Lego: The Movie/LEGO® Przygoda(2014), reż. Phil Lord, Christopher Miller

Tytuł polski: LEGO® PRZYGODA
Tytuł oryginalny: Lego: The Movie
Reżyseria: Phil Lord, Christopher Miller
Scenariusz: Phil Lord, Christopher Miller
Zdjęcia: Barry Peterson, Pablo Plaisted
Muzyka: Mark Mothersbaugh
Polski dubbing: Piotr Bajtlik, Wojciech Paszkowski, Ewa Andruszkiewicz – Guzińska, Jarosław Boberek
Czas trwania: 100 minut
Rok produkcji: 2014
Dystrybutor: Warner Bros Polska
Ocena: 4.5/6



***

Świat dziecięcych zabawek to franczyzy, które przebijają się przez różne drzwi, by uczynić swoje produkty jeszcze bardziej pożądanymi. W sumie każde dziecko pragnie klocków Lego, sama nie byłam wyjątkiem. Kwestią czasu było powstanie pełnometrażowego filmu animowanego w świecie słynnych klocków. Dzisiaj do kin wchodzi „LEGO® Przygoda” – film, który wizualnie się wyróżnia, ale w innych dziedzinach potrafi przyprawić o ból zębów. Czytaj dalej

Frozen/Kraina lodu (2013), reż. Chris Buck, Jennifer Lee

Tytuł polski: Kraina lodu
Tytuł oryginalny: Frozen
Reżyseria: Chris Buck, Jennifer Lee
Scenariusz: Jennifer Lee
Muzyka: Christophe Beck
Obsada: Kristen Bell, Idina Menzel, Jonathan Groff, Josh Gad, Alan Tudyk, Santino Fontana
Czas trwania: 108 minut
Rok produkcji: 2013
Dystrybutor: Disney
Ocena: 4.5/6

Frozen (2013) on IMDb(function(d,s,id){var js,stags=d.getElementsByTagName(s)[0];if(d.getElementById(id)){return;}js=d.createElement(s);js.id=id;js.src=”http://g-ec2.images-amazon.com/images/G/01/imdb/plugins/rating/js/rating.min.js”;stags.parentNode.insertBefore(js,stags);})(document,’script’,’imdb-rating-api’);

Disney to niewątpliwie symbol gałęzi filmowej skierowanej ku potrzebom młodego widza. Film animowany miewał swoje wzloty i upadki, a odkąd do gry przyłączył się Pixar możemy obserwować znaczne ożywienie w branży, gdzie hegemonia studia Disney’a wydawała się być niemożliwa do przełamania. Po latach trendu, gdzie tworzono filmy zarówno dla widza małoletniego jak i towarzyszącemu mu rodzicowi straciły na uroku. Od niedawna widać tendencję do tworzenia filmów przede wszystkim dla dzieci. „Kraina lodu” jest tego dobrym przykładem.

Jedną ze sztandarowych baśni, które przywodzą na myśl Hansa Christiana Andersena jest „Królowa śniegu”. W najnowszej animacji Disney’a nie mamy jednak do czynienia z literalną adaptacją – baśń stanowi bardziej bazę pod zupełnie inną historię. Król i królowa Arendelle mają dwie córki: Elsę i Annę. Starsza o włosach białych jak śnieg została obdarzona mocą, która pozwala jej opanować żywioł mrozu. Młodsza, brązowowłosa jest zwyczajną i radosną dziewczynką. We wczesnym dzieciństwie były ze sobą bardzo zżyte, ale wypadek, który zdarzył się przez trudny dar księżniczki – zmienił te relacje z dnia na dzień. Moc rosła, a Elsa nie mogąc jej w pełni kontrolować, zaczęła się izolować. Po latach, kiedy nastał dzień koronacji Elsy, w wyniku nagłych wydarzeń poddani dowiadują się o sekrecie młodej królowej i odwracają się od niej. Dziewczyna ucieka, Anna rusza na jej poszukiwanie – bo mimo wszystko, a raczej przede wszystkim to jej siostra.



Chociaż nie wybrałam się na seans wersji 3D – rozmach, precyzja oraz estetyka obrazu i tak robią niesamowite wrażenie. Piękno zimowych krajobrazów jest jeszcze bardziej wyraziste po zestawieniu ze scenami z tropikiem w tle. Mogę tylko podejrzewać jak obłędnie te sceny prezentowały się w trójwymiarze. Nie sposób nie przywołać tutaj „Zaplątanych”, ponieważ to samo studio postawiło na ten sam styl tworzenia postaci i nie mówimy tutaj tylko w kontekście wizualnym. Zachowanie Svena, renifera z którym wychował się Kristoff, niebezpiecznie kojarzy się z koniem Maximusem. Nadanie kopytnym cech najlepszego przyjaciela człowieka nie może być jednak normą, ale w „Krainie lodu” jeszcze zachowuje normy świeżości.

Powrót do klasyki nie oznacza jednak kopiowania wszystkich wzorców na jakich opierały się filmy animowane do lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku. Czasy się zmieniły, dlatego rola edukacyjna musi zostać dostosowana do współczesnego widza. Nie oznacza to, że tamte filmy należy wrzucić do lamusa czy wyciąć z kanonu. Kilkadziesiąt lat temu księżniczka była piękna, cnotliwa i wyczekująca ratunku od księcia z bajki. Potem odbywał się ślub i wielki bal, a młodzi żyli długo i szczęśliwie. Dzisiaj bohaterki są bardziej odważne, myślące i niezależne. Nie chcą pogodzić się ze stereotypowym podziałem ról („Merida Waleczna”), pragną poznawać świat na własną rękę („Zaplątani”) czy przestać żyć w ciągłym strachu („Krudowie”). Również w „Krainie lodu” księżniczka sama rusza na poszukiwania, a nie wysługuje się gwardią królewską z księciem na czele. Nie sposób nie zauważyć jakie zmiany zaszły w filmach adresowanych głównie dla dziewczynek, kiedy tytuły produkowane z myślą o małych mężczyznach praktycznie się nie zmieniają.



„Kraina lodu” jest filmem wręcz przeładowanym muzyką, a partie wokalne potrafią być przytłaczające. Dojrzalszy widz może czuć przesyt piosenkami, które tak naprawdę nie są powalające. Jednak mamy do czynienia z produkcją dla dzieci, a piosenki oraz ich przekaz mocniej zapadają w pamięć niż zwyczajny dialog. Niestety nagromadzenie piosenek trochę rozwala dynamikę fabuły. Początek jest naprawdę udany – bardzo dynamiczny i konkretny, a przede wszystkim pobudza zainteresowanie. W połowie robi się dość niemrawo, bohaterowie zdają się miotać na tle pięknych zimowych pejzaży. Dopiero twist pod koniec filmu, który i mnie zostawił z otwartą szczęką, przestawił opowieść na właściwe tory. Niestety, zakończenie trochę rozczarowuje, ale pod kątem morału dla najmłodszych nie zaskakuje. Można najwyżej ubolewać nad jego uproszczeniem, ale to problem zblazowanego i doświadczonego widza. 

Mimo niewyobrażalnego piękna mroźnych krajobrazów, galerii ciekawych postaci nie mogę napisać, że „Kraina lodu” mnie bezbrzeżnie ujęła. Oczami wyobraźni widzę siebie przy kolejnym seansie „Zaplątanych” niż najnowszej produkcji Disney’a. Może to wina stłoczenia zbyt wielu piosenek, może trochę szwankującego scenariusza czy niewciągającego zakończenia? Nieważne. Mamy do czynienia z filmem dla młodych widzów i z ich perspektywy „Kraina lodu” jest pozycją obowiązkową. 

Psycho/Psychoza (1960), reż. Alfred Hitchock

Tytuł polski: Psychoza
Tytuł oryginalny: Psycho
Na podstawie: „Psychoza”, Robert Bloch
Reżyseria: Alfred Hitchcock
Scenariusz: Joseph Stefano
Zdjęcia: John L. Russell
Muzyka: Bernard Herrmann
Obsada: Janet Leigh, Anthony Perkins, Vera Miles, John Gavin, Martin Balsam, Mort Mills
Czas trwania: 109 minut
Rok produkcji: 1960
Dystrybutor: TiM Film Studio
Ocena: 4.5/6

Psycho (1960) on IMDb(function(d,s,id){var js,stags=d.getElementsByTagName(s)[0];if(d.getElementById(id)){return;}js=d.createElement(s);js.id=id;js.src=”http://g-ec2.images-amazon.com/images/G/01/imdb/plugins/rating/js/rating.min.js”;stags.parentNode.insertBefore(js,stags);})(document,’script’,’imdb-rating-api’);

„Psychoza” to dzieło dzisiaj kultowe, znak rozpoznawczy mistrza suspensu którym obwołano Alfreda Hitchcocka. Wybierając na seans film uznany za arcydzieło i okupujące szczyty różnych zestawień istnieje ryzyko, że podświadomie zafałszujemy własną opinię. Przez moment tak miałam z tym filmem, ale przyszło otrzeźwienie i przyznanie się przed samą sobą, że „Psychoza” jednak tak absolutnie nie zachwyciła. Sztandarowe dzieło Hitchocka to film warty uwagi nie tylko ze względu na kultowy status, ale faktu, że to dobry film z niesamowitym klimatem.

Marion Crane (Janet Leigh) pracuje w biurze w Phoenix i utrzymuje związek na odległość z Samem Loomisem (John Gavin). Kiedy nadarza się okazja, kradnie szefowi 40.000 $ i ucieka z miasta by rozpocząć nowe życie z ukochanym. Po drodze zatrzymuje się w niewielkim motelu prowadzonym przez sympatycznego Normana Batesa (Anthony Perkins), który ma problem z zaborczą matką. Tego samego wieczoru Marion ginie zadźgana pod prysznicem. Po tygodniu w motelu pojawiają się osoby poszukujące Marion: jej siostra Lila (Vera Miles) i detektyw Milton Arbogast (Martin Balsam). Motel Batesa wzbudza w nich podejrzenie, a widzowie wiedzą, że nie bezpodstawnie.

Janet Leigh


Scenariusz Josepha Stefano oparto o powieść Roberta Blocha o tym samym tytule. Hitchock anonimowo wykupił prawa do ekranizacji za 9 tysięcy dolarów, ale nie ograniczył się tylko do kwestii prawnych. Wykupił tyle egzemplarzy powieści ile był w stanie, by ukryć zakończenie. W latach 50. to mogło zadziałać, w dzisiejszych czasach, kiedy króluje internet i szybki przepływ informacji – byłaby to walka z wiatrakami. Modyfikacje względem oryginału musiały mieć miejsce. Kiedy powieściowy Norman jest niski, gruby, starszy i odpychający (czyżby opis zbytnio pasował do reżysera, który miał ciekawą opinię szczególnie wśród aktorek), Hitchock uczynił go młodym, przystojnym i sympatycznym. Odejście od stereotypowego i konwencjonalnego wizerunku czarnego bohatera był doskonałym zabiegiem. Z jednej strony jest trochę niepokojący, a widz zastanawia się czy to na pewno on jest źródłem tego odczucia. Względem bohaterki prysznicowego zejścia też poczyniono drobną korektę. Pierwotnie nazywała się Mary Crane, ale kiedy odnotowano dwie kobiety o tym samym imieniu i nazwisku żyjące w Phoenix, zmieniono je na Marion. Z dzisiejszej perspektywy to jest co najmniej dziwne, ale może wtedy to była konieczna tarcza? W końcu do reżysera napisał mocno zdenerwowany ojciec pewnej dziewczyny, która po obejrzeniu „Widma” bała się brać kąpiel, a po „Psychozie” nie było mowy o prysznicu. Wprawdzie Hitchock mu odpisał by posłał ją do pralni chemicznej, ale to daje pewien pogląd na mentalność tamtych czasów.

Anthony Perkins


Scena prysznicowa, która trwa niecałą minutę i na jej kręcenie poświęcono 7 dni zdjęciowych jest jedną z najbardziej rozpoznawalnych na świecie. Hitchock znany jest z surowych, czasem drastycznych metod motywowania aktorek. Tym razem to ekipa filmowa wzięła sprawy w swoje ręce puszczając lodowatą wodę, aby wywołać u Janet Leigh większy szok. Reżyser zdecydował się na film czarno – biały, ponieważ uważał, że kolorowy byłby za bardzo krwawy. W tej scenie nie widać wbijania noża w ciało, ani ran na ciele – dosłowna drastyczność pozostaje w wyobraźni widza. „Psychoza” przekraczała niejedno filmowe tabu, które ograniczało sztukę filmową dzięki kodeksowi Hayesa. To pierwszy amerykański film, który pokazuje kobietę w samej bieliźnie (zwróćcie uwagę jak kolor bielizny odpowiada sytuacji bohaterki). Sama scena prysznicowa przeszła małą batalię z cenzurą. Wymagano usunięcia fragmentów z nagą Leigh pod prysznicem, ale Hitchock nie zamierzał ukrywać faktu, że ludzie kąpią się bez ubrania i… odesłał taśmę w formie niezmienionej. Cenzura ją zatwierdziła wychodząc z założenia, że reżyser dokonał wymaganych zmian.

Z perspektywy współczesnego widza „Psychoza” tak nie szokuje jak to miało miejsce w czasie premiery. Z jednej strony oczekuje się filmu, który będzie trzymał w napięciu i wyraźnie udowodni swoją renomę. Z drugiej zaś odbiór sztuki jest subiektywny z małymi próbami obiektywizmu. Nie przymierzałam tej samej miarki co do filmu współczesnego, to byłoby nie tylko głupie, ale i pozbawione sensu. Historia z początku nieco dezorientuje. Młoda kobieta z nieokreślonych pobudek kradnie pieniądze i rusza w drogę. Zwraca na siebie uwagę policjanta, którego zachowanie podpowiada, że przekroczenie uprawnień nie jest dla niego problemem. Same sceny, kiedy stoi oparty o radiowóz wzbudzają sporą dozę niepokoju. Jednak „Psychoza” to wyczekiwanie tej jednej kultowej sceny i ciekawość co będzie po niej. Hitchcock rewelacyjnie buduje napięcie i nastrój grozy szczególnie w pierwszej części filmu i drążąc wątek matki Normana. Rozczarowanie przychodzi wraz z wątkiem śledztwa, który wydaje się toporny w opozycji do zagadki, która otacza film niepokojem i grozą. Gwoździem do trumny jest tyrada psychiatry tuż przed wyrazistą ostatnią sceną. Możliwe, że wtedy ludzie potrzebowali więcej wyjaśnień. Nie ulega wątpliwości, że Hithcock nie bez powodu jest określany mianem mistrza suspensu – do samego końca pozwoliłam się prowadzić i dać zaskoczyć.

Vera Miles i John Gavin


Anthony Perkins jeszcze trzykrotnie wcielał się w rolę Normana Batesa, a Gus van Sant pokusił się o remake. W tym roku powstał serial „Bates Motel”, który skupia się na historii młodego Normana. „Psychoza” na stale weszła w język popkultury głównie dzięki scenie prysznicowej – wyrazistej i bardzo odważnej biorąc pod uwagę swoje czasy. Skupienie się na tej flagowej scenie ma swój duży pozytyw. Dzieje się ona praktycznie na początku filmu i przykrywa informacje, które mogłyby zdradzić zakończenie lub przynajmniej na nie naprowadzić. Dlaczego obejrzałam dopiero teraz? Moja lista filmów uznanych za kultowe, a których jeszcze nie widziałam jest bardzo długa. Z jednej strony czuję się w obowiązku ich poznania, a częściej naprawdę chcę je zobaczyć. Z drugiej strony istnieje obawa, że łatka arcydzieła zafałszuje mój odbiór lub spotka mnie zwyczajny zawód. „Psychoza” to film, który warto, a nawet trzeba zobaczyć. Nie unikniemy rozczarowania, ale każdy seans to cegiełka, która kształtuje nasz gust i upodobania.

Mort Mills
 

We’re the Millers/Millerowie (2013), reż. Rawson Marshall Thurber

Tytuł polski: Millerowie
Tytuł oryginalny: We’re the Millers
Reżyseria: Rawson Marshall Thurber
Scenariusz: Steve Faber, Bob Fisher, Sean Anders, John Morris
Zdjęcia: Barry Peterson
Muzyka: Theodore Shapiro, Ludwig Goransson
Rok produkcji: 2013
Dystrybucja: Warner Bros. Polska
Ocena: 4.5/6

We're the Millers (2013) on IMDb(function(d,s,id){var js,stags=d.getElementsByTagName(s)[0];if(d.getElementById(id)){return;}js=d.createElement(s);js.id=id;js.src=”http://g-ec2.images-amazon.com/images/G/01/imdb/plugins/rating/js/rating.min.js”;stags.parentNode.insertBefore(js,stags);})(document,’script’,’imdb-rating-api’);


Niepozorna komedia zapowiadała się jak wiele jej koleżanek – nic specjalnego, nic nowego, nic godnego zapamiętania. „Millerowie” to rzeczywiście nic odkrywczego, ale jako komedia (na dodatek w kategorii wiekowej R) wybija się ponad przeciętność. Między luki kina rodzinnego włożono elementy z innych filmowych układanek. Całościowo produkcja nabrała wyrazu, a porcja zachowawczości uczyniła pikantniejsze wątki realnie zabawnymi. W dzisiejszych czasach wciąż są możliwe bardzo udane komedie.


Po rabunku, który wyczyścił zasoby podrzędnego dilera narkotykowego, ciężko spojrzeć szefowi w twarz. Może zdarzyć się wszystko, od śmierci zaczynając na efektywnym postawieniu pod ścianą kończąc. David Clark (Jason Sudeikis) znalazł się w sytuacji bez wyjścia, kiedy szef, Brad Gurdlinger (Ed Helms) zleca mu przemycenie pewnej ilości marihuany z Meksyku. Problem w tym, że na przejściu granicznym będzie miał wypisane na czole „mam w bagażniku kłopoty” – idealna przykrywka byłaby bezcenna. Kto nie wzbudza podejrzeń? Sympatyczna rodzina na wakacjach w kamperze. Skąd taką wziąć? Wystarczy rozejrzeć się po okolicy, a już ma kandydatów na żonę, syna i córkę. Zabiera w podróż nieskażonego pierwszym pocałunkiem sąsiada Kenny’ego (Will Poulter), lumpiarę Casey (Emma Roberts) i striptizerkę Rose (Jennifer Aniston). Wizja zarobku przemienia się w przygodę życia, która dla całej czwórki będzie na swój sposób przełomowa.

We’re the Millers



Idea zebrania skrajnie odstających osobowości by osiągnąć konkretny cel nie jest niczym nowym. Konflikty w takich warunkach są zjawiskiem naturalnym i jednocześnie siłą napędową dla fabuły. Kolektyw scenopisarski jest doskonałym pomysłem, co widać w tym przypadku. „Millerowie” wcale nie są grzeczni, ale nie przestają być zabawni nawet ocierając się o wulgarność. Może to dlatego, że pikantność i brawura nie są centrum tego układu, ale krążą niczym planety wokół idei rodziny. Główni bohaterowie znaleźli się na rozdrożu. Obecna sytuacja ich przerasta, czują, że stoją w miejscu i nie wiedzą w którą stronę ruszyć. Udając przykładną rodzinę, mimowolnie czynią Millerów czymś więcej niż przykrywkę dla procederu przemytniczego. To jest siła filmu Thurbera, która pozwala inaczej spojrzeć na motywy zdecydowanie dla dorosłych. Nie są sztuką dla samej sztuki, ale spójnym elementem krajobrazu. W końcu rodzina to nie tylko pokrewieństwo, ale przede wszystkim relacje charakterów.

We’re the Fitzgeralds



Sparzyłam się na niejednym filmie z Jennifer Aniston, dlatego moje wątpliwości były uzasadnione. Aktorka jednej roli, której czasem zdarzy się zagrać postać nieco odbiegającą od szablonu Rachel Green z serialu „Przyjaciele”, w „Millerach” jest właściwie taka jak zawsze. Może brakuje jej nosa do scenariuszy, może pogodziła się z ograniczeniami i po prostu napełnia sobie konto bankowe, póki może grać kobiety piękne, zgrabne i powabne. Mi to nie przeszkadza, bo w filmie Thurbera się sprawdziła, choć jako striptizerka nie zrobiłaby kariery. Zaskoczeniem był Will Poulter, który nie tak dawno ukradł show całej obsadzie „Opowieści z Narnii: Podróż Wędrowca do Świtu”. Nie tylko wyrósł, ale wciąż ma zadatki na bardzo dobrego aktora o charakterystycznej twarzy. Może czas będzie mu przyjazny i  za kilka lat zupełnie go nie poznam, ale młody Brytyjczyk już teraz jest warty obserwacji. Zagadką byli dla mnie Jason Sudeikis i Emma Roberts. Dotychczas widziałam ich w niezbyt interesujących rólkach, gdzieś w dalszym planie. Dopiero w „Millerach” ich naprawdę zauważyłam.

Niedługo Aniston pożegna się z takimi scenami.



Jednak nie o aktorstwie tu się trzeba rozwodzić, ale o filmie, który w zamierzeniu miał być komedią i tym też się stał. Sceny, gagi i wolty, które w innym przypadku zostałyby spalone, przedobrzone lub irytujące – tutaj nabrały wiatru w żagle. Bez wątpienia mamy do czynienia z filmem dla dorosłych, ale dowcip jest wystarczająco trzymany w ryzach, że nie czułam się zażenowana. Widać, że można zrobić komedię dla dorosłych i nie traktować ich jak napalonych małolatów.

Znów nie poznałam się na zwiastunie i o mały włos pominęłabym ten film w planach filmowych. Pozytywne głosy nie tylko zaskoczyły, ale też zaintrygowały – zarys fabuły nie brzmiał zbyt zachęcająco, podobnie jak obsada. „Millerowie” to solidna rozrywka na dobrym poziomie. Zdecydowanie wyróżnia się spośród innych komedii ostatnich lat i przywraca trochę wiary w twórców filmowych. Dobry scenariusz to podstawa, która nie musi posiłkować się znanymi nazwiskami. Udział Jennifer Aniston pewnie zwrócił większą uwagę na produkcję, ale po wyjściu z kina pamięta się przede wszystkim udany film.

Zagrajmy w łapki



Za seans podziękowania wędrują znów do Warner Bros. Poland, oby więcej takich niespodzianek. 


Notorious/Osławiona (1946), reż. Alfred Hitchock

Tytuł polski: Osławiona
Tytuł oryginalny: Notorious
Na podstawie: „The song of the dragon” (opowiadanie), John Taintor Foote – inspiracja
Reżyseria: Alfred Hitchcock
Scenariusz: Ben Hecht
Zdjęcia: Ted Tetzlaff
Muzyka: Roy Webb
Rok produkcji: 1946

Ocena: 4.5/6
Notorious (1946) on IMDb(function(d,s,id){var js,stags=d.getElementsByTagName(s)[0];if(d.getElementById(id)){return;}js=d.createElement(s);js.id=id;js.src=”http://g-ec2.images-amazon.com/images/G/01/imdb/plugins/rating/js/rating.min.js”;stags.parentNode.insertBefore(js,stags);})(document,’script’,’imdb-rating-api’);


Obejrzałam trochę filmów mistrza suspensu, nigdy jednak nie miałam potrzeby oglądania jego filmów, tylko jego aktorów. To nie jest tak, że nie doceniam brytyjskiego reżysera, ale ciekawe lub ładne nazwisko w obsadzie zdecydowanie pomaga podjąć decyzję. „Osławiona” została zainspirowana krótkim opowiadaniem, ale Hitchcock musiał nadać historii swój rys, znak rozpoznawczy. Obsadzenie Ingrid Bergman i Cary’ego Granta zaowocowało jednym z najlepszych duetów jaki widziałam. „Osławiona” to melodramat, który niepostrzeżenie wypływa na wierzch i widz zapomina, że gdzieś tam się dzieje historia szpiegowska.


Opowieść Foote’a skupiała się wokół współpracy producenta teatralnego z FBI, którzy angażują aktorkę by uwiodła szefa gangu i tym samym dostarczała informacji. U Hitchcocka mamy próbę odreagowania traumy jaką była II wojna światowa. Aktorkę zmieniono na córkę nazisty, a celem infiltracji jest nazistowskie ugrupowanie w Ameryce Południowej. Alicia Huberman (Ingrid Bergman) znajduje się pod obserwacją służb bezpieczeństwa nawet po skazaniu jej ojca za zdradę na wieloletnie więzienie. Staje się bardzo cenna, ponieważ jabłko padło bardzo daleko od jabłoni – tym samym trzeba ją zwerbować. A któż byłby lepszy niż agent T.R. Devlin o fizjonomii Cary’ego Granta? Dziewczyna zgadza się na współpracę jednocześnie flirtując ze swoim agentem prowadzącym. Romans wisi w napięciu, ale ojczyzna jest priorytetem.



Ale to film Hitchcocka. Musi być suspens, chwile trwogi i napięcia. Praca szpiega to przybieranie maski i ryzyko dekonspiracji. Esencja została zawarta w wątku z kluczem, który jest znakiem rozpoznawczym filmu jak morderstwo pod prysznicem w „Psychozie”. Mamy tu niemal wszystko – walka z czasem, napięcie, powagę równoważoną z kpiarstwem oraz zbliżające się cienie. Można mieć pretensje, że akcja nie była lepiej przygotowana, a niedoświadczenie Alicii zostało rzucone lwom na pożarcie. Jednak z każdą minutą owe pretensje zanikają pod płaszczem zrozumienia intencji reżysera. Tak miało się stać, by doprowadzić do finału, który nie wpisuje się w definicję hollywoodzkiego zakończenia, ale i tak zapada w pamięć.

Nie jestem pewna czy to Cary Grant grający mężczyznę tłumiącego uczucia, wykorzystującego maskę bezdusznego drania przyciąga do ekranu. Czy to zasługa wielobarwnej gry Ingrid Bergman? Kiedy pojawiają się razem na ekranie, reszta zdaje się być bez znaczenia. Ich gesty, ruchy, spojrzenia wypełniają cały ekran. To nie jest standardowa para, trudno ich sobie wyobrazić jako szczęśliwe małżeństwo z gromadką dzieci. Ona prowokuje słowem, on szuka bezpiecznej metody na odbijanie piłeczki. „Osławiona” jest tak wysmakowana i jednocześnie pełna pasji, że staje się dobrą odtrutką na współczesne rozluźnienie obyczajów. Nie chodzi tu o tęsknotę czy idealizowanie przeszłości, ale wolność od uczucia zażenowania.



„Osławiona” nie przywołuje na myśl osoby reżysera, no może poza wątkiem z kluczem. Duet Grant – Bergman przyćmiewa całość, co z jednej strony każe wzbudzać podziw, a z drugiej wyrażać odrobinę żalu dla wątku szpiegowskiego. Warto wspomnieć Claude’a Rainsa w roli Alexandra Sebastiana, będącego pod wpływem umiarkowanie apodyktycznej matki granej przez Leopoldine Konstantin. Siatka nazistowska, której rozpracowanie powinno być osią filmu, za bardzo się rozmywa. W chwili realizacji Hitchcock miał 46 lat i nie jest tajemnicą, że jego słabość do aktorek nie ominęła Ingrid. Może był w bardziej romantycznym nastroju, a może to od początku miał być rasowy melodramat? Nie umniejsza to faktowi, że „Osławiona” jest dobrym, zapadającym w pamięć filmem.


A King in New York./Król w Nowym Jorku (1957), reż. Charles Chaplin

Tytuł polski: Król w Nowym Jorku
Tytuł oryginalny: A King in New York
Reżyseria: Charles Chaplin
Scenariusz: Charles Chaplin
Zdjęcia: Georges Perinal
Muzyka: Charles Chaplin
Rok produkcji: 1957
Dystrybutor: Galapagos
Ocena: 4.5/6

A King in New York (1957) on IMDb




Chaplin kojarzony przede wszystkim jako komediant w rzeczywistości był człowiekiem oczytanym i pewnym swoich poglądów. Obserwując jego twórczość od zarania po schyłek życia, widać ile myśli chce wszczepić w umysł widza. Nie chodzi o incepcję, ale zachętę. Czasem wali myślą między oczy, czasem też serwuje ją nienachalnie i naturalnie. „Pan Verdoux” był dość monotonnym i męczącym głosem w sprawie państwo, a jednostka pod mianownikiem zabijana. „Król w Nowym Jorku” jest ostatnim typowym filmem Chaplina, wtedy zbliżającego się do siedemdziesiątki. Nakręcona 10 lat później „Hrabina z Honkgkongu” to zupełnie inny produkt z Marlonem Brando i Sophią Loren. Ot zwyczajna opowieść, która zniknęłaby w mrokach niepamięci gdyby nie obsada i osoba reżysera. „Król w Nowym Jorku” jest filmem przyjemnym, trochę nierównym, za to z tym nienachalnym przesłaniem.

W pewnym fikcyjnym państewku wybucha rewolucja, która skończyłaby się linczem na osobie króla Shahdova (Charlie Chaplin). Jednak ów umysł przewidział, że czas opuścić ojczyznę, a ból nędznego losu emigranta z pewnością złagodzi ogołocenie skarbca i wyniesienie planów atomowych. Celem jego wędrówki jest Ameryka, wielka obietnica sukcesu i szczęśliwego życia. Los podsuwa różnych doradców, choćby takich, którzy zawłaszczają skarbiec by cieszyć się nim w Meksyku. W obliczu felernej sytuacji król Shahdov zostają same plany, które próbuje opchnąć Komisji Energii Atomowej. Zostaje jeszcze ambasador Jaume (Oliver Johnston) jako nieodłączny druh, cały Nowy Jork i rachunki za luksusowy hotel.

Oliver Johnston i Charles Chaplin

Tym razem Chaplin gładko przechodzi od komedianctwa do stonowanej obserwacji. Początek jest żywym wspomnieniem dawnej twórczości Chaplina. Mamy serię scenek, których komizm  miesza się z szacunkiem dla kondycji fizycznej Chaplina. Niezwykła gracja, sprawność i mimika przy której łapiemy się na tym, że brakuje wąsów i melonika. Nim się zorientujemy, dostrzegamy co reżyser chce skomentować. Można wyliczać wiele, ale konsumpcjonizm, nowa kultura popularna (jej głośność), kult młodości czy mccartyzm wybijają się na czoło. Wyśmiewanie jest albo łagodne albo uwypuklone, nigdy jednak wulgarne. Ten trochę nierówny film kryje w sobie kilka scen i wątków, które zdecydowanie ożywiają widza. Duża w tym zasługa udanego castingu, bo Chaplin sam by „Króla w Nowym Jorku” nie udźwignął. Gwiazdą bez wątpienia jest Dawn Addams jako Ann Kay – urocza, dynamiczna i przykuwająca uwagę. Ciekawostką jest również udział Sida Jamesa jako Johnson, spec od reklamy. Część może go kojarzyć z serii filmów pod sztandarem „Cała naprzód”. Do osobnej rubryki zaliczyć należy udział Michaela Chaplina w roli Ruperta Macabee. Tak, to syn Charlesa. Mam pewną słabość do rodzinnych występów, ale o pokrewieństwie dowiedziałam się po seansie. Młody Chaplin był wyrazisty i naprawdę dobrze wypadł, co przy takiej dawce kwestii wypluwanej z niemałą prędkością zasługuje na uznanie. 

Charles i Michael Chaplin

Z czym będę kojarzyła „Króla w Nowym Jorku”? Pierwsza myśl kieruje się przy „Be or not to be”, kwestia Hamleta wyrecytowana z dużym zaangażowaniem w dość osobliwych okolicznościach. Drugi wątek jest ściśle powiązany z podążaniem za upływającą młodością. Bo nie ma to jak naciągnąć sobie skórę i pójść na występ komików. Ważnym punktem było podjęcie tematu polityki McCarthy’ego. Jak wiadomo, Chaplin był jedną z ofiar tzw. polowania na czarownice, co skończyło się zakazem wjazdu do USA. Nie tylko wykpił tę procedurę dodając element w postaci węża strażackiego, ale pokazał kim były prawdziwe ofiary.

Zakończenie mogło być tylko jedno, król Shahdov opuszcza Amerykę bez żalu, ale z nowymi znajomościami. Swoją drogą imię króla brzmi jak wymieszanie dwóch słów: shah (król) i shadow (cień). Czyżby określało człowieka ceniącego spokój, a może jest symbolem ludzi zepchniętych w cień? Czy takie doszukiwanie ma w ogóle sens? Najciekawszy okres twórczości Chaplina przypada na lata przed II wojną światową. Kiedy zerwał z postacią włóczęgi, co w piękny sposób uczynił w „Dzisiejszych czasach”, mógł rozwinąć skrzydła i pozbyć się ograniczeń jednej postaci. „Król w Nowym Yorku” to dobre kino jakiego się już nie kręci. Współczesność oferuje nam takich twórców jak Sacha Baron Cohen, który bardziej słynie z przekraczania granic dopuszczalnego smaku, niż z trafnej satyry. W tej sytuacji wolę nie tylko ten film Chaplina, ale też „Pana Verdoux”. Obie produkcje zasilają Kolekcję Charliego Chaplina wydawaną przez Galapagos.

Joan Ingram, be or not to be, Dawn Addams



Za seans dziękuję dystrybutorowi, firmie Galapagos 

Les Miserables/Les Miserables. Nędznicy (2012), reż. Tom Hooper

Tytuł polski: Les Miserables. Nędznicy
Tytuł oryginalny: Les Miserables
Na podstawie: „Nędznicy”, Victor Hugo
Reżyseria: Tom Hooper
Scenariusz: William Nicholson
Zdjęcia: Danny Cohen
Muzyka: Claude – Michel Shönberg

Rok produkcji: 2012
Dystrybutor: UIP Polska
Ocena: 4.5/6

Les Misérables (2012) on IMDb(function(d,s,id){var js,stags=d.getElementsByTagName(s)[0];if(d.getElementById(id)){return;}js=d.createElement(s);js.id=id;js.src=”http://g-ec2.images-amazon.com/images/G/01/imdb/plugins/rating/js/rating.min.js”;stags.parentNode.insertBefore(js,stags);})(document,’script’,’imdb-rating-api’);



Uwielbiam musicale, dlatego wieść o przeniesieniu na ekran   jednego z broadway’owskich klasyków i to z doborową obsadą z miejsca wzbudziła mój entuzjazm. Najzabawniejsze jest to, że nigdy nie widziałam tego musicalu, ani nie miałam w rękach powieści Victora Hugo. Jednym słowem nie znałam historii, a w ostatnich czasach do moich uszu dotarły dwie piosenki: „I dream a dream” i „Castle on the cloud”. W takiej sytuacji nie trudno o nieśmiertelny dylemat: „Co pierwsze, książka czy film?”. Postawiłam na to drugiei dane mi było to, co rzadko mi się zdarza, ale często tego szukam – wzruszeń, których nie potrafię ukryć i opanować. Film Hoopera był powszechnie krytykowany, co mnie trochę dziwi, ale tylko trochę. Dużo zależy od oczekiwań, a moje były skierowane w sferę emocji. Tak, płakałam.

„Nędznicy”, już sam tytuł wskazuje, że historia, a raczej sieć ludzkich losów, nie będzie lekką i miłą opowiastką w scenerii porewolucyjnej Francji. Victor Hugo, czołowy reprezentant epoki francuskiego romantyzmu, nie ograniczał swojej działalności tylko na polu literackim. Piętnował niesprawiedliwość społeczną i w tym kierunku układał reformy, czego nie sposób nie dostrzec w w samych „Nędznikach”. Opowieści w której przypadkowy, zwykły gest może odmienić czyjeś życie na lepsze lub skazać go na utratę resztek godności. Przypadki Jeana Valjeana (Hugh Jackman), Fantine (Anne Hathaway), Javerta (Russell Crowe), Cosette (Amanda Seyfried), Eponime (Samantha Barks), Mariusa (Eddie Redmayne) czy Enjorlasa (Aaron Tveit) są tylko ułamkiem wyciętym z morza im podobnych. Może i żyjemy w XXI wieku, ale pewne rzeczy tak bardzo się nie zmieniają.

Hugh Jackman


Musical ma niesamowitą, ostatnio niezbyt docenianą siłę. Jej istotą są treści, emocje przekazywane przy interpretacji piosenki. Utwór musicalowy jest bardzo bliski poezji, gdzie dokonuje się pewne obnażenie wrażliwości, tkwiących emocji. Proza, zwykły dialog nie zawsze oddadzą esencję, perspektywę. Czy warunkiem wywołania katharsis jest doskonały, krystaliczny głos? Niezupełnie, ponieważ niedoskonałość, potknięcie, chwilowy brak tchu potrafią poruszyć mocniej niż czyste dźwięki. Poziom wokalny w „Les Miserables” jest mocno zróżnicowany. W przeciwieństwie do indyjskich produkcji, gdzie prężnie rozwija się gałąź playback singerów, aktorzy śpiewają własnym głosem. Między znanych ze swoich możliwości wokalnych (Hugh Jackman, Anne Hathaway, Amanda Seyfried) i niezbyt lotnych (Russell Crowe, Helena Bonham Carter), znaleźli się aktorzy musicalowi (Aaron Tveit, Samantha Barks). Nie trzeba być znawcą, aby stwierdzić, że część żeńska zdecydowanie góruje nad męską. Jakim zaskoczeniem była niemoc wokalna Jackmana, który ma za sobą miesiące na deskach teatrów musicalowych. Słabsze wykonania nie wpłynęły jednak na odbiór filmu, nawet nie miałam kiedy zastanawiać się nad odwagą Crowe’a by w ogóle zaśpiewać. Przy jednej piosence osiągnęłam szczyty wzruszenia. Niby miałam z tyłu głowy, że Hathaway za bardzo zależało na Oscarze, ale za wykonanie „I dreamed a dream” jej się należał.

Anne Hathaway


Sama opowieść, z perspektywy nowicjusza, który nie liznął nawet zarysu historii, przyciąga uwagę i angażuje na kilku poziomach. Na ile to zasługa umysłu Hugo, inteligencji scenarzysty czy rozmachu wizualnego, że nie wspomnę o aktorstwie – trudno określić. To może świadczyć o zrównoważeniu poszczególnych elementów, a historia po prostu płynie. Widoczna jest pewna teatralność, umowność, ale to jedna z naturalnych cech musicalu – formy, która od kilkunastu lat próbuje zająć miejsce między gatunkami, które wyznaczają trendy w kinie. „Les Miserables” jako film i jako musical naprawdę się udał, a moje obawy były związane z osobą reżysera. Tom Hooper ma już swojego Oscara za „Jak zostać królem”, film, który nie powinien być nawet nominowany. Kalka goniła kalkę i poza kilkoma scenami nadawałby się do zapomnienia. Jednak musical potraktował w pierwszej kolejności jako film, nie wywołując presji na stronę wokalną. Dlatego „Les Miserables” mają swój autorki rys, pewną chropowatość, która przemienia teatralność w autentyczność. Dramaty i dylematy nie są przesadzone, miłości nie takie słodkie, a odwaga nie taka głupia.

Helena Bonham Carter, Isabelle Allen, Sacha Baron Cohen


Nie pozostaje nic innego jak przeczytać książkę i jeszcze raz obejrzeć film Hoopera. Plejada gwiazd tak pięknie skryła się za plecami granych przez siebie postaci, że nie sposób nie docenić tego widowiska. Po seansie krążą myśli, serce rozsadzają emocje. Może nie miałam do czynienia z kinem wybitnym, ale każdy seans, który daje spełnienie mnie jako widzowi, jest wart zapamiętania, opisania i powtórzenia.