniu kosmitki) i dzień w dzień musi patrzeć na niesprawiedliwość oraz śmierć. Wieczorem w barze zwraca uwagę na Henry’ego Hamiltona (w końcu kto by nie zwrócił uwagi na Matta Bomera?), który stawia wszystkim drinki i zdecydowanie nie wygląda na tutejszego. Wie, że facet prosi się o kłopoty i je znajduje – po okolicy grasują minutnicy z Fortisem (Alex Pettyfer) na czele. Sto lat na liczniku to niezły kąsek. Will ratuje nieznajomego głupca z opresji i ukrywa się z  nim w opuszczonym budynku (gdzie jak na zawołanie jest fotel i kanapa). Henry jest zmęczony długim życiem i przelewa niemal cały czas na konto śpiącego Salasa, by usiąść na poręczy mostu i doczekać końca. Zupełnie przypadkowo kamery nie zarejestrowały samobójstwa, za to z przyjemnością uchwyciły naszego bohatera. Wniosek dla Raymonda Leona (Cillian Murphy), Strażnika Czasu, jest oczywisty i rozpoczyna pościg za młodym Salasem. Will tymczasem zdążył zrejterować do najbogatszej strefy, gdzie poznaje Sylvię Weis (Amanda Seyfried), pochodzącą z obrzydliwie bogatej rodziny. 
Tutaj zaczyna się mizeria filmu, ponieważ Niccol poszedł w kierunku Bonnie i Clyde’a o ideałach Robina i Marion. Jak przywrócić równowagę we wszechświecie? Zabrać bogatym i dać biednym. Z tym, że napady na banki są podejrzanie proste. O ile pierwszy rabunek z zupełnego zaskoczenia ma spore szanse na sukces, ale kolejne? I tak oglądałam „Wyścig z czasem” z twarzą wyrażającą coraz bardziej spektakularne „WTF”. Idiotyzm goni bzdurę na silniku atomowym. Zdobywają milion lat, rozdają biednym, a tu kurna mają kilka minut życia na pustkowiu… I tak symbolem niedorzeczności (jeśli nie obrazy inteligencji widza) jest dla mnie zakończenie. Naprawdę, czy Will i Sylvia ze spluwami i uśmiechem na twarzy naprawdę są w stanie obrabować takie miejsce? 
„Wyścig z czasem” to film o niemałym potencjale, który zniszczyła nieprzemyślana fabuła. Aktorstwo nie jest najwyższych lotów, ale Timberlake dalej musi nad sobą popracować. Na początku był słaby i sztuczny, ale w końcu się rozkręcił – jednak wciąż nie wymazał mi z pamięci fatalnego występu w „The Social Network”. Amanda Seyfried jako ozdobnik jest niezastąpiona, bo niestety nie miała dużo do grania. W pamięci pozostaje głównie Cillian Murphy, który swoją tajemniczością naprawdę intrygował. A tak to praktycznie strata czasu i małe moje zmartwienie – Niccol reżyseruje ‚”The Host” (na podstawie powieści Stephenie Meyer) z Saoirse Ronan w roli głównej. Podczas lektury byłam ciekawa jak adaptacja wybrnie z motywu dwóch osobowości w jednym ciele. Teraz moja ciekawość mocno zmalała.
Matt Bomer i niestety Justin Timberlake

Sucker Punch (2011), reż. Zack Snyder

Tytuł: „Sucker punch”
Reżyseria: Zack Snyder
Scenariusz: Zack Snyder, Steve Shibuya
Muzyka: Tyler Bates, Marius De Vries
Rok produkcji: 2011
Ocena: 2.5/6

Po mrocznych, wciągających i wspaniałych „Watchmen – Strażnicy”, Zack Snyder stał się klasą samą w sobie. Wcześniej odświeżył motyw zombie, biorąc się za remake filmu George’a Romero z 1978 roku. Później dokonał adaptacji „300” Franka Millera, wprowadzając do kin nową stylistykę (jednak „Sin City” Rodrigueza bardziej mi się podobał) oraz bazę pod feerię dowcipów. Reżyserując „Watchmen” na podstawie Alana Moore’a zafundował mi seans totalny. Nie znałam oryginału, ale miałam w garści dowód, że kino dopracowane wizualnie i scenariuszowo nie musi się wykluczać. Od tamtego dnia czekałam na film Snydera. „Sucker Punch” okazał się zaprzeczeniem „Watchmen” – wizualnie dopieszczony i perfekcyjny, scenariusz nie nadawał się do realizacji. Niestety, „Sucker Punch” rozczarował.

Zaczyna się płynnie, dramatycznie i schematycznie. Blondynka o niewinnej twarzyczce, zostaje zamknięta przez ojczyma w placówce dla psychicznie chorych. Budynek jest przygnębiający, personel daleki od ideału. Realizująca oryginalną, polską metodę leczenia poprzez teatr, dr Gorski (Carla Gugino) dodaje do i tak już groteskowego klimatu zakładu. Za pięć dni ma zostać poddana lobotomii, więc czasu na ucieczkę jest bardzo mało. Baby Doll (Emily Browning), bo o niej mowa, przekonuje inne pacjentki do współpracy. Zamiast widzieć świat takim jakim jest, widz otrzymuje historię przepuszczoną przez wyobraźnię głównej bohaterki. Zamiast odrapanych, smętnych ścian, mamy ekskluzywny klub gdzie „dziewczynki” nie tylko bezpośrednio umilają klientom czas, ale również jako tancerki zapewniają widowiskową rozrywkę. W zdobyciu potrzebnych przedmiotów Baby Doll może liczyć na Rocket (Jena Malone), jej siostrę Sweet Pea (Abbie Cornish), Blondie (Vanessa Hudgens) i Amber (Jamie Chung). Wokół nich węszy właściciel przybytku Blue Jones (Oscar Isaac), pilnując by nowy nabytek dla specjalnego klienta, High Rollera (Jon Hamm), nie został zbrukany w ciągu tych 5 dni.

Tym razem Snyder postanowił sfilmować pomysł własny, dotąd kręcił remaki i adaptacje. Wydawałoby się, że ukształtowanie własnej wizji, po pracy nad obróbką cudzej pracy, nie powinno zapowiadać katastrofy. Jednak, fatalny scenariusz, który oferuje ciekawy pomysł, ale przeciążony efektami specjalnymi, dłużyznami (ziewałam, odpływałam myślami, chciałam ubić bohaterki, zerkałam na zegarek itp.) i topornym rozbiciem akcji na sceny i sceeeeeeeeeny. Aby wydostać się z psychiatryka, dziewczyny potrzebują 4 przedmiotów. Co z kolei przekłada się na taki scenariusz: Baby Doll w drugim wymiarze zaczyna tańczyć, przenosi się do trzeciego, gdzie wraz ze wspólniczkami przeobrażają się w nieustraszone wojowniczki. Jak zdobędą trofeum, wracają do drugiego wymiaru –  i tak za każdym razem. Co z tego, że za każdym razem Snyder funduje inną scenerię. W tym rozmachu zabrakło hamulca, przez co z założenia efektowne i porywające sceny wpadły w pułapkę nudy. Tak, za pierwszym razem to było coś, ale w połowie drugiej misji odczuwałam głównie znużenie. Naszły mnie wspomnienia, kiedy przez nadmiar kina wuxia nie mogłam patrzeć na kino azjatyckie. Wysoki poziom efektów nie budzi wątpliwości. Wątek z nazistami prosi się o rozwinięcie, a widok dziewczyny wymachującej mieczem samurajskim oraz dobijająca pistoletem w drugiej dłoni naprawdę mi się spodobał.
Kiedy poczułam, że „Sucker Punch” nie będzie dobrym filmem? Zobaczyłam oprawę do piosenki „Love is a drug”. Kicz totalny, element jak najbardziej zbędny i pogrążający. Może tylko ja widzę inspirację „Moulin Rouge” Baza Luhrmanna, ale fakt, że w czasie „Love is a drug” poczułam się źle, niewygodnie był pierwszym, wyraźnym sygnałem.

Muzyka to jedyny element do którego jestem przekonana w całości. Krytykowany powyżej utwór nie jest fatalny, tylko jego oprawa mnie odepchnęła. Nowoczesne, intensywne brzmienie świetnie współgrało z obrazem i podkręcało niezbyt żwawą dynamikę. Wciąż nie przesłuchałam soundtracku poza filmem, ale na uwagę zasługuje fakt, że w trzech piosenkach śpiewa odtwórczyni Baby Doll.

Moim problemem jest Emily Browning, która częściej irytowała niż zachwycała. Niewinna słodka twarzyczka, a do tego taki rumieniec jakby przyłapano ją na wstydliwych rzeczach. Cierpiętniczy wyraz twarzy był dominujący, czasem miałam wrażenie, że gra u Snydera za karę. Chyba nie o to chodziło, w końcu postać Baby Doll miała poruszać, wzruszać i motywować widza do kibicowania. Więcej iskry miały pozostałe bohaterki, ale to Abbie Cornish udowodniła, że odnajduje się w różnorodnych stylistykach. Tak naprawdę to ta utalentowana Australijka wyszła z drugiego planu, spychając parującą infantylnością Browning. Oglądanie jej na ekranie było czystą przyjemnością. Ciekawie prezentowały się Jena Malone, (widz nie miał wątpliwości, że Rocket wymaga leczenia) oraz Jamie Chung, aktorka zupełnie mi obca, ale świetnie wpasowała się w konwencję. Trudno mi jednoznacznie ocenić Vanessę Hudgens, która chce zerwać z cieniem HSM i rola Blondie z pewnością była niemałym krokiem naprzód. Nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że została potraktowana po macoszemu, niedopracowana na tle innych.
Oscar Isaac jako klasyczny czarny charakter znakomicie spisał się w swojej roli. Niby nienadzwyczajny, ale ciarki potrafiły przebiec gdy sięgał do najczarniejszego rezerwuaru osobowości bohatera. Carla Gugino nie miała za wiele do zagrania, ponieważ doktor Gorski jest do bólu schematyczną i przewidywalną postacią.

Tylko jedną rzecz sprawdziłam świeżo po seansie. Nie chciałam uwierzyć, że zabieg lobotomii praktykowano w ten sposób. Łudziłam się, że Snyder postawił na tanią grozę i się kurna zawiodłam. Zaczęłam zagłębiać się w temat, co chwila kręcąc głową z niedowierzania. Nagle artykuły w języku angielskim nie stały się przeszkodą nie do przeskoczenia i jakimś cudem trafiłam na jakiś filmik na youtube. Jeden z komentarzy uświadomił mi jedno – film może nie należeć do udanych, ale uświadomił wielu osobom, że coś takiego praktykowano i skłonić do poszukiwań. Zabieg był dla mnie czystą, płaską teorią – teraz chyba żałuję, że wdarł się głębiej do mojej świadomości.

I tak oto wyszedł mi długi tekst na temat filmu, który mnie rozczarował. Gdyby twórcy równie mocno przyłożyli się do scenariusza jak do efektów specjalnych i obmyślania sekwencji trzeciego wymiaru – „Sucker Punch” mógłby dumnie stać obok „Watchmen” i „300”. Powszechne rozczarowanie nie jest przesadzone, nuda w takim filmie nie ma prawa zaistnieć, a już pewnością nie w takich rozmiarach. W tym całym przekombinowaniu ginie zakończenie, które może dać do myślenia. Wystarczyło ograniczyć nad wyraz wybujałą fantazję lub ograniczyć się do jednej linii fabularnej, a zakończenie byłoby wyrazistym akcentem dobrego filmu.

Abbie Cornish