Welcome to the Punch/Czas zapłaty (2013), reż. Eran Creevy

Tytuł polski: Czas zapłaty
Tytuł oryginalny: Welcome to the Punch
Reżyseria: Eran Creevy
Scenariusz: Eran Creevy
Zdjęcia: Ed Wild
Muzyka: Harry Escott
Obsada: James McAvoy, Mark Strong, Andrea Riseborough, Peter Mullan, David Morrissey, Daniel Mays
Czas trwania: 96 minut
Rok produkcji: 2013
Dystrybutor: Monolith Video
Ocena: 2/6

Welcome to the Punch (2013) on IMDb(function(d,s,id){var js,stags=d.getElementsByTagName(s)[0];if(d.getElementById(id)){return;}js=d.createElement(s);js.id=id;js.src=”http://g-ec2.images-amazon.com/images/G/01/imdb/plugins/rating/js/rating.min.js”;stags.parentNode.insertBefore(js,stags);})(document,’script’,’imdb-rating-api’);



Od momentu wyświetlenia pierwszego filmu powstało tyle scenariuszy, że naturalnym jest świadomość skończoności puli. Jeśli pomysł nie jest najświeższy, a opowiadana historia nie sili się na przebłyski innowacyjności – pozostaje kuszenie obsadą. Prawda jest taka, że nie obejrzałabym „Czasu zapłaty” gdyby nie James McAvoy, ale i jego obecność nie przykryła faktu, że film mnie zmęczył. To już drugi film w dorobku brytyjskiego reżysera. Eran Creevy ma na swoim koncie „Shifty”, który zdobył garść nominacji do BIFY i BAFTA. Jego drugie dzieło nie zdobyło uznania i całkiem słusznie.

Max Lewinsky (James McAvoy) to młody policjant zaangażowany w sprawę schwytania jednego z najbardziej poszukiwanych złodziei, Jacoba Sternwooda (Mark Strong). Był naprawdę blisko schwytania, ale zarobił nie tylko kulkę w kolano, ale i porażkę ciążącą na jego karierze. Po 3 latach nadarza się okazja do zatarcia tamtego niepowodzenia, ale Lewinsky nie jest tym samym gliniarzem. Poza urazem fizycznym (Max regularnie ściąga wodę z kolana) nie uniknął obrażeń natury psychicznej – zmęczony, tłumiący w sobie złość i niezdolny do życia w normalności. Jego partnerka, Sarah Hawks (Andrea Riseborough) nie ma z nim łatwego życia, ale chce z nim pracować. Razem angażują się w sprawę, która okaże się być poważniejsza niż schwytanie arcyzłodzieja.

Andrea Riseborough, James McAvoy

„Czas zapłaty” ma świetny, dynamiczny początek. Pościg skąpany w ciepłych barwach miejskich lamp robi wrażenie. Kiedy akcja przenosi się 3 lata do przodu, dominacja ciepłych odcieni ustępuje miejsca tym zimnym i ponurym. Jednocześnie podskórnie czuć, że to nie będzie udany film i nie mija dużo czasu, kiedy odczucie staje się faktem. Mogę podejrzewać, że Creevy miał ambicje nakręcenia psychologicznego thillera policyjnego. Widać, że konstruując świat bohaterów unikał czerni i bieli, stawiając na kubeł szarości. Miały być dylematy, wątpliwości, ale… to już było. Niesamowita wtórność jaką charakteryzuje się „Czas zapłaty” jest tak niebywała, że staje się jaskrawym przykładem filmu zbędnego. Zupełnie jak „Idy marcowe” George’a Clooneya. Naprawdę szkoda obsady na której tle wyraźnie wyróżnia się Andrea Risenborough. Reszta praktycznie nie podjęła wysiłku.

Czy film miał jakikolwiek potencjał? Niestety nie. Historię na samym starcie można zaliczyć do grona oklepanych do bólu. Stąd finałowa potyczka, która powinna trzymać w napięciu, praktycznie nie rusza. Klapa finansowa tylko potwierdza, że dobre nazwiska nie wystarczą za cały film, a może już nie mają takiego magnesu jakby się wydawało? Szkoda czasu na „Czas zapłaty”, bo przy tylu premierach z pewnością znajdą się lepsze filmy. Zdecydowanie lepiej zobaczyć McAvoy’a w „Transie”, Riseborough w „Niepamięci” czy Stronga w jakiejś innej produkcji. A drugi film Creevy’ego niech przykryje kurz i odejdzie w niepamięć.

Mark Strong

Elysium/Elizjum (2013), reż. Neill Blomkamp

Tytuł polski: Elizjum
Tytuł oryginalny: Elysium
Reżyseria: Neill Blomkamp
Scenariusz: Neill Blomkamp
Zdjęcia: Trent Opaloch
Muzyka: Ryan Amon
Rok produkcji: 2013
Dystrybutor: UIP
Ocena: 2/6

Elysium (2013) on IMDb(function(d,s,id){var js,stags=d.getElementsByTagName(s)[0];if(d.getElementById(id)){return;}js=d.createElement(s);js.id=id;js.src=”http://g-ec2.images-amazon.com/images/G/01/imdb/plugins/rating/js/rating.min.js”;stags.parentNode.insertBefore(js,stags);})(document,’script’,’imdb-rating-api’);


Cztery lata temu świat usłyszał nie tylko nazwisko Neilla Blomkampa, ale też odetchnął z ulgą, że obcy ominęli Stany Zjednoczone i wylądowali w Republice Południowej Afryki. Jeden z najlepszych filmów science – fiction ostatnich lat oznaczał się nie tylko świeżością i dobrym scenariuszem, ale był nienachalnym komentarzem pod adresem nierówności społecznych. „Dystrykt 9” autentycznie mnie wciągnął i wzruszył. Jednak najnowszy projekt nie wzbudził entuzjazmu, do samego końca nie byłam zdecydowana na seans. A jednak impuls zadziałał i wciąż mi trudno uwierzyć, że „Elizjum” i „Dystrykt 9” są od tego samego reżysera i scenarzysty.

Wspomniane filmy tematycznie łączy bardzo wiele, ale jeszcze więcej różni zarówno na płaszczyźnie realizacyjnej jak i jakościowej. Z pewnością różnice w budżecie są bardzo wyraziste. Kiedy „Dystrykt 9” powstał za 30 milionów, na  „Elizjum” wyłożono ich 115. To jest widoczne, efekty specjalne wydają się być naturalne i stanowią tło dla fabuły, która nie zachwyca. To słowo, szczególnie padające z ust domorosłego krytyka filmowego jakim najczęściej są blogerzy, niestety musi paść. Cała opowieść to jeden wielki banał, miejscami topornie zarzynany przez dłużyzny. Doszło do tego, że patrząc na tytułowe Elizjum, widziałam jedynie kryptoreklamę Mercedesa – nie wciągnęłam się, nie poczułam więzi z żadnym bohaterem. Czekałam na asteroidę, która uderzy na Ziemię i zakończy to widowisko.

Prawie jak Mercedes

Nie brzmi to dobrze, czy możliwym jest, że „Elizjum” nie ma nic dobrego do zaoferowania? Pomijając kwestię, że film jest o dobre pół godziny za długi, to spodobał mi się montaż, a jeszcze bardziej dźwięk. Filmowcy zdają się zapominać jaką wielką moc ma w sobie cisza, a w tych nielicznych momentach można było wybaczyć niedostatki. Niestety, błędy zaczynają się już na poziomie scenariusza. Mowa o naprawdę ciężkim kalibrze, którego nie byłby w stanie zakamuflować genialny i charyzmatyczny aktor. Max (Matt Damon) wychowywał się w domu dziecka i na ulicy, ale zawsze miał jeden cel – dostać się na Elizjum. Obiecał przyjaciółce z dzieciństwa, Frey (Alice Braga), że ją też tam zabierze. Przez całe życie imał się różnych zajęć od uczciwych po popadających pod pewne paragrafy, aby tylko zebrać wystarczającą sumkę. Jednak pracując w fabryce dochodzi do wypadku (w oczach stanął mi film „PU-239”) i bohaterowi zostaje tylko 5 dni życia. Tak zaczyna się wyścig z czasem, by Max dostał się na Elizjum. Nie po to, by umrzeć, ale dostać się do medycznej kapsuły, która leczy najcięższe choroby.

Copley i Braga (Alice nie Sonia)



Blomkamp ponownie bierze na warsztat problem nierówności społecznej, kontrastu między garstką elity, a oceanem biedoty. To, co udało mu się przekazać przy udziale nierozumianych „krewetek”, w „Elizjum” pozostaje nieme i puste. Można zgadywać na ile scenariusz jest kompromisem między swobodą twórczą, a wymogami producentów. Fabuła ogranicza się do sekwencji wymagających od widza uznania sytuacji i bohaterów za godnych współczucia i kibicowania, a w nagrodę za dobre odczytanie intencji dostanie zapierające dech sceny walk i pościgów. Problem w tym, że jestem uczulona na takie zabiegi i niby wzruszająca scena końcowa wywołała tylko irytację polaną znużeniem i posypaną facepalmami.

Świetna rola Foster.

Burton ma Johnny’ego Deppa, Scorsese Leonardo DiCaprio, a Blomkamp Sharlto Copley’a. Matt Damon ma twarz mężczyzny, który w życiu by muchy nie skrzywdził, więc obsadzenie go w roli głównej minęło się z celem. Jego dość bezbarwna rola zniknęła w obliczu nieprzewidywalnych i niejednoznacznych postaci granych przez wspomnianego już Copley’a oraz Jodie Foster. Warto przyjrzeć się współpracy, która rozpoczęła się przed „Dystryktem 9” i będzie kontynuowana w kolejnym projekcie reżysera – „Chappie”. Trzeba zauważyć, że Blomkamp obsadził Copley’a w zupełnie innej roli. Pozwolił mu być równie odpychającym co wyrazistym przy wykorzystaniu minimalnych środków wyrazu. To tylko odróżnia Blomkampa od reżyserów korzystających z potencjału aktorów – on potrafi go wydobywać. Postać Maxa zbytnio wbija się w szablonowość postaci hollywoodzkich blockbusterów i często role drugoplanowe pozwalają na więcej niż pierwszy plan. Nawet Jodie Foster może uznać postać Delacourt za jedną z wyróżniających się w jej karierze. Dotychczas kojarzona głównie z pozytywnymi postaciami, tutaj serwuje czarny charakter, którego można zrozumieć choć niekoniecznie popierać.

Spokojnie, to nie Bane.

Nie określiłabym siebie jako wytrawnego kinomana, ponieważ potrafię dobrze się bawić na ostatnim gniocie, a mainstream dawno skradł moją duszę. Dlatego zastanawia mnie dlaczego „Elizjum” nie znalazło u mnie uznania, kiedy skończoność pomysłów dawno uznałam za fakt oczywisty. Już nie rozchodzi się o to, że poprzedni film zrobił na mnie kolosalne wrażenie, ale dawno nie widziałam tak słabego i przede wszystkim zbędnego filmu. To nie jest nawet historia z potencjałem, a wolta w finale jest równie zajmująca jak ta w „Iluzji”. „Elizjum” uratowałaby prostota, szczerość i niezależność, a tak zapamiętam go jako film rozpaczliwie usiłujący wzbudzić w widzu emocje na miarę katharsis.

Ja w czasie seansu.

World War Z (2013), reż. Marc Forster

Tytuł: World War Z
Na podstawie: „World War Z”, Max Brooks
Reżyseria: Marc Forster
Scenariusz: Matthew Michael Carnahan, Drew Goddard, Damon Lindelof
Zdjęcia: Ben Seresin
Muzyka: Marco Beltrami
Rok produkcji: 2013
Dystrybutor: UIP
Ocena: 2/6

World War Z (2013) on IMDb(function(d,s,id){var js,stags=d.getElementsByTagName(s)[0];if(d.getElementById(id)){return;}js=d.createElement(s);js.id=id;js.src=”http://g-ec2.images-amazon.com/images/G/01/imdb/plugins/rating/js/rating.min.js”;stags.parentNode.insertBefore(js,stags);})(document,’script’,’imdb-rating-api’);


Co to były za zwiastuny. Obrazy chmary zombie bawiących się w sprinterów były równie widowiskowe co przerażające. Dotychczas było mnóstwo czasu, by rozsiąść się na stanowisku, wypić puszkę coli i dokładnie wycelować w głowę nieumarłego. Teraz, spoglądając w nową definicję szarańczy, możesz tylko samemu strzelić sobie w łeb. Dynamika, pośpiech, chaos i bezradność, no i oczywiście Brad Pitt, który będzie ratował świat – to wszystko rysowało film Forstera w jasnych barwach. Adaptacja powieści Maxa Brooksa, syna nietuzinkowej pary, jaką byli Mel Brooks i Anne Bancroft, doczekała się swoistej antyreklamy. Wyszły szybkie zombiaki, a film zaskakująco niemrawy.


Od pierwszych minut daje się odczuć, że film nie będzie tym udanym i wciągającym widowiskiem. Niby na ekranie widzimy elementy, które nie mają prawa nie zadziałać, ale wybitnie nie tworzą całości. Scenka po scence, motyw za motywem wirują niczym w kalejdoskopie by czasem zaskoczyć chyba samych siebie. Epidemia pojawia się znikąd, atakuje z niebywałą precyzją i nieograniczonym zasięgiem. W tłumie widzimy Gerry’ego (Brad Pitt) z żoną (Mireille Enos) i córkami (jakieś tam aktorki), kiedy coś zaczyna się dziać. Preludium jest dobrze wyważone, ale nieodbiegające od innych mu podobnych. Dowiadujemy się, że nasz bohater ma wojskową przeszłość do której nie chce wracać. Nie przekona go wezwanie dowództwa, powaga sytuacji, tylko zapewnienie bezpieczeństwa rodzinie. W ramach misji lata po świecie, od miejsca do miejsca, by przekonać widza, że mężczyznę poznaje się nie po tym jak zaczyna, ale jak kończy. Końcówka filmu w pewnym sensie wynagradza stany irytacji, które nie opuszczały przez większość seansu. Może takie „z kamerą wśród zombie” dobrze wygląda na kartach książki, ale tutaj uwypuklały toporność scenariusza.

To ja i moja rodzina.
Wiem, że macie to gdzieś, ale mi nie wypada.
Pomysł obsadzenia Brada Pitta w takim widowisku nie był złym pomysłem. Mówimy o aktorze wszechstronnym, z bardzo różnorodną filmografią. „World War Z” skupia się wokół granej przez niego postaci, marginalizując inne poprzez sprowadzenie ich do roli dekoracji lub łącznika. To był błąd, ponieważ nawet drobne epizody potrafią uratować niejedną scenę, a nawet cały film. Obsadzenie Mireille Enos było taką pomyłką. Niedostępność i kruchość połączona z hardością i surowością sprawdziła się w serialu „The Killing”. Niestety, u Forstera uczyniło to z państwa Lane parę bez chemii, a tym samym cały wątek bez większego sensu. Jeśli jako widz pragnęłam, aby rodzina Gerry’ego dołączyła do zombiastego sprintu, to coś jest nie tak. Tło trochę ratuje postać Segen grana przez Daniellę Kertesz. Młodziutka kobieta żołnierz, która w jednej scenie była w stanie wyrazić więcej niż Enos przez całe swoje życie. A reszty tak naprawdę się nie pamięta.

Błogosławieni cisi.



Problem tkwi również w montażu, który podkreśla pewne absurdy. Pomijam fakt, że „World War Z” miejscami przypomina pokaz slajdów, złośliwie ukrywając przed widzem co się działo pomiędzy klatkami. Wyszedł obraz naprawdę toporny, czasem sięgający granicy komizmu. Droga Gerry’ego z Izraela do Szkocji jest podręcznikowym przykładem robienia z widza idioty. Nie chodzi o to, że science-fiction rządzi się swoimi prawami, ale podstawy logiki i sztuki budowania narracji powinny być zachowane. Niby mam uwierzyć, że po katastrofie, będąc poważnie rannym, Gerry dotarł do ośrodka na piechotę przy wparciu małej Segen? Jednak zaraz rozegra się najlepsza część filmu, która odwiodła mnie od postawienia najniższej oceny. 

To mógł być taki fajny film, ale zawiódł scenariusz i reżyser. Marc Forster jest odpowiedzialny za bardzo nijakiego Bonda, czyli „007 Quantum of Solace”. Niezwykła toporność narracji w domowych warunkach skusiłaby mnie do wyłączenia filmu. Moje oczekiwania nie były wymyślne. Jak zawsze nastawiam się na dobre i wciągające kino na miarę swojego gatunku. Bo czego można oczekiwać po kolejnym filmie o zombie apokalipsy? Znów zwiastun zmylił widza, co nie tylko przestaje być niespodzianką, ale zaczyna zwyczajnie nużyć. Cóż, kolejny zawód, ale z pewnością nie koniec świata.

Daniella Kertesz, może jeszcze
o niej usłyszmy?


Man of Steel/Człowiek ze stali (2013), reż. Zack Snyder

Tytuł polski: Człowiek ze stali
Tytuł oryginalny: Man of Steel
Reżyseria: Zack Snyder
Scenariusz: David S. Goyer
Zdjęcia: Amir M. Mokri
Muzyka: Hans Zimmer
Rok produkcji: 2013
Dystrybutor: Warner Bros. Polska
Ocena: 2/6

Man of Steel (2013) on IMDb(function(d,s,id){var js,stags=d.getElementsByTagName(s)[0];if(d.getElementById(id)){return;}js=d.createElement(s);js.id=id;js.src=”http://g-ec2.images-amazon.com/images/G/01/imdb/plugins/rating/js/rating.min.js”;stags.parentNode.insertBefore(js,stags);})(document,’script’,’imdb-rating-api’);


To ptak, to samolot, to Superman! Czekałam na tę kwestię przez cały dwugodzinny film. Pewne zdania, gesty i schematy ukształtowały wizerunek postaci, której geneza sięga 1938 roku. Moje oczekiwania był wyważone, ale kierowały się ku dobremu kinu i dostosowaniu postaci do współczesności. Superman jest bohaterem wyjętym z ideałów dziecięcych marzeń, które u dorosłych wzbudzają lekkie politowanie i troskę, że ten piękny świat legnie kiedyś w gruzach. Nie wierzymy w ideały, a tym bardziej w bajki o fruwającym człowieku o wielkiej sile, który jest w stanie czynić tylko dobro. Jednak lubimy takich bohaterów, potrzebujemy ich obserwować w tym poważnie niepoważnym świecie.

Zack Snyder wyrobił sobie markę reżyserując takie mocne tytuły jak „Świt żywych trupów”, „300” i genialnych „Watchmen. Strażnicy”. Aż tu nagle wielka wtopa z „Sucker Punch”, gdzie  fantastyczna strona wizualna nie była w stanie przykryć mankamentów scenariusza. Porażka okazała się na tyle znacząca, że choć powierzono mu misję odświeżenia Supermana, to jednak doczepiono nazwisko Nolana choćby jako producenta. W strefie komiksowej rysuje się silny związek Batmana z ocalałym z Kryptonu, co miało się pewnie przełożyć na jakość „Człowieka ze stali”. Niestety, ale film rozczarowuje. Problem tkwi nie tylko w scenariuszu, ale też  w obsadzie i mentalności reżysera.

I can be your hero baby…



Zacznijmy od samej historii. Świat komiksowych oryginałów, mnogości wersji jest mi obcy. Moja wiedza opiera się na filmie Richarda Donnera z 1978 roku, serialu „Nowe przygody Supermana” czy też słabo już pamiętanych seriali animowanych. To Christopher Reeve staje przed oczami, kiedy myślimy o tym superbohaterze, co w dużej mierze przekłada się na postrzeganie postaci przez przeciętnego widza. David S. Goyer postanowił wywrócić owo wyobrażenie do góry nogami. Clark i Lois poznają się w zupełnie innych okolicznościach, które wzbudzają uczucie politowania. Podążanie ku urealnieniu i oderwaniu łatki kiczowatego bohatera zaprowadziło, niestety, na manowce. Im bardziej starano się wynajdywać inne, nieznane ścieżki, tym mocniej było widać, że całość po prostu się nie utrzyma. Z wyrazistej i charyzmatycznej postaci powstał nieokreślony byt na pograniczu nijakości. I tutaj na scenę wkracza wpadka obsadowa zwana Henrym Cavillem.

Anglicy mają branie w Hollywood, ale ostatnio to patrzenie w rodowód zastąpiło wgląd w umiejętności aktorskie. Henry Cavill nie sprawdził się w roli superbohatera. Ograniczony zestaw min, w tym brak kluczowego składnika dla odgrywania takiej postaci, czyli charyzmy – pogrzebały film niemal na wstępie. Superman, nawet kiedy nie nosi już majtek na wierzchu, wciąż jest kosmitą z supermocami z iście skautowskim kodeksem moralnym. Aby uczynić go bardziej sympatycznym, jak zwykle podkreśla się jego balansowanie na marginesie i bycie outsiderem. Ma się wrażenie, że jedynie Iron Man wyłamuje się z tego trendu. Przy przezroczystości odtwórcy tytułowej roli staje się wręcz ciężkostrawne i irytujące. Mimika Cavilla w niektórych scenach zwyczajnie dezorientuje. Albo udaje skupienie, zatwardzenie czy też uosabia myśl: „Daruj sobie te brednie”. Muskulatura aktora robi wrażenie, a opowieści o intensywnym treningu, które zdobiły niejeden portal, wydają się być kluczem promocyjnym. Henry Cavill ma być przede wszystkim pięknym obiektem przykuwającym uwagę. W filmie nie brakuje podkreślania tej strony bohatera, który siłę i cnotę łączy z pięknem fizycznym. Z upływem czasu ten błąd obsadowy coraz mocniej kłuje w oczy, ale czarny charakter jest równie nieudany.

Nigdy więcej nie patrz na mnie takim wzrokiem…


Michael Shannon ma ugruntowaną pozycję i renomę aktora idealnego do odgrywania postaci niejednoznacznych, niepokojących i podskórnie przerażających. Jego nazwisko wypłynęło na wody mainstreamu dzięki serialowi „Zakazane imperium” i wydawał się być idealnym kandydatem do roli generała Zoda. Może jego mimika ma ten niepowtarzalny rys, a może po prostu jest ograniczona, ponieważ czułam oddech wspomnianego serialu i z żalem obserwowałam narastające przerysowanie w kreowaniu postaci. Było źle, fatalnie i nasuwa się pytanie: gdzie jest reżyser? Na szczęście reszta obsady bardziej pomaga filmowi niż mu szkodzi. Nie zawodzi Amy Adams jako Lois Lane. Aktorka jest stworzona do grania  takich bohaterek. Trudno uwierzyć, że jest starsza od filmowego Clarka o 9 lat. Wątek dziennikarki Daily Planet był szyty dość grubymi nićmi, jakby na siłę starano się umotywować jej obecność w „Człowieku ze stali”. Zamiast przerzucić ją do oczywistej kontynuacji lub pokazać ją w tle, strzelili sobie w stopę wysyłając ją… w kosmos (minuta ciszy).

Można się zastanawiać jak Kal-El mógł być mdły mając takich ojców. Jor-El w wykonaniu Russella Crowe’a to najlepsza rola w filmie. Nie sposób oderwać od niego wzroku, nie próbować wczuć się w jego położenie, nie myśleć o nim, kiedy znika z ekranu. Australijczyk gra jak zawsze, ale oglądanie go w filmie Snydera jest wyjątkowo przyjemne.  Nie aż tak zachwycający, ale mimo wszystko dobry jest również Kevin Costner jako Jonathan Kent. Wprawdzie jego rola ogranicza się do wzniosłych kwestii, czasem wątpliwych moralnie i patetycznej śmierści (dwie minuty ciszy to za mało), to pozostaje powszechnym wyobrażeniem idealnego ojca dla skomplikowanego syna.

Królu mój, ty śpij, ty śpij…


Strona wizualna robi wrażenie, ale przy tego typu produkcjach, o takim budżecie jest raczej standardem.  Możliwe, że w większych kinach efekty 3D były zauważalne, a moje po prostu nie było w stanie tego unieść, ale i tak widać, że strona wizualna jest znakiem firmowym Snydera. Wyobrażenie Kryptonu z jednej strony zachwyca surowością, a z drugiej razi sloganami proekologicznymi. Świadomość, że ten świat zbliża się ku końcowi, kazała dokładniej się mu przyglądać i zapamiętywać jak najwięcej. Scena, w której Jor-El widzi rewoltę Zoda ma w sobie spory ładunek emocjonalny. Nawet patetyczne tony od Zimmera doskonale ilustrują nastrój zbliżającej się zagłady. Kiedy zbliżamy się do Ziemi, nie jest już tak  magicznie. Zachwyt zastyga, kiedy dociera bezsensowność zniszczeń jakich przysparza walka Supermana z Zodem. Zamiast przenieść pole walki na otwartą przestrzeń, Snyder postawił na efektowną demolkę miasta. To nie było absurdalnie głupie tylko niesmaczne.

This is the end…


„Człowiek ze stali” ma szereg wad od logiki scenariusza, przez ignorowanie praw fizyki, na obsadzie kończąc. Reżyser zdaje się być nieobecny i tracić resztki wyczucia w wielu momentach. Film jest pretensjonalny, wkradają się dłużyzny i to w scenach efektownego i bezsensownego demolowania miasta. Epilog trochę ratuje widowisko, dając nadzieję powrotu na właściwe tory. Może do tego czasu Cavill się odblokuje, scenarzysta zapłacze nad swoim dziełem i obieca poprawę, a reżyser przypomni sobie jak mu udało się nakręcić „Watchmen” Pewna wskazówka podpowiada, że sequel zdominuje Lex Luthor i na pewno go obejrzę. Jednak rozczarowanie „Człowiekiem ze stali” jest faktem od którego nie ma jak uciec.

Hungry eyes…


Film obejrzałam dzięki 

The Hangover Part II/Kac Vegas w Bangkoku (2011), reż. Todd Phillips

Tytuł polski: Kac Vegas w Bangkoku
Tytuł oryginalny: The Hangover Part II
Reżyseria: Todd Phillips
Scenariusz: Craig Mazin, Todd Phillips, Scot Armstrong
Zdjęcia: Lawrence Sher
Muzyka: Christophe Beck
Rok produkcji: 2011
Dystrybutor: Galapagos
Ocena: 2/6

The Hangover Part II (2011) on IMDb(function(d,s,id){var js,stags=d.getElementsByTagName(s)[0];if(d.getElementById(id)){return;}js=d.createElement(s);js.id=id;js.src=”http://g-ec2.images-amazon.com/images/G/01/imdb/plugins/rating/js/rating.min.js”;stags.parentNode.insertBefore(js,stags);})(document,’script’,’imdb-rating-api’);


Sukces kasowy „Kac Vegas” to jedna z pierwszych myśli jakie przychodzą do głowy w związku z tytułem. Dla mnie to jedna z bardziej udanych i zwyczajnie zabawnych komedii jakie widziałam. Chociaż teoretycznie to nie moja bajka, bawiłam się zaskakująco dobrze. Nie trzeba być wróżbitą, by przewidzieć kontynuację. Nie trzeba być też wytrawnym pesymistą by stwierdzić, że nic dobrego z niej nie wyniknie. Zwiastun mówił aż za wiele, ale dysonans między pierwszą częścią był zbyt duży, by uznać „Kac Vegas w Bangkoku” za spadek formy tej samej ekipy. Niestety, miały miejsce pewne zmiany.


Obsada aktorska pozostała nienaruszona. Pęd za kasą przysłonił twórcom mózgi, co skończyło się zmianami na pozycjach scenariuszowych. Moore’a i Lucasa, odpowiedzialnych za takie filmy jak: „Cztery gwiazdki”, „Duchy moich byłych” czy „Zamiana ciał”, zamieniono na nazwiska, które produkowały się przy: :”Straszny film 3 i 4″, „Dziewczyna moich koszmarów” oraz „Old School: Niezaliczona”. Nie twierdzę, że pierwszy duet to mistrzowie, ale ich poczucie humoru przekłada się na komfort widza. Nawet jeśli podążali w naprawdę grube rejony to tylko po to, by z nich zawrócić. Początek drugiej części jest obiecujący i nawet dobrze wykombinowany. Szkoda tylko, że ten potencjał pierwszych minut został zmasakrowany w myśl dewizy: jeszcze mocniej, jeszcze śmieszniej i jeszcze więcej tych zabawnych Azjatów.

Powinno być: Oops! We did it again…

 
Szkielet historii został nienaruszony. Z jednej strony jest miłym ukłonem w stronę pierwszej części, ale poziom realizacji tak mocno zawodzi, że prędzej dostrzeże się wtórność i miałkość. Bliźniacze klamry kompozycyjne mimo wszystko są znakiem rozpoznawczym. Oto członek watahy Alana bierze ślub, ale jak umotywować zorganizowanie kawalerskiego otumanienia w egzotycznych plenerach? Załatwić egzotyczną pannę młodą. Stu, który poprzedni wypad przypłacił utratą siekacza i stanu kawalerskiego, leci do Tajlandii poślubić śliczną Lauren. Skoro ostatnio zgubiono Douga, trzeba wytypować innego Graala. Młodszy brat panny młodej, w dodatku oczko w głowie przyszłego teścia jest idealnym kandydatem. Zaczęło się jak zawsze, skończyło się jak ostatnio, tylko jakoś poza komfortem przeciętnego widza.



Poczucie humoru to kwestia delikatna i podobnie jak poczucie estetyki czy gust muzyczny jest wypadkową wielu zmiennych pojawiających się na przestrzeni dni, miesięcy i lat. Gdybym nie oglądała sama „Kac Vegas w Bangkoku”  byłabym jeszcze bardziej zażenowana. Wobec pewnych wątków nie byłam w stanie nabrać dystansu dzięki któremu potrafię oglądać niemal każdą głupotę. Kult dorosłych – niedorosłych, których inteligencja zbliża się do poziomu krytycznego (jak Alan), to plaga współczesnych bromance. O ile na początkach jej eksploatacji była czymś zabawnym, to teraz zaczyna wzbudzać podskórne przerażenie. Ich jest coraz więcej, w każdej konfiguracji jakby mnożyli się przez pączkowanie. Męczą mnie bohaterowie których łączy twarz Zacha Galifianakisa. To są zakompleksione miernoty, które chętnie przygarniają przywary i nie raczą nawet spojrzeć na zalety. W obliczu zidiocenia społeczeństwa, ten typ bohatera powinien ulec autodestrukcji. Ale czego oczekuję? Postać Alana Garnera jest motorem napędowym przygód watahy i pewna grupa widzów uważa ją za zabawną.

A zaczęło się dość niewinnie.

Owo silenie się na bycie najzabawniejszym, najbardziej odjazdowym i niegrzecznym filmem bezpardonowo bije po oczach. Historii brak polotu i bezpretensjonalności znanych z „Kac Vegas”. W efekcie większość jest nie tyle ciężka w oglądaniu co mało zajmująca. Brakuje tego elementu zaskoczenia, wyrwania się na moment z cienia jedynki. Powstał zwyczajny odgrzewany kotlet, który dodatkowo traci na smaku przy wspomnieniu tamtego krwistego steku. Z jednej strony spodziewałam się takiego obrotu rzeczy, ale miałam nadzieję, że to nie będzie aż tak fatalny film. Na osłodę pozostają świetne zdjęcia, muzyka oraz prezent Alana dla państwa młodych. To jednak za mało by komedia mogła być komedią.

Tak, Stu znów uszył piosenkę.