Kategoria: film: 3.5/6

Dabangg (2010), reż. Abhinav Kashyap

Tytuł: „Dabangg”
Reżyseria: Abhinav Kashyap
Scenariusz: Abhinav Kashyap, Dilip Shukla
Zdjęcia: Mahesh Limaye
Muzyka: Sajid-Wajid, Sandeep Shirodkar
Rok produkcji: 2010
Ocena: 3.5/6
Zanim rozpocznę radosną twórczość w związku z wrażeniami po filmie „Dabangg”, indyjskim hiciorze z 2010 roku – muszę przyjąć pewną tezę. Nikły procent osób, które tutaj trafiają posiada wolne od stereotypów pojęcie o indyjskiej kinematografii. Patrząc na Bollywood i sąsiednie ośrodki filmowe, przyjmujemy pozycję europocentryczną, bo w takim okręgu kulturowym zostaliśmy wychowani. Stąd specyficzne produkcje z Indii określamy jako arcy długie, roztańczone, łzawe melodramaty o szkodliwym natężeniu patosu i kiczu. Boom na bollywood w Polsce już minął, na co złożyło się kilka czynników. Z pewnością przyczynił się do tego repertuar, który w znacznej mierze utrwalał obiegową, niezbyt pochlebną opinię. To tak jakby wizerunek polskiego kina budować wokół komedii romantycznych wątpliwej jakości.

W czasie, kiedy my mamy wyższe mniemanie o sobie względem kina z Indii, ośrodek filmowy z Mumbaju (dawniej Bombaj) podobnie odnosi się do kinematografii południowych. Mowa w szczególności o dwóch bardzo prężnych ośrodkach w Andhra Pradesh (tollywood) i Tamil Nadu (kollywood), chyba najbardziej kojarzonych. Jasny obraz kina indyjskiego przedstawiła Marysia w swoim blogu, naprawdę warto się z nim zapoznać. Ostatnio to jednak historie z pogardzanego południa są remakowane i to w coraz większych ilościach – co szczególnie widać we wpisie u Marioli. „Dabangg” nie jest remakiem, ale próbą satyry, ujęcia znaków szczególnych w krzywym zwierciadle. Problem w tym, że nurt kina hirołsowego na południu jest tak absurdalne i charakterystyczne, że samo w sobie jest parodią. Oczywiście indyjskie południe to nie tylko komiczne i przekombinowane talenty waleczne hirołów, bollywood to nie tylko roztańczone i kiczowate historyjki (za jakiś czas dam temu dowód nie do podważenia), a polskie kino to nie tylko produkcje w stylu „Weekend” czy „Jeszcze raz”. Jednak wojna ze stereotypami to jak walka z wiatrakami.
Chulbul Pandey (Salman Khan) żył w cieniu swego młodszego brata Makhanchana (Arbaaz Khan, brat Salmana). Chłopcy mieli jedną matkę Nainę (Dimple Kapadia), ale innych ojców. Prajapati Pandey (Vinod Khanna), drugi mąż Nainy i ojciec Makhanchana ledwie tolerował pasierba. Po latach nasz bohater wstąpił do policji i nie myślcie, że uczynił to by szerzyć sprawiedliwość i walczyć z uciskiem. Pandey jest uroczo skorumpowany, który łapie przestępców i wypuszcza za kasę. W czasie jednego z pościgów spotyka śliczną Rajjo (niesamowicie magnetyczna Sonakshi Sinha), czas zatrzymał się w miejscu, muzyka zaczęła grać. No co, trzeba się żenić. W tym czasie Makhanchan, totalny jełop i niezguła, zakochał się w biednej dziewczynie, a ojciec nie chce o tym słyszeć. Żeby nie było za różowo, to ostatnie zwinięcie kasy przez Chulbula poważnie wkurzyło Cheddiego Singha (Sonu Sood).
Jeżeli chcecie liznąć choć trochę ową konwencję w małej pigułce, to „Dabangg” powinno być dobrym filmem instruktażowym. Mam na swoim koncie kilkadziesiąt filmów z południa, ale popełniłam owy błąd, że za dużo wśród nich było hirołsowego mordobicia. A sceny walki są kompletnie odjechane, wypaczają do granic prawa fizyki i czynią to z nieprawdopodobną bezwstydnością. Pomijam fakt, że kopiowanie, inspirowanie i zapożyczanie jest na porządku dziennym i ktoś wypatrzył skopiowanie sceny walki z  „Sherlocka Holmesa”. To ma swój urok, ale powinien być dawkowany w rozsądnych odstępach czasu. 
Na oddzielną uwagę zasługuje Salman Khan, aktor który nie potrafi grać, ale ma talent do umilania mi seansów. W Indiach mamy trzech wielkich Khanów: Salmana, Aamira (zwany też perfekcjonistą, ale moim zdaniem to aktor co najwyżej dobry) oraz Shahrukha (no cóż, król bollywoodu – doszedł do tego bez koneksji rodzinnych). Wszystkich panów łączy rok urodzenia oraz ciągłe pogłoski o poróżnieniach między nimi. Dzisiejszy bohater z początku mnie denerwował, ale z czasem znalazłam przyjemność w obserwowaniu jego bytności na ekranie. Póki Khan gra na poważnie i w przeczuciu, że Oscar to dla niego za mało – po prostu się rozpływam. Zabrakło mi tego w „Dabangg”, ponieważ Salmanowi, zwanemu też Sallu, zechciało się nabrać dystansu do własnej osoby – czar prysł, a film zamiast bawić na poziomie guilty pleasure – miejscami naprawdę męczył.
W zasadzie nie powinnam być zdziwiona, bo dużo filmów odnoszących sukcesy w Indiach – mnie niespecjalnie grzeją. Ciekawostką pozostaje jednak osoba reżysera, gdyż nazwisko mówi mi bardzo wiele, ale imię już nic. Abhivav Kashyap jest bratem Anuraga, jednego z najciekawszych i najbardziej wyrazistych reżyserów indyjskich. Na filmy Anuraga czeka się tak jak na produkcje Allena, Almodovara czy Eastwooda. Abhinav na szczęście szuka innej drogi czego dowodem jest omawiany „Dabangg”. Nawet teraz nie przychodzi mi do głowy by porównywać dorobek braci, który choć dotyczy jednej perspektywy to jednak patrzy w inne strony.
Film z pewnością nie nadaje się do sprowadzenia na polski rynek, to jest kino dla tych co lubią takie klimaty –  a nie każdy z miejsca wczuje się w estetykę, miejscami naprawdę siermiężną. Nawet ja cudem zdzierżyłam piosenkę „Munni”, gdzie Malaika Arora prezentowała swoje walory, także taneczne. Nie bawiłam się tak dobrze jak oczekiwałam, ale w ogólnym rozrachunku Kashyap nakręcił sprawny film w stylu południowym. Aby sparodiować i jednocześnie uniknąć chamskiego wyśmiewania – trzeba niebywałego talentu. Już wspominałam, że produkcje nurtu hirołsowskiego są bardzo absurdalne, ale marzy mi się trzeźwe spojrzenie na to kino, które zaowocuje naprawdę solidną komedią wytykającą te właśnie urocze bzdury.
„Zaklęta w sokoła”… tfu… Salluś ^^
Reklamy

Green Lantern (2011), reż. Martin Campbell

Tytuł oryginalny: „Green Lantern”
Reżyseria: Martin Campbell
Scenariusz: Michael Goldenberg, Greg Berlanti, Michael Green, Marc Guggenheim
Zdjęcia: Dion Beebe
Muzyka: James Newton Howard
Rok produkcji: 2011
Ocena: 3.5/6


Jeszcze kilka lat temu przeciętny kinoman kojarzył z filmów Batmana, Spidermana i Supermana. Tych komiksowych hirołów nie ma co przedstawiać, a najlepiej na filmach wychodzi ten pierwszy, choć nie bez potknięć. Nie wiem czy to zasługa „X-Men” czy niesamowitej oprawy „Sin City” Rodrigueza – producenci zaczęli szperać po strychach w poszukiwaniu komiksów z dzieciństwa. Już wiemy o Zielonym Szerszeniu, Hulku, Kick Assie, Watchmenach, Hellboy’u, Kapitanie Ameryce i innych Avengersach. To z pewnością kropla w morzu postaci, ale nie można zaprzeczyć, że komiksy oraz powieści graficzne coraz częściej są przerabiane na język filmowy. Osobiście wychowałam się na innej puli komiksów tj. „Kajko i Kokosz”, „Tytus, Romek i Atomek”, „Asterix”, „Thorgal”, a w podstawówce przeżywałam mocno „Sznikiela”. Musiałabym spędzić zbyt wiele czasu by poznać wszystkie komiksy, filmy oferują mi chociaż powierzchowną orientację w temacie. Doszły do mnie negatywne opinie na temat „Green Lantern” i w wielu aspektach są one słuszne. Ale do diabła, ja się na nim kapitalnie bawiłam.


Tym razem jakoś nie czuję potrzeby prezentacji zarysu fabuły, opisy dystrybutora powinny wystarczyć. Może jednak powinnam zacząć podejrzewać go o lenistwo, skoro pozostawił tytuł w oryginale. Z drugiej strony „Zielona Latarnia” brzmi dość niebezpiecznie pod względem marketingowym, ale należy zauważyć, że inni superbohaterowie tkwią w naszej świadomości w oryginalnym brzmieniu. Przed seansem nie dowiadywałam się o świecie komiksu, o którym dowiedziałam się z castingu do roli tytułowej. Serial „The Big Bang Theory” zasygnalizował mi istnienie latarni, która ładuje pierścień – ale tam tyle się tego przewija, że pozostaje mi tylko kochanie bohaterów. W ogólnym zarysie Zielona Latarnia jest międzygalaktycznym strażnikiem, którzy przysiągł strzec porządku. Coś jakby kosmiczny strażnik z Teksasu i nawet jest ufoludkowo zielony. Oczywiście mamy motyw w stylu „wielka siła to wielka odpowiedzialność” i jaki jest najlepszy pomysł na film? Dać taki pierścień nieodpowiedzialnemu, ale uroczemu lekkoduchowi. W tym przypadku jest nim Hal Jordan (Ryan Reynolds) – krnąbrny, lecz skuteczny pilot. Poszedł w ślady ojca nawet po tym, jak zginął na jego oczach w eksplozji samolotu. Musi być jakaś ona, a jest nią przyjaciółka z dzieciństwa oraz pilot Carol Ferris (Blake Lively). Wróg też czai się blisko, a gorycz i poczucie odrzucenia są dla zła niczym cukier dla drożdży. Dlatego postać Hectora Hammonda (Peter Sarsgaard), niczym flagowa ikona nerdów, zdaje się sugerować jeden cel.

Podczas seansu zastanawiałam się nad kilkoma sprawami. Dla kogo jest tak naprawdę ten film i czy Zieloną Latarnią można się tak rajcować jak Batmanem czy Spidermanem? Nie minął kwadrans jak zobaczyłam film dla dzieci, gdzie rządzą schematy i patos. Historia wykiełkowała w 1940 roku i garść archaizmów widać w filmie. Może jako młode dziecię byłabym zachwycona i wołała co chwila „łał, ja też chcę taki pierścień”, ale do pionu stawia mnie wspomnienie seansu „Batman i Robin” – byłam  zażenowana dziecinnością produkcji, a miałam jakieś 14 lat. „Green Lantern” pod względem konstrukcji szkieletu fabuły nie zachwyca. To już przecież było, dawno temu, a główny bohater nie bił po oczach zielenią. A jednak jest coś, co czyni film oglądalnym – humor, aktorzy oraz wykpiwanie etosu superbohatera. Jak nie zaśmiać się, kiedy Carol nie daje się zmylić masce (scena kapitalna), a kumpel każe zaprezentować moc? Pomimo wielu niedociągnięć, film potrafi olśnić niepozornymi elementami. Ryan Reynolds jest stworzony do grania takich uroczych lekkoduchów o dobrym sercu. Zaskoczeniem była dla mnie Blake Lively, gwiazda nieoglądanego przeze mnie serialu „Plotkara”. Widziałam ją w „Mieście złodziei”, ale dopiero jako brunetka nabrała wyrazu i charakteru. Nie wiem dlaczego, ale jak widzę ją w jasnych włosach, to mam wrażenie, że się zaraz przewróci.

Jak Tim Robbins bierze rolę niesympatyczną w produkcji kasowej, to trzeba nastawić się na rozpacz. On ma na twarzy wypisaną dobroć niczym kocie oczy ze „Shreka”, do tego brakuje mu tej iskry, która pozwalałaby mu na takie eksperymenty. Jako villain musiałby być świrnięty, szajbnięty z jakąś traumą, dzięki której wzbudzałby współczucie widzów. Ręce opadły mi jednak w przypadku Sarsgaarda. Do niego nic nie mam, to dobry, wywołujący niejasne uczucia u widza. Problem tkwi w zestawieniu go z Reynoldsem i Lively, kiedy cała trójka jest w zbliżonym wieku. Ja rozumiem, że bycie szalonym poszukiwaczem obcych form życia o nieciekawej osobowości, nie służy cerze ani sylwetce. Jednak różnica jest zbyt ostra, by pozostawić ją bez facepalmu. Trochę szkoda, ale przecież są jeszcze efekty specjalne.

Reasumując film Campbella z pewnością sprawdziłby się w czasach „Supermana” z Christopherem Reeve, ponieważ reprezentuje typ bohatera z którego się wyrasta. Nie każdy komiks nadaje się na film, ale nie żałuję seansu z Zieloną Latarnią. Pomimo świadomości całej gamy mniejszych i większych przewinień, bawiłam się naprawdę dobrze. Nawet nie rozpoznałam Marka Stronga, a jego postać sprawiała wrażenie znajomej. Całość choć niedoskonała, wprawiła mnie w fantastyczny nastrój na resztę wieczoru. 

Oceny na portalach filmowych:
Filmweb – 6.1/10 (7 722 głosy)
Stopklatka – 5.97/10 (72 głosy)
IMDB – 6.1 (46 851 głosów)
Rotten Tomatoes – krytycy – 27% (215 głosów); widzowie – 49% (109 853 głosy)

Ryan Reynolds

Battle: Los Angeles/Inwazja: Bitwa o Los Angeles (2011), reż. Jonathan Liebesman

Tytuł polski: „Inwazja: Bitwa o Los Angeles”
Tytuł oryginalny: „Battle: Los Angeles”
Reżyseria: Jonathan Liebesman
Scenariusz: Christopher Bertolini
Muzyka: Brian Tyler
Rok produkcji: 2011
Ocena: 3,5/6

To był 13 sierpnia 2009 roku, cała Ameryka zadrżała w posadach uznając to wydarzenie za cios poniżej pasa, poniżej czegokolwiek nazwanego i zmierzonego. Oto kosmici wypięli się na ich cudowny kraj lądując blisko miasta, o którym 70,56% obywateli USA nie miało pojęcia. Johannesburg w RPA zostało odwiedzone przez pozaziemskie istoty – potwarz w stanie czystym. Nie wiem czy od tego czasu  Neill Blomkamp, reżyser „Dystryktu 9” (jeden z najlepszych filmów ostatnich lat, jaki widziałam) może swobodnie poruszać się po Stanach Zjednoczonych. Jednak 8 marca 2011 dawny porządek został przywrócony – kosmici zaatakowali cały świat, ale Amerykanie nie są w ciemię bici i znów, niczym globalni strażnicy Teksasu, ruszają Ziemi na ratunek. Żeby nie było sztampowo, będziemy bić się w Los Angeles – Nowy Jork i Waszyngton mają dość ufoludków, co tylko robią zamieszanie, rozpruwają Biały Dom i za żadne skarby nie chcą się zaprzyjaźnić.

Niemal wiedziałam co mnie czeka, kiedy wreszcie zdecydowałam się zobaczyć „Bitwę o Los Angeles”. Powszechne opinie nie były nazbyt zachęcające, a komiks Piotra Sienickiego zdegradował moje oczekiwania do minimum. Kosmici rozpoczęli zmasowany atak, od początku pracują nad zwiększeniem przewagi liczebnej i technicznej. Nad częścią miasta ma być zrzucony potężny ładunek- wróg jest zbyt silny, ofiary konieczne. Los Angeles stał się ostatnim bastionem na zachodnim wybrzeżu. Kontakt z innymi miastami: San Diego i San Francisco został przerwany. Sierżant sztabowy Michael Nantz (Aaron Eckhart) wraz ze świeżo zgrupowanym oddziałem rusza w teren, by zabrać ocalałych nim dojdzie do eksplozji.
Pierwsze pół godziny z okładem to istna nuda. Może pokazanie pierwszych ataków obcych jest ciekawe, ale kiedy oddział rusza w teren – nie wiedziałam co z sobą zrobić. Surowe kadry stylizowane nieco na „The Hurt Locker. W pułapce wojny” za bardzo siliły się na realistyczność, kiedy wróg jest wyssany z palca. Niby powinnam drżeć z niepokoju, ale oddział jest klasyczną zbieraniną schematycznych typów. Nie mogło zabraknąć młodego jeszcze nierozdziewiczonego, doświadczonego z ciemnymi plamami przeszłości, ambitnego dowódcy lecz o słabym charakterze, narwanego luzaka, w miarę normalnego, czy też mającego do któregoś pretensje.
W pewnym momencie zdarzył się cud, zaczęłam się wciągać. Na dodatek dałam się schwytać w krzyżowy ogień zdartych do końca emocjonalnych chwytów, bo jakimś cudem się wzruszyłam. Co nie zmienia faktu, że zaliczyłam kilka facepalmów, przewracałam oczami, kiedy dawka amerykańskiego patriotyzmu i odwagi osiągnęła stan krytyczny. Widzę głównie wady, schematyczność i podsycanie ego przeciętnego Amerykanina, ale nie potrafię nie lubić tego efektownego połączenia kina wojennego z s-f.
Tak oto film, który teoretycznie nie miał prawa zyskać u mnie choć cienia sympatii, udowodnił, dokonał niemal niemożliwego. Nie byłam kosmicznie uprzedzona, ale do dzisiaj zadaję sobie pytanie, dlaczego „Inwazja: Bitwa o Los Angeles” mimo oczywistych chwytów i zabiegów, zdołał wywołać we mnie pozytywne odczucia. Nigdy nie pozowałam na znawczynię filmową, osobę o wyszukanym guście. Lubię czasem poważne kino, czasem rozrywkowe, czasem bezdennie głupie i złe. Dlatego nie udaję, że taki średni film jak ten, zupełnie mi się nie spodobał. Jednak decyzja o seansie pozostaje Waszą własną.

Aaron Eckhart