Kategoria: film: 3/6

The Butler/Kamerdyner (2013), reż. Lee Daniels

Tytuł polski: Kamerdyner
Tytuł oryginalny: The Butler
Reżyseria: Lee Daniels
Scenariusz: Danny Strong
Na podstawie: „A Butler well served by this election”, Wil Haygood (artykuł)
Zdjęcia: Andrew Dunn
Muzyka: Rodrigo Leao
Obsada: Forest Whitaker, Ophrah Winfrey, David Oyelowo, Cuba Gooding Jr., Terrence Howard, Lenny Kravitz, John Cusack, James Marsden, Alan Rickman
Czas trwania: 132 minuty
Rok produkcji: 2013
Dystrybutor: Kino Świat
Ocena: 3/6

Lee Daniels' The Butler (2013) on IMDb(function(d,s,id){var js,stags=d.getElementsByTagName(s)[0];if(d.getElementById(id)){return;}js=d.createElement(s);js.id=id;js.src=”http://g-ec2.images-amazon.com/images/G/01/imdb/plugins/rating/js/rating.min.js”;stags.parentNode.insertBefore(js,stags);})(document,’script’,’imdb-rating-api’);


O najnowszym filmie Lee Danielsa, mającego na koncie takie tytuły jak „Hej Skarbie”, „Pokusa” czy nieszczęsny „Shadowboxer” mówi się w kontekście wielkiego pomijanego w nominacjach. W końcu podejmuje temat, który gwarantuje należytą uwagę ze strony nominujących. Droga czarnej społeczności do uzyskania pełnych praw gwarantowanych przez Konstytucję USA to temat jak najbardziej wzbudzający emocje. Jednak nie pamiętam filmu, który poruszałby ten temat i jednocześnie był tak wyprany z emocji.

Rozstrzał czasowy jest ogromny. Akcja zaczyna się w 1926 roku na plantacji bawełny w Macon w stanie Georgia, a kończy się w 2008 roku w Waszyngtonie, kiedy Barrack Obama został wybrany na prezydenta. Droga Cecila Gainesa (Forest Whitaker) od plantacji do Białego Domu była naznaczona ciężką pracą i odrobiną szczęścia. Doświadczył na własnej skórze co to znaczy być czarnym na Południu i chciał tego oszczędzić swoim bliskim – żonie Glorii (Ophrah Winfrey) i synom: Louisowi (David Oyelowo) i  Charliemu. Dlatego trudno mu będzie znaleźć wspólny język ze starszym potomkiem, który bezgranicznie zaangażował się w walkę o równouprawnienie. „Kamerdyner” to nie tylko kalendarium walki z niesprawiedliwością, ale też obraz dwóch skrajnych postaw.

Forest Whitaker, aktor, który położył tytułową rolę.


Film Danielsa może być trudniejszy w odbiorze dla widza nieznającego wszystkich wydarzeń i osób związanych z walką o równouprawnienie. O ile postać Martina Luthera Kinga (znany z „Czystej krwi” Nelsan Ellis) jest równie oczywista do Gandhi czy Nelson Mandela, tak Malcolm X, Mamie Till i takie inicjatywy jak „Jeźdźcy wolności” czy „Czarne pantery” (które z organizacji społecznej przekształciły się w terrorystyczną) już niekoniecznie. W każdym razie rzucone hasła i nazwiska stanowią punkt zaczepienia do szukania wiedzy w tym temacie, ale wrażenie, że coś się już powinno wiedzieć, bywa trochę deprymujące. Jednak nie zapominajmy, że to film o Amerykanach dla Amerykanów, reszta świata musi się po prostu dostosować.

Troszkę inaczej wyobrażałam sobie wątek tytułowego bohatera w kontakcie z prezydentami, a raczej, że zostanie on bardziej zaakcentowany. Cecil obsługiwał Einsenhowera (Robin Williams), JFK (James Marsden), Richarda Nixona (John Cusack, który pod koniec kadencji wyglądał jak pokąsany przez pszczoły), Johnsona (Liev Schreiber) i Reagana (Alan Rickman). Spodobało mi się to, że nie starano się na siłę upodobnić aktorów do odgrywanych postaci, bo i tak właściwie nie mieli co grać. Skupiono się oczywiście na ich stosunku do sytuacji czarnej społeczności, ale to miało formę punktów i podpunktów, którym jednak brakowało rozwinięcia.

Whitaker i David Oyelowo


Niestety, wątek kamerdynera jest najsłabszym w tym filmie. Z jednej strony wina leży po stronie scenariusza, z drugiej irytująca gra Foresta Whitakera. Jego Cecil jest jak chodząca kukła wyprana z większości emocji – rozmyta i przyprawiająca widza o depresję. Chociaż można zrozumieć, że poprzez doświadczenie życiowe pragnie spokojnego i bezpiecznego życia, to jednak ta świadomość kapituluje przed słabym aktorstwem. Poznanie bohatera i jego bliskich jest właściwie niemożliwe  – obserwujemy scenki, słuchamy kwestii, ale w tym wszystkim brakuje jakiegoś spoiwa i przede wszystkim uczuć. Dawno nie widziałam tak niedobranego obsadowo małżeństwa jak w przypadku Whitakera i Winfrey.

Zaangażowanie Louisa w walkę o równouprawnienie, a zarazem źródło jego konfliktu z ojcem, to najlepsza część „Kamerdynera”. W tej części przewijają się najważniejsze wydarzenia i postacie z nimi związane. Zaangażowanie jest odczuwalne i naznaczone wieloma postawami o różnych odcieniach. W pewnym sensie David Oyelowo ratuje „Kamerdynera” – swoją stonowaną grą potrafi wyrazić bardzo wiele i przebić się przez trochę schematycznie napisaną rolę syna buntownika.

Oyelowo i Oprah Winfrey

Scenariusz Danny’ego Stronga nie powinien zostać przyjęty do realizacji w takiej formie. Z tej historii powstałyby dwa solidne filmy, w którym byłoby miejsce na psychologię postaci i przyjrzenie się wydarzeniom istotnym z punktu widzenia walki o równouprawnienie czarnych Amerykanów. Mielibyśmy historię kamerdynera i jego rodziny. Może wtedy bylibyśmy przekonani, że Cecil i Gloria mimo wszystko naprawdę się kochają. Mielibyśmy też opowieść o walce z segregacją rasową z punktu widzenia Louisa i jego zaangażowania. Podstawowym błędem scenariusza jest upchanie zbyt wielu wątków i wydarzeń rozpisanych na wiele lat i postaci, a także stosowanie zagrań pod wywołanie określonych emocji (co ewidentnie razi w scenie urodzin Cecila). Przez to „Kamerdyner” jest filmem płytkim, a przede wszystkim boleśnie niepotrzebnym. Chociaż ogląda się go dobrze, wizualnie wręcz cieszy oko, to świadomość przeciętności wypływa niczym kropla oleju w wodzie. Można go obejrzeć, ale nie wpłynie on znacząco na postrzeganie problemu jakim jest uprzedzenie rasowe. Właściwie zostawi widza obojętnym.

Lenny Kravitz, Cuba Gooding Jr. i Whitaker

The Hunger Games/Igrzyska śmierci (2012), reż.Gary Ross

Tytuł polski: Igrzyska śmierci
Tytuł oryginalny: The Hunger Games
Na podstawie: „Igrzyska śmierci”, Suzanne Collins
Reżyseria: Gary Ross
Scenariusz: Gary Ross, Billy Ray, Suzanne Collins
Zdjęcia: Tom Stern
Muzyka: T-Bone Burnett, James Newton Howard
Obsada: Jennifer Lawrence, Josh Hutcherson, Liam Hemsworth, Elizabeth Banks, Woody Harrelson, Lenny Kravitz, Stanley Tucci, Donald Sutherland
Czas trwania: 142 minuty
Rok produkcji: 2012
Dystrybutor: Monolith Video
Ocena: 3/6

The Hunger Games (2012) on IMDb(function(d,s,id){var js,stags=d.getElementsByTagName(s)[0];if(d.getElementById(id)){return;}js=d.createElement(s);js.id=id;js.src=”http://g-ec2.images-amazon.com/images/G/01/imdb/plugins/rating/js/rating.min.js”;stags.parentNode.insertBefore(js,stags);})(document,’script’,’imdb-rating-api’);

Serie literackie, które zdążyły zebrać pokaźne grono fanów są teraz na pulpicie niemal każdej wytwórni filmowej. W końcu najlepiej zarabia się na nastolatkach, a poszukiwania kolejnej złotej kury na miarę „Harry’ego Pottera” czy sagi „Zmierzch” wciąż trwają. Wygląda na to, że powieści Suzanne Collins wpiszą się do tej grupy, ale początek nie należy do najlepszych. Wprawdzie mamy do czynienia z sukcesem kasowym i przychylnymi recenzjami krytyki, ale z seansu pamiętam głównie niedosyt i znużenie.

W odległej przyszłości podział polityczny kształtuje się zgoła inaczej. Na terenie dzisiejszych Stanów Zjednoczonych znajdziemy państwo Panem składające się z Kapitolu otoczonego 12 Dystryktami. Stolica do dnia dzisiejszego nie przebaczyła buntu jaki miał miejsce wiele lat temu i po raz 74. domaga się od dystryktów daniny w postaci chłopca i dziewczyny w wieku od 12 do 18 lat zwanych trybutami. Corocznie 24 dzieci bierze udział w Głodowych Igrzyskach, gdzie staczają walkę na śmierć i życie, a zwycięzca może być tylko jeden. Kiedy na Dożynkach w 12. Dystrykcie zostaje wylosowana dwunastoletnia Primrose Everdeen (Willow Shields), jej starsza siostra Katniss (Jennifer Lawrence) zgłasza się na ochotnika – w końcu jako doskonała łuczniczka ma większe szanse na przetrwanie niż wrażliwa dziewczynka. Wylosowany zostaje również Peeta Mellark (Josh Hutcherson), który kiedyś pomógł dziewczynie.



Powieść Suzanne Collins odsuwa wątek miłosny z głównego toru, ale z niego nie rezygnuje. Ciężar fabuły wyznacza dystopijne uniwersum, gdzie okrucieństwo, niesprawiedliwość i kontrasty społeczne kierują fabułę na poważniejsze tematy. Chyba dlatego film zyskał uznanie krytyki, nawet jeśli zaliczany jest do komercyjnego kina dla młodzieży. Główna bohaterka, która w książce jest jednocześnie narratorką, zdecydowanie wyróżnia się na tle postaci, które zalały literaturę young adult. Silna, zdeterminowana i doświadczona przez życie. Walka o przetrwanie i odpowiedzialność za rodzinę (po śmierci ojca matka przeżyła załamanie) stłumiły w niej uczucia, które uważa za zbędne. Nie oznacza to, że jest bezduszna i egoistyczna, ale nauczyła się patrzeć na świat realistycznie, a nawet nieco cynicznie. Łączy ją bardzo bliska więź z Gale’em (Liam Hemsworth), możliwe, że nawet go kocha. Jednak wokół niej narosła zbyt gruba skorupa, by łatwo było się jej otworzyć. Jej priorytety są zgoła inne i to one wyznaczają jej codzienność.

Słabość filmu objawia się na etapie scenariusza. Można odnieść wrażenie, że mamy do czynienia z filmem tworzonym pod rzeszę fanów serii, ponieważ zarówno świat jak i jego elementy mogą być na pierwszy rzut oka niezbyt jasne. Wystarczy wspomnieć scenę w której Katniss i Gale rozmawiają o Dożynkach, wypytując się ile razy ich nazwisko pojawia się w puli. O astragalach, czyli racjach żywnościowych w zamian za zwiększenie szans na wylosowanie można się dowiedzieć tylko z książki. Jednak to szczegół, ponieważ „Igrzyska śmierci” nie są zbyt łatwe do przeniesienia na ekran z innego powodu. Powieść skupia się w dużej mierze na uczuciach i przemyśleniach głównej bohaterki. Kto czytał książkę, łatwiej mu będzie zinterpretować słowa, spojrzenia i gesty. Trochę idiotycznie zmieniono wątek broszki z kosogłosem. Katniss dostaje ją od handlarki z Ćwieka (czarny rynek) i tuż przed Dożynkami daje siostrze na szczęście. Jak wiemy mimo to Prim została wylosowana. Dlatego głupio wygląda scena pożegnania, kiedy dziewczynka oddaje siostrze zapinkę, by ta zapewniła jej szczęście. W książce Katniss dostaje broszkę od Madge, córki burmistrza tuż przed wyjazdem do Kapitolu. Kosogłos jest symbolem, ale w powieściach Collins towarzyszyła mu aura niezawodnego talizmanu.
Mimo wątku igrzysk, gdzie dzieciaki walczą ze sobą na śmierć i życie, w film wkradają się dłużyzny i co zadziwiające – nuda. „Igrzyska śmierci” trwają ponad dwie godziny, co szczególnie daje się odczuć w zbytnio przeciąganych scenach. Jednak powtarzanie scen, przy których można pomyśleć, że ma się do czynienia z wadliwym montażem stało się przysłowiową kropką nad „i”.



Film ma swoje zalety, a jedną z nich jest obsada. Jennifer Lawrence miała na koncie kilka filmów, w tym „X-Men: Pierwsza klasa”, oraz nominację do Oscara za „Do szpiku kości”, kiedy ogłoszono, że wcieli się w postać Katniss Everdeen. Początkowo można odnieść wrażenie, że aktorka ma sparaliżowaną mimikę twarzy, ale z czasem widać coraz dokładniej jak dobrze oddaje stan ducha i umysłu bohaterki. Josh Hutcherson występuje w filmach od dziecka, ale rola Peety Mellarka chyba uratowała go przed wizją niebytu. Niby zagrał w znakomitym „Wszystko w porządku”, ale jego filmografia to głównie filmy dla dzieci lub marne horrory. Starał się o rolę Petera Parkera w najnowszym reebocie serii o Spider-Manie, ale na szczęście nie dostał tej roli. Chociaż nie ma zbyt wiele do zagrania i zdecydowanie usuwa się w cień koleżanki z planu, trudno sobie wyobrazić lepszego kandydata do tej roli. Już mam pisać o niewielkiej roli Liama Hemswortha, kiedy dociera do mnie, że mamy do czynienia z doskonałym castingiem. Aktorzy gładko wchodzą w skóry granych przez siebie postaci, a drugi plan jest wręcz upstrzony nazwiskami. Donald Sutherland, Elizabeth Banks, Woody Harrelson, Stanley Tucci a nawet Lenny Kravitz  – ich pamięta się w niemal każdym szczególe.

„Igrzyska śmierci” od strony wizualnej to surowość i design. Kontrast między klasą uprzywilejowaną, a byłymi buntownikami jest bardzo wyraźny. O ile przedstawienie dystryktów nie sprawiało trudności, wyzwaniem było odwzorowanie nie tylko Kapitolu, ale osobliwej estetyki. Kostiumolodzy i charakteryzatorzy mieli spore pole do popisu. Jednak większość wyczekiwała strojów Katniss i muszę przyznać, że twórcy nie polegli w tej materii.



Mimo udanej oprawy wizualnej i obsady, brakowało sprawnego budowania napięcia, kiedy widz i tak wie jakie będzie zakończenie (Collins to nie George R.R. Martin, który nie ma litości dla bohaterów swoich powieści). Poza wątkiem Rue (śliczna Amandla Stenberg), który za każdym razem wyciska ze mnie wiadra łez, trudno pełne zaangażowanie w przedstawianą historię. Niby mamy dramat dzieci zmuszanych do uczestniczenia w barbarzyńskim wydarzeniu, krytykę współczesnych mediów oraz postępującej znieczulicy i ogłupienia. Jednak to nie tylko nie robi wrażenia, ale zaskakuje brakiem jakichkolwiek emocji. Po seansie nie miałam ochoty na powtórną lekturę, a wszystkie części „Igrzysk śmierci” dosłownie połykałam. Widząc zalety nie jestem w stanie ukryć rozczarowania. To był materiał na bardzo dobry i widowiskowy film z niegłupim przekazem.


The Mortal Instruments: City of Bones/ Dary Anioła: Miasto Kości (2013), reż. Harald Zwart

Tytuł polski: Dary Anioła: Miasto Kości
Tytuł oryginalny: The Mortal Instruments: City of Bones
Na podstawie: „Miasto kości”, Cassandra Clare
Reżyseria: Harald Zwart
Scenariusz: Jessica Postigo
Zdjęcia: Geir Hartly Andreassen
Muzyka: Atli Orvarsson
Rok produkcji: 2013
Dystrybutor: Monolith Films
Ocena: 3/6

The Mortal Instruments: City of Bones (2013) on IMDb(function(d,s,id){var js,stags=d.getElementsByTagName(s)[0];if(d.getElementById(id)){return;}js=d.createElement(s);js.id=id;js.src=”http://g-ec2.images-amazon.com/images/G/01/imdb/plugins/rating/js/rating.min.js”;stags.parentNode.insertBefore(js,stags);})(document,’script’,’imdb-rating-api’);

Sukces serii autorstwa Cassandry Clare jest niewątpliwy, skoro trylogia doczekała się kontynuacji, a równolegle tworzona jest steampunkowa opowieść w tym samym uniwersum. Przeniesienie na ekran było kwestią czasu, ale przed premierą było więcej perturbacji, a miłośnicy serii musieli się uzbroić w cierpliwość. Pierwotnie na stołku reżysera miał zasiąść Scott Charles Stewart, ale skończyło się na Haraldzie Zwarcie. Scenariusz debiutantki, budżet sięgający 60 milionów dolarów oraz reżyser z nieciekawym dorobkiem („Karate Kid”, „Różowa Pantera 2”) nie były dobrą wróżbą. Film sam w sobie jest przyzwoitą produkcją, ale z perspektywy czytelnika nie jest już tak różowo.


Świat nastoletniej Clary Fray (Lily Collins) to 3 osoby: Jocelyn Fray (Lena Headey), Luke Garroway (Aidan Turner, czyli Kili z „Hobbita”) oraz Simon Lewis (Robert Sheehan). Matka, przybrany ojciec i najlepszy przyjaciel. Tych urodzin długo nie zapomni – tego dnia jej wiedza o świecie, rodzinie i swoim pochodzeniu zostanie wywrócona do góry nogami. Rzeczywistość została przepołowiona. Jedną zamieszkują ludzie, drugą potwory o których słyszano w bajkach. Clary ma w sobie krew Nocnych Łowców, nefilimów broniących świat przed mrocznymi istotami. Na scenę wkracza przystojny jasnowłosy obrońca Jace Wayland (Jamie Campbell), który nie tylko opiekuje się zdezorientowaną i przerażoną dziewczyną, ale też angażuje się w misję odnalezienia matki Clary. Jocelyn została porwana przez sługów Valentine’a (Jonathan Rhys Meyers), głównego złego serii. Wszystko rozbija się o Kielich, jeden z darów anioła Razjela.

Young and beautiful

Największe emocje niemal zawsze towarzyszą przy temacie obsady. Miłośnicy mają swoje wyobrażenie, publikują filmiki z wymarzoną obsadą i wdają się w głośne polemiki. Pierwszym nazwiskiem obsady była Lily Collins. Pół roku później ogłoszono filmowego Jace’a Waylanda. Od dawna stawiano na Alexa Pettyfera, doszukiwano się nawet podobieństwa aktora do postaci z polskiej okładki. Jednak wybór padł na dwa lata starszego Jamiego Campbella Bowera. Szok i niedowierzanie rozchodziły się po czeluściach internetu, ale z mojej strony tylko ulga. Kolejne nazwiska pojawiały się stopniowo, w końcu coś zaczęło się dziać. Pierwszy zwiastun dawał nadzieję na solidną adaptację, a klimat bardzo przypominał ten z książki. Trzeba było być ostrożnym z oczekiwaniami, pamiętać, że to adaptacja, a nie wierne przełożenie książki na ekran. Tylko dla kogo się kręci filmy na podstawie bestsellerowych serii?

Where’s the party tonight? In the Pandemonium!



To pytanie czasem mnie nawiedza, kiedy obserwuję zbyt dużą rozbieżność między wydarzeniami w książce i w filmie. Wystarczy wspomnieć przypadek adaptacji serii Ricka Riordana o Percym Jacksonie. Wolność interpretacyjna wymknęła się spod kontroli, czyniąc film przypadkowo podobnym do książki. „Miasto kości” nie ustrzegło się idei ulepszania, skracania i przeinaczania – skala na szczęście mniejsza, ale i tak dokuczliwa. Książkę przeczytałam (właściwie to połknęłam) ponad 3 lata temu i nie pamiętam wielu szczegółów. Jednak pewne wyobrażenie o postaciach i ich zachowaniach się zachowało. Pierwsze myśli to: Jace zbyt łagodny, Alec za stary, Isabelle nijaka. Wiedziałam, że zepsują postać Simona, bo w zwiastunie było to bardzo wyraźne – z symaptycznego i zabawnego członka zespołu o nieokreślonej nazwie przeistoczył się w sztywniaka. Jednak największym grzechem adaptacji jest Valentine. Z wzbudzającego respekt i opanowanego mężczyzny uczyniono obłąkanego desperata. Nawet Magnus Bane przeszedł solidny lifting.

Spróbuję jednak spojrzeć na bohaterów z dystansem, zignorować pierwowzór literacki i bez emocji przyjrzeć się alternatywnej wersji „Miasta kości”. Otrzymujemy galerię klasycznych postaci w sprawdzonych konfiguracjach. Na pierwszy plan został wysunięty trójkąt emocjonalny, czyli Clary, Jace i Simon. Tylko, że kwestie uczuciowe zostały okrojone do minimum, pojawiają się tylko na moment, by ustąpić miejsca wprowadzaniu widza w specyfikę fantastycznego uniwersum. To dobrze wpływa na dynamikę fabuły, ponieważ drugiej tak kiczowatej sceny jak w oranżerii by nie zniosła. Za to zaspokoiła romantyczne wymagania części widowni, więc wypełniła żelazny punkt paranormal romance. Romansu tam jest stosunkowo niewiele, w każdym razie w żaden sposób nie przytłacza on opowieści. Za to nie brakuje walk, zagadek, pytań bez odpowiedzi i pomysłowości w kreowaniu nadnaturalnego świata.

My funny Valentine…

Budżet zamknął się w 60 milionach, a  prezentuje się jakby wyłożono o wiele większą kwotę. Efekty specjalne zostały ograniczone do rozsądnego poziomu, co też uczyniło film bardziej rzeczywistym. Nie uświadczymy przerostu strony wizualnej nad fabularną, „Miasto kości” nie stało się galerią do prezentacji najdoskonalszych dzieł artysty. Mimo to twórcom udało się przenieść klimat powieści na taśmę filmową. Należę do grupy widzów, która nie przywiązuje dużej wagi do efektów specjalnych, a prędzej doceni klimat i stronę wizualną jako scenerię dla historii. Opowieść opiera się na znanych rozwiązaniach, ale Cassandra Clare jedną woltą wywróciła schemat i tym samym wyróżniła „Dary Anioła” na tle innych młodzieżówek. Niestety, w filmie to zostało niepotrzebnie zepsute. Wolta została, ale okoliczności jej ujawnienia dodatkowo osłabiło image Valentine’a.

„Miasto Anioła” to przyzwoity średniak, który stara się oddać klimat powieści, ale też nie szczędzi miłośnikom serii zgryzot i rozczarowań. Z doniesień box office nie zapowiada się na kasowy sukces na miarę sagi „Zmierzch”, ale mimo wszystko liczę na kontynuację. Może nie jest miłym zaskoczeniem jak „Wiecznie młody”, ale zdecydowanie zostawia w tyle takiego knota jak „Intruz” (jak znajdę wenę, to się o nim rozpiszę) czy „Piękne istoty”. Liczę, że w drugiej części, „Mieście popiołów”, twórcy się rozkręcą i nie zmarnują potencjału. Póki co nie pozostaje nic innego jak przypomnieć sobie książki, a jak wyjdzie „Miasto kości” na dvd – zobaczyć to jeszcze raz.

Ghostbusters!

To catch a thief/Złodziej w hotelu (1955), reż. Alfred Hitchcock

Tytuł polski: Złodziej w hotelu
Tytuł oryginalny: To catch a thief
Na podstawie: „To catch a thief”, David F. Dodge
Reżyseria: Alfred Hitchcock
Scenariusz: John Michael Hayes
Zdjęcia: Robert Burks
Muzyka: Lyn Murray
Rok produkcji: 1955
Dystrubutor: Imperial CinePix
Ocena: 3/6

To Catch a Thief (1955) on IMDb(function(d,s,id){var js,stags=d.getElementsByTagName(s)[0];if(d.getElementById(id)){return;}js=d.createElement(s);js.id=id;js.src=”http://g-ec2.images-amazon.com/images/G/01/imdb/plugins/rating/js/rating.min.js”;stags.parentNode.insertBefore(js,stags);})(document,’script’,’imdb-rating-api’);

Cary Grant wystąpił w czterech filmach Alfreda Hitchcocka. Między „Osławioną”, „Podejrzeniem” i „Północ, północny zachód”, niepotrzebnie wcisnął się „Złodziej w hotelu”. Adaptacja powieści Davida Dodge’a eksponująca piękne widoki Francuskiej Riwiery, skupia wokół profesji dzisiaj już zapomnianej. Dzisiaj praktycznie nie kręci się filmów o złodziejach klejnotów. Obecne zabezpieczenia każą samotnemu wilkowi pójść w kąt i zapłakać lub zebrać watahę specjalistów i tym samym zdusić finezję, romantyzm i charyzmę. Pozostają filmy sprzed kilkudziesięciu lat, ale nie wszystkie przetrwały próbę czasu.


Na właścicieli francuskich hoteli w nadmorskich kurortach pada blady strach. Kosztowności ich gości znikają, a policja nie jest w stanie ich odzyskać. Podobieństwo do włamań sprzed lat jest tak uderzające, że odwiedziny Johna Robiego (Cary Grant), znanego jako Kot, są nieuniknione. Problem w tym, że Kot już od dawna nie poluje na myszy i wiedzie spokojny żywot w nielichej willi, kontemplując okoliczne widoki. Robie wie, że jeśli chce oczyścić się z zarzutów, musi wziąć sprawy w swoje ręce. Problem w tym, że nie wierzy mu nie tylko policja, ale też starzy kumple. Nawiązuje kontakt z agentem ubezpieczeniowym, który po chwilach wahania dostarcza bohaterowi istotnych informacji. Po drodze natknie się na młodziutką i zadziorną Danielle (Brigitte Auber) oraz piękną i tajemniczą Frances (Grace Kelly). Nie tak wyobrażał sobie przestępczą emeryturę, a ja nie spodziewałam się tak nudnego filmu.

Grant i Kelly

„Złodziej w hotelu” ma niezbyt wciągającą intrygę, ale pogrąża go wpadka obsadowa. Niestety, ale chemia między Grantem a Kelly jest zerowa. Ten fakt razi, kiedy obserwujemy lekkość i naturalność w scenach aktora z Auber. Niby zwyczajne, a jednak emanowały niezwykłością. Gdyby tak aktorki zamieniły się rolami, film miałby zdecydowanie lepszą dynamikę, a wątek romansowy nabrałby lekkości lub przynajmniej nie byłby kulą u nogi. Grace Kelly nie jest złą aktorką, ale trudno było oprzeć się wrażeniu, że w grę wkładała bardzo dużo wysiłku. Przez to Grant był prawie osamotniony, dźwigając ciężar filmu na swoich plecach. Postać Johna Robiego jest wyrazista, atrakcyjna poprzez nie tylko fizjonomię aktora, ale solidnej dawki charyzmy. Grant potrafi być męski nawet w komicznych sytuacjach, a wewnętrzny spokój udziela się samemu widzowi. John Robie jest jakiś, Frances Stevens nijaka, a przecież aktorka tak dobrze sprawdziła się w „Oknie na podwórze”.

Auber i Grant


Jak wspomniałam, intryga nie jest zbytnio interesująca i tutaj warto wspomnieć o scenariuszu. Otóż zmorą narracji są dłużyzny w tym za długie pościgi jakby reżyser miał umowę reklamową z Francją. Warto wspomnieć, że „Złodziej w hotelu” jest komedią, a tu nie może być miejsca na znużenie. Nie brakuje dobrych, wyrazistych momentów, ale spoglądając na całokształt tracą na znaczeniu. Zakończenie daje się dość wcześnie przewidzieć, więc odpada syndrom fana „Gry o tron”. Wątek romansowy ustępuje wersji alternatywnej, która ożywia się w wyobraźni widza jako odtrutka dla mizerii i nieobecności Grace Kelly.

„Złodziej w hotelu” zawiódł moje standardowe oczekiwania, ale nie jest filmem złym tylko przeciętnym. Europejskie widoki, ówczesny high-life i temat wydają się być bardziej odpoczynkiem niż kolejnym poważnym projektem w stylu tych, które wywindowały nazwisko reżysera na szczyty. Można zaryzykować, że to nie jest film Hitchcocka. Gdzie to słynne napięcie, suspens i psychologia? Brytyjczyk mógł kręcić to co chciał, jak chciał i z kim chciał. Dlatego powstał „Złodziej w hotelu”, bo każdy potrzebuje trochę wakacji.

Gwyneth Kelly i Robert Grant

Now you see me/Iluzja (2013), reż. Louis Letterier

Tytuł polski: Iluzja
Tytuł oryginalny: Now you see me
Reżyseria: Louis Letterier
Scenariusz: Boaz Yakin, Edward Ricourt, Ed Solomon
Zdjęcia: Mitchell Amundsen, Larry Fong
Muzyka: Brian Tyler
Rok produkcji: 2013
Dystrybutor: Monolith Films
Ocena: 3/6

Now You See Me (2013) on IMDb(function(d,s,id){var js,stags=d.getElementsByTagName(s)[0];if(d.getElementById(id)){return;}js=d.createElement(s);js.id=id;js.src=”http://g-ec2.images-amazon.com/images/G/01/imdb/plugins/rating/js/rating.min.js”;stags.parentNode.insertBefore(js,stags);})(document,’script’,’imdb-rating-api’);


Czary – mary, hokus pokus, abrakadabra to słowa, które wzbudzają rozbawienie i wspomnienie dziecięcej naiwności. Coraz bardziej racjonalni nie wierzymy w istnienie czarów, ale od czasu do czasu dajemy się oczarować ich namiastką, jedynym dostępnym suplementem – iluzją. Ostatnio spece od trików mocno zaznaczyli swoją obecność w 2006 roku, kiedy to miały premiery dwa głośne filmy: „Prestiż” Christophera Nolana i „Iluzjonista” Neila Burgera. Temat po latach podjął Letterier w zupełnie innej stylistyce i konwencji. Nie oczekujcie nawet śladowej psychologii tylko wielkiego, acz nużącego show.


Zwiastuny robiły wrażenie. Operowały gładką dynamiką, efektownymi sztuczkami i obietnicą  wciągającego kina. Pierwsza połowa to faktycznie spełnia te oczekiwania, ale kiedy ciężar fabuły przeskakuje z iluzji na pościg, całość momentalnie siada. O „Iluzji” nie można powiedzieć, że jest złym filmem – po prostu rozczarowuje. Sztuka iluzji ma za zadanie wprowadzić widza w nierzeczywisty, nieracjonalny świat, który cieszy i zaskakuje swoją atrakcyjnością. Ma też „nieco” odchudzić portfele, ale w powiedzmy czarujący sposób. Film Letteriera został spalony już na poziomie budowania scenariusza. Mocny początek był zasłoną dymną, próbą odwrócenia uwagi od przeciętnej i przewidywalnej fabuły. Konstrukcja postaci oparta o wzór budowy cepa, nie pomaga widzowi nie tylko wciągnąć się w historię, ale też poczuć jakąkolwiek więź z bohaterami. Z niemałym smutkiem przyszło mi obserwować dysonans między fantastyczną stroną wizualną z montażem na czele, a samą fabułą z aktorami. Obsada naprawdę robi wrażenie, że jej niewykorzystanie woła o pomstę. A miało być tak interesująco z wizją ustawienia dvd na półce za kilka miesięcy.

Czterech Jeźdźców… Apokalipsę czas zacząć



„Czterech Jeźdźców”, Merrit (Woody Harrelson), Daniel (Jesse Eisenberg), Henley (Isla Fisher) i Jack (Dave Franco), zjawia się w mieście z wielkim, wystawnym show. Niby to zwykłe sztuczki, ale francuski bank rzeczywiście został obrabowany na sumę, która spadła na publiczność niczym pierwszy śnieg. Policja jest w kropce, Interpol również. Niby sprawcy są znani, z drugiej strony w czasie napadu byli po drugiej stronie Oceanu. Śledztwa podejmuje się Dylan Rhodes (Mark Ruffalo), oraz wydelegowana przez Interpol Alma Dray (Melanie Laurent). Między organami ścigania, a podejrzanymi krążą Thaddeus Bradley (Morgan Freeman), który dekonspiruje magików pokazując jak tworzą triki, a także Arthur Dressler (Michael Caine), mecenas całej czwórki. Jak pisałam obsada robi wrażenie, ale jeszcze większe jest jej niewykorzystanie. Eisenberg powiela postać z „The Social Network”, Harrelson odstawia uroczego gbura, Marka Ruffalo męczy zycie i tym samym on sam męczy widzów. Laurent znów wbija się w kostium eterycznej, melancholijnej Francuzki. Caine i Freeman są bo są, tylko młodszy Franco coś tam próbuje wycisnąć. Moje pierwsze wspomnienie po seansie, to biała plama przy kategorii „postacie”. Między czwórką nie można wyczuć nici porozumienia, która powinna pojawić się po roku wspólnej pracy. Brakuje jakiejkolwiek chemii, która by weszła w reakcje z widzem. Przez to wszystkie sztuczki jawią się jak snobistyczny popis bez krzty wielkości.

Zuckerberg w lepszej fryzurze

Sztuczki, iluzje, triki zostały dokładnie zaplanowane na potrzeby scenariusza. Póki one były punktem wiodącym z odrobiną humoru i bajeranctwa, film prezentował się bardzo dobrze. Szkoda, że równie uważnie nie pracowali przy postaciach. Ograniczono się do przekonania, że metoda na Robin Hooda zadziała, by zaskarbić sympatię widza. W moim przypadku nie zadziałało, ponieważ motywacje były praktycznie nieobecne. Wielkie, spektakularne akcje nie były w stanie wypełnić uczucia niedosytu, który pogłębiał się z minuty na minutę. Fabuła opiera się na popisach iluzjonistycznych, zagadce kryminalnej i wolcie, która ma zaskoczyć niczym skok wieloryba na Mount Everest. Tylko, że lepiej by wyszło, gdyby skupili historię na wspomnianych jeźdźcach i wokół nich budowali fabułę. Wyszło przeciętnie, a wspomniana wolta uczczona została chwilą ziewnięcia. Ciekawostką pozostaje pierwotna koncepcja, która przewidywała wyższą kategorię wiekową jeźdców. Wybrano jednak młodszych, którzy nie tylko nie dostaną zadyszki, ale też im zwyczajnie więcej wolno.

Love is on the air… bored

Wizualnie „Iluzja” zamyka usta niedowiarkom, a montaż tylko stawia mocną kropkę nad „i”. Sekwencje iluzjonistyczne, a także sceny pościgów są doskonale wyważone. Ich efekciarstwo przykuwa uwagę, ale nie ociera się o przekombinowanie i śmieszność. Nie ma co się dziwić, kiedy jednym z operatorów jest Larry Fong, mający na koncie takie tytuły jak „Sucker Punch”, „Watchmen. Strażnicy” czy „300”. Wszystkie od Snydera, wielkiego estety i ostatnio zawodzącego reżysera. Cóż, dobre zdjęcia nie czynią film dobrym z teoretycznego punktu widzenia. Mi zabrakło solidnej podstawy, która pozwoliłaby mi w pełni cieszyć się z widowiska jak z chrupkiej skórki dobrze wypieczonego chleba. Niestety musiałam przełknąć gumową bułkę. „Iluzja” jest filmem mocno średnim, której nieliczne momenty rozświetlały film Letteriera. Zbyt nieliczne.

Jeden z nielicznych momentów

This means war/A więc wojna (2012), reż. McG

Tytuł polski: A więc wojna
Tytuł oryginalny: This means war
Reżyseria: McG
Scenariusz: Timothy Dowling, Simon Kinberg
Zdjęcia: Russell Carpenter
Muzyka: Christophe Beck
Rok produkcji: 2012
Dystrybutor: Imperial CinePix
Ocena: 3/6

This Means War (2012) on IMDb


Filmy naprawdę potrafią przynieść wiele przyjemności, czyż komedia romantyczna nie powinna nas wzruszać i bawić z naciskiem na to drugie? Niekiedy, tak jak w omawianym przypadku, przyjemność jest generowana z najmniej spodziewanej (przez twórców, oczywiście) strony. To doprawdy niemała gratka, kiedy po 20 minutach można przewidzieć zarys fabuły wraz z zakończeniem. „A więc wojna” jest filmem tak przewidywalnym, aż uroczym. Jednak w pewnych scenach ciężkim do strawienia zarówno przez natężenie idiotyzmu jak i kwestii wątpliwych etycznie.


Agenci, agenci. Jak często partnerami na służbie FBI są mężczyźni, którzy przyjaźnią się od dziecka? FDR (Chris Pine) i Tuck (Tom Hardy) są skutecznymi, niepozbawionymi uroku facetami. Pierwszy ma dość lekki stosunek do związków, drugi przełyka gorycz porażki po rozstaniu z matką jego syna. Ten drugi rejestruje się na portalu randkowym i tak trafia na Lauren (Reese Witherspoon). Rzecz w tym, że to nie ona jest autorką swego profilu, ale od czego są najlepsze przyjaciółki pod słońcem, które tak dbają o nasze życie erotyczne. FDR, jak przystało na rasowego kumpla, gotów ruszyć z odsieczą w razie alarmu. Sygnału nie było, można się zbierać do domu, kiedy na drodze spotyka się właśnie tą kobietę. Panowie dość szybko przekonują się, że przyjdzie im rywalizować o jedną osobę. Mając zaplecze takie jak FBI, hulaj dusza piekła nie ma.



Jak wspominałam, zakończenia można się szybko domyślić. Po drodze będzie dziecinada zwana rywalizacją oraz cień groźnego terrorysty (jego rola w filmie jest oczywista, aż żal patrzeć na Tila Schweigera). W takich sytuacjach zastanawia mnie jedna rzecz. Jacy przyjaciele rywalizują na tym polu. W normalnych sytuacjach wycofałby się ten, który poznał jako drugi. Świadomie godzą się na taki stan rzeczy z pewnością, że nie wpłynie on na ich przyjaźń. Oszukiwali nie tylko siebie, ale też dziewczynę. Inna sprawa, że Lauren nie była taka niewinna – w końcu umawiała się z dwoma jednocześnie. Jednak próbowałam sobie wyobrazić sytuację, kiedy ona dokonuje wyboru i siłą rzeczy nie sposób ukryć najlepszego przyjaciela i to tak związanego z rodziną. I co? Kolejna niezręczna sytuacja, kiedy to stres spadnie na Lauren.

Scenarzyści zapragnęli wykorzystać szeroki wachlarz możliwości jakie daje praca tajnego agenta. W końcu ichnie metody inwigilacji mogą zastąpić, a raczej przyspieszyć, poznanie ukochanej. Wątek został  miejscami doprowadzony do absurdu, że dla kondycji psychicznej musiałam nacisnąć pauzę. Na szczęście nie brakuje momentów miłych i zabawnych, a tym samym nie wciśniętych na siłę. Chciałabym zapomnieć o rodzince w restauracji czy wciągnięciu kolegów w inwigilowanie Lauren. Czym innym jest obserwowanie jak facet wyłazi ze skóry by zaimponować wybrance. Nie brakowało fachowo podkładanych świń (czym to Klimt nie malował…), co na szczęście gładko wpisywało się w konwencję i nie przekraczało granicy dobrego smaku.



Obsada robi wrażenie, szczególnie estetyczne. Nie brakowało głosów krytyki pod adresem Toma Hardy’ego. No bo jak taki aktor ma czelność pojawić się w takim filmie, komercyjnym aż do bólu? Chętnie przyłączę się do opcji głoszącej, że każdy może grać w czym chce. Czasem mam ochotę zobaczyć aktora czy aktorkę, grających wbrew swemu emploi. Wyobrażacie sobie Mię Wasikowską a’la Kate Hudson czy Cameron Diaz? Może przypadek Hardy’ego nie jest tak drastyczny, ale uświadamia jak fani lubią sterować swoim idolem i wiedzą co dla niego najlepsze. Muszę przyznać, że trio z plakatu jest naprawdę udane – jest lekko i jakaś chemia się pałęta – szczególnie między panami). 

Gdyby wyciąć kilka scen, przerobić co bardziej idiotyczne pomysły – mielibyśmy całkiem zgrabnie nakręconą komedię. Pewnie dalej tak radośnie przewidywalną, ale przyjemniejszą w odbiorze dzięki zastosowaniu filtrów nieprzepuszczających szczytów absurdu. Trochę szkoda, że zmarnowano fajny pomysł i zabrakło wyczucia w niektórych momentach.

To jedyna kwestia godna zapamiętania obok tej o błędach.

Jane Eyre (2011), reż. Cary Fukunaga

Tytuł: Jane Eyre
Na podstawie: Dziwne losy Jane Eyre, Charlotte Bronte
Reżyseria: Cary Fukunaga
Scenariusz: Moira Buffini
Zdjęcia: Adriano Goldman
Muzyka: Dario Marianelli
Rok produkcji: 2011
Dystrybutor: TIM Film Studio
Ocena: 3/6

Jane Eyre (2011) on IMDb

Pierwszy kontakt z historią Jane Eyre zawdzięczam Franco Zeffirelliemu, kiedy jako nastolatka zobaczyłam jego adaptację z 1996 roku. Jane zagrała Charlotte Gainsbourg, pana Rochestera odtworzył William Hurt i przez lata ta wersja tkwiła w mojej świadomości jak pierwsza miłość. W filmie zachowano balans między surowością, a subtelnością. Do dzisiaj nie przeczytałam książki (niestety, na bibliotekę nie mogłam liczyć w fazie gorących poszukiwań), dlatego nie mam podstaw do porównań między słowem pisanym, a pokazanym. Po latach za klasykę literatury angielskiej wziął się Cary Fukunaga. Wyszedł film ładny, czasem wręcz śliczny, ale zbyt poszatkowany.

Jane to dość wyróżniająca się postać. Przede wszystkim nie jest istotą urodziwą i życie nauczyło ją wartości bycia niezależną. Dlatego nie należy obsadzać pięknych aktorek, które ucharakteryzuje się na szare myszki. Z urodą Mii Wasikowskiej jest ten pozytyw, że jest bardzo plastyczna i nienachalna. Aktorka jest ładna, ale dzięki nietwarzowej XIX wiecznej fryzurze wygląda przeciętnie, chwilami sprawia wrażenie bardzo przygaszonej. Jednak jej Jane, na tle całości, za bardzo się wyrywa poza ramy epoki. A może to złudzenie wywołane przez scenariusz, który poszatkował opowieść czyniąc ją mniej zrozumiałą i bardziej niekonsekwentną? Pokaz slajdów, które zachwycają malowniczością, detalami i kostiumami, zostawia widza z pytaniami, których boi się większość reżyserów: „Dlaczego tak się zachowują?” Moje zdezorientowanie chwilami sięgało zenitu, bo czułam jakbym oglądała streszczenie, a to co istotne zostało przemilczane. Pan Rochester w wykonaniu Michaela Fassbendera jest człowiekiem gwałtownym, okrutnym i apodyktycznym. Jednak jego uczucie do młodej guwernantki było dla mnie zaskoczeniem, nie pasowały do sekwencji obrazów wyreżyserowanych przez Fukunagę. Coś przegapiłam? Chemia między bohaterami jest trudna do zauważenia, chociaż przyłapałam się na myśli, że takiemu Rochesterowi dałabym się maltretować psychicznie. Mowa o aktorach naprawdę dobrych, ale w tym przypadku do siebie niepasujących. O wiele cieplej wspominam Amelię Clarkson, która jako młoda Jane po prostu chwyta za serce.

Jeden z lepszych momentów


Nie określiłabym „Jane Eyre” filmem nieudanym, a raczej niekompletnym i nie oddającym ducha epoki. Można pójść prostym torem i uznać uczucie między panną Eyre, a panem Rochesterem za byt oczywisty i skupić się na treści typu: „och, jak oni się kochają”. Jednak historia opisana przez Charlotte Bronte jest ponad podstawowe love story. W tym wszystkim wątek Riversów wygląda jak przyczepiony na siłę. Nie powiem, Jamie Bell jako młody John Rivers jest bardzo przekonujący w swojej wierze w słuszność skostniałego podziału ról, któremu Jane nie potrafi się poddać. Przez moment zderzenie emocji z rozumem nadawało filmowi sens, ale urwało się zbyt szybko. Z drugiej strony fantazja mocno się trzyma „Jane Eyre” do napisów końcowych. Bo można stracić wzrok w pożarze, ale nie można pozwolić na nadmiar szpetoty. Broda jest najlepszym wytłumaczeniem, że Rochester ma za sobą traumatyczne przeżycia.

Film jest pięknie nakręcony, a muzyka Dario Marianelliego naprawdę urzeka. Jednak to nie przykryje wad scenariuszowych, bo to on jest główną bolączką filmu Fukunagi. Nie trzeba znać oryginału, by wiedzieć, że sama konstrukcja narracyjna ma solidne luki. Nie, nie żałuję seansu. „Jane Eyre” ma swoje dobre momenty, wciąż zamierzam śledzić Mię Wasikowską i zaczęłam uważniej brać pod uwagę konieczność zgłębiania filmografii Michaela Fassbendera. Przyznaję, że liczyłam na więcej, przynajmniej od strony emocjonalnej. A tu ładny pokaz slajdów z chwilami, które przybliżają je do kina.

wymarzony pan Rozchłester



PS. Planuję inne filmowe adaptacje powieści Charlotte Bronte, ale jednak po przeczytaniu książki. Myślę, że powinnam się tego trzymać. Szczególnie, że mam na oku wersję z Ruth Wilson.

Rumor has it/Z ust do ust (2005), reż.Rob Reiner

Tytuł polski: Z ust do ust
Tytuł oryginalny: Rumor has it
Reżyseria: Rob Reiner
Scenariusz: Ted Griffin
Zdjęcia: Peter Deming, Edward Lachman
Muzyka: Marc Shaiman
Rok produkcji: 2005
Dystrybutor: Galapagos
Ocena: 3/6

Rumor Has It... (2005) on IMDb(function(d,s,id){var js,stags=d.getElementsByTagName(s)[0];if(d.getElementById(id)){return;}js=d.createElement(s);js.id=id;js.src=”http://g-ec2.images-amazon.com/images/G/01/imdb/plugins/rating/js/rating.min.js”;stags.parentNode.insertBefore(js,stags);})(document,’script’,’imdb-rating-api’);



Rob Reiner stoi za udanymi i różnorodnymi produkcjami. Wystarczy wspomnieć choćby takie tytuły jak: „Kiedy Harry poznał Sally”, „Ludzie honoru”, „Misery” czy „Narzeczona dla księcia”. Im dłużej reżyseruje, tym trudniej mu pokazać coś naprawdę dobrego. W 2010 roku nakręcił „Dziewczyna i chłopak – wszystko na opak” (szczerze polecam), ale pięć lat wcześniej spodobał mu się scenariusz, który dobry pomysł przerobił na obraz bardzo średni. Resztę wykończyła obsada, a przynajmniej jej część.

Punkt wyjścia jest materiałem na dobry film. „Absolwent” Mike’a Nicholsa z 1967 roku jest otoczony kultem, który przekłada się na różne inspiracje i cytaty. Nakręcony został na podstawie powieści Charlesa Webba, która rozpoczęła falę plotek. Kto był inspiracją dla postaci? Kim byli: pani Robinson, jej córka oraz młody Braddock? W filmie Reinera byli nimi odpowiednio: Katherine Richelieu (Shirley MacLaine), Jocelyn (Jennifer Taylor) i Beau Burroughs (Kevin Costner). Jednak lata sześćdziesiąte dawno minęły, bohaterowie już nie są tacy młodzi, a następne pokolenie przeżywa swoje dylematy. Można stwierdzić, że nadmiar owych rozterek skumulował się na Sarah Huttinger (Jennifer Aniston), niespełnionej dziennikarki, która szuka swego miejsca nie tylko w świecie, ale w swojej rodzinie. Wybiera się wraz z narzeczonym Jeffem (Mark Ruffalo) na ślub młodszej siostry Annie (Mena Suvari). Nie chce ogłaszać swoich zaręczyn, nie jest niczego pewna, a już z pewnością tego kto jest jej ojcem.

Mark Ruffalo i Jennifer Aniston

Myślę, że większość z nas zastanawiała się nad możliwością bycia kimś innym. Może jesteśmy adoptowani, porwani jako niemowlęta spod sklepowej witryny? Z czego mogły wynikać takie myśli? Byliśmy źli na rodziców, doszła do nas taka plotka lub historia, która wydarzyła gdzieś w okolicy? A może po prostu czuliśmy się inni, jakbyśmy byli elementem układanki z innego pudełka? Jak w takiej sytuacji znaleźć spokój duszy? To jest temat przewodni „Z ust do ust”, motyw „Absolwenta” jest tylko motorem dla następujących po sobie wydarzeń. Szkoda, że całość z dużej perspektywy nie ma zamiaru zachwycać. Z tego wszystkiego wyłania się film, który ma dobry początek, potem przynudza, a na koniec zaczyna drażnić. Na szczęście ma swoje momenty.

Wybór Jennifer Aniston wydaje się oczywisty. Aktorka od niemal 20 lat operuje tym samym zestawem umiejętności, które nie są w stanie wyjść poza sympatyczne i neurotyczne bohaterki. Może raz wymknęła się ze swego rachelowego emploi, kiedy zagrała w „Życiowym rozterkach”. Jednak nie sposób nie odczuwać znużenia z każdym kolejnym filmem Aniston. Podobnie z Shirley MacLaine, kiedy kolejna jej bohaterka ma w sobie coś jędzowatego. Totalny zawód gwarantuje Mark Ruffalo, który był głównym motywem tłumaczącym wybór tego filmu. Nie wiem czy ta postać go uwierała, ale pamiętając jego inne role, ciężko mi inaczej wytłumaczyć jego „występ”. Nad tym mrokiem świeci jednak słońce, a imię jego to (niespodzianka) Kevin Costner. Może to dlatego, że jego postać ma w sobie dużo niewymuszonego uroku, nawet jeśli gra faceta trzech pokoleń. Ja lubię takie niespodzianki, bo wreszcie się uśmiecham na samą myśl o aktorze, który szczyt kariery ma dawno za sobą.

Jennifer Aniston i Kevin Costner

„Z ust do ust” jest średniakiem, który miał fantastyczny punkt wyjścia. Sam „Absolwent” nie jest filmem, który ma dla mnie jakieś znaczenie. Jednak nie mogę mu odmówić siły oddziaływania na popkulturę. Dlatego szkoda, że film Reinera nie jest w stanie przyjąć takiej dawki światła, by emanować przyjemnym i mocnym blaskiem. Galapagos dodał film do kolekcji „Zakochane kino”, ale moim zdaniem miłość stanowi boczny tor historii. Na pierwszy rzut oka jest komedią romantyczną, ale po chwili widać, że to opowieść o szukaniu własnej tożsamości. Może gdyby wymienić Aniston na bardzo nieoczywistą aktorkę, przy której Ruffalo nie musiał się spinać i wychodzić na aktorską nieumingę, to może ‚Z ust do ust” byłoby lepszym filmem.

Shirley MacLaine i Kevin Costner




Film obejrzałam dzięki dystrybutorowi Galapagos 

Prometheus/Prometeusz (2012), reż. Ridley Scott

Tytuł polski: Prometeusz
Tytuł oryginalny: Prometheus
Reżyseria: Ridley Scott
Scenariusz: Jon Spaihts, Damon Lindelof
Zdjęcia: Dariusz Wolski
Muzyka: Marc Streitenfeld
Rok produkcji: 2012
Dystrybucja: Imperial Cinepix
Ocena: 3/6

Prometheus (2012) on IMDb(function(d,s,id){var js,stags=d.getElementsByTagName(s)[0];if(d.getElementById(id)){return;}js=d.createElement(s);js.id=id;js.src=”http://g-ec2.images-amazon.com/images/G/01/imdb/plugins/rating/js/rating.min.js”;stags.parentNode.insertBefore(js,stags);})(document,’script’,’imdb-rating-api’);

 

Nie widziałam pierwszych filmów z serii „Obcy”. Czwórkę z Winoną Ryder w zasadzie nie ma co liczyć, bo większego wrażenia na mnie nie uczyniła – liczą się trzy filmy na początku, których do dzisiaj boję się zobaczyć. Do tego seria dodawana do „Newsweeka” trafiła bardzo nie w czasie, kiedy moje wydatki były skupione wokół przygotowań do świąt. Dlaczego sięgnęłam po krytykowanego „Prometeusza”? Z jednej strony miałam okazję, z drugiej chciałam zakończyć rok filmowy rasowym science – fiction. Współczesna technologia daje filmowcom niemal nieograniczone możliwości. „Prometeusz” jest ładny, sterylny i monumentalny. Co z tego, skoro ogólne wrażenia podpowiadają jedno słowo – nijakość.

Jest para archeologów, którzy przetrząsają Ziemię w poszukiwaniu klucza łączącego starożytne i odizolowane od siebie cywilizacje. Kolejne odkrycia doprowadzają ich do podróży kosmicznej, której cel osiągają w 2093 roku. „Prometeusz” ląduje na obcej planecie, która powinna skrywać odpowiedzi na nurtujące ludzkość od tysiącleci – kto nas stworzył? Po Ridley’u Scott’cie nie należy się spodziewać wizualizacji piosenki „Bóg kocha mnie, takiego jakim jestem. Cieszy się każdym moim gestem. Alleluja, moja radość mnie rozpiera. Uuuu…” Nie, jest posępnie z łopatologicznie serwowaną filozofią. Sens życia, przemijanie z nutą sentymentalizmu, która gloryfikuje wolę życia. Jednak na pierwszy plan wysuwają się relacje między stwórcą a jego dziełem. Ludzie jako produkt Inżynierów zapominają, że sami nie rozumieją swoich „dzieci”. Nie traktują androidów jak równych sobie, albo wartych szacunku równego sobie. Czego więc tak naprawdę oczekują od swoich „ojców i matek”? Czyż niedaleko pada jabłko od jabłoni?


Obsada „Prometeusza” została ciekawie dobrana. Gwiazdami są bez wątpienia Michael Fassbender (David), Charlize Theron (Vickers), Idris Elba (Janek, od dzisiaj tak na niego mówię) i rozchwytywana Szwedka Noomi Rapace (Shaw). Gdzieś w tle majaczą Tom Hardy Logan Marshall – Green, Sean Harris i inni zapychacze, których się nie chce wymieniać. Cudownym kuriozum jest angaż Guy’a Pearce’go. Ile by ulżyło budżetowi, gdyby wybrano aktora w podeszłym wieku. Gdyby pokazywano Petera Weylanda w retrospekcjach, kiedy był u szczytu młodości i witalności – nie miałabym pytań. A tak dołożyłam kolejny eksponat do kolekcji facepalmów. Mimo wszystko „Prometeusza” ratują dwie osoby, a trzecia cieszy niczym maskotka. Mowa o Fassbenderze i Rapace. Można się domyślić, że posadę filmowego pluszaka zdobył bezapelacyjnie Idris Elba. David Fassbendera, android, jest najbardziej tajemniczą, dwuznaczna postacią w filmie. Trochę dziwny, niepokojący i jednocześnie wzbudzający ciepłe uczucia. Jest trochę jak WALL-E, kiedy ogląda „Lawrence’a z Arabii” i upodabnia się do ulubionego bohatera. Możliwe, że to dobre aktorstwo oraz szukanie w Davidzie człowieczeństwa pociąga widza do bardziej wnikliwej obserwacji tej postaci. W opozycji mamy Elizabeth Shaw, główną bohaterkę, której wola życia oraz niestrudzenie w poszukiwaniu odpowiedzi napędza „Prometeusza” niczym pchła dorożkę. To z jej ust pada stwierdzenie, że to wyprawa badawcza i nie zabiera się broni. Tak, ląduje się na obcej planecie, gdzie z pewnością traktuje się naukowców jak placówki dyplomatyczne. A tak poważniej, to był mój pierwszy kontakt ze szwedzką aktorką i jestem pod wrażeniem. Faktycznie ma w sobie coś z puszczyka, a aktorsko zasługuje na więcej uwagi.

Tom Hardy, Noomi Rapace i Michael Fassbender
Historia opowiedziana w „Prometeuszu” jest dziwna, poszarpana, a końcówka ciągnie się jak guma od majtek. Możliwe, że załapałabym ukryty geniusz filmu po trzecim seansie, ale nie czuję gotowa na takie oświecenie. Zastanawiają mnie stadia rozwojowe obcego. Ile postaci, żywicieli musi stanąć między puszeczką, a gotowym do zabijania dorosłym osobnikiem. Powrót jednego z członków załogi na czterech łapach (nie, nie wrócił z planetarnego pubu w stanie niezdolności utrzymania pionu i gracji) jest jak element układanki z innego obrazka wciśnięty na siłę. Z drugiej strony nie widziałam pierwszych filmów z uniwersum „Obcego”, może tam to zostało wyjaśnione? Przed nami kontynuacja przewidziana na 2015 rok. Inny scenarzysta daje nadzieję, na historię, która potwierdzałaby wysokie ego Ridley’a Scotta. Nie sposób odmówić „Prometeuszowi” rozmachu i potęgi wrażeń wizualnych. Zdjęcia Dariusza Wolskiego świetnie się komponują z muzyką Streitenfelda. Jednak obraz powinien być opakowaniem dla imponującego szkieletu – tutaj mamy skórę majestatycznego lwa nałożonego na kości kota domowego. Ta dysproporcja jest widoczna i potwierdza, że wysoka forma angielskiego reżysera jest przeszłością. Seans „Prometeusza” był w sumie przyjemny, ale realizacja filmu była zbędna.

Czy coś wyniosłam z tych prawie dwóch godzin? Poza miłością do Idrisa Elby i zaintrygowaniem osobą Noomi Rapace, zaczęła na mnie spływać magia uroku i charyzmy Michaela Fassbendera. To już coś. Ale te plusy mogły się pojawić przy innej produkcji.

Janek