Kategoria: film: 4.5/6

Lego: The Movie/LEGO® Przygoda(2014), reż. Phil Lord, Christopher Miller

Tytuł polski: LEGO® PRZYGODA Tytuł oryginalny: Lego: The Movie Reżyseria: Phil Lord, Christopher Miller Scenariusz: Phil Lord, Christopher Miller Zdjęcia: Barry Peterson, Pablo Plaisted Muzyka: Mark Mothersbaugh Polski dubbing: Piotr Bajtlik, Wojciech Paszkowski, Ewa Andruszkiewicz – Guzińska, Jarosław Boberek Czas trwania: 100 minut Rok produkcji: 2014 … Czytaj dalej Lego: The Movie/LEGO® Przygoda(2014), reż. Phil Lord, Christopher Miller

Frozen/Kraina lodu (2013), reż. Chris Buck, Jennifer Lee

Tytuł polski: Kraina lodu
Tytuł oryginalny: Frozen
Reżyseria: Chris Buck, Jennifer Lee
Scenariusz: Jennifer Lee
Muzyka: Christophe Beck
Obsada: Kristen Bell, Idina Menzel, Jonathan Groff, Josh Gad, Alan Tudyk, Santino Fontana
Czas trwania: 108 minut
Rok produkcji: 2013
Dystrybutor: Disney
Ocena: 4.5/6

Frozen (2013) on IMDb(function(d,s,id){var js,stags=d.getElementsByTagName(s)[0];if(d.getElementById(id)){return;}js=d.createElement(s);js.id=id;js.src=”http://g-ec2.images-amazon.com/images/G/01/imdb/plugins/rating/js/rating.min.js”;stags.parentNode.insertBefore(js,stags);})(document,’script’,’imdb-rating-api’);

Disney to niewątpliwie symbol gałęzi filmowej skierowanej ku potrzebom młodego widza. Film animowany miewał swoje wzloty i upadki, a odkąd do gry przyłączył się Pixar możemy obserwować znaczne ożywienie w branży, gdzie hegemonia studia Disney’a wydawała się być niemożliwa do przełamania. Po latach trendu, gdzie tworzono filmy zarówno dla widza małoletniego jak i towarzyszącemu mu rodzicowi straciły na uroku. Od niedawna widać tendencję do tworzenia filmów przede wszystkim dla dzieci. „Kraina lodu” jest tego dobrym przykładem.

Jedną ze sztandarowych baśni, które przywodzą na myśl Hansa Christiana Andersena jest „Królowa śniegu”. W najnowszej animacji Disney’a nie mamy jednak do czynienia z literalną adaptacją – baśń stanowi bardziej bazę pod zupełnie inną historię. Król i królowa Arendelle mają dwie córki: Elsę i Annę. Starsza o włosach białych jak śnieg została obdarzona mocą, która pozwala jej opanować żywioł mrozu. Młodsza, brązowowłosa jest zwyczajną i radosną dziewczynką. We wczesnym dzieciństwie były ze sobą bardzo zżyte, ale wypadek, który zdarzył się przez trudny dar księżniczki – zmienił te relacje z dnia na dzień. Moc rosła, a Elsa nie mogąc jej w pełni kontrolować, zaczęła się izolować. Po latach, kiedy nastał dzień koronacji Elsy, w wyniku nagłych wydarzeń poddani dowiadują się o sekrecie młodej królowej i odwracają się od niej. Dziewczyna ucieka, Anna rusza na jej poszukiwanie – bo mimo wszystko, a raczej przede wszystkim to jej siostra.



Chociaż nie wybrałam się na seans wersji 3D – rozmach, precyzja oraz estetyka obrazu i tak robią niesamowite wrażenie. Piękno zimowych krajobrazów jest jeszcze bardziej wyraziste po zestawieniu ze scenami z tropikiem w tle. Mogę tylko podejrzewać jak obłędnie te sceny prezentowały się w trójwymiarze. Nie sposób nie przywołać tutaj „Zaplątanych”, ponieważ to samo studio postawiło na ten sam styl tworzenia postaci i nie mówimy tutaj tylko w kontekście wizualnym. Zachowanie Svena, renifera z którym wychował się Kristoff, niebezpiecznie kojarzy się z koniem Maximusem. Nadanie kopytnym cech najlepszego przyjaciela człowieka nie może być jednak normą, ale w „Krainie lodu” jeszcze zachowuje normy świeżości.

Powrót do klasyki nie oznacza jednak kopiowania wszystkich wzorców na jakich opierały się filmy animowane do lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku. Czasy się zmieniły, dlatego rola edukacyjna musi zostać dostosowana do współczesnego widza. Nie oznacza to, że tamte filmy należy wrzucić do lamusa czy wyciąć z kanonu. Kilkadziesiąt lat temu księżniczka była piękna, cnotliwa i wyczekująca ratunku od księcia z bajki. Potem odbywał się ślub i wielki bal, a młodzi żyli długo i szczęśliwie. Dzisiaj bohaterki są bardziej odważne, myślące i niezależne. Nie chcą pogodzić się ze stereotypowym podziałem ról („Merida Waleczna”), pragną poznawać świat na własną rękę („Zaplątani”) czy przestać żyć w ciągłym strachu („Krudowie”). Również w „Krainie lodu” księżniczka sama rusza na poszukiwania, a nie wysługuje się gwardią królewską z księciem na czele. Nie sposób nie zauważyć jakie zmiany zaszły w filmach adresowanych głównie dla dziewczynek, kiedy tytuły produkowane z myślą o małych mężczyznach praktycznie się nie zmieniają.



„Kraina lodu” jest filmem wręcz przeładowanym muzyką, a partie wokalne potrafią być przytłaczające. Dojrzalszy widz może czuć przesyt piosenkami, które tak naprawdę nie są powalające. Jednak mamy do czynienia z produkcją dla dzieci, a piosenki oraz ich przekaz mocniej zapadają w pamięć niż zwyczajny dialog. Niestety nagromadzenie piosenek trochę rozwala dynamikę fabuły. Początek jest naprawdę udany – bardzo dynamiczny i konkretny, a przede wszystkim pobudza zainteresowanie. W połowie robi się dość niemrawo, bohaterowie zdają się miotać na tle pięknych zimowych pejzaży. Dopiero twist pod koniec filmu, który i mnie zostawił z otwartą szczęką, przestawił opowieść na właściwe tory. Niestety, zakończenie trochę rozczarowuje, ale pod kątem morału dla najmłodszych nie zaskakuje. Można najwyżej ubolewać nad jego uproszczeniem, ale to problem zblazowanego i doświadczonego widza. 

Mimo niewyobrażalnego piękna mroźnych krajobrazów, galerii ciekawych postaci nie mogę napisać, że „Kraina lodu” mnie bezbrzeżnie ujęła. Oczami wyobraźni widzę siebie przy kolejnym seansie „Zaplątanych” niż najnowszej produkcji Disney’a. Może to wina stłoczenia zbyt wielu piosenek, może trochę szwankującego scenariusza czy niewciągającego zakończenia? Nieważne. Mamy do czynienia z filmem dla młodych widzów i z ich perspektywy „Kraina lodu” jest pozycją obowiązkową. 

Psycho/Psychoza (1960), reż. Alfred Hitchock

Tytuł polski: Psychoza
Tytuł oryginalny: Psycho
Na podstawie: „Psychoza”, Robert Bloch
Reżyseria: Alfred Hitchcock
Scenariusz: Joseph Stefano
Zdjęcia: John L. Russell
Muzyka: Bernard Herrmann
Obsada: Janet Leigh, Anthony Perkins, Vera Miles, John Gavin, Martin Balsam, Mort Mills
Czas trwania: 109 minut
Rok produkcji: 1960
Dystrybutor: TiM Film Studio
Ocena: 4.5/6

Psycho (1960) on IMDb(function(d,s,id){var js,stags=d.getElementsByTagName(s)[0];if(d.getElementById(id)){return;}js=d.createElement(s);js.id=id;js.src=”http://g-ec2.images-amazon.com/images/G/01/imdb/plugins/rating/js/rating.min.js”;stags.parentNode.insertBefore(js,stags);})(document,’script’,’imdb-rating-api’);

„Psychoza” to dzieło dzisiaj kultowe, znak rozpoznawczy mistrza suspensu którym obwołano Alfreda Hitchcocka. Wybierając na seans film uznany za arcydzieło i okupujące szczyty różnych zestawień istnieje ryzyko, że podświadomie zafałszujemy własną opinię. Przez moment tak miałam z tym filmem, ale przyszło otrzeźwienie i przyznanie się przed samą sobą, że „Psychoza” jednak tak absolutnie nie zachwyciła. Sztandarowe dzieło Hitchocka to film warty uwagi nie tylko ze względu na kultowy status, ale faktu, że to dobry film z niesamowitym klimatem.

Marion Crane (Janet Leigh) pracuje w biurze w Phoenix i utrzymuje związek na odległość z Samem Loomisem (John Gavin). Kiedy nadarza się okazja, kradnie szefowi 40.000 $ i ucieka z miasta by rozpocząć nowe życie z ukochanym. Po drodze zatrzymuje się w niewielkim motelu prowadzonym przez sympatycznego Normana Batesa (Anthony Perkins), który ma problem z zaborczą matką. Tego samego wieczoru Marion ginie zadźgana pod prysznicem. Po tygodniu w motelu pojawiają się osoby poszukujące Marion: jej siostra Lila (Vera Miles) i detektyw Milton Arbogast (Martin Balsam). Motel Batesa wzbudza w nich podejrzenie, a widzowie wiedzą, że nie bezpodstawnie.

Janet Leigh


Scenariusz Josepha Stefano oparto o powieść Roberta Blocha o tym samym tytule. Hitchock anonimowo wykupił prawa do ekranizacji za 9 tysięcy dolarów, ale nie ograniczył się tylko do kwestii prawnych. Wykupił tyle egzemplarzy powieści ile był w stanie, by ukryć zakończenie. W latach 50. to mogło zadziałać, w dzisiejszych czasach, kiedy króluje internet i szybki przepływ informacji – byłaby to walka z wiatrakami. Modyfikacje względem oryginału musiały mieć miejsce. Kiedy powieściowy Norman jest niski, gruby, starszy i odpychający (czyżby opis zbytnio pasował do reżysera, który miał ciekawą opinię szczególnie wśród aktorek), Hitchock uczynił go młodym, przystojnym i sympatycznym. Odejście od stereotypowego i konwencjonalnego wizerunku czarnego bohatera był doskonałym zabiegiem. Z jednej strony jest trochę niepokojący, a widz zastanawia się czy to na pewno on jest źródłem tego odczucia. Względem bohaterki prysznicowego zejścia też poczyniono drobną korektę. Pierwotnie nazywała się Mary Crane, ale kiedy odnotowano dwie kobiety o tym samym imieniu i nazwisku żyjące w Phoenix, zmieniono je na Marion. Z dzisiejszej perspektywy to jest co najmniej dziwne, ale może wtedy to była konieczna tarcza? W końcu do reżysera napisał mocno zdenerwowany ojciec pewnej dziewczyny, która po obejrzeniu „Widma” bała się brać kąpiel, a po „Psychozie” nie było mowy o prysznicu. Wprawdzie Hitchock mu odpisał by posłał ją do pralni chemicznej, ale to daje pewien pogląd na mentalność tamtych czasów.

Anthony Perkins


Scena prysznicowa, która trwa niecałą minutę i na jej kręcenie poświęcono 7 dni zdjęciowych jest jedną z najbardziej rozpoznawalnych na świecie. Hitchock znany jest z surowych, czasem drastycznych metod motywowania aktorek. Tym razem to ekipa filmowa wzięła sprawy w swoje ręce puszczając lodowatą wodę, aby wywołać u Janet Leigh większy szok. Reżyser zdecydował się na film czarno – biały, ponieważ uważał, że kolorowy byłby za bardzo krwawy. W tej scenie nie widać wbijania noża w ciało, ani ran na ciele – dosłowna drastyczność pozostaje w wyobraźni widza. „Psychoza” przekraczała niejedno filmowe tabu, które ograniczało sztukę filmową dzięki kodeksowi Hayesa. To pierwszy amerykański film, który pokazuje kobietę w samej bieliźnie (zwróćcie uwagę jak kolor bielizny odpowiada sytuacji bohaterki). Sama scena prysznicowa przeszła małą batalię z cenzurą. Wymagano usunięcia fragmentów z nagą Leigh pod prysznicem, ale Hitchock nie zamierzał ukrywać faktu, że ludzie kąpią się bez ubrania i… odesłał taśmę w formie niezmienionej. Cenzura ją zatwierdziła wychodząc z założenia, że reżyser dokonał wymaganych zmian.

Z perspektywy współczesnego widza „Psychoza” tak nie szokuje jak to miało miejsce w czasie premiery. Z jednej strony oczekuje się filmu, który będzie trzymał w napięciu i wyraźnie udowodni swoją renomę. Z drugiej zaś odbiór sztuki jest subiektywny z małymi próbami obiektywizmu. Nie przymierzałam tej samej miarki co do filmu współczesnego, to byłoby nie tylko głupie, ale i pozbawione sensu. Historia z początku nieco dezorientuje. Młoda kobieta z nieokreślonych pobudek kradnie pieniądze i rusza w drogę. Zwraca na siebie uwagę policjanta, którego zachowanie podpowiada, że przekroczenie uprawnień nie jest dla niego problemem. Same sceny, kiedy stoi oparty o radiowóz wzbudzają sporą dozę niepokoju. Jednak „Psychoza” to wyczekiwanie tej jednej kultowej sceny i ciekawość co będzie po niej. Hitchcock rewelacyjnie buduje napięcie i nastrój grozy szczególnie w pierwszej części filmu i drążąc wątek matki Normana. Rozczarowanie przychodzi wraz z wątkiem śledztwa, który wydaje się toporny w opozycji do zagadki, która otacza film niepokojem i grozą. Gwoździem do trumny jest tyrada psychiatry tuż przed wyrazistą ostatnią sceną. Możliwe, że wtedy ludzie potrzebowali więcej wyjaśnień. Nie ulega wątpliwości, że Hithcock nie bez powodu jest określany mianem mistrza suspensu – do samego końca pozwoliłam się prowadzić i dać zaskoczyć.

Vera Miles i John Gavin


Anthony Perkins jeszcze trzykrotnie wcielał się w rolę Normana Batesa, a Gus van Sant pokusił się o remake. W tym roku powstał serial „Bates Motel”, który skupia się na historii młodego Normana. „Psychoza” na stale weszła w język popkultury głównie dzięki scenie prysznicowej – wyrazistej i bardzo odważnej biorąc pod uwagę swoje czasy. Skupienie się na tej flagowej scenie ma swój duży pozytyw. Dzieje się ona praktycznie na początku filmu i przykrywa informacje, które mogłyby zdradzić zakończenie lub przynajmniej na nie naprowadzić. Dlaczego obejrzałam dopiero teraz? Moja lista filmów uznanych za kultowe, a których jeszcze nie widziałam jest bardzo długa. Z jednej strony czuję się w obowiązku ich poznania, a częściej naprawdę chcę je zobaczyć. Z drugiej strony istnieje obawa, że łatka arcydzieła zafałszuje mój odbiór lub spotka mnie zwyczajny zawód. „Psychoza” to film, który warto, a nawet trzeba zobaczyć. Nie unikniemy rozczarowania, ale każdy seans to cegiełka, która kształtuje nasz gust i upodobania.

Mort Mills
 

We’re the Millers/Millerowie (2013), reż. Rawson Marshall Thurber

Tytuł polski: Millerowie
Tytuł oryginalny: We’re the Millers
Reżyseria: Rawson Marshall Thurber
Scenariusz: Steve Faber, Bob Fisher, Sean Anders, John Morris
Zdjęcia: Barry Peterson
Muzyka: Theodore Shapiro, Ludwig Goransson
Rok produkcji: 2013
Dystrybucja: Warner Bros. Polska
Ocena: 4.5/6

We're the Millers (2013) on IMDb(function(d,s,id){var js,stags=d.getElementsByTagName(s)[0];if(d.getElementById(id)){return;}js=d.createElement(s);js.id=id;js.src=”http://g-ec2.images-amazon.com/images/G/01/imdb/plugins/rating/js/rating.min.js”;stags.parentNode.insertBefore(js,stags);})(document,’script’,’imdb-rating-api’);


Niepozorna komedia zapowiadała się jak wiele jej koleżanek – nic specjalnego, nic nowego, nic godnego zapamiętania. „Millerowie” to rzeczywiście nic odkrywczego, ale jako komedia (na dodatek w kategorii wiekowej R) wybija się ponad przeciętność. Między luki kina rodzinnego włożono elementy z innych filmowych układanek. Całościowo produkcja nabrała wyrazu, a porcja zachowawczości uczyniła pikantniejsze wątki realnie zabawnymi. W dzisiejszych czasach wciąż są możliwe bardzo udane komedie.


Po rabunku, który wyczyścił zasoby podrzędnego dilera narkotykowego, ciężko spojrzeć szefowi w twarz. Może zdarzyć się wszystko, od śmierci zaczynając na efektywnym postawieniu pod ścianą kończąc. David Clark (Jason Sudeikis) znalazł się w sytuacji bez wyjścia, kiedy szef, Brad Gurdlinger (Ed Helms) zleca mu przemycenie pewnej ilości marihuany z Meksyku. Problem w tym, że na przejściu granicznym będzie miał wypisane na czole „mam w bagażniku kłopoty” – idealna przykrywka byłaby bezcenna. Kto nie wzbudza podejrzeń? Sympatyczna rodzina na wakacjach w kamperze. Skąd taką wziąć? Wystarczy rozejrzeć się po okolicy, a już ma kandydatów na żonę, syna i córkę. Zabiera w podróż nieskażonego pierwszym pocałunkiem sąsiada Kenny’ego (Will Poulter), lumpiarę Casey (Emma Roberts) i striptizerkę Rose (Jennifer Aniston). Wizja zarobku przemienia się w przygodę życia, która dla całej czwórki będzie na swój sposób przełomowa.

We’re the Millers



Idea zebrania skrajnie odstających osobowości by osiągnąć konkretny cel nie jest niczym nowym. Konflikty w takich warunkach są zjawiskiem naturalnym i jednocześnie siłą napędową dla fabuły. Kolektyw scenopisarski jest doskonałym pomysłem, co widać w tym przypadku. „Millerowie” wcale nie są grzeczni, ale nie przestają być zabawni nawet ocierając się o wulgarność. Może to dlatego, że pikantność i brawura nie są centrum tego układu, ale krążą niczym planety wokół idei rodziny. Główni bohaterowie znaleźli się na rozdrożu. Obecna sytuacja ich przerasta, czują, że stoją w miejscu i nie wiedzą w którą stronę ruszyć. Udając przykładną rodzinę, mimowolnie czynią Millerów czymś więcej niż przykrywkę dla procederu przemytniczego. To jest siła filmu Thurbera, która pozwala inaczej spojrzeć na motywy zdecydowanie dla dorosłych. Nie są sztuką dla samej sztuki, ale spójnym elementem krajobrazu. W końcu rodzina to nie tylko pokrewieństwo, ale przede wszystkim relacje charakterów.

We’re the Fitzgeralds



Sparzyłam się na niejednym filmie z Jennifer Aniston, dlatego moje wątpliwości były uzasadnione. Aktorka jednej roli, której czasem zdarzy się zagrać postać nieco odbiegającą od szablonu Rachel Green z serialu „Przyjaciele”, w „Millerach” jest właściwie taka jak zawsze. Może brakuje jej nosa do scenariuszy, może pogodziła się z ograniczeniami i po prostu napełnia sobie konto bankowe, póki może grać kobiety piękne, zgrabne i powabne. Mi to nie przeszkadza, bo w filmie Thurbera się sprawdziła, choć jako striptizerka nie zrobiłaby kariery. Zaskoczeniem był Will Poulter, który nie tak dawno ukradł show całej obsadzie „Opowieści z Narnii: Podróż Wędrowca do Świtu”. Nie tylko wyrósł, ale wciąż ma zadatki na bardzo dobrego aktora o charakterystycznej twarzy. Może czas będzie mu przyjazny i  za kilka lat zupełnie go nie poznam, ale młody Brytyjczyk już teraz jest warty obserwacji. Zagadką byli dla mnie Jason Sudeikis i Emma Roberts. Dotychczas widziałam ich w niezbyt interesujących rólkach, gdzieś w dalszym planie. Dopiero w „Millerach” ich naprawdę zauważyłam.

Niedługo Aniston pożegna się z takimi scenami.



Jednak nie o aktorstwie tu się trzeba rozwodzić, ale o filmie, który w zamierzeniu miał być komedią i tym też się stał. Sceny, gagi i wolty, które w innym przypadku zostałyby spalone, przedobrzone lub irytujące – tutaj nabrały wiatru w żagle. Bez wątpienia mamy do czynienia z filmem dla dorosłych, ale dowcip jest wystarczająco trzymany w ryzach, że nie czułam się zażenowana. Widać, że można zrobić komedię dla dorosłych i nie traktować ich jak napalonych małolatów.

Znów nie poznałam się na zwiastunie i o mały włos pominęłabym ten film w planach filmowych. Pozytywne głosy nie tylko zaskoczyły, ale też zaintrygowały – zarys fabuły nie brzmiał zbyt zachęcająco, podobnie jak obsada. „Millerowie” to solidna rozrywka na dobrym poziomie. Zdecydowanie wyróżnia się spośród innych komedii ostatnich lat i przywraca trochę wiary w twórców filmowych. Dobry scenariusz to podstawa, która nie musi posiłkować się znanymi nazwiskami. Udział Jennifer Aniston pewnie zwrócił większą uwagę na produkcję, ale po wyjściu z kina pamięta się przede wszystkim udany film.

Zagrajmy w łapki



Za seans podziękowania wędrują znów do Warner Bros. Poland, oby więcej takich niespodzianek. 


Notorious/Osławiona (1946), reż. Alfred Hitchock

Tytuł polski: Osławiona
Tytuł oryginalny: Notorious
Na podstawie: „The song of the dragon” (opowiadanie), John Taintor Foote – inspiracja
Reżyseria: Alfred Hitchcock
Scenariusz: Ben Hecht
Zdjęcia: Ted Tetzlaff
Muzyka: Roy Webb
Rok produkcji: 1946

Ocena: 4.5/6
Notorious (1946) on IMDb(function(d,s,id){var js,stags=d.getElementsByTagName(s)[0];if(d.getElementById(id)){return;}js=d.createElement(s);js.id=id;js.src=”http://g-ec2.images-amazon.com/images/G/01/imdb/plugins/rating/js/rating.min.js”;stags.parentNode.insertBefore(js,stags);})(document,’script’,’imdb-rating-api’);


Obejrzałam trochę filmów mistrza suspensu, nigdy jednak nie miałam potrzeby oglądania jego filmów, tylko jego aktorów. To nie jest tak, że nie doceniam brytyjskiego reżysera, ale ciekawe lub ładne nazwisko w obsadzie zdecydowanie pomaga podjąć decyzję. „Osławiona” została zainspirowana krótkim opowiadaniem, ale Hitchcock musiał nadać historii swój rys, znak rozpoznawczy. Obsadzenie Ingrid Bergman i Cary’ego Granta zaowocowało jednym z najlepszych duetów jaki widziałam. „Osławiona” to melodramat, który niepostrzeżenie wypływa na wierzch i widz zapomina, że gdzieś tam się dzieje historia szpiegowska.


Opowieść Foote’a skupiała się wokół współpracy producenta teatralnego z FBI, którzy angażują aktorkę by uwiodła szefa gangu i tym samym dostarczała informacji. U Hitchcocka mamy próbę odreagowania traumy jaką była II wojna światowa. Aktorkę zmieniono na córkę nazisty, a celem infiltracji jest nazistowskie ugrupowanie w Ameryce Południowej. Alicia Huberman (Ingrid Bergman) znajduje się pod obserwacją służb bezpieczeństwa nawet po skazaniu jej ojca za zdradę na wieloletnie więzienie. Staje się bardzo cenna, ponieważ jabłko padło bardzo daleko od jabłoni – tym samym trzeba ją zwerbować. A któż byłby lepszy niż agent T.R. Devlin o fizjonomii Cary’ego Granta? Dziewczyna zgadza się na współpracę jednocześnie flirtując ze swoim agentem prowadzącym. Romans wisi w napięciu, ale ojczyzna jest priorytetem.



Ale to film Hitchcocka. Musi być suspens, chwile trwogi i napięcia. Praca szpiega to przybieranie maski i ryzyko dekonspiracji. Esencja została zawarta w wątku z kluczem, który jest znakiem rozpoznawczym filmu jak morderstwo pod prysznicem w „Psychozie”. Mamy tu niemal wszystko – walka z czasem, napięcie, powagę równoważoną z kpiarstwem oraz zbliżające się cienie. Można mieć pretensje, że akcja nie była lepiej przygotowana, a niedoświadczenie Alicii zostało rzucone lwom na pożarcie. Jednak z każdą minutą owe pretensje zanikają pod płaszczem zrozumienia intencji reżysera. Tak miało się stać, by doprowadzić do finału, który nie wpisuje się w definicję hollywoodzkiego zakończenia, ale i tak zapada w pamięć.

Nie jestem pewna czy to Cary Grant grający mężczyznę tłumiącego uczucia, wykorzystującego maskę bezdusznego drania przyciąga do ekranu. Czy to zasługa wielobarwnej gry Ingrid Bergman? Kiedy pojawiają się razem na ekranie, reszta zdaje się być bez znaczenia. Ich gesty, ruchy, spojrzenia wypełniają cały ekran. To nie jest standardowa para, trudno ich sobie wyobrazić jako szczęśliwe małżeństwo z gromadką dzieci. Ona prowokuje słowem, on szuka bezpiecznej metody na odbijanie piłeczki. „Osławiona” jest tak wysmakowana i jednocześnie pełna pasji, że staje się dobrą odtrutką na współczesne rozluźnienie obyczajów. Nie chodzi tu o tęsknotę czy idealizowanie przeszłości, ale wolność od uczucia zażenowania.



„Osławiona” nie przywołuje na myśl osoby reżysera, no może poza wątkiem z kluczem. Duet Grant – Bergman przyćmiewa całość, co z jednej strony każe wzbudzać podziw, a z drugiej wyrażać odrobinę żalu dla wątku szpiegowskiego. Warto wspomnieć Claude’a Rainsa w roli Alexandra Sebastiana, będącego pod wpływem umiarkowanie apodyktycznej matki granej przez Leopoldine Konstantin. Siatka nazistowska, której rozpracowanie powinno być osią filmu, za bardzo się rozmywa. W chwili realizacji Hitchcock miał 46 lat i nie jest tajemnicą, że jego słabość do aktorek nie ominęła Ingrid. Może był w bardziej romantycznym nastroju, a może to od początku miał być rasowy melodramat? Nie umniejsza to faktowi, że „Osławiona” jest dobrym, zapadającym w pamięć filmem.


A King in New York./Król w Nowym Jorku (1957), reż. Charles Chaplin

Tytuł polski: Król w Nowym Jorku
Tytuł oryginalny: A King in New York
Reżyseria: Charles Chaplin
Scenariusz: Charles Chaplin
Zdjęcia: Georges Perinal
Muzyka: Charles Chaplin
Rok produkcji: 1957
Dystrybutor: Galapagos
Ocena: 4.5/6

A King in New York (1957) on IMDb




Chaplin kojarzony przede wszystkim jako komediant w rzeczywistości był człowiekiem oczytanym i pewnym swoich poglądów. Obserwując jego twórczość od zarania po schyłek życia, widać ile myśli chce wszczepić w umysł widza. Nie chodzi o incepcję, ale zachętę. Czasem wali myślą między oczy, czasem też serwuje ją nienachalnie i naturalnie. „Pan Verdoux” był dość monotonnym i męczącym głosem w sprawie państwo, a jednostka pod mianownikiem zabijana. „Król w Nowym Jorku” jest ostatnim typowym filmem Chaplina, wtedy zbliżającego się do siedemdziesiątki. Nakręcona 10 lat później „Hrabina z Honkgkongu” to zupełnie inny produkt z Marlonem Brando i Sophią Loren. Ot zwyczajna opowieść, która zniknęłaby w mrokach niepamięci gdyby nie obsada i osoba reżysera. „Król w Nowym Jorku” jest filmem przyjemnym, trochę nierównym, za to z tym nienachalnym przesłaniem.

W pewnym fikcyjnym państewku wybucha rewolucja, która skończyłaby się linczem na osobie króla Shahdova (Charlie Chaplin). Jednak ów umysł przewidział, że czas opuścić ojczyznę, a ból nędznego losu emigranta z pewnością złagodzi ogołocenie skarbca i wyniesienie planów atomowych. Celem jego wędrówki jest Ameryka, wielka obietnica sukcesu i szczęśliwego życia. Los podsuwa różnych doradców, choćby takich, którzy zawłaszczają skarbiec by cieszyć się nim w Meksyku. W obliczu felernej sytuacji król Shahdov zostają same plany, które próbuje opchnąć Komisji Energii Atomowej. Zostaje jeszcze ambasador Jaume (Oliver Johnston) jako nieodłączny druh, cały Nowy Jork i rachunki za luksusowy hotel.

Oliver Johnston i Charles Chaplin

Tym razem Chaplin gładko przechodzi od komedianctwa do stonowanej obserwacji. Początek jest żywym wspomnieniem dawnej twórczości Chaplina. Mamy serię scenek, których komizm  miesza się z szacunkiem dla kondycji fizycznej Chaplina. Niezwykła gracja, sprawność i mimika przy której łapiemy się na tym, że brakuje wąsów i melonika. Nim się zorientujemy, dostrzegamy co reżyser chce skomentować. Można wyliczać wiele, ale konsumpcjonizm, nowa kultura popularna (jej głośność), kult młodości czy mccartyzm wybijają się na czoło. Wyśmiewanie jest albo łagodne albo uwypuklone, nigdy jednak wulgarne. Ten trochę nierówny film kryje w sobie kilka scen i wątków, które zdecydowanie ożywiają widza. Duża w tym zasługa udanego castingu, bo Chaplin sam by „Króla w Nowym Jorku” nie udźwignął. Gwiazdą bez wątpienia jest Dawn Addams jako Ann Kay – urocza, dynamiczna i przykuwająca uwagę. Ciekawostką jest również udział Sida Jamesa jako Johnson, spec od reklamy. Część może go kojarzyć z serii filmów pod sztandarem „Cała naprzód”. Do osobnej rubryki zaliczyć należy udział Michaela Chaplina w roli Ruperta Macabee. Tak, to syn Charlesa. Mam pewną słabość do rodzinnych występów, ale o pokrewieństwie dowiedziałam się po seansie. Młody Chaplin był wyrazisty i naprawdę dobrze wypadł, co przy takiej dawce kwestii wypluwanej z niemałą prędkością zasługuje na uznanie. 

Charles i Michael Chaplin

Z czym będę kojarzyła „Króla w Nowym Jorku”? Pierwsza myśl kieruje się przy „Be or not to be”, kwestia Hamleta wyrecytowana z dużym zaangażowaniem w dość osobliwych okolicznościach. Drugi wątek jest ściśle powiązany z podążaniem za upływającą młodością. Bo nie ma to jak naciągnąć sobie skórę i pójść na występ komików. Ważnym punktem było podjęcie tematu polityki McCarthy’ego. Jak wiadomo, Chaplin był jedną z ofiar tzw. polowania na czarownice, co skończyło się zakazem wjazdu do USA. Nie tylko wykpił tę procedurę dodając element w postaci węża strażackiego, ale pokazał kim były prawdziwe ofiary.

Zakończenie mogło być tylko jedno, król Shahdov opuszcza Amerykę bez żalu, ale z nowymi znajomościami. Swoją drogą imię króla brzmi jak wymieszanie dwóch słów: shah (król) i shadow (cień). Czyżby określało człowieka ceniącego spokój, a może jest symbolem ludzi zepchniętych w cień? Czy takie doszukiwanie ma w ogóle sens? Najciekawszy okres twórczości Chaplina przypada na lata przed II wojną światową. Kiedy zerwał z postacią włóczęgi, co w piękny sposób uczynił w „Dzisiejszych czasach”, mógł rozwinąć skrzydła i pozbyć się ograniczeń jednej postaci. „Król w Nowym Yorku” to dobre kino jakiego się już nie kręci. Współczesność oferuje nam takich twórców jak Sacha Baron Cohen, który bardziej słynie z przekraczania granic dopuszczalnego smaku, niż z trafnej satyry. W tej sytuacji wolę nie tylko ten film Chaplina, ale też „Pana Verdoux”. Obie produkcje zasilają Kolekcję Charliego Chaplina wydawaną przez Galapagos.

Joan Ingram, be or not to be, Dawn Addams



Za seans dziękuję dystrybutorowi, firmie Galapagos 

Les Miserables/Les Miserables. Nędznicy (2012), reż. Tom Hooper

Tytuł polski: Les Miserables. Nędznicy
Tytuł oryginalny: Les Miserables
Na podstawie: „Nędznicy”, Victor Hugo
Reżyseria: Tom Hooper
Scenariusz: William Nicholson
Zdjęcia: Danny Cohen
Muzyka: Claude – Michel Shönberg

Rok produkcji: 2012
Dystrybutor: UIP Polska
Ocena: 4.5/6

Les Misérables (2012) on IMDb(function(d,s,id){var js,stags=d.getElementsByTagName(s)[0];if(d.getElementById(id)){return;}js=d.createElement(s);js.id=id;js.src=”http://g-ec2.images-amazon.com/images/G/01/imdb/plugins/rating/js/rating.min.js”;stags.parentNode.insertBefore(js,stags);})(document,’script’,’imdb-rating-api’);



Uwielbiam musicale, dlatego wieść o przeniesieniu na ekran   jednego z broadway’owskich klasyków i to z doborową obsadą z miejsca wzbudziła mój entuzjazm. Najzabawniejsze jest to, że nigdy nie widziałam tego musicalu, ani nie miałam w rękach powieści Victora Hugo. Jednym słowem nie znałam historii, a w ostatnich czasach do moich uszu dotarły dwie piosenki: „I dream a dream” i „Castle on the cloud”. W takiej sytuacji nie trudno o nieśmiertelny dylemat: „Co pierwsze, książka czy film?”. Postawiłam na to drugiei dane mi było to, co rzadko mi się zdarza, ale często tego szukam – wzruszeń, których nie potrafię ukryć i opanować. Film Hoopera był powszechnie krytykowany, co mnie trochę dziwi, ale tylko trochę. Dużo zależy od oczekiwań, a moje były skierowane w sferę emocji. Tak, płakałam.

„Nędznicy”, już sam tytuł wskazuje, że historia, a raczej sieć ludzkich losów, nie będzie lekką i miłą opowiastką w scenerii porewolucyjnej Francji. Victor Hugo, czołowy reprezentant epoki francuskiego romantyzmu, nie ograniczał swojej działalności tylko na polu literackim. Piętnował niesprawiedliwość społeczną i w tym kierunku układał reformy, czego nie sposób nie dostrzec w w samych „Nędznikach”. Opowieści w której przypadkowy, zwykły gest może odmienić czyjeś życie na lepsze lub skazać go na utratę resztek godności. Przypadki Jeana Valjeana (Hugh Jackman), Fantine (Anne Hathaway), Javerta (Russell Crowe), Cosette (Amanda Seyfried), Eponime (Samantha Barks), Mariusa (Eddie Redmayne) czy Enjorlasa (Aaron Tveit) są tylko ułamkiem wyciętym z morza im podobnych. Może i żyjemy w XXI wieku, ale pewne rzeczy tak bardzo się nie zmieniają.

Hugh Jackman


Musical ma niesamowitą, ostatnio niezbyt docenianą siłę. Jej istotą są treści, emocje przekazywane przy interpretacji piosenki. Utwór musicalowy jest bardzo bliski poezji, gdzie dokonuje się pewne obnażenie wrażliwości, tkwiących emocji. Proza, zwykły dialog nie zawsze oddadzą esencję, perspektywę. Czy warunkiem wywołania katharsis jest doskonały, krystaliczny głos? Niezupełnie, ponieważ niedoskonałość, potknięcie, chwilowy brak tchu potrafią poruszyć mocniej niż czyste dźwięki. Poziom wokalny w „Les Miserables” jest mocno zróżnicowany. W przeciwieństwie do indyjskich produkcji, gdzie prężnie rozwija się gałąź playback singerów, aktorzy śpiewają własnym głosem. Między znanych ze swoich możliwości wokalnych (Hugh Jackman, Anne Hathaway, Amanda Seyfried) i niezbyt lotnych (Russell Crowe, Helena Bonham Carter), znaleźli się aktorzy musicalowi (Aaron Tveit, Samantha Barks). Nie trzeba być znawcą, aby stwierdzić, że część żeńska zdecydowanie góruje nad męską. Jakim zaskoczeniem była niemoc wokalna Jackmana, który ma za sobą miesiące na deskach teatrów musicalowych. Słabsze wykonania nie wpłynęły jednak na odbiór filmu, nawet nie miałam kiedy zastanawiać się nad odwagą Crowe’a by w ogóle zaśpiewać. Przy jednej piosence osiągnęłam szczyty wzruszenia. Niby miałam z tyłu głowy, że Hathaway za bardzo zależało na Oscarze, ale za wykonanie „I dreamed a dream” jej się należał.

Anne Hathaway


Sama opowieść, z perspektywy nowicjusza, który nie liznął nawet zarysu historii, przyciąga uwagę i angażuje na kilku poziomach. Na ile to zasługa umysłu Hugo, inteligencji scenarzysty czy rozmachu wizualnego, że nie wspomnę o aktorstwie – trudno określić. To może świadczyć o zrównoważeniu poszczególnych elementów, a historia po prostu płynie. Widoczna jest pewna teatralność, umowność, ale to jedna z naturalnych cech musicalu – formy, która od kilkunastu lat próbuje zająć miejsce między gatunkami, które wyznaczają trendy w kinie. „Les Miserables” jako film i jako musical naprawdę się udał, a moje obawy były związane z osobą reżysera. Tom Hooper ma już swojego Oscara za „Jak zostać królem”, film, który nie powinien być nawet nominowany. Kalka goniła kalkę i poza kilkoma scenami nadawałby się do zapomnienia. Jednak musical potraktował w pierwszej kolejności jako film, nie wywołując presji na stronę wokalną. Dlatego „Les Miserables” mają swój autorki rys, pewną chropowatość, która przemienia teatralność w autentyczność. Dramaty i dylematy nie są przesadzone, miłości nie takie słodkie, a odwaga nie taka głupia.

Helena Bonham Carter, Isabelle Allen, Sacha Baron Cohen


Nie pozostaje nic innego jak przeczytać książkę i jeszcze raz obejrzeć film Hoopera. Plejada gwiazd tak pięknie skryła się za plecami granych przez siebie postaci, że nie sposób nie docenić tego widowiska. Po seansie krążą myśli, serce rozsadzają emocje. Może nie miałam do czynienia z kinem wybitnym, ale każdy seans, który daje spełnienie mnie jako widzowi, jest wart zapamiętania, opisania i powtórzenia.

Warm bodies/Wiecznie żywy (2013), reż. Jonathan Levine

Tytuł polski: Wiecznie żywy
Tytuł oryginalny: Warm bodies
Na podstawie: „Ciepłe ciała”, Isaac Marion
Reżyseria: Jonathan Levine
Scenariusz: Jonatjhan Levine
Zdjęcia: Javier Aguirresarobe
Muzyka: Marco Beltrami, Buck Sanders
Rok produkcji: 2013
Dystrybutor: Monolith Films
Ocena: 4.5/6

Warm Bodies (2013) on IMDb

Bałam się tego filmu i jednocześnie byłam ciekawa. Dość karkołomne przedsięwzięcie, które wypłynęło na fali boomu na romanse paranormalne, które nic sobie nie robiło z zarzutów o promowanie nekrofilii. Co tam dziwni ukochani? Wampir i wilkołak jeszcze zachowali strukturę ludzką, ale zombie daleko do pojęcia „tajemniczy, pociągający i piękny”.  Ludzka wyobraźnia nie ma granic, a kanoniczne portrety są głównie źródłem inspiracji, modyfikowanym wedle potrzeb. Jeżeli dziewczyna ma poczuć miętę do umarlaka, to nie może on wykazywać znamion rozkładu i zachowywać się jak bezmózgi morderca. U Levine’a mamy więc całkiem znośnie wyglądającego chodzącego trupa., który jest… narratorem.

Kolejna wizja przyszłości. Są zombie, a to znaczy, że jest źle – ludzkość walczy o przetrwanie i musi zapuszczać się na tereny zamieszkałe przez powłóczących nogami koneserów ludzkiej tkanki mózgowej. W czasie jednej z eskapad po medykamenty, grupa ochotników zostaje zaatakowana. R (Nicolas Hoult) zabija Perry’ego (Dave Franco, mam chyba problem z jego szczęką), ukochanego Julie (Teresa Palmer). W ciągu tych minut dzieje się jednak coś niezwykłego, coś co zostało zawarte w tytule jednej z piosenek The Beatles „All you need is love”. Brzmi jak żart, który nie ma prawa się udać. Jednak Jonathan Levine wybrnął z tego zaskakująco dobrze. Nie miałam kontaktu z pierwowzorem literackim, co mam nadzieję zmienić, ale „Wiecznie żywy” (co za tłumaczenie…) okazał się być filmem uroczym i wciągającym. Coś jak wymieszanie „Zombieland”, „WALL-E” i „Romeo i Julii”.

Rob Corddry i Nicolas Hoult

Skupmy się na narratorze. R, nie pamięta swojego imienia, ani jak wyglądała jego śmierć. Pamięta tylko pierwszą literę imienia oraz fakt, że był kiedyś człowiekiem. Wprowadza w swoją rzeczywistość, gdzie istnieją dwa typy nieumarłych – zombie i szkielety. Ci drudzy byli kiedyś jak R czy jego przyjaciel M (Rob Corddry), ale w pewnym momencie stracili nadzieję. Życie zombie jest karykaturalną kalką życia sprzed epidemii – wszyscy gdzieś idą, dokądś zmierzają, jakby tkwiła w nich pamięć tamtego życia. Ten dość poważny pejzaż łagodzą komentarze głównego bohatera, które są nie tylko trafne, ale też zabawne i nie rozmemłane.

Levine’owi udał się nie tylko scenariusz, ale sama obsada. Kto pamięta Nicolasa Houlta w świetnym „Był sobie chłopiec”? Większą sensacją był dwa lata wcześniej Jamie Bell, który po „Billym Elliocie” był na ustach wszystkich. Z drugiej strony ich wybory są zgoła inne, ale to Hoult dostaje się do dużych produkcji (X-Men, Jack pogromca olbrzymów) i coraz częściej wysuwa się na pierwszy plan. Jako R jest naprawdę dobry. Czy to jako zobojętniały czy też atakujący swoją ofiarę zombie. Szczególnie ujął mnie w scenie, kiedy R ujrzał siebie we wspomnieniach Perry’ego. Trudno wyobrazić sobie kogoś innego, Hoult tak doskonale wkomponował się w postać oraz konwencję, że wciąż pozostaję pod wrażeniem. Nie patrzę przez pryzmat wielkiego aktorstwa, ale widzę ogromny potencjał. Obawiam się, że w „Jacku pogromcy olbrzymów” zostanie przytłoczony przez budżet i rozmach. „Wiecznie żywy” jest filmem bardziej kameralnym, nastawionym na emocje, ale też wypełniającym normy kina komercyjnego.

Nicolas Hoult i Teresa Palmer

Teresa Palmer jest rozczulająco śliczna, ale nie jest to piękno bezbronnej laleczki, tylko naturalne, surowe i niewymuszone. Takie skojarzenia przychodzą mi do głowy, kiedy patrzę na australijskie aktorki. Większość filmów jakie widziałam z Teresą, ograniczały się do stwierdzenia: „dziewczyna o którą zabiega bohater”. Wyjątkiem był co prawda „Jestem numerem cztery”, ale najwidoczniej trudno jej o niesztampowe role poza rodzima Australią. W tle kołacze się John Malkovich, który kiedyś był synonimem świetnego aktora w dobrych filmach. Obecnie częściej go widać w rolach czy jak tutaj epizodach, które przywodzą na myśl hasło: „kasa i zabawa”. Z drugiej strony czy takie podejście powinno być krytykowane? I jeszcze parę słów o Dave’ie Franco, bracie tego Jamesa. Jak wspomniałam, mam pewien problem z jego szczęką. Jego wyrazista uroda, czasem zbyt ostra, niespecjalnie wbija się w pamięć. Jego dość bogata filmografia to w większości epizody czy krótkie role. To też świadczy, że nie pnie się skróconą ścieżką na plecach brata. Jako Perry jest zasadniczo irytujący, ale coś mi podpowiada, że to  zostało podkreślone w scenariuszu.

„Wiecznie żywy” nie jest filmem pozbawionym wad, ale nie są one istotne czy uprzykrzające seans. Chwilę zajmuje zrozumienie pewnych zjawisk, z uleczeniem na czele. Nie brakuje elementów sztampowych, ale większość z nich wynika z reguł rządzących konwencją. Levine odwalił kawał dobrej roboty podczas prac scenariuszowych, szczególnie nad warstwą humorystyczną. Dawno przestałam być nastolatką (chlip, chlip), ale zawsze lubiłam  tzw. teen movies. Po adaptacji książki Isaaca Mariona nie spodziewałam się wiele, pomysł był sam w sobie niemożliwy, ale efekt jest po prostu zaskakujący. To też chyba skłania do myśli o powtórnym seansie, ale po przeczytaniu książki.

Kogo tu wybrać? 

Argo/Operacja Argo (2012), reż. Ben Affleck

Tytuł polski: Operacja Argo
Tytuł oryginalny: Argo
Na podstawie: Antonio Mendez i Matt Baglio, „Operacja Argo”; Joshua Bearman, „The Great Escape” (artykuł)
Reżyseria: Ben Affleck
Scenariusz: Chris Terrio
Zdjęcia: Rodrigo Prieto
Muzyka: Alexandre Desplat
Rok produkcji: 2012
Dystrybutor: Warnes Bros Entertainment Polska
Ocena: 4.5/6

Argo (2012) on IMDb(function(d,s,id){var js,stags=d.getElementsByTagName(s)[0];if(d.getElementById(id)){return;}js=d.createElement(s);js.id=id;js.src=”http://g-ec2.images-amazon.com/images/G/01/imdb/plugins/rating/js/rating.min.js”;stags.parentNode.insertBefore(js,stags);})(document,’script’,’imdb-rating-api’);

Obserwując karierę filmową Bena Afflecka, nie sposób nie zauważyć pewnych wyrazistych punktów. Oscar za scenariusz zaowocował niekoniecznie błyskotliwą karierą aktorską. Kiedy już większość stawiała już nad nim krzyżyk, wyskoczył z debiutem reżyserskim, który wyprowadził z równowagi niedowiarków. Po „Gdzie jesteś Amando” i „Mieście złodziei”, Affleck kontynuuje dobrą passę, biorąc na warsztat prawdziwą historię. Kryzys teherański rozpoczął się 4 listopada 1979 roku, kiedy amerykańska ambasada została zaatakowana przez irańskie bojówki rewolucji Chomeiniego. Szóstce Amerykanów udało się uciec i znaleźć schronienie pod skrzydłami kanadyjskich służb dyplomatycznych. Kwestią czasu było odkrycie ich ucieczki przez Irańczyków i tym samym wydanie na nich wyroku śmierci. Trzeba było ich dyskretnie ewakuować.

Można sobie zadać pytanie, czy najpierw przeczytać książkę Antonia Mendeza i Matta Baglio, czy też zatopić się w lekturze po seansie? Mendez, postać w którą wciela się Affleck, jest autorem tytułowej misji, która przyniosła mu najwyższe odznaczenie CIA. Były agent, spec od podróbek i eksfiltracji, dokładnie opisuje nie tylko kulisy słynnej operacji (pomysł rodził się wręcz w bólach), ale daje wgląd w system pracy amerykańskich służb wywiadowczych. Za wyjątkiem kilku żelaznych punktów, film stanowi odwrócenie relacji Mendeza. Kiedy w książce przebieg i zakończenie akcji można skwitować stwierdzeniem „to tyle?”, film skupia się na jej maksymalnym udramatycznieniu. Książkowy Mendez ma udane małżeństwo i trójkę dzieci, a w pracy znajduje spełnienie. Jego filmowa wersja snuje się ze zwieszoną miną, bo małżeństwo przeżywa poważny kryzys. Ma też jednego synka za którym tęskni. Bo kto widział, by zapracowany agent CIA był w pełni zadowolonym z życia człowiekiem? Można by tak ciągnąć, ale czasem warto oderwać produkt finalny od warstwy podstawowej. Pomijając rozbieżności z książką, Affleck znów pokazał, że w roli reżysera czuje się jak ryba w wodzie.

Ben Affleck i Bryan Cranston

Początek filmu jest mocny – obserwujemy szturm tłumu na amerykańską ambasadę w Teheranie. Gorączkowe niszczenie dokumentów, strach skrywany za z trudem opanowaną postawą i przede wszystkim destrukcyjną siłę tłumu. Sekwencje zdjęć, montaż i muzyka robią piorunujące wrażenie. Wciągają, przytłaczają i angażują widza wbrew jego woli (cóż, zaszkliły mi się oczy). Proces przygotowywania misji, a raczej szukania na nią pomysłu, to sekwencje absurdu („rowerami przez Iran”) i świetnych dialogów („Argo f**k yourself” to  znak rozpoznawczy filmu). Nie bez znaczenia jest udana obsada nie tylko pod kątem fachu aktorskiego, ale też podobieństwa do odgrywanych postaci. Zbyt kreatywne podejście do faktów na poziomie scenariusza przestaje być wadą, kiedy historia trzyma w napięciu do samego końca. Chociaż finał operacji, dzięki której Amerykanie pokochali Kanadę, jest doskonale znany – to niepewność tkwi aż do momentu opuszczenia strefy powietrznej Iranu. Dla takich wrażeń, maltretowania emocjonalnego można wybaczyć sporo przeinaczeń.

Ben Affleck znów obsadził siebie w głównej roli. Mendeza miał zagrać Brad Pitt, ale zrezygnował z powodu napiętego terminarza. Może zabrakło czasu na nowy casting, a może reżyserowi bardziej paliło się skorzystać z opcji 2 w 1?  Niestety, ale jako główny bohater momentami bywa zbyt męczący. Trudno dostrzec w nim speca od eksfiltracji i to jednego z najlepszych. Prędzej można się by spodziewać, że lada dzień podetnie sobie żyły. Za to reszta obsady zdaje się mieć w sobie więcej życia, nawet szóstka uciekinierów kisząca się pod dachem ambasadora Kanady. Ciekawym przypadkiem jest duet Johna Goodmana i Alana Arkina, a i Bryan Cranston silnie zaznaczył w filmie swoją obecność. Wystarczyło tylko znaleźć aktora o latynoskich korzeniach, który uczyniłby z Antonia Mendeza postać wiarygodną i pełnokrwistą.

John Goodman, Alan Arkin i Ben Affleck

Trochę szkoda, że prawdziwa historia została tak dalece poddana liftingowi. Gdybym nie czytała książki, notabene bardzo dobrej, film dostałby mocne 5.5/6. „Operacja Argo” sama w sobie jest bardzo dobrym filmem, który potrafi trzymać w napięciu i niepewności pomimo oczywistego zakończenia. Do tego dochodzi świetnie skonstruowana opowieść, kapitalne dialogi oraz szereg pozostałych czynników, które spajają film w jednolitą i wyrazistą masę. Do głosu dochodzi przede wszystkim historia, która elektryzowała świat pod koniec lat siedemdziesiątych. To doskonały impuls do zgłębienia tematu i może też natrafienia na inne warte poznania fakty. W temacie irańskim polecam szczególnie „Persepolis” Marjane Satrapi, dzieło ocierające się o wybitność. „Operacja Argo” nie jest wybitnym filmem, ale prezentuje to co dobre w swoim gatunku  i to z klasą.

Argo in progress
Film obejrzałam dzięki
Warner Bros Entertainment Polska

Mr. Smith goes to Washington/Pan Smith jedzie do Waszyngtonu (1939), reż. Frank Capra

Tytuł polski: Pan Smith jedzie do Waszyngtonu
Tytuł oryginalny: Mr Smith goes to Washington
Reżyseria: Frank Capra
Scenariusz: Sidney Buchman
Zdjęcia: Joseph Walker
Muzyka: Dimitri Tiomkin
Rok produkcji: 1939
Ocena: 4.5/6

Mr. Smith Goes to Washington (1939) on IMDb(function(d,s,id){var js,stags=d.getElementsByTagName(s)[0];if(d.getElementById(id)){return;}js=d.createElement(s);js.id=id;js.src=”http://g-ec2.images-amazon.com/images/G/01/imdb/plugins/rating/js/rating.min.js”;stags.parentNode.insertBefore(js,stags);})(document,’script’,’imdb-rating-api’);

Frank Capra i polityka, połączenie na pierwszy rzut oka niezbyt szczęśliwe. Reżyser, który zasłynął jako zręczny manipulator emocjami, bierze się za nieprzystający do niego temat. Jednak odniósł sukces komercyjny i artystyczny, a „Pan Smith jedzie do Waszyngtonu” często jest wymieniany w różnych zestawieniach filmów wszechczasów. Po dłuższej przerwie i otrzymałam jedną z jego najlepszych ról w karierze Jamesa Stewarta. Aktor pracował nad nią bardzo intensywnie ze świadomością, że to może być rola życia. Z pewnością jako Jefferson Smith wpisał się na karty historii kina.

Nagle umiera jeden z senatorów i trzeba wyznaczyć jego następcę. Grupka polityków skupionych wokół potężnego Jima Taylora (Edward Arnold) szuka człowieka, który byłby idealną kukiełką dla ich sprawy. Intencje nie są czyste i od zatwierdzenia ustawy o deficycie zależy zasobność ich kont bankowych. Ku zaskoczeniu wszystkich jak i samego wybranego, nowym senatorem zostaje Jefferson Smith (James Stewart). Młodzieniec pełen ideałów i nieskalanego patriotyzmu wydaje się idealnym kandydatem na pionka. Do tego ślepe zaufanie do senatora Josepha Paine’a (Claude Rains), który był przyjacielem ojca Smitha – o równie szlachetnym umyśle co jego syn. W swoim stanie zasłynął jako wspaniały skaut, mający na sercu dobro dzieci, które są w niego wpatrzone jak w obrazek. Pierwsza w życiu wizyta Smitha w stolicy może sprawiać wrażenie, że za długo przebywał z dziećmi. Zachwycony, rozemocjonowany niczym mały chłopiec w ZOO, wymyka się by zwiedzić stolicę ukochanego kraju.
Pierwsze kroki w Senacie zdawają się potwierdzać słuszność wyboru Smitha przez pryzmat dążeń Taylora. Nie ma praktycznie żadnego pojęcia o mechanizmach politycznych, procedurach i ustawodawstwie. Cechuje go jednak silna potrzeba sprostaniu obowiązkom praktycznie mu narzuconych. Mianowaniu Smitha senatorem towarzyszyła niezła pompa, przy której nie było nawet jak się wycofać. Już na dzień dobry dał się zmanipulować dziennikarzom, którego efektem były prześmiewcze nagłówki w prasie porannej i to jeszcze przed zaprzysiężeniem Jeffersona na senatora. Dzięki temu następuje urocza sekwencja w której Smith daje pięścią w twarz każdemu winnemu dziennikarzowi. Oskarżenia o byciu pionkiem bardzo go zabolały i zachęcony przez Paine’a zaczyna prace nad projektem ustawy. Jednak niewiele byłby w stanie zrobić gdyby nie Clarissa Saunders (Jean Arthur), sekretarka z charakterem. Z początku traktuje pracę z żółtodziobem cierpiącym na nadmiar ideałów jak karę boską. Z czasem zaczyna czuć do niego sympatię i czułość – dotąd miała kontakt z ludźmi cynicznymi, interesownymi i fałszywymi. Praca z młodzieńcem uczciwym, szlachetnym i pełnym życzliwości systematycznie rozbija cyniczną skorupę i uwalnia nowe emocje.
James Stewart i Jean Arthur
 
Problemy zaczynają się w momencie przedstawienia projektu ustawy przez Smitha, który godzi w interesy ustawy o deficycie a dokładniej ustępu 40. Kiedy Smith nie ulega delikatnym perswazjom, poznaje świat polityki z najbrutalniejszej strony. Chyba każdy idealista by się załamał słysząc oszczerstwa na własny temat od osoby, którą się podziwiało i szanowało. Jednak wsparcie ze strony Saunders wzbudziło w nim wolę walki, które zaowocuje bardzo długim wystąpieniem. Prawo amerykańskie pozwala przemawiać tak długo póki mówca jest w stanie utrzymać się na nogach. 
James Stewart idealnie się wpasował w rolę pełnego ideałów, naiwnego i głupiego młodzieńca. To wszystko bije z niego niczym z latarni morskiej po zmierzchu. Fizjonomia grzecznego obywatela na nic by się zdała, gdyby nie świetne aktorstwo. Jak już było wspomniane, Stewart podszedł do roli bardzo poważnie. Jean Arthur wspominała, że wstawał o piątej rano i jechał do studia z przerażeniem w oczach, że coś mu się może stać – przez to nie był w stanie jechać szybciej. Nie wiem na ile ten stres odbił się na aktorstwie, ale w scenach z Susan Paine (Astrid Allwyn), córką senatora był genialnym fajtłapą. Sceny z kapeluszem uważam wręcz kapitalne. Zastanawiałam się jak uzyskał efekt zachrypniętego głosu po niemal dwudziestotrzygodzinnej przemowie. Szybko znalazłam odpowiedź – Stewart suszył gardło dwuwęglanem sodu i nawet nie chcę wiedzieć co to jest. Za to przyjemnie się oglądało Jean Arthur w roli silnej i charakternej Clarissy, chętnie bym coś z nią obejrzała. Warto wiedzieć, że kino amerykańskie pokazało wiele nietuzinkowych choć mniej znanych aktorek. W głównej mierze film stoi aktorstwem Jamesa (no dobra, zawsze mnie śmieszy jak mdleje) i dobrym scenariuszem.
Jean Arthur
 
Prace nad filmem to temat na szerokie opracowanie. Kanwą scenariusza była nieopublikowana książka Lewisa R. Fostera pod różnymi tytułami:  „The Gentelman from Montana” lub „The Gentelman from Wyoming”. Warto zwrócić uwagę, że film przemilcza nazwę stanu z którego wywodzi się Smith. Pierwotnie miał być squelem innego filmu Capry „Mr. Deeds goes to town” znany w Polsce jako „Pan z milionami”. Projekt „Mr. Deeds goes to Washington” musiał ulec modyfikacji z powodu niedostępności Gary’go Coopera. W głowie Capry zajaśniała nowa para: Stewart i Arthur, który wypożyczył aktora od MGM. Dla reżysera to był trudny okres. Po stracie syna na wskutek powikłań po wycięciu migdałków, Capra chciał odgonić myśli i zająć się pracą. Pierwszym pomysłem był film o Fryderyku Chopinie, ale wytwórnia nie chciała dać funduszy. W styczniu 1938 roku historia Fostera przeszła przez cenzurę Hayesa. Zdjęcia trwały od od 3 kwietnia do 7 lipca 1939 roku. Premiera miała miejsce 19 października, kiedy wojna w Europie pochłaniała kolejne ofiary i państwa.
„Pan Smith jedzie do Waszyngtonu” wzbudzał w tych czasach wiele kontrowersji. Chodziło głównie o uderzanie w nieskalany mit cudownego i prawego rządu USA. Ukazanie korupcji na samym szczycie brzmiał jak totalna bzdura, profanacja. W tym czasie prezydentem był Franklin Delano Roosevelt, który wyciągnął kraj z bagna Wielkiego Kryzysu. Pod adresem Capry padło wiele oskażeń, ale film spodobał się zarówno publiczności jak i krytykom.
Siłą filmu jest satyra, ale podana w lekkim sosie, która nie celuje w konkrente osoby czy wydarzenia. Nazwanie głównego bohatera jest wyrazem sprzeczności i pomysłowości scenarzysty. Jefferson Smith, popularne nazwisko połączone z mocnym, budzącym pozytywne skojarzenia nazwiskiem ojca narodu. Capra nakręcił film, który miał wzbudzać uśmiech na twarzy. Przynajmniej  mnie pokrzepiają myśli, że takich Jeffersonów Smithów nie brakuje. Sama kiedyś byłam przepełniona ideałami, które już zostały odarte ze złudzeń. Oglądając film, wspominałam dawną siebie.
James Stewart
 
Film został zakazany w nazistowskiej III Rzeszy, faszystowskich Włoszech, sowieckiej Rosji i frankistowskiej Hiszpanii. W kilku europejskich krajach został zdubbingowany w taki sposób, aby był zgodny z ideologią danego państwa. Sam ambasador amerykański w Wielkiej Brytanii Joseph P. Kennedy pisał do Capry oraz szefa Columbii , Harry’ego Cohna, obawiając się negatywnego wpływu filmu na prestiż USA w Europie. W okupowanej przez Niemcy Francji, film był grany jako ostatni przed wprowadzeniem zakazu. Kiedy zakaz został zdjęty, jeden właściciel paryskiego kina puszczał ten film przez 30 dni.
„Pan Smith jedzie do Waszyngtonu” zebrał 11 nominacji do Oscara, ale statuetka trafiła w ręce Lewisa R. Fostera za scenariusz oryginalny. Warto wspomnieć, że rok 1939 obfitował w głośne do dzisiaj tytuły: „Przeminęło z wiatrem”(kombajn oscarowy – 8 statuetek), „Czarnoksiężnik z Oz” czy głośny „Dyliżans” (bardzo chcę go zobaczyć).
Nie dziwię się, że film na trwale zapisał się w kulturze masowej i motywy co jakiś czas przewijają się w różnych formach. Czy to poprzez parafrazy tytułów, czy na potrzeby kampanii politycznych, na filmach i serialach kończąc. W 1989 roku został umieszczony w National Film Registry – liście filmów budujących dziedzictwo kulturalne USA, przechowywanych w Bibliotece Kongresu. Film z pewnością rozbudził w niektórych chęć zajęcia się polityką, czego dowodem były listy do reżysera. Nie wiem ilu wyborców z tego powodu chciałoby wychwalać ten film pod niebiosa albo zniszczyć wszystkie dostępne kopie. Z pewnością „Pan Smith jedzie do Waszyngtonu” jest filmem aktualnym i uniwersalnym.
Uwielbiam to zdjęcie
Pierwsza publikacja: 25 kwietnia 2009
Korekta: Niewielka
Uwagi: Warto przemęczyć początek.