2013 · film amerykański · film: 3.5/6 · Guillermo del Toro

Pacific Rim (2013), reż. Guillermo del Toro

Tytuł: Pacific Rim
Reżyseria: Guillermo del Toro
Scenariusz: Travis Beacham, Guillermo del Toro
Zdjęcia: Guillermo Navarro
Muzyka: Ramin Djawadi
Obsada: Charlie Hunnam, Idris Elba, Rinko Kikuchi, Robert Kazinksy, Max Martini, Charlie Day, Burn Gorman, Ron Perlman
Czas trwania: 131 minut
Rok produkcji: 2013
Dystrybutor: Galapagos
Ocena: 3.5/6

Pacific Rim (2013) on IMDb(function(d,s,id){var js,stags=d.getElementsByTagName(s)[0];if(d.getElementById(id)){return;}js=d.createElement(s);js.id=id;js.src=”http://g-ec2.images-amazon.com/images/G/01/imdb/plugins/rating/js/rating.min.js”;stags.parentNode.insertBefore(js,stags);})(document,’script’,’imdb-rating-api’);


Nie wierzyłam, kiedy przeczytałam pierwsze zarysy fabuły filmu sygnowanego przez Guillermo del Toro. W końcu wielkie roboty walczące z potworami morskimi brzmi jak totalny kretynizm. Zapomniałam, że reżyser stał za takimi filmami jak dwa filmy o Hellboy’u i „Labirynt Fauna”. Nie dane mi było zobaczyć w kinie tego widowiska – zadziałała siła wyższa. Pewnie bym zapomniała o „Pacific Rim”, ale ciekawość rozbudziła się na nowo – w końcu film zebrał wiele entuzjastycznych recenzji.

Jedno udało się reżyserowi. Po pierwszych minutach zapomina się, że to był teoretycznie kretyński pomysł. Chociaż fabuła jest prosta i do bólu oklepana, to widok jaegerów, monstrualnych robotów, robi niesamowite wrażenie nawet na małym ekranie. To przypomniało mi uprzedzenie wobec „Transformers” Michaela Bay’a, które przerodziło się w zaskakujący mnie zachwyt. O ile film z robotami z kosmosu do dzisiaj dobrze wspominam, tak „Pacific Rim” już nie wzbudza zbliżonego entuzjazmu. Mam przy tym świadomość, że to widowiskowa rozrywka, a nie dramat obyczajowy – jednak Guillermo del Toro to nazwisko, które wzbudza pewien pułap oczekiwań. Trochę łudziłam się na film na miarę „Hellboy’a” lub przynajmniej solidny komercyjny film. Niestety, choć strona wizualna jest ucztą dla oczu, strona merytoryczna wywołuje raczej smutek i lekkie niedowierzanie.


Oto z morskich głębin wyszły potwory, które sieją zniszczenie. Ludzkość nie była przygotowana do walki z takim wrogiem, skoro pierwszego kaiju pokonali po 6 dniach intensywnego ostrzeliwania. W obliczu tak potężnego zagrożenia świat się zjednoczył i zainicjował „Program Jaeger”, który obejmował konstruowanie wielkich robotów sterowanych przez parę pilotów przy użyciu połączenia neurologicznego. W początkowej fazie roboty odnosiły same zwycięstwa, ale pojawiła się nowa generacja, która nauczyła się  z nimi walczyć. Nastąpiła seria porażek i w efekcie program został zamknięty. Świat postanowił ochronić ludzkość za murami, które nie były dla kaiju wielką przeszkodą. Ludzie domagają się powrotu jaegerów. Z tym, że sprawne są tylko 4 egzemplarze, a częstotliwość ataków stale wzrasta. Trzeba podjąć ryzyko i wprowadzić atomówkę tam skąd przyszły.

Już po lekturze powyższego akapitu widać z jakim filmem mamy do czynienia. Wokół idei walki robotów z potworami morskimi ułożono scenariusz, który bardzo gładko wpisuje się w konwencję i jest przy tym workiem wypełnionym po brzegi kliszami. Ogromny budżet sięgający prawie 200 milionów dolarów został w większości spożytkowany na stronę wizualną i efekty specjalne. Pod tym kątem „Pacific Rim” ma dar oczarowywania. Jaegery nie są tandetnymi robotami, a kaiju daleko do potworów znanych z japońskich filmów. Jest mroczno, groźnie i widowiskowo. Dlatego nie dziwi niezbyt opatrzona obsada. Poza Idrisem Elbą próżno szukać pierwszoligowych aktorów. W takich filmach nie oczekuję wyżyn aktorstwa, ale po „Pacific Rim” zostanie mi jedno nazwisko i nie będzie to ani Charlie Hunnam czy Rinko Kikuchi. Po seansie zapamiętałam Manę Ashidę, która wcieliła się w małą Mako. Tak zagrać takie emocje i zachować autentyczność zasługuje na wyrazy uznania. 


Sceny walk byłyby bardziej wciągające, gdyby proces kreowania postaci był bardziej zaawansowany. Raziła pewna stereotypowość, zarówno w kontekście kulturowym jak i zawodowym. Rosyjscy piloci wyglądali jak z radzieckiej kolorowanki, trojaczki sterujące trzyrękim jaegerem są wyjęte z hongkońskich komedii kung-fu. Od razu widać, że te załogi są skazane na stracenie. Kiedy dochodziło do walki brakowało mi pewnego połączenia emocjonalnego, cokolwiek co by mi kazało bać się o efekt końcowy. Powiedzmy sobie szczerze, sam fakt ratowania świata nie sprawia, że film jest wciągający. Świat, który oglądamy na ekranie tak naprawdę niewiele obchodzi. O sile filmu decydują jednostki, które idą w bój by ocalić świat podobny do naszego. Niestety Charlie Hunnam nie ma tej charyzmy choć dobrze mu z oczu patrzy, a wątek Mako jest skandalicznie jednowymiarowy (zemsta i uczucie do głównego bohatera). Jeden Idris Elba nie wystarczy. Zabrakło mi takiego emocjonalnego połączenia z filmem, bo przyłapywałam się na tym, że efektowne i dobrze rozplanowane sceny walk zaczęły być nużące.

Cóż, może „Pacific Rim” nie zdobył mojego serca, ale nie można mu odmówić walorów rozrywkowych i widowiskowych. Zapowiadał się znacznie gorzej, ponieważ pomysł sam w sobie wydaje się być poniżej godności. Jednak del Toro wprowadził do popkultury nowe zjawisko, które ma szanse przetrwać wiele sezonów. Zakończenie filmu nie jest zaskakujące, ale lekko wpasowujące się w konwencję. Przez głowę przeszła mi myśl, że może „Pacific Rim” jest hołdem dla kina i stąd tyle klisz i ogranych motywów, ale brakowało tego „mrugnięcia” do widza, które dałoby mu tę pewność. Może mały ekran to nie to samo co warunki kinowe, ale nie sądzę bym wróciła do tego filmu. Jednak dla jednorazowego seansu warto poświęcić swój czas.

2012 · film amerykański · film: 3.5/6 · James McTeigue

The Raven/Kruk. Zagadka zbrodni (2012), reż. James McTeigue

Tytuł polski: Kruk. Zagadka zbrodni
Tytuł oryginalny: The Raven
Reżyseria: James McTeigue
Scenariusz: Hannah Shakespeare, Ben Livingston
Zdjęcia: Danny Ruhlmann
Muzyka: Lucas Vidal
Obsada: John Cusack, Luke Evans, Alice Eve, Brendan Gleeson
Czas trwania: 111 minut
Rok produkcji: 2012
Dystrybutor: Kino Świat
Ocena: 3.5/6

The Raven (2012) on IMDb(function(d,s,id){var js,stags=d.getElementsByTagName(s)[0];if(d.getElementById(id)){return;}js=d.createElement(s);js.id=id;js.src=”http://g-ec2.images-amazon.com/images/G/01/imdb/plugins/rating/js/rating.min.js”;stags.parentNode.insertBefore(js,stags);})(document,’script’,’imdb-rating-api’);

Edgar Allan Poe właściwie nie doczekał się solidnej filmowej biografii. Twórca epoki romantyzmu miał niemały wpływ na literaturę będąc nie tylko jedynym w swoim rodzaju, ale też źródłem inspiracji dla innych wielkich. Wokół okoliczności jego śmierci do dzisiaj krążą sprzeczne opinie, ale jego życie i twórczość są doskonałym materiałem na scenariusz. Mimo to jedyne filmowe nazwisko jakie przychodzi na myśl w związku z Poe’m to Roger Corman i jego niezbyt wierne adaptacje. Film Jamesa McTeigue’a nie przyczynił się zbytnio do popularyzacji amerykańskiego pisarza – praktycznie pozostał niezauważony.

„Kruk. Zagadka zbrodni” nie jest filmem stricte biograficznym, ale radosną mieszanką życiorysu, twórczości i inwencji własnej. Całość miała mieścić się w ramach kasowego filmu rozrywkowego i to zadanie właściwie spełniła. Nie sposób oprzeć się wrażeniu, że twórcom zamarzył się sukces serii o Sherlocku Holmesie. Stylistyka „Kruka” bardzo przypomina filmy Ritchiego, tyle, że więcej w nich makabry. Fabuła skupia się wokół ostatnich dni z życia pisarza, poety i krytyka literackiego. Grany przez Johna Cusacka Poe jest bankrutem zaglądającym do kieliszka, ale nie brak mu tupetu i wysokiego ego. Zaleca się do młodziutkiej Emily (Alice Eve) ku rozpaczy jej ojca kapitana Hamiltona (Brendan Gleeson). Równolegle w Baltimore rozpoczyna się seria brutalnych morderstw. Zbrodnie, których inspiracją jest twórczość Poe’go. Policja z detektywem Fieldsem (Luke Evans) na czele widzi w Edgarze podejrzanego, ale szybko powierzają mu funkcję konsultanta.


Po lekturze powyższego akapitu można wywnioskować, że postać dziewiętnastowiecznego pisarza jest środkiem dla innego celu. Bierzemy Poe’go, nadajemy mu silną i barwną osobowość i wikłamy go w zagadkę kryminalną. Problem w tym, że oglądając Johna Cusacka nie czujemy postaci zdolnej do napisania swoich najmroczniejszych wierszy i opowiadań. Scenki w których przygląda się kociemu truchłu czy bada przy biurku ludzkie serce to zbyt mało. Ciemna kreska wokół oczu nie wystarczy, a przy fizjonomii Cusacka wygląda niemal tandetnie. Dla przeciwwagi mamy rzeczowego Fieldsa granego przez Luke’a Evansa, którego nagła kariera jednocześnie cieszy i zastanawia. Nie zawodzi Alice Eve, ale szkoda, że Brendan Gleeson nie ma czego grać.

„Kruk. Zagadka zbrodni” broni się odwzorowaniem i klimatem epoki. Sceny zbrodni są brudne i makabryczne, co poskutkowało przyznaniu kategorii R i tym samym ograniczeniem widowni kinowej. Film okazał się totalną klapą finansową, nie zwróciły się nawet koszty produkcji. Czyżby Poe nie miał już tego magnesu co kilkanaście czy kilkadziesiąt lat temu? Zawiodła promocja? Mimo niefortunnego obsadzenia Cusacka film jest dość solidną produkcją, gdzie widać nie tylko znajomość twórczości Poe’go, ale też pomysły. Seryjny morderca zostawia organom ścigania wskazówki, w końcu wciąga Edgara w swoją grę i do końca nie wiemy kim on jest. Biorąc pod uwagę, że akcja dzieje się w 1849 roku, nie sposób pominąć metodykę pracy detektywa Fieldsa. Poe był pierwszym pisarzem, który powołał do życia detektywa stosującego metody dedukcji. Czy Fields ma coś z C. Auguste’a Dupina trudno mi stwierdzić, ponieważ dawno nie czytałam opowiadań amerykańskiego pisarza. Jednak ta myśl prześladowała mnie przez pół filmu.



„Kruk. Zagadka zbrodni” to całkiem dobrze zrealizowany film z nieźle poprowadzoną intrygą i dobrze budowanym nastrojem. Nazwisko reżysera „V jak Vendetta” czy obsada nie wystarczyły by projekt cieszył się zainteresowaniem już w fazie produkcji. Ograniczenie widowni do osób dorosłych wymaga jednak obsady z silnym zapleczem fanowskim, a jeszcze lepiej zorganizowanym w prężny fandom. Cusack okres świetności ma dawno za sobą. Luke Evans pojawia się w filmach od 3 lat, ale może udział w „Hobbicie” sprawi, że Walijczyk zawojuje internet. Może to sygnał, że Edgar Allan Poe już tak nie rozpala wyobraźni, pozostaje jednym z tych nazwisk w zalewie innych? Mam nadzieję, że powstanie solidna biografia tego pisarza, która będzie godna jego osoby. A tak to dostajemy „Kruka”, który dobrze się ogląda, ale poza kilkoma nawiązaniami do twórczości zupełnie nic nie mówi o samym Edgarze (ale to i tak lepsze niż Abraham Lincoln walczący z wampirami).

2012 · adaptacja · film amerykański · film: 3.5/6 · Jason Moore

Pitch Perfect (2012), reż. Jason Moore

Tytuł oryginalny: Pitch Perfect
Na podstawie: „Pitch perfect: The quest for collegiate a capella glory”, Mickey Rapkin
Reżyseria: Jason Moore
Scenariusz: Kay Cannon
Zdjęcia: Julio Macat
Muzyka: Christophe Beck, Mark Kilian
Rok produkcji: 2012
Ocena: 3.5/6

Pitch Perfect (2012) on IMDb

Filmy nie muszą być dobre aby się podobać. Czasem wystarczy pewien rys, który przesłoni to, co należałoby przykryć zasłoną milczenia. „Pitch perfect” w reżyserii Jasona Moore’a jest lekką komedią muzyczną dziejącą się w studenckich środowiskach zespołów acapella. Na pierwszym planie jest muzyka i dobra zabawa, scenariusz dość poprawnie się do tego dostosowuje. Gdybym pisała świeżo po seansie, ocena z pewnością byłaby o oczko wyższa, ale większa perspektywa czasem jest wskazana. To muzyka wyciąga przeciętny film przed szereg i okazała się na tyle skuteczna, że powstanie druga część, która pojawi się w 2015 roku.


Serial „Glee” od stacji Fox pokazał, że produkcje z coverami, mashupami i historie o grupie dziwolągów, którzy angażują się w projekt i przechodzą kolejne eliminacje by sięgnąć po najwyższy laur – mają szanse na powodzenie. Z tym, że nic nie było w stanie przebić fenomenu serialu i tak jest do dzisiaj. Inna sprawa, że „Glee” okres świetności ma za sobą. Tym razem mamy zgrabnie ułożoną historię wedle sprawdzonego babcinego przepisu. Ona, Beca (Anna Kendrick) ląduje na studiach, ale jej marzenia wędrują w rejony muzyczne – chce być dj. Ma gdzieś uczelnię, ale ojciec stawia jej pewne ultimatum i nie ma innej drogi jak spróbować być pełnoetatową studentką. Jej ścieżki przecinają się z autostradą zwaną „The Bellas” oraz alejką o aparycji Jesse’go (Skylar Astin). Należy przygotować się na pokaz osobowości, rywalizacji i po trosze nieprzemyślanych scen.



Jakie to zaskakujące, że Anna Kendrick nie wzbudza większej sympatii, a to wokół niej budowana jest fabuła. Aż chciało się potrząsnąć Jessem i krzyknąć mu w twarz: „Uciekaj!” Aktorka blaknie nie tylko w zestawieniu Rebel Wilson (chyba mamy Zacha Galifianakisa w spódnicy), ale też przy porównaniu do Anny Camp czy Brittany Snow. Można dać na usprawiedliwienie, że Beca jest osobą skrytą i trzymającą ludzi na dystans, ale takim postaciom z reguły się kibicuje. Jednak nie jest aż tak źle, mamy inne atrakcje z muzyką na czele. Bo to ona sprawia, że ma się ochotę na powtórkę z tych momentów, w których nie tylko brzmiała, ale urozmaicała okoliczności.

A jest czego posłuchać i na dodatek popatrzeć na oprawę. Towarzyszy temu nastrój, który doskonale ilustruje refren przeboju grupy Fun „We are young”. Soundtrack zawojował listy przebojów i zestawienia sprzedaży. Pierwszy raz spodobała mi się piosenka Miley Cyrus, usłyszałam o „Titanium” Davida Guetty i próbowałam opanować trik z kubkiem znanym z piosenki „Cups” (efekty marne). Całość podziałała jak wyzwalacz endorfin, a takie filmy zawsze będą potrzebne. Zaskoczenie śpiewem Kendrick i ruchami scenicznymi Astina, które wskazywały na obycie ze sceną, zaowocowało małymi poszukiwaniami. I tak odkryłam, że dwójka młodych aktorów to owoce scen broadway’owskich musicali. Anna jako dziecko była nominowana  do nagrody Tony za występ w „High Society”. Skylar ma za sobą występy w „Spring Awakening” i to z tą samą obsadą co Lea Michele i Jonathan Groff. Jak widać, „Pitch perfect” wokalnie stoi naprawdę dobrze i to nie tylko za sprawą tej pary.


Zakończenie jest udane – wyważone i nieprzekombinowane, ale po drodze film zaliczył kilka potknięć. Nie chodzi o urocze akcje i reakcje Jessego, ale siłowość momentów w zamierzeniu zabójczo śmiesznych. Już nie chodzi o reakcje Audrey na nadmiar stresu. Zupełnie od czapy jest taka scena bójki, która po wkroczeniu Fat „Kraken” Amy narobiła niesmaku na równi z orzełkiem w reakcji Audrey. Wtedy sobie przypominałam gdzie tkwi target „Pitch perfect”. Nie dajmy się jednak zwariować, bo kilka pęknięć nie zniekształca całości. Jeżeli ma się sentyment do „Klubu winowajców”, który jest istotny dla części fabuły, to takie jazdy stają się niewarte irytacji. Dalej stawiam film Moore’a na półce z antydepresantami będąc świadoma mankamentów tej produkcji.

Czy zobaczę  kolejną część? Pewnie, choć już dzisiaj mam pewne obawy. Trzyletnia różnica w takich produkcjach jest jednak ryzykowna. Mam nadzieję, że do tego czasu kariera głównego trzonu obsady ruszy z kopyta. O przyszłość nie musi martwić się Anna Kendrick, ale Astin musi unikać kolejnych wersji „Projektu X”, bo to droga donikąd. Aktorsko widać potencjał, bo wokalnie już jest znakomity. A jaka przyszłość czeka Rebel Wilson? Oby zaskoczyła samą siebie, nim na stale zespoli się z jednym wizerunkiem. Boję się tylko, że te dwa lata zlecą zbyt szybko i nim się obejrzę, będę oglądała „Pitch perfect 2”.




A na deser pełna wersja „Cups” w wykonaniu Anny Kendrick w sympatycznym teledysku.
2006 · adaptacja · film brytyjski · film: 3.5/6 · Scott Z. Burns

PU-239/PU-239. Połowiczny rozpad Timofieja Bierezina (2006), reż. Scott Z. Burns

Tytuł polski: PU-239. Połowiczny rozpad Timofieja Bierezina
Tytuł oryginalny: PU-239
Na podstawie: „PU-239” (opowiadanie), Ken Kalfus
Reżyseria: Scott Z. Burns
Scenariusz: Scott Z. Burns
Zdjęcia: Eigil Bryld
Muzyka: Abel Korzeniowski
Rok produkcji: 2006
Dystrybutor: Galapagos
Ocena: 3.5/6

Pu-239 (2006) on IMDb(function(d,s,id){var js,stags=d.getElementsByTagName(s)[0];if(d.getElementById(id)){return;}js=d.createElement(s);js.id=id;js.src=”http://g-ec2.images-amazon.com/images/G/01/imdb/plugins/rating/js/rating.min.js”;stags.parentNode.insertBefore(js,stags);})(document,’script’,’imdb-rating-api’);

Lęk przed energią atomową jest powszechny i w pełni zrozumiały. Historia pokazała, że broń atomowa może dokonać wielkich zniszczeń i niczym cień towarzyszyć powolnemu umieraniu. Sama elektrownia nie jest bytem nieskazitelnym. Hasło „Czernobyl” zbyt mocno wrył się w świadomość mas. Mimo to powstają kolejne elektrownie, bo póki wszystko jest w porządku, dostajemy energię bardziej przyjazną środowisku. W pewnym miasteczku gdzieś w Rosji było o krok od poważnej awarii, co stanowi punkt wyjścia do filmu Scotta Z. Burnsa.

Timofiej (Paddy Considine) pracuje sobie w elektrowni atomowej, żyje spokojnie z żoną (Radha Mitchell) i synkiem zafascynowanym motylami. W trakcie zmiany pojawia się ryzyko awarii, której zapobiega nasz bohater. Z tym, że jego poświęcenie nie tylko nie znajduje uznania w oczach dyrekcji, ale skróciło jego życie do kilku dni. Odkrywa, że został oszukany i a akcie desperacji kradnie tytułowy izotop plutonu stosowany nie tylko w energetyce jądrowej, ale też w konstruowaniu broni. Idealny towar do zbycia na czarnym rynku, a najbliżej i najpewniej jest w Moskwie. W stolicy Rosji rozwija się drugi wątek, w moim odczuciu bliższy życia i oderwany od patosu. Obserwujemy Shiva (Oscar Isaac), niezbyt rozgarniętego kryminalistę, który w gruncie rzeczy został nim z konieczności i marzeń o szybkich pieniądzach. W tej sekwencji odzywa się duch filmów w stylu Guy’a Ritchiego w dobrym tego słowa znaczeniu. Tylko czekać, kiedy ścieżki coelhowoskiego Timofieja i gangsterskiego Shiva się połączą, bo do tego zmierza cała historia.

Paddy Considine i Radha Mitchell

Dlaczego coelhowski Timofiej? Stojąc w obliczu rychłego zejścia z tego świata, bohater nie szczędzi widzowi egzystencjalnych prawd. Z jednej strony nie należy się temu dziwić, ale było w tym zbyt dużo patosu. Na szczęście wątek drugiego bohatera nadaje historii wigoru i odrobinę czarnego humoru. Najmocniejszym punktem ich krótkiej, ale intensywnej relacji jest ojcostwo. Obaj żyją  z myślą o swoich potomkach, która motywuje ich do naprawdę desperackich decyzji. Choćby nie wiem jak się starali, świat pokazuje im środkowy palec. O ile w przypadku Shiva to zwykły pech, u Timofieja kluczem staje się sumienie.

Obrazy Moskwy to jasny punkt filmu, który stara się równoważyć bardziej filozoficzną stronę opowieści. Powaga połączona z farsą, zdaje się być dobrze wyważona, ponieważ szybko zapomina się o smętnych monologach Timofieja. Widoki może czasem nieco tendencyjne, dobrze oddają charakter losowości i potęgi sukcesu. Komizm sytuacji ociera się nie tylko absurd, ale dobór charakterów do profesji. Patrzymy na ten świat jakby został odbity w nieco przekrzywionym zwierciadle, które uwypukla to co niewygodne z głupotą i chciwością na szczycie. 

Film Burnsa nie kładzie jednak na kolana. W pewnym momencie akcja zaczyna siadać i wywoływać znużenie. Zakończenie stara się wyrwać z utartych schematów, ale tym samym pozostawia widza z postanowieniem znalezienia w nich sensu. Może po prostu żyjemy od przypadku do przypadku i nie wszystko ma swój z góry określony cel i przeznaczenie. Nie zawsze można być kowalem swojego losu, ale do ostatnich chwil warto się starać i próbować.

Melanie Thierry i Oscar Isaac
Film obejrzałam dzięki firmie Galapagos.
2007 · film francuski · film: 3.5/6 · Olivier Dahan

La Môme/Niczego nie żałuję – Edith Piaf (2007), reż. Olivier Dahan

Tytuł polski: Niczego nie żałuję – Edith Piaf
Tytuł oryginalny: La Môme
Reżyseria: Olivier Dahan
Scenariusz: Olivier Dahan, Isabelle Sobelman
Zdjęcia: Tetsuo Nagata
Muzyka: Christopher Gunning
Rok produkcji: 2007
Dystrybutor: Best Film
Ocena: 3.5/6
La vie en rose (2007) on IMDb(function(d,s,id){var js,stags=d.getElementsByTagName(s)[0];if(d.getElementById(id)){return;}js=d.createElement(s);js.id=id;js.src=”http://g-ec2.images-amazon.com/images/G/01/imdb/plugins/rating/js/rating.min.js”;stags.parentNode.insertBefore(js,stags);})(document,’script’,’imdb-rating-api’);
Jakie nazwisko przychodzi jako pierwsze, kiedy myślimy o muzyce francuskiej? Mi tylko Edith Piaf, której twórczość jest mi mało znana, a życie jeszcze mniej. Mały wróbelek nie miał łatwego życia, a między rozdziałami jego biografii można znaleźć białe plamy, niedopowiedzenia i tajemnice. To, czy Olivierowi Dahanowi udało się nakręcić udany film biograficzny pozostaje kwestią dyskusyjną. Nie da się zaprzeczyć, że pokazał światu aktorkę, która nie tylko zgarnęła statuetkę Oscara dla najlepszej roli pierwszoplanowej, ale też wykorzystała swoje 5 minut w Hollywood.

To nie jest film dla tych, którzy chcą poznać biografię artystki podaną w klasycznej formie. Jeśli, podobnie jak ja, nie zna się nawet podstawowych faktów, to film Dahana niewiele pomoże. Konstrukcja fabularna, gdzie króluje chaos chronologiczny i przypadkowe retrospekcje, nie ułatwia zadania. Jednak „La mome” można potraktować jako portret kobiety, którą ukształtowały wydarzenia zawarte w scenariuszu. Trudne dzieciństwo spędzone w burdelu, ślepota na kilka lat, trudy życia z trupą cyrkową, aż wreszcie uliczne śpiewanie. Odkryta przez przypadkowego przechodnia, uczona na artystkę prawdziwego zdarzenia, by wreszcie stać się esencją francuskości. Kiedy obserwuje się te wyrywkowo potraktowane fragmenty życiorysu, czuje się zbyt duży niedosyt. Edith Piaf jest niekonwencjonalna, niezgrabna i przede wszystkim intrygująca.
Emmanuelle Seigner, Manon Chevallier, Catherine Allegret
Ile w tym zasługi samej legendy, a ile wcielającej się w rolę Marion Cotillard? Francuska aktorka swoją bezbłędną i charyzmatyczną kreacją nadała filmowi niecodziennego blasku. To już nie tylko film o wielkiej artystce, ale też obcowanie z jej osobą oraz emocjami. Czy mam jakieś wątpliwości odnośnie serii nagród jakie otrzymała Cotillard za interpretację Piaf? Żadnej. Pierwszy zachwyt nie utrzymuje się nazbyt długo, bo nietrudno zadać sobie pytanie ile w tym przeszarżowania? Płoche dziewczę o nieco nierozumnym wytrzeszczonym spojrzeniu, dziwnej gestykulacji i dość pokracznej postawie bardziej przeraża i odpycha. To ma być ta cudowna Piaf? To tylko sprawia, że tę postać chce się poznać jeszcze lepiej. Prawdopodobnie nigdy nie będę wielbicielką jej twórczości, ale legenda jej życia daje filmowcom wielkie możliwości. Olivier Dahan opowiedział jej historię tak jak chciał, inni też mogą się wykazać. Jednak czy znajdą kogoś na miarę Cotillard?

Od strony muzycznej film z nie zawodzi. Między nagraniami samej Edith Piaf nie zabrakło utworów wykonywanych przez innych, chociażby przez Marion Cotillard. Niestety, ale samej jej twórczości poświęcono zbyt mało uwagi. Tym bardziej, że z filmu wynika, iż śpiewanie jest główną siłą napędową, istotą życia, wręcz tlenem. „La Mome” pokazuje jakim była człowiekiem i artystką, ale nie pozwoliła jej w pełni przemówić poprzez piosenki.

Marion Cotillard

Za to od strony wizualnej film jest po prostu piękny. Kadry poprzez natężenie oraz dobór barw umiejętnie operowały emocjami. Wszystko wydawało się być odpowiednie w danym momencie, choć czasem trąciło teatralnością. Scenografia, kostiumy, a przede wszystkim charakteryzacja stoją na bardzo wysokim poziomie. Jednak nie sposób uwolnić się od wrażenia, że widzimy coś bardziej wydestylowanego niż bliskiego rzeczywistości. Wiadomo, że w życiu artystki jest dużo niewiadomych, ale poświata ponadprzeciętności wokół Piaf chwilami biła zbyt mocnym blaskiem. To, jak i kilka potknięć już na poziomie scenariusza nie pozwala mi uznać „La Mome” za inny niż przyzwoity. Nie byłam targetem dla niego, nie znam tej artystki, nie wyłapię oczywistości podanych w formie symbolicznej. Mogłam tylko oglądać Edith, słuchać piosenek nie wiedząc czym one dla niej były. Może poza „Non, je ne regrette rien”, ale to było zbyt natarczywie podane. Cóż, film z pewnością zainspirował mnie do poszukania biografii Edith Piaf i natchnął do częstszego sięgania po filmy francuskie.

Marion Cotillard

Film można obejrzeć na http://iplex.pl
2011 · Avengers · film amerykański · film: 3.5/6 · Kenneth Branagh · TomAddicted

Thor (2011), reż. Kenneth Branagh

Tytuł: „Thor”
Reżyseria: Kenneth Branagh
Scenariusz: Ashley Miller, Zack Stentz, Don Payne
Zdjęcia: Harris Zambarloukos
Muzyka: Patrick Doyle
Rok produkcji: 2011
Ocena: 3.5/6

Mam ogromną słabość do adaptacji komiksów, a tak naprawdę się w nie nich nie zaczytuję. Moja wiedza na temat postaci, kanonów i klasyków twórczości komiksowej jest płytka jak Paris Hilton. W ostatnich latach można zaobserwować coraz więcej premier filmowych opartych na tej, w gruncie rzeczy pogardzanej, twórczości obrazkowej. Chyba sukcesy „X-Menów”, „Sin City” oraz „Iron Mana” otworzyły klapki producentom, bo upatrzyli sobie kurę niosącą złote jaja w komiksach Marvela. Kiedy zaczęłam oglądać „Thora”, zdałam sobie sprawę, że nawet moja wiedza na temat mitologii skandynawskiej jest naprawdę mizerna. To z kolei postawiło mnie w pozycji widza gotowego na wszystko.

Sam fakt, że Kenneth Branagh, reżyser od Szekspira, podjął się reżyserowania takiego filmu, był nie lada wydarzeniem i zaskoczeniem. Tym samym oczekiwania tak wywindowały w górę, że spodziewano się co najmniej drugiego „Iron Mana” (druga część niestety słabsza). Moje oczekiwania nie sięgały gwiazd, ponieważ nie byłam zadowolona ze zwiastunów. Tak, nie wiedziałam o czym był komiks – liczyłam, że akcja będzie rozgrywała się tylko w mitycznym świecie, bez udziału współczesności. Ciekawość zwyciężyła, kiedy w recenzjach i komentarzach powtarzały się zachwyty pod adresem Lokiego. Tak samo było w przypadku „Bękartów wojny” Quentina Tarantino, gdzie komplementom pod adresem Christopha Waltza nie było końca. Po skończony seansie stwierdziłam, że twórcy popełnili błąd. Film powinien nosić tytuł „Loki”, ponieważ kreacja Toma Hiddlestona była obłędna.

„Thor” nie jest szczególnie udanym filmem, luki w historii są zbyt zauważalne, by je zignorować. Miałam wrażenie, że w montażowni odrzucono trochę za dużo materiału. W efekcie historia miejscami traci płynność, by zacząć przypominać pokaz slajdów. Po felernym „Your Highness” powinnam była sobie wtłoczyć do głowy, że Natalie Portman nie ma zbyt dobrej ręki do scenariuszy, ale nad tym projektem czuwał głównie Kenneth Branagh. Mimo wszystko film oglądało się całkiem dobrze – miałam świetnych aktorów, kilka fajnych scen i efekty specjalne, które przeniosły mnie do Asgardu. Od seansu minęło wiele tygodni, a ja wciąż lubię „Thora” pomimo oczywistych potknięć.

Nie kręcę nosem na fakt, że „Thor” jest elementem składowym zaplanowanej z rozmachem machiny zwanej „The Avengers”. Obowiązkowo na końcu filmu pojawia się Nick Fury (Samuel L. Jackson), ale dodatkowo poznajemy twarz Hawkeye’a (Jeremy Renner). Wciśnięcie różnych bohaterów komiksowych do jednego filmu to potencjał, którego nie można zmarnować, ale oglądając zwiastun czekałam tylko na jedne sceny – z Lokim. Wciąż mi trudno uwierzyć, że Tom Hiddleston starał się o rolę Thora, kiedy w mniej sympatycznym wcieleniu jest idealny. Brytyjski aktor tak uchwycił postać Lokiego, że nadał jej głębi i charyzmy – a ja, jako widz, niemal odczuwałam jego ból, gniew i ambicje. Hiddleston jest moim odkryciem, które zawdzięczam Branaghowi (zaproponował mu udział w castingu). Gdybym pisała o filmie zupełnie na świeżo, nie szczędziłabym słów krytyki pod adresem odtwórcy tytułowej roli. Chris Hemsworth z początku bardziej przypomina wesołego budowlańca niż zapalczywego, pełnego temperamentu nordyckiego boga. Z czasem idzie ku lepszemu, ale dopiero po dłuższym czasie dostrzegam, że w australijskim aktorze drzemie potencjał.

Chcę tego po prawej.

Może się narażę, ale moim zdaniem Natalie Portman i Kat Dennings powinny zamienić się rolami. Prędzej bym uwierzyła, że ognisko jest niczym afrodyzjak, gdyby Jane Foster zagrała ta mniej znana aktorka o magnetycznej urodzie. Uwielbiam Kat odkąd zobaczyłam ją w „Charliem Bartlett’cie” i nieustannie trzymam za nią kciuki. Natalie Portman była niestety nijaka, ale przy obsadzie naszpikowanej mało znanymi nazwiskami – musiała się znaleźć aktorka o silnej pozycji. Bo oprócz niej są Anthony Hopkins (Odyn), Stellan Skarsgard (Erik Selvig), Idris Elba (Heimdall) oraz dawno nie widziana Rene Russo (Frigga).

Zacieram ręce na drugą część „Thora” (mając nadzieję, że chwilowo Natalie nie będzie się spodziewać Beta czy Grimela), a przede wszystkim na „The Avengers”, którzy w maju zawitają nad Wisłą w dwóch wersjach: z dubbingiem i napisami. „Thor” mógł być świetny filmem i miał ku temu warunki – reżyser, aktorzy i pieniądze. Pod względem wizualnym nie mam zastrzeżeń – to historia, a raczej jej zmontowanie prosi się czasem o potraktowanie Mjollnirem. Jednak dzięki Tomowi Hiddlestonowi, twórcy mogą na mnie liczyć i pewnie dziękują po cichu za tak trafioną obsadę.

Tom Hiddleston
2011 · adaptacja · film amerykański · film: 3.5/6 · Nicolas Winding Refn

Drive (2011), reż. Nicolas Winding Refn

Tytuł oryginalny: „Drive”
Na podstawie: „Drive”, James Sallis
Reżyseria: Nicolas Winding Refn
Scenariusz: Hossein Amini
Zdjęcia: Newton Thomas Sigel
Muzyka: Cliff Martinez
Rok produkcji: 2011
Ocena: 3.5/6
Druga połowa roku 2011 bez wątpienia należała do młodego, kanadyjskiego aktora. Ryan Gosling, po serii niskobudżetowych, ale dobrych produkcji, postanowił podreperować budżet znaczącymi rolami. Trzy istotne filmy, każdy z nich jest inny, a grane przez niego postacie – niepodobne. Niesamowicie entuzjastyczne przyjęcie filmu Refna, zapowiadało coś naprawdę soczystego. Chwilami odniosłam wrażenie, że „Drive” już zdążył obrosnąć w pióra kultowości. Nie wiem czy to wygórowane oczekiwania czy zbytni entuzjazm z mojej strony, ale nie chwyciło.

Driver (Ryan Gosling) jest utalentowanym kierowcą. Za dnia efektownie rozbija auta na planach filmowych i pracuje w warsztacie samochodowym Shannona (Bryan Cranston).  Nocami odbiera złodziei z miejsca przestępstwa – za odpowiednią opłatą i na jego warunkach. Dlaczego nie miałby się spełniać jako kierowca wyścigowy? Do tego potrzeba kasy, a Shannon namawia Bertiego (Albert Brooks) na małą pożyczkę. I tu się zaczyna historia w stylu: „wszystko byłoby dobrze, gdyby nie kobieta”. Ową oną jest Irene (Carey Mulligan), nowa sąsiadka Drivera, wychowująca samotnie synka (Kaden Leos). Nie jest do końca wolna od zobowiązań, jej mąż Standard (Oscar Isaac) odsiaduje wyrok, ale to nie przeszkadza jej nawiązać dość osobliwe relacje z przystojnym sąsiadem. Widocznie ich do siebie ciągnie, ale objawia się dziwna osobowość Drivera, która czasem ocierała się o parodię.
Niestety, ale postać Drivera była dla mnie zbyt wydumana, nawet jak na heroiczne standardy. Film Refna przywołuje na myśl stylistykę kina lat osiemdziesiątych, co konsekwentnie podkreśla tok narracji oraz dbałość o gadżety oraz symbole. Driver ma fajną kurtkę z żółtym skorpionem, która wraz z upływem czasu, niczym papierek lakmusowy, wskazuje poziom splamienia niewinności bohatera. Bo Driver to w gruncie rzeczy dobry, niemal rycerski facet o mrukliwej i sztywnej osobowości. Ciężko stwierdzić co mu w głowie siedzi, skoro bardziej przypomina robota, aniżeli pełnokrwistego człowieka. Z pewnością trzyma emocje na wodzy, nie pozwala sobie na chwile słabości, a romantyzm w jego wydaniu za bardzo trąci idealizmem. Domyślam się, że Driver uosabia etos tajemniczego outsidera, który doprowadzony do ostateczności – zmiecie wrogów z powierzchni ziemi. Całokształt w wydaniu Goslinga przeważnie mnie irytował. Możliwe, że gdybym nie widziała świetnej kreacji w „Lars and the real girl” – byłabym pod wrażeniem. Niestety, gdzieś z tyłu głowy pojawiał się komunikat „po co odgrzebywał notatki z tamtego filmu?”. To w dużej mierze zabijało mi przyjemność z oglądania naprawdę sprawnie nakręconego filmu. Wątek ze Standardem (Oscar Isaac) miał w sobie więcej życia i energii, a do samego aktora z filmu na film coraz bardziej się przekonuję. 
To, co wyróżnia „Drive” to zdjęcia oraz muzyka. Znajdzie się również kilka niezapomnianych sekwencji, w tym ta w windzie – niestety zepsuta przez utratę kontroli Drivera nad upustem emocji. Bardzo mi się podobała gra świateł, spowalnianie ujęć i miejscami rasowym, gęstym klimatem. Niestety, ale nie uchroniło to filmu przed istotnym pytaniem: „Co w tym takiego wyjątkowego?”. Historia jakich wiele, bohater jakich nie brakowało i brakować nie będzie. Całość może miała szczęście do operatora, kompozytora oraz scenarzysty – to jednak „Drive” sam w sobie jest tylko dobry. Może miałam za wysokie oczekiwania? Nie, nie mogę szukać usprawiedliwienia, że nie jestem w stanie dołączyć się do chóru entuzjastów. 
„Drive” to kino, które jedzie głównie na barkach jednego aktora. Ryan Gosling jest jednym z najciekawszych aktorów młodego pokolenia, już we wcześniejszych produkcjach pokazywał się z różnorodnej strony. Nie ucieka przed lekkim kinem romantycznym, tak jak zmierza się z kreacjami postaci niejednoznacznych i niewygodnych. Niestety, Driver za bardzo pachniał mi elementami postaci Larsa z „Lars and the real girl” i tym samym zakłócał mi odbiór filmu. Praktycznie mnie nie przekonał, czasami był wręcz sztuczny i aspołeczny aż do bólu. Gwoździem do trumny dla Goslinga było pojawienie się na ekranie Oscara Isaaca – w tę postać mogłam uwierzyć, bo jej prawdopodobność jest nazbyt oczywista. Sam film Refna ma w sobie klimat przystający do baśni, mitów miejskich z dawką oniryzmu. Jednak Driver tak wkurza, że wyższej oceny dać nie mogę.
Oceny na portalach filmowych:
Filmweb.pl – 7.2 (26 943 głosy)
Stopklatka.pl – 7.64 (200 głosów)
Imdb.com – 8.1 (98 146 głosów)
Rottentomatoes.com – krytycy – 93% (218 głósów); widzowie – 79% (56,314 głosów)
Ryan Gosling
2010 · Abhinav Kashyap · film indyjski · film: 3.5/6

Dabangg (2010), reż. Abhinav Kashyap

Tytuł: „Dabangg”
Reżyseria: Abhinav Kashyap
Scenariusz: Abhinav Kashyap, Dilip Shukla
Zdjęcia: Mahesh Limaye
Muzyka: Sajid-Wajid, Sandeep Shirodkar
Rok produkcji: 2010
Ocena: 3.5/6
Zanim rozpocznę radosną twórczość w związku z wrażeniami po filmie „Dabangg”, indyjskim hiciorze z 2010 roku – muszę przyjąć pewną tezę. Nikły procent osób, które tutaj trafiają posiada wolne od stereotypów pojęcie o indyjskiej kinematografii. Patrząc na Bollywood i sąsiednie ośrodki filmowe, przyjmujemy pozycję europocentryczną, bo w takim okręgu kulturowym zostaliśmy wychowani. Stąd specyficzne produkcje z Indii określamy jako arcy długie, roztańczone, łzawe melodramaty o szkodliwym natężeniu patosu i kiczu. Boom na bollywood w Polsce już minął, na co złożyło się kilka czynników. Z pewnością przyczynił się do tego repertuar, który w znacznej mierze utrwalał obiegową, niezbyt pochlebną opinię. To tak jakby wizerunek polskiego kina budować wokół komedii romantycznych wątpliwej jakości.

W czasie, kiedy my mamy wyższe mniemanie o sobie względem kina z Indii, ośrodek filmowy z Mumbaju (dawniej Bombaj) podobnie odnosi się do kinematografii południowych. Mowa w szczególności o dwóch bardzo prężnych ośrodkach w Andhra Pradesh (tollywood) i Tamil Nadu (kollywood), chyba najbardziej kojarzonych. Jasny obraz kina indyjskiego przedstawiła Marysia w swoim blogu, naprawdę warto się z nim zapoznać. Ostatnio to jednak historie z pogardzanego południa są remakowane i to w coraz większych ilościach – co szczególnie widać we wpisie u Marioli. „Dabangg” nie jest remakiem, ale próbą satyry, ujęcia znaków szczególnych w krzywym zwierciadle. Problem w tym, że nurt kina hirołsowego na południu jest tak absurdalne i charakterystyczne, że samo w sobie jest parodią. Oczywiście indyjskie południe to nie tylko komiczne i przekombinowane talenty waleczne hirołów, bollywood to nie tylko roztańczone i kiczowate historyjki (za jakiś czas dam temu dowód nie do podważenia), a polskie kino to nie tylko produkcje w stylu „Weekend” czy „Jeszcze raz”. Jednak wojna ze stereotypami to jak walka z wiatrakami.
Chulbul Pandey (Salman Khan) żył w cieniu swego młodszego brata Makhanchana (Arbaaz Khan, brat Salmana). Chłopcy mieli jedną matkę Nainę (Dimple Kapadia), ale innych ojców. Prajapati Pandey (Vinod Khanna), drugi mąż Nainy i ojciec Makhanchana ledwie tolerował pasierba. Po latach nasz bohater wstąpił do policji i nie myślcie, że uczynił to by szerzyć sprawiedliwość i walczyć z uciskiem. Pandey jest uroczo skorumpowany, który łapie przestępców i wypuszcza za kasę. W czasie jednego z pościgów spotyka śliczną Rajjo (niesamowicie magnetyczna Sonakshi Sinha), czas zatrzymał się w miejscu, muzyka zaczęła grać. No co, trzeba się żenić. W tym czasie Makhanchan, totalny jełop i niezguła, zakochał się w biednej dziewczynie, a ojciec nie chce o tym słyszeć. Żeby nie było za różowo, to ostatnie zwinięcie kasy przez Chulbula poważnie wkurzyło Cheddiego Singha (Sonu Sood).
Jeżeli chcecie liznąć choć trochę ową konwencję w małej pigułce, to „Dabangg” powinno być dobrym filmem instruktażowym. Mam na swoim koncie kilkadziesiąt filmów z południa, ale popełniłam owy błąd, że za dużo wśród nich było hirołsowego mordobicia. A sceny walki są kompletnie odjechane, wypaczają do granic prawa fizyki i czynią to z nieprawdopodobną bezwstydnością. Pomijam fakt, że kopiowanie, inspirowanie i zapożyczanie jest na porządku dziennym i ktoś wypatrzył skopiowanie sceny walki z  „Sherlocka Holmesa”. To ma swój urok, ale powinien być dawkowany w rozsądnych odstępach czasu. 
Na oddzielną uwagę zasługuje Salman Khan, aktor który nie potrafi grać, ale ma talent do umilania mi seansów. W Indiach mamy trzech wielkich Khanów: Salmana, Aamira (zwany też perfekcjonistą, ale moim zdaniem to aktor co najwyżej dobry) oraz Shahrukha (no cóż, król bollywoodu – doszedł do tego bez koneksji rodzinnych). Wszystkich panów łączy rok urodzenia oraz ciągłe pogłoski o poróżnieniach między nimi. Dzisiejszy bohater z początku mnie denerwował, ale z czasem znalazłam przyjemność w obserwowaniu jego bytności na ekranie. Póki Khan gra na poważnie i w przeczuciu, że Oscar to dla niego za mało – po prostu się rozpływam. Zabrakło mi tego w „Dabangg”, ponieważ Salmanowi, zwanemu też Sallu, zechciało się nabrać dystansu do własnej osoby – czar prysł, a film zamiast bawić na poziomie guilty pleasure – miejscami naprawdę męczył.
W zasadzie nie powinnam być zdziwiona, bo dużo filmów odnoszących sukcesy w Indiach – mnie niespecjalnie grzeją. Ciekawostką pozostaje jednak osoba reżysera, gdyż nazwisko mówi mi bardzo wiele, ale imię już nic. Abhivav Kashyap jest bratem Anuraga, jednego z najciekawszych i najbardziej wyrazistych reżyserów indyjskich. Na filmy Anuraga czeka się tak jak na produkcje Allena, Almodovara czy Eastwooda. Abhinav na szczęście szuka innej drogi czego dowodem jest omawiany „Dabangg”. Nawet teraz nie przychodzi mi do głowy by porównywać dorobek braci, który choć dotyczy jednej perspektywy to jednak patrzy w inne strony.
Film z pewnością nie nadaje się do sprowadzenia na polski rynek, to jest kino dla tych co lubią takie klimaty –  a nie każdy z miejsca wczuje się w estetykę, miejscami naprawdę siermiężną. Nawet ja cudem zdzierżyłam piosenkę „Munni”, gdzie Malaika Arora prezentowała swoje walory, także taneczne. Nie bawiłam się tak dobrze jak oczekiwałam, ale w ogólnym rozrachunku Kashyap nakręcił sprawny film w stylu południowym. Aby sparodiować i jednocześnie uniknąć chamskiego wyśmiewania – trzeba niebywałego talentu. Już wspominałam, że produkcje nurtu hirołsowskiego są bardzo absurdalne, ale marzy mi się trzeźwe spojrzenie na to kino, które zaowocuje naprawdę solidną komedią wytykającą te właśnie urocze bzdury.
„Zaklęta w sokoła”… tfu… Salluś ^^
2011 · film amerykański · film: 3.5/6 · Martin Campbell

Green Lantern (2011), reż. Martin Campbell

Tytuł oryginalny: „Green Lantern”
Reżyseria: Martin Campbell
Scenariusz: Michael Goldenberg, Greg Berlanti, Michael Green, Marc Guggenheim
Zdjęcia: Dion Beebe
Muzyka: James Newton Howard
Rok produkcji: 2011
Ocena: 3.5/6


Jeszcze kilka lat temu przeciętny kinoman kojarzył z filmów Batmana, Spidermana i Supermana. Tych komiksowych hirołów nie ma co przedstawiać, a najlepiej na filmach wychodzi ten pierwszy, choć nie bez potknięć. Nie wiem czy to zasługa „X-Men” czy niesamowitej oprawy „Sin City” Rodrigueza – producenci zaczęli szperać po strychach w poszukiwaniu komiksów z dzieciństwa. Już wiemy o Zielonym Szerszeniu, Hulku, Kick Assie, Watchmenach, Hellboy’u, Kapitanie Ameryce i innych Avengersach. To z pewnością kropla w morzu postaci, ale nie można zaprzeczyć, że komiksy oraz powieści graficzne coraz częściej są przerabiane na język filmowy. Osobiście wychowałam się na innej puli komiksów tj. „Kajko i Kokosz”, „Tytus, Romek i Atomek”, „Asterix”, „Thorgal”, a w podstawówce przeżywałam mocno „Sznikiela”. Musiałabym spędzić zbyt wiele czasu by poznać wszystkie komiksy, filmy oferują mi chociaż powierzchowną orientację w temacie. Doszły do mnie negatywne opinie na temat „Green Lantern” i w wielu aspektach są one słuszne. Ale do diabła, ja się na nim kapitalnie bawiłam.


Tym razem jakoś nie czuję potrzeby prezentacji zarysu fabuły, opisy dystrybutora powinny wystarczyć. Może jednak powinnam zacząć podejrzewać go o lenistwo, skoro pozostawił tytuł w oryginale. Z drugiej strony „Zielona Latarnia” brzmi dość niebezpiecznie pod względem marketingowym, ale należy zauważyć, że inni superbohaterowie tkwią w naszej świadomości w oryginalnym brzmieniu. Przed seansem nie dowiadywałam się o świecie komiksu, o którym dowiedziałam się z castingu do roli tytułowej. Serial „The Big Bang Theory” zasygnalizował mi istnienie latarni, która ładuje pierścień – ale tam tyle się tego przewija, że pozostaje mi tylko kochanie bohaterów. W ogólnym zarysie Zielona Latarnia jest międzygalaktycznym strażnikiem, którzy przysiągł strzec porządku. Coś jakby kosmiczny strażnik z Teksasu i nawet jest ufoludkowo zielony. Oczywiście mamy motyw w stylu „wielka siła to wielka odpowiedzialność” i jaki jest najlepszy pomysł na film? Dać taki pierścień nieodpowiedzialnemu, ale uroczemu lekkoduchowi. W tym przypadku jest nim Hal Jordan (Ryan Reynolds) – krnąbrny, lecz skuteczny pilot. Poszedł w ślady ojca nawet po tym, jak zginął na jego oczach w eksplozji samolotu. Musi być jakaś ona, a jest nią przyjaciółka z dzieciństwa oraz pilot Carol Ferris (Blake Lively). Wróg też czai się blisko, a gorycz i poczucie odrzucenia są dla zła niczym cukier dla drożdży. Dlatego postać Hectora Hammonda (Peter Sarsgaard), niczym flagowa ikona nerdów, zdaje się sugerować jeden cel.

Podczas seansu zastanawiałam się nad kilkoma sprawami. Dla kogo jest tak naprawdę ten film i czy Zieloną Latarnią można się tak rajcować jak Batmanem czy Spidermanem? Nie minął kwadrans jak zobaczyłam film dla dzieci, gdzie rządzą schematy i patos. Historia wykiełkowała w 1940 roku i garść archaizmów widać w filmie. Może jako młode dziecię byłabym zachwycona i wołała co chwila „łał, ja też chcę taki pierścień”, ale do pionu stawia mnie wspomnienie seansu „Batman i Robin” – byłam  zażenowana dziecinnością produkcji, a miałam jakieś 14 lat. „Green Lantern” pod względem konstrukcji szkieletu fabuły nie zachwyca. To już przecież było, dawno temu, a główny bohater nie bił po oczach zielenią. A jednak jest coś, co czyni film oglądalnym – humor, aktorzy oraz wykpiwanie etosu superbohatera. Jak nie zaśmiać się, kiedy Carol nie daje się zmylić masce (scena kapitalna), a kumpel każe zaprezentować moc? Pomimo wielu niedociągnięć, film potrafi olśnić niepozornymi elementami. Ryan Reynolds jest stworzony do grania takich uroczych lekkoduchów o dobrym sercu. Zaskoczeniem była dla mnie Blake Lively, gwiazda nieoglądanego przeze mnie serialu „Plotkara”. Widziałam ją w „Mieście złodziei”, ale dopiero jako brunetka nabrała wyrazu i charakteru. Nie wiem dlaczego, ale jak widzę ją w jasnych włosach, to mam wrażenie, że się zaraz przewróci.

Jak Tim Robbins bierze rolę niesympatyczną w produkcji kasowej, to trzeba nastawić się na rozpacz. On ma na twarzy wypisaną dobroć niczym kocie oczy ze „Shreka”, do tego brakuje mu tej iskry, która pozwalałaby mu na takie eksperymenty. Jako villain musiałby być świrnięty, szajbnięty z jakąś traumą, dzięki której wzbudzałby współczucie widzów. Ręce opadły mi jednak w przypadku Sarsgaarda. Do niego nic nie mam, to dobry, wywołujący niejasne uczucia u widza. Problem tkwi w zestawieniu go z Reynoldsem i Lively, kiedy cała trójka jest w zbliżonym wieku. Ja rozumiem, że bycie szalonym poszukiwaczem obcych form życia o nieciekawej osobowości, nie służy cerze ani sylwetce. Jednak różnica jest zbyt ostra, by pozostawić ją bez facepalmu. Trochę szkoda, ale przecież są jeszcze efekty specjalne.

Reasumując film Campbella z pewnością sprawdziłby się w czasach „Supermana” z Christopherem Reeve, ponieważ reprezentuje typ bohatera z którego się wyrasta. Nie każdy komiks nadaje się na film, ale nie żałuję seansu z Zieloną Latarnią. Pomimo świadomości całej gamy mniejszych i większych przewinień, bawiłam się naprawdę dobrze. Nawet nie rozpoznałam Marka Stronga, a jego postać sprawiała wrażenie znajomej. Całość choć niedoskonała, wprawiła mnie w fantastyczny nastrój na resztę wieczoru. 

Oceny na portalach filmowych:
Filmweb – 6.1/10 (7 722 głosy)
Stopklatka – 5.97/10 (72 głosy)
IMDB – 6.1 (46 851 głosów)
Rotten Tomatoes – krytycy – 27% (215 głosów); widzowie – 49% (109 853 głosy)

Ryan Reynolds
2011 · film amerykański · film: 3.5/6 · Jonathan Liebesman

Battle: Los Angeles/Inwazja: Bitwa o Los Angeles (2011), reż. Jonathan Liebesman

Tytuł polski: „Inwazja: Bitwa o Los Angeles”
Tytuł oryginalny: „Battle: Los Angeles”
Reżyseria: Jonathan Liebesman
Scenariusz: Christopher Bertolini
Muzyka: Brian Tyler
Rok produkcji: 2011
Ocena: 3,5/6

To był 13 sierpnia 2009 roku, cała Ameryka zadrżała w posadach uznając to wydarzenie za cios poniżej pasa, poniżej czegokolwiek nazwanego i zmierzonego. Oto kosmici wypięli się na ich cudowny kraj lądując blisko miasta, o którym 70,56% obywateli USA nie miało pojęcia. Johannesburg w RPA zostało odwiedzone przez pozaziemskie istoty – potwarz w stanie czystym. Nie wiem czy od tego czasu  Neill Blomkamp, reżyser „Dystryktu 9” (jeden z najlepszych filmów ostatnich lat, jaki widziałam) może swobodnie poruszać się po Stanach Zjednoczonych. Jednak 8 marca 2011 dawny porządek został przywrócony – kosmici zaatakowali cały świat, ale Amerykanie nie są w ciemię bici i znów, niczym globalni strażnicy Teksasu, ruszają Ziemi na ratunek. Żeby nie było sztampowo, będziemy bić się w Los Angeles – Nowy Jork i Waszyngton mają dość ufoludków, co tylko robią zamieszanie, rozpruwają Biały Dom i za żadne skarby nie chcą się zaprzyjaźnić.

Niemal wiedziałam co mnie czeka, kiedy wreszcie zdecydowałam się zobaczyć „Bitwę o Los Angeles”. Powszechne opinie nie były nazbyt zachęcające, a komiks Piotra Sienickiego zdegradował moje oczekiwania do minimum. Kosmici rozpoczęli zmasowany atak, od początku pracują nad zwiększeniem przewagi liczebnej i technicznej. Nad częścią miasta ma być zrzucony potężny ładunek- wróg jest zbyt silny, ofiary konieczne. Los Angeles stał się ostatnim bastionem na zachodnim wybrzeżu. Kontakt z innymi miastami: San Diego i San Francisco został przerwany. Sierżant sztabowy Michael Nantz (Aaron Eckhart) wraz ze świeżo zgrupowanym oddziałem rusza w teren, by zabrać ocalałych nim dojdzie do eksplozji.
Pierwsze pół godziny z okładem to istna nuda. Może pokazanie pierwszych ataków obcych jest ciekawe, ale kiedy oddział rusza w teren – nie wiedziałam co z sobą zrobić. Surowe kadry stylizowane nieco na „The Hurt Locker. W pułapce wojny” za bardzo siliły się na realistyczność, kiedy wróg jest wyssany z palca. Niby powinnam drżeć z niepokoju, ale oddział jest klasyczną zbieraniną schematycznych typów. Nie mogło zabraknąć młodego jeszcze nierozdziewiczonego, doświadczonego z ciemnymi plamami przeszłości, ambitnego dowódcy lecz o słabym charakterze, narwanego luzaka, w miarę normalnego, czy też mającego do któregoś pretensje.
W pewnym momencie zdarzył się cud, zaczęłam się wciągać. Na dodatek dałam się schwytać w krzyżowy ogień zdartych do końca emocjonalnych chwytów, bo jakimś cudem się wzruszyłam. Co nie zmienia faktu, że zaliczyłam kilka facepalmów, przewracałam oczami, kiedy dawka amerykańskiego patriotyzmu i odwagi osiągnęła stan krytyczny. Widzę głównie wady, schematyczność i podsycanie ego przeciętnego Amerykanina, ale nie potrafię nie lubić tego efektownego połączenia kina wojennego z s-f.
Tak oto film, który teoretycznie nie miał prawa zyskać u mnie choć cienia sympatii, udowodnił, dokonał niemal niemożliwego. Nie byłam kosmicznie uprzedzona, ale do dzisiaj zadaję sobie pytanie, dlaczego „Inwazja: Bitwa o Los Angeles” mimo oczywistych chwytów i zabiegów, zdołał wywołać we mnie pozytywne odczucia. Nigdy nie pozowałam na znawczynię filmową, osobę o wyszukanym guście. Lubię czasem poważne kino, czasem rozrywkowe, czasem bezdennie głupie i złe. Dlatego nie udaję, że taki średni film jak ten, zupełnie mi się nie spodobał. Jednak decyzja o seansie pozostaje Waszą własną.

Aaron Eckhart