Kategoria: film: 4/6

Venuto al mondo/Powtórnie narodzony (2012), reż. Sergio Castellitto

Tytuł polski: Powtórnie narodzony
Tytuł oryginalny: Venuto al mondo
Na podstawie: „Powtórnie narodzony”,Margaret Mazzantini
Reżyseria: Sergio Castellitto
Scenariusz: Sergio Castellitto, Margaret Mazzantini
Zdjęcia: Gianfilippo Corticelli
Muzyka: Eduardo Cruz
Obsada: Penelope Cruz, Emile Hirsch, Adnan  Haskovic, Pietro Castellitto, Saadet Aksoy, Jane Birkin, Sergio Castellitto
Czas trwania: 127 minut
Rok produkcji: 2012
Dystrybutor: Vivarto
Ocena: 4/6

Twice Born (2012) on IMDb(function(d,s,id){var js,stags=d.getElementsByTagName(s)[0];if(d.getElementById(id)){return;}js=d.createElement(s);js.id=id;js.src=”http://g-ec2.images-amazon.com/images/G/01/imdb/plugins/rating/js/rating.min.js”;stags.parentNode.insertBefore(js,stags);})(document,’script’,’imdb-rating-api’);

„Powtórnie narodzony” to film włoskiego reżysera Sergia Castellitto, będący adaptacją powieści napisanej przez jego żonę, Margaret Mazzantini. Historia jest nierówna, czasem nieczytelna i ocieka ckliwością rodem z tanich romansów, ale dzięki bałkańskiemu kolorytowi oraz mocnej końcówce zostaje w pamięci na długo. Wojna w byłej Jugosławii wydaje się być bardzo odległa, a od tamtych wydarzeń nie mija w tym roku nawet 20 lat.

Gemma (Penelope Cruz) i wraz z szesnastoletnim synem Pietro (Pietro Castellitto, syn reżysera) wyjeżdża do Sarajewa na zaproszenie starego przyjaciela Gojko (Adnan Haskovic). W czasie konfliktu jugosłowiańskiego zginął jej mąż, Diego (Emile Hirsch). Reżyser stopniowo odkrywa sekrety przeszłości, zdradzając kawałek po kawałeczku, by doprowadzić do finału, który zmienia naprawdę wiele jeśli nie wszystko. Głównym trzonem fabuły jest uczucie między Diego i Gemmą – pełne pasji i oddania, na którym kładzie się cień niemożności posiadania dziecka. Pragnienie potomstwa staje się obsesją, między małżonków wkrada się gorycz i zwątpienie. Jednak mimo wszystko nie przestają się kochać i szukać rozwiązania problemu. Często wracają do jugosłowiańskich przyjaciół, ale skutki ostatniej wizyty zmienią życie bohaterów.



„Powtórnie narodzony” to film, w którym Penelope Cruz udowadnia, że jest dobrą i wszechstronną aktorką. Bez problemów wciela się w postać w różnych etapach życia. Czy to młoda studentka, czy dojrzała kobieta po przejściach – jest naturalna i wiarygodna. Z jednej strony zadziałała charakteryzacja, ale jej spojrzenia, gesty i emocje są bardzo prawdziwe. Obsadzenie Emile Hirscha jako jej partnera w pierwszym odczuciu wydaje się być nietrafione. Dopiero z dialogów można wnioskować, że Diego jest młodszy od Gemmy, bo choć Hirsch jest w rzeczywistości młodszy od Cruz o 11 lat – fizjonomia właściwie tego nie zdradza. Jego Diego jest typem romantycznego włóczykija, co w jego wydaniu trąci nieco sztucznością. Jednak z przyjemnością przyjdzie obserwować ewolucję bohatera i w drugiej części filmu Hirsch konsekwentnie wychodzi z cienia Cruz. Nie można pominąć Saadet Aksoy, pochodzącej z Turcji odtwórczyni roli Aski. W scenach z Cruz jest równoprawną partnerką, można wyczuć namiastki chemii, której często brakuje w scenach Hiszpanki z Hirschem.

Chociaż trzonem fabuły jest uczucie Gemmy i Diega, to konflikt bałkański odgrywa znaczącą rolę w filmie Castellitta. Tam się poznają, tam mieszkają bliscy przyjaciele, którzy reprezentują bohemę artystyczną, patrzącą na rzeczywistość z innej perspektywy. Dlatego, kiedy dopada ich groza konfliktu, staje się to bardziej wyraziste i uderzające. Była Jugosławia jest przede wszystkim pięknie sfotografowana na każdym etapie historii. Skupieni na rozpamiętywaniu II wojny światowej praktycznie ignorujemy najnowszą historię konfliktów. W „Powtórnie narodzonym” konflikt wydaje się być bezosobowy – nie ma w nim wyraźnie zaznaczonych narodowości, szczególnie oprawców. Wojna jest pokazana z perspektywy cywili, nie pomijając dramatu wielu kobiet. Chyba najbardziej mnie zdumiało, że to miało miejsce 20 lat temu, a wydawało się, że ta historia jest znacznie odleglejsza.



Film jest trochę nierówny, czasem wręcz chaotyczny, ale mimo iż trwa dwie godziny, nie przestaje interesować i wyzwalać emocje. Ciekawość tego co będzie, a właściwie co tak naprawdę się wydarzyło jest w stanie zasypać w mrokach niepamięci nawet fatalny wątek z psycholog w ośrodku adopcyjnym graną przez Jane Birkin. Trochę od czapy wygląda wątek ojca Gemmy, który woli dla swojej córki narwanego lekkoducha niż odpowiedzialnego nudziarza. To jednak drobnostki przy finale, który jest dramatyczny i tkwi w pamięci długo po seansie. Castellitto wyreżyserował film, gdzie decyzje nie zawsze są łatwe do podjęcia, a ich konsekwencje mogą nieoczekiwanie przestawić życie na inny tor. Z pewnością sięgnę po powieść Mazzantini i odważę się obejrzeć inny film dotyczący konfliktu na Bałkanach.
Film obejrzany dzięki Vivarto
Reklamy

Ted (2012), reż. Seth MacFarlane

Tytuł: Ted
Reżyseria: Seth MacFarlane
Scenariusz: Seth MacFarlane, Alec Sulkin, Wellesley Wild
Zdjęcia: Michael Barrett
Muzyka: Walter Murphy
Obsada: Mark Wahlberg, Mila Kunis, Giovanni Ribisi, Joel McHare, Norah Jones, Tom Skerritt
Czas trwania: 96 minut
Rok produkcji: 2012
Dystrybutor: TiM Film Studio
Ocena: 4/6

Ted (2012) on IMDb(function(d,s,id){var js,stags=d.getElementsByTagName(s)[0];if(d.getElementById(id)){return;}js=d.createElement(s);js.id=id;js.src=”http://g-ec2.images-amazon.com/images/G/01/imdb/plugins/rating/js/rating.min.js”;stags.parentNode.insertBefore(js,stags);})(document,’script’,’imdb-rating-api’);



Zwiastun narobił niezłego zamieszania. Słodki pluszowy miś przestał być taki potulny, stał się antydefinicją bezpiecznej zabawki dla malucha. Coś nowego, innego i odświeżającego? Z pewnością tak, ale „Ted” to kolejny film o męskich trudach długiego dorastania.  Seth MacFarlane, który w tym roku poprowadził galę rozdania Oscarów, udowodnił, że głupie pomysły mogą być też dobre.

Skąd wziął się Ted i dlaczego nie jest jak inne pluszowe misie? Magia bożonarodzeniowych życzeń postanowiła namieszać i spełniła prośbę małego chłopca. Młody John jest bardzo samotny, nikt nie chce się z nim bawić i przyjaźnić. Kiedy pod choinką znajduje misia, czyni z niego substytut przyjaciela. Rankiem miś zwany Tedem był jak żywy, a cały świat dowiedział się o cudzie. Zaskoczenie było spore. Widziałam tylko zwiastun oryginalny, a z moją wadą słuchu nie zrozumiałam kwestii i jakoś wyszłam z założenia, że Ted jest tylko w wyobraźni Johna. Zazwyczaj tak jest, ale wizja misia jako upadłej gwiazdy, która podpala jointy i sprowadza damy lekkich obyczajów niemal z miejsca mnie kupiła. Dorosły John (Mark Wahlberg) ma już 35 wiosen na karku, ale usposobienie luzackiego studenta. Od czterech lat jest w związku z Lori (Mila Kunis), ale wyobrażenie o przyszłości ogranicza się do kilku dni naprzód.



Ten film z misiem jest przeznaczony dla widza dorosłego. Poziom wulgaryzmu osiąga różne stadia rozwoju, niektóre mogą być nie do przejścia. Jednak osobowość Teda nadaje im łagodniejszy filtr, czasem groteskowy i niedorzeczny. Uszatek jest praktycznie pozbawiony hamulców, co nie znaczy, że nie da się go lubić. Jego symbioza z Johnem jest totalna – jeden nie wyobraża sobie życia bez drugiego. W końcu trzeba zacząć podejmować decyzje, ustalać priorytety i spojrzeć na siebie zupełnie trzeźwo. Wyprowadzka Teda nie rozwiązuje problemów, ale doprowadza do ich eskalacji i tym samym do chwili oczyszczenia. Żeby nie było bardzo sztampowo, na horyzoncie pojawia się niepokojąca postać – Donny grany przez Giovanniego Ribisiego. W końcu Ted jest jedyny w swoim rodzaju, a kto nie chciałby mieć kogoś takiego jak on?

Dowcip zawarty w „Tedzie” jest wielobarwny z naciskiem na złośliwy. W końcu Seth MacFarlane wylansował przebój „We saw your boobs” i stoi za takimi produkcjami jak „Johnny Bravo”, „Labolatorium Dextera”, „Krowa i kurczak” i „Family Guy”. Komik z bogatym doświadczeniem świetnie się sprawdza w filmach fabularnych. Poczucie humoru to sprawa bardzo subiektywna. Osobiście nie gustuję w poziomie jaki reprezentuje „Ted” przez część swojego czasu, ale mam też sporo dystansu i cierpliwości. Nie brakuje tu udanych motywów jak wątek Toma Skerritta czy Flasha Gordona. Pieśń pozwalająca oswoić strach przed burzą nie traci swego uroku. Wulgaryzmy i stąpanie po cienkim lodzie dobrego smaku nie dominują półtoragodzinnej produkcji. „Ted” zaczyna się mocno i bezkompromisowo, by w gruncie rzeczy przejść na spokojne tory tego, co w życiu jest naprawdę ważne.



„Ted” nie jest filmem wybitnym, nie wymaga nawet świetnej warszatatowo obsady. Mark Wahlberg jest jaki jest, Mila Kunis jak zawsze charakterna z klasą. W tle przemykają mniej lub bardziej rozpoznawalne twarze, ale i tak większość chciała zobaczyć niegrzecznego pluszaka. Niewiele brakowało, a film by nie powstał. Seth MacFarlane dzięki pomyłce agenta nie znalazł się w samolocie, który uderzył w WTC. Seans z Tedem uważam mimo wszystko za udany – rozśmieszył mnie, zniesmaczył, zaskoczył i rozbroił. Osobiście nie chciałabym mieć takiego misia w pobliżu, ale dzięki takiej ozdobie kolejny film o późno dojrzewającym facecie nie okazał się być stratą czasu.

PS. Chodzą słuchy o kontynuacji. Światowa premiera przewidziana na 26 czerwca 2015 roku. Szczerze, nie mam pojęcia o czym miałby by być „Ted 2”.


Carrie (1976), reż. Brian De Palma

Tytuł: Carrie
Na podstawie: „Carrie”, Stephen King
Reżyseria: Brian De Palma
Scenariusz: Lawrence D. Cohen
Zdjęcia: Mario Tosi
Muzyka: Pino Donaggio
Rok produkcji: 1976
Ocena: 4/6

Carrie (1976) on IMDb(function(d,s,id){var js,stags=d.getElementsByTagName(s)[0];if(d.getElementById(id)){return;}js=d.createElement(s);js.id=id;js.src=”http://g-ec2.images-amazon.com/images/G/01/imdb/plugins/rating/js/rating.min.js”;stags.parentNode.insertBefore(js,stags);})(document,’script’,’imdb-rating-api’);


Filmy powstałe na podstawie prozy Stephena Kinga zawsze były owiane klimatem grozy w stanie czystym. Więcej o tych filmach słyszałam i czytałam niż miałam okazję ich doświadczyć. Byłam wtedy młoda i zapalona w temacie kina, ale początek lat dziewięćdziesiątych nie sprzyjał dzikiemu oglądaniu jakie to ma miejsce w erze internetu. Dopiero niedawno zaczęłam sięgać po filmy, których nie mogłam oglądać jako nieletnia. Pewnego dnia padło na „Carrie”, na dzisiejsze standardy średnio straszny film.

„Carrie” to debiutancka powieść Kinga, wydana w 1974, która okazała się być finansową klapą. Choć trudno w to uwierzyć, kariera mistrza grozy z Maine ruszyła z miejsca dzięki sukcesowi adaptacji wyreżyserowanej przez Briana De Palmę. W końcu mowa o najbardziej rozpoznawalnym pisarzu na świecie. Film z 1976 roku jest znany z jatki na balu maturalnym, która przez lata oddziaływała na wyobraźnię, ale „Carrie” to nie tylko horror, ale też dramat i wnikliwa obserwacja społeczeństwa. Pod wieloma względami film wciąż się dobrze ogląda, ale nie można zaprzeczyć, że się nie zestarzał. Dzisiaj w polskich kinach ma premiera najnowszej adaptacji „Carrie” z Chloe Grace Moretz w tytułowej roli.

Obserwując Sissy Spacek w roli Carrie White, trudno uwierzyć, że jest starsza od swojej bohaterki o 11 lat. Delikatna uroda w połączeniu ze świetną grą zagubionej, zahukanej i wrażliwej dziewczyny  wymazała metrykę ze świadomości. Skupiamy się na chorej relacji z matką, fanatyczką religijną, problemach w szkole i pragnieniu odmiany. Historię Carrie otwiera i zamyka krew. Scena pierwszej miesiączki, która uaktywniła moc telekinezy, pokazuje jak uniwersalne i ponadczasowe jest ludzkie okrucieństwo. Sekwencja na balu maturalnym, również naznaczona krwią, ma w sobie coś oczyszczającego. Dziewczyna wpada w furię, traci nad sobą kontrolę, ale nie myślimy o niej jak o potworze, ale jak o ofierze. Przypadek White jest niezwykle skrajny, ale po chwili przychodzi refleksja jak bardzo aktualny.



Pod kątem konstrukcyjnym film trzyma w napięciu do samego końca, ale nie brakuje chwil nużących. Można się lekko uśmiechnąć na wspomnienie sekwencji czołówkowej, rozgrywającej się w szatni. Od razu widać, że rozpoczyna się film przeznaczony dla dorosłego widza. Przez większość filmu nie czuć zbliżającej się grozy. Nawet chce się wierzyć, że oglądamy historię Kopciuszka, a okrutny żart obróci się tylko przeciwko jego pomysłodawcom. Dziewczyna tak naprawdę nie jest brzydka i szykując się do balu autentycznie zachwyca. Uroda Spacek jest też bardzo plastyczna, ponieważ osiągając stan furii staje się przerażająca.

„Carrie” Briana De Palmy to kawał dobrego kina, ale nie straszy tak jak kiedyś. Mocno trzyma w napięciu, a jego wartość podnosi nie tylko dobra gra, ale i podejmowany temat inności i odrzucenia. Któregoś dnia sięgnę po książkę, obejrzę najnowszą adaptację, ale cieszę się, że przełamałam dziecięce obawy. Pewna nuta zawodu się pojawia, ale współcześnie jesteśmy bardziej znieczuleni i zahartowani na okrucieństwo. Teraz pewniej sięgnę po inne tytuły, które w swoim czasie miały opinię epatujących okrucieństwem i obrzydliwością. „Carrie” warto zobaczyć, bo to jednak klasyka i przede wszystkim dobre kino.

Superman (1978), reż. Richard Donner

Tytuł: Superman
Na podstawie: komiksy o Supermanie, Joe Shuster i Jerry Siegel
Reżyseria: Richard Donner
Scenariusz: David Newman, Robert Benton, Tom Mankiewicz, Mario Puzo, Leslie Newman
Zdjęcia: Geoffrey Unsworth
Muzyka: John Williams
Rok produkcji: 1978
Dystrybutor: Galapagos
Ocena: 4/6

Superman (1978) on IMDb(function(d,s,id){var js,stags=d.getElementsByTagName(s)[0];if(d.getElementById(id)){return;}js=d.createElement(s);js.id=id;js.src=”http://g-ec2.images-amazon.com/images/G/01/imdb/plugins/rating/js/rating.min.js”;stags.parentNode.insertBefore(js,stags);})(document,’script’,’imdb-rating-api’);

Przed seansem „Człowieka ze stali” Zacka Snydera, postanowiłam przypomnieć sobie film z 1978 roku o tym samym superbohaterze. To było zderzenie wspomnień z dzieciństwa z rzeczywistością. Chociaż jedynym Supermanem pozostaje Christopher Reeve, to pewne elementy nie przetrwały próby czasu. Film Donnera mimo wszystko pozostawia w tyle najnowszą inkarnację latającego przybysza z Kryptonu, która jest jednym wielkim rozczarowaniem. Kiedy bohater Reeve’a wzbudza szeroką gamę emocji, postać kreowana przez Cavilla tak naprawdę nikogo nie obchodzi.

Oba filmy rozpoczyna zagłada Kryptona, ale w wątkach ziemskich znacząco się rozmijają. „Superman” rozwija wątek, który będzie eksploatowany w kontynuacji „Człowieka ze stali”, a  głównym przeciwnikiem jest Lex Luthor. Dla niezorientowanych w temacie wersja Donnera będzie tą kształtującą wyobrażenie o uniwersum Supermana, które w świecie komiksowym jest mocno zróżnicowane. W czasach powagi Superman musiał schować majtki pod kostium, ale w latach siedemdziesiątych mógł do nich nawet doczepić czerwone szelki. Mógł, będąc kreowanym przez aktora obdarzonego charyzmą, urokiem i talentem. Christopher Reeve zdaje się nie czuć dyskomfortu z powodu kiczowatego kostiumu, ale dzięki naturalności nawet współcześnie podświadomie ignorujemy ten aspekt. To, co sprawdza się na kartach komiksu, niekoniecznie nabiera mocy w wydaniu fabularnym. Chyba, że ma się pod ręką asa na miarę Reeve’a. Chyba przesadzam z tym zachwytem nad aktorem?

Jakim cudem Kal-El jest brunetem?
Chyba dzięki brwiom Marlona Brando.


Historia prezentuje się następująco. Krypton idzie w pizdu, wehikuł z Kal-Elem ląduje na Ziemi. Państwo Kent przygarniają dziwnego chłopca, który może przenosić traktory i przeorać hektary w minutę. Po śmierci pana Kenta, Clark rusza w podróż w poszukiwaniu własnej tożsamości, by wylądować w redakcji Daily Planet pod przykrywką rasowej niemoty. Tam spotyka gwiazdę gazety, Lois Lane, która jest odpowiedzialna za pojawienie się Supermana w Metropolis. Podziemia miasta kryją Lexa Luthora „największego złoczyńcę na Ziemi” i ta kwestia prowadzi do wady filmu, szczególnie z perspektywy czasu. Gene Hackman odtwarza szwarccharakter, który jest śmieszno – żenujący. Akcje Luthora u współczesnych  widzów mogą co najwyżej wzbudzić uśmiech politowania, by ostatnią kwestię z jego ust uczcić stalowym facepalmem. Taki urok tamtych czasów, ale zastanawiające jest, że przy obecności Mario Puzo w licznej ekipie scenarzystów, mógł wyjść taki jarmarczny czarny charakter.

Take me to the clouds above…

Kim byłby Superman bez Lois Lane, swojej największej miłości? Wybór Margot Kidder do roli  ukochanej Kryptonianina jest mimo wszystko trafny. Mówimy o aktorce o przeciętnej urodzie, ale wewnętrznym ogniu predestynującym do ról zadziornych i charakternych. Wątek dziennikarki jest przede wszystkim kanonicznie romantyczny, a nie naznaczony mrocznymi okolicznościami jak u Snydera. Pierwszy wywiad Lois z Supermanem zakończony wspólnym przelotem po przestworzach z początku jest trochę dziwny, ale wreszcie wyłania się magia. Postać panny Lane na dłuższą metę byłby irytujący, to gatunek człowieka przytłaczającego swoją obecnością i porywczym zachowaniem. Tutaj widać jak dobrze sprawdza się Reeve w swojej podwójnej roli. Doskonale równoważy apodyktyczność Lois, wynagradza zramolały już wątek Luthora i jeszcze robi to z niewymuszoną lekkością. W ostatniej scenie ratowania Lane stawia nieusuwalną kropkę nad „i”.

My jesteśmy tanie dranie…


Na uwagę zasługują efekty specjalne, które nie pozwalają „Supermanowi” przejść do kategorii  nieoglądalnych śmiesznostek. Mimo upływu czasu ogląda się naprawdę dobrze, a scenografia wciąż robi wrażenie. Zdecydowanie lepiej wspominam lodowy pałac u Donnera niż nieokreślone lokum u Snydera. W całość gładko wpasowuje się muzyka Johna Williamsa, która trąci patosem, ale przez to jest idealną ilustracją dla trochę niepoważnego z natury bohatera. „Superman” częściowo wygrywa walkę z czasem, ale pozostaje dobrym filmem z logicznie ułożonym scenariuszem. Donner nie sili się na widowiskowość, gdzie forma przysłania treść i zdrowy rozsądek. Ciekawie będzie zobaczyć ten film za 10 lat.

Master of camouflage


The Hangover Part III/Kac Vegas 3 (2013), reż. Todd Philips

Tytuł polski: Kac Vegas 3
Tytuł oryginalny: The Hangover Part III
Reżyseria: Todd Philips
Scenariusz: Craig Mazin, Todd Philips
Zdjęcia: Lawrence Sher
Muzyka: Christophe Beck
Rok produkcji: 2013
Dystrybutor: Warner Bros. Polska
Ocena: 4/6

The Hangover Part III (2013) on IMDb(function(d,s,id){var js,stags=d.getElementsByTagName(s)[0];if(d.getElementById(id)){return;}js=d.createElement(s);js.id=id;js.src=”http://g-ec2.images-amazon.com/images/G/01/imdb/plugins/rating/js/rating.min.js”;stags.parentNode.insertBefore(js,stags);})(document,’script’,’imdb-rating-api’);

Jeśli to jest pożegnanie, a sami aktorzy zawarli tajny pakt, który zabrania im podpisywania umowy na kolejne części, to odetchnęłam z ulgą. Fatalne przygody w Bangkoku na swój sposób rzuciły cień na serię, ale wraz z trzecią odsłoną znów zawitało słońce. Wataha znów łączy siły, a złośliwy los znów im oferuje wrażenia z najwyższej półki. Tym razem Philips powrócił do korzeni, do pierwszej eskapady z 2009 roku i przede wszystkim odszedł od znanego widzom schematu. Wyszlifowano również humor, obniżając ilość niewybrednych i kloacznych żartów praktycznie do zera. Pożegnano jednego scenarzystę, czyżby głównego pomysłodawcę co pikantniejszych azjatyckich gagów? Najważniejsze, że wyszłam z kina usatysfakcjonowana i nawet denne postscriptum tego nie było w stanie zepsuć.

Udało się sprzedać dwa razy tę samą historię, ale trzecia próba byłaby odwagą głupca. To nie jest podróż uświęcająca ostatnie godziny kawalerskiego stanu. Nie będzie pobudki w nieznanym miejscu i odtwarzania wydarzeń ostatniej nocy. Nie będzie Mike’a Tysona. Phil, Stu i Doug zabierają Alana do ośrodka, który miałby mu pomóc powrócić do stabilności na miarę jego możliwości. Wyruszają autem w dwudniową podróż i niemal na samym starcie dowiedzą się, że Las Vegas się nie skończyło – tkwiło w uśpieniu i wreszcie sięgnęło watahy. Bohaterowie działają w czasie rzeczywistym, bo w ich interesie jest to, co ma nastąpić. Odchodzą od „sentymentalnych” wycieczek w przeszłość, bo siłą rzeczy muszą skupić się na przyszłości. Zmiana kierunku jest koniecznością, presją wydarzeń, a przede wszystkim naturalną koleją rzeczy, co szczególnie uwypuklono przy udziale Alana. Ten 42 letni pasożyt kiedyś będzie musiał trochę poluzować gorset ograniczenia umysłowego, emocjonalnego i charakterologicznego. W tym temacie twórcom udało się gładko wybrnąć. Skupienie uwagi na Alanie spowodowało jednak, że reszta obsady niewiele się różniła od kartonowego standu. 

Szkoda, że takich smaczków nie było za wiele

To Alan stworzył watahę, więc on musiał być klamrą zamykającą pewien rozdział. A wszystko zaczęło się w Las Vegas. W scenariuszu zostały wyciągnięte wątki z pierwszej części, które stały się solidnym mostem łączącym z finałem. Przygoda, choć dalej wariacka, nabrała cech sentymentalnych. Wracamy nie tylko do miejsc, ale też ludzi. Obok znanych twarzy pojawiają się nowe, a te znane też są jakby inne. Do obsady dołączyły takie nazwiska jak John Goodman i Melissa McCarthy. Z tych widzianych, poza irytującym panem Chow, zauważymy czarnego Douga, Jade i Tylera/Carlosa. Twórcom udało się zaangażować tego samego chłopca, którego bohaterowie znaleźli w szafie. Szkoda, że spece od castingu poszli po najmniejszej linii oporu i skupili się na żeńskiej wersji Zacha Galifianakisa, czyli znanej z „Druhen” Melissy McCarthy. Osobiście ma uraz do tej aktorki, która utwierdza przemysł filmowy, że gruba aktorka powinna być takim babochłopem z urokiem osobistym graniczącym z obleśnością. Co tu się dziwić w uniwersum, gdzie faceci są spoko, żony piękne, matki niegodne szacunku.

I miss you…


Od premiery pierwszej części minęły cztery lata, które zmieniły postrzeganie obsady. Z niezbyt rozpoznawalnych nazwisk wskoczyli na wysoki pułap rozpoznawalności. Bradley Cooper to pierwsza liga, która nie potrzebuje filmów pokroju „Kac Vegas”, kiedy otarł się o Oscara i może przebierać w scenariuszach jak w ulęgałkach. W trzeciej części nie ma wiele do zagrania tylko do wyglądania. Na szczęście oparto się pokusie jaka byłby ukłon w stronę płytkich oczekiwań żeńskiej publiczności. Ed Helms wciąż jest postacią bojącą się przekraczać bariery, a Doug pozostaje poza trójką w akcji. Miałam nadzieję, że tym razem pozwolą Justinowi Barthcie odegrać pełnoprawnego wilka w watasze. Kena Jeong odstawił stereotypowego Azjatę z szeroką gamą cech wzbudzających irytację, jeśli nie uczucie wstrętu. Nie kupuję postaci takego kalibru i do pewnego momentu jestem w stanie ich tolerować. Gruby pancerz wytworzony w trakcie seansu „Kac Vegas w Bangkoku” był pomocny.

Marshall


„Kac Vegas 3” nie zrezygnował całkowicie z tego, co czyni go elementem serii. To dalej Alan sprowadzający kłopoty, posiadający niezgłębione źródła głupich pomysłów, szukanie kolejnych wskazówek, komisariat, kompilacja znanych utworów czy też garść scen zbędnych i przerysowanych. Wywaliłabym wątek z kogutami, oszczędziłabym żyrafie takiego losu i pewnie kilka innych motywów, które zabijają dynamikę i nawet komizm. Nie będę pisać, że ta część jest równie zabawna co „Kac Vegas”, ale mimo potknięć zapewniła niezłą rozrywkę. Jako zwieńczenie historii watahy jest jak najbardziej udane i nie śmiem nawet podejrzewać, że jest czystym skokiem na kasę. Rozczarowanie pojawi się po stronie widowni oczekującej powtórki ze stolicy Tajlandii. Podejrzewam, że scena po napisach będzie jak rozwodnione szczyny dla smakosza Guinessa. Niby piwo, ale zbyt mała dawka tej esencji której się domaga. Z mojej strony pozostaje pomachać Philowi, Stu, Dougowi i Alanowi i od czasu do czasu sięgnąć po album jakim są filmy i powspominać tamte wrażenia, dialogi czy może znów się pośmiać.

Spojrzenia tego dzieciaka nie sposób zapomnieć.

Za seans podziękowania wędrują do Warner Bros. Poland


The Great Gatsby/Wielki Gatsby (2013), reż. Baz Luhrmann

Tytuł polski: Wielki Gatsby
Tytuł oryginalny: The Great Gatsby
Na podstawie: „Wielki Gatsby”, F. Scott Fitzgerald
Reżyseria: Baz Luhrmann
Scenariusz: Baz Luhrmann, Craig Pearce
Zdjęcia: Simon Duggan
Muzyka: Craig Armstrong
Rok produkcji: 2013
Dystrybutor: Warner Bros Polska
Ocena: 4/6

The Great Gatsby (2013) on IMDb 


Baz Luhrmann to jeden z niewielu reżyserów, których dorobek poznałam w 100 %, a może jednak jedyny? „Wielki Gatsby” jest piątym filmem Australijczyka, który nie potrafi już uchwycić formy, która zaowocowała cudownym „Moulin Rouge!”. Nie czekałam  z utęsknieniem na adaptację powieści F. Scotta Fitzgeralda. „Australia” była tak niemożliwie słabym filmem, że było mi zwyczajnie przykro. Tegoroczna premiera z pewnością nie poszła w ślady poprzedniczki, ale ten tekst wyraża jedną z 3 możliwych perspektyw. Osoby znającej książkę, tej, która widziała film z 1974 roku i takiej, co nie znała historii przed seansem. Tak, zaliczam się do trzeciej grupy – jakoś tak wypadło.

Powieść „Wielki Gatsby” ukazała się w USA w 1925 roku. Akcja powieści rozgrywała się kilka lat wstecz, co czyniło ją jak najbardziej aktualną. Złote czasy prosperity i prohibicji, ale też portret upadku moralnego. Lata dwudzieste ubiegłego stulecia przede wszystkim pięknie się prezentują na ekranie, a kto inny miałby spróbować jak nie znany esteta? Ze zwiastunów wyczuwało się niebezpieczeństwo – feeria barw, bombastyczna scenografia, całość ocierająca się o kicz. Widziałam obrazy, bohaterowie jakby bledli pod nawałem tego bogactwa. Dobrze nie wróżyło przesunięcie premiery z grudnia, czyli czasu przedoscarowej gorączki. Ciemne chmury zaczęły rozwiewać się w pierwszych minutach filmu, bo podskórnie poczułam, że to nie będzie stracony seans. Luhrmann przeprosił się z Craigiem Pearcem, z którym współtworzy scenariusze od samego początku, a którego zabrakło przy pracy nad „Australią”.  Najnowszy film może nie paruje geniuszem, ale ogląda się go naprawdę dobrze.

Esencja estetycznej strony filmu.
Granica między świadomym kiczem, a przesadą
jest bardzo cienka.

Kim jest Jay Gatsby? Tajemniczy właściciel pałacyku na West Egg na przedmieściach Nowego Jorku słynie z suto zakrapianych przyjęć, gdzie krzyżują się jasne i ciemne strony społeczeństwa. Nie wiadomo skąd przybył, co robił i jak zyskał ogromną fortunę. Krążące plotki ani na centymetr nie zbliżają się do prawdy. Najbliżej jej stanie Nick Carraway ambitny makler z Wall Street. Znajomość niby przypadkowa, ale nie tak bardzo. Gatsby zdobył nie tylko dostęp do Daisy Buchanan, ale przede wszystkim oddanego przyjaciela i jednocześnie narratora opowieści. Jednak to zagadkowość tytułowego bohatera trzyma film jako tako w ryzach, ale z drugiej strony dość łopatologicznie stawiane tezy ograniczają widza jako interpretatora. Całość ma jednak swoisty urok i dynamikę, które nie dają się wykoleić na niemałych niedoskonałościach, których nie powstydziłyby się polskie drogi.

W filmie nie brakuje takich kwestii.
Myśl goni myśl.
Nie ma chemii między Gatsbym, a Daisy. On spogląda na nią jak niedorzecznie zakochany szczeniak, ona posyła mu smutne i zarazem troskliwe spojrzenie sarnich oczu. Problem w tym, że to powinno się wylewać z ekranu jak lawa z wulkanu. To niedopasowanie pary aktorów nie jest problemem, kiedy zamiast tego mamy specyficzną chemię między Gatsbym a Carraway’em. Może problem tkwi w niezbyt lotnej aktorce, a może Di Caprio lepiej pracuje z aktorami? Wystarczy sięgnąć pamięcią do „J. Edgara”, gdzie łatwo było uwierzyć w zażyłość między tytułowym bohaterem, a postacią graną przez Armiego Hammera. Leonardo i Tobey Maguire znają się od 20 lat, kiedy to wystąpili w „Chłopięcym świecie”. Może to przełożyło się na jakość ich scen – lekkie i dobrze zagrane. W obecności Mulligan wydaje się być trochę przyblokowany. Chyba znów nie będzie Oscara, bo chyba nie jestem osamotniona w podejrzeniu, że rola Jaya Gatsby’ego jednak mu nie leżała. Nie powiem, były sceny w których błyszczał, ale ktoś znów ukradł mu film. Tym razem to był… Joel Edgerton grający Toma Buchanana, męża Daisy. Najlepiej zagrana i zapadająca w pamięć postać. Tuż za nim jaśniał właśnie Maguire. Za to Leonardo dawno nie był taki… piękny?

Jeśli filmweb nie kłamie, to Joela zobaczyłam
dopiero w tym filmie.
Fantastyczna kreacja!

Strona wizualna jest po prostu piękna. Feeria barw, bogactwo kapiące z niemal każdej klatki. Nawet bure przedmieście między NYC a West Egg ma w sobie coś pociągającego. Eskapizm nie jest obcy Luhrmannowi, ale teatralność chwilami wymyka się spod kontroli. Zbyt wiele jest na pokaz, by zapewnić oczom niepospolity pokarm. Jednak porównywanie do produkcji made in India jest przesadzone, a nawet zabawne. Reżyser zaprosił do obsady Amitabha Bachchana, jedną z największych gwiazd kina indyjskiego, teścia Aishwaryi Rai. Pojawia się na 5 minut jako Meyer Wolfsheim, by rozbudzić mój sentyment do tamtej kinematografii. Ale  to smaczek, który przemówi do takich sympatyków jak ja. Tak ostentacyjnego bogactwa nie trzeba tak daleko szukać, bo Zack Snyder w swym niedawnym potknięciu zwanym „Sucker Punch” naprawdę nie żałował. Ameryka roku 1922 roku jest świetnie wystylizowana i też wyfotoszopowana. Nawet okolice w których mieszka Myrtle jest w swej brzydocie atrakcyjna. Wszystko jest jakby wyjęte z optymistycznych wizji Gatsby’ego – tego co chciał osiągnąć, zmienić i odzyskać.

Say shava, shava.
Mahiya, say shava, shava…
(wiem, że hermetyczne, ale musiałam)

W niejednej recenzji pojawi się, że soundtrack jest mocnym, jeśli nie najmocniejszym elementem filmu. Uwspółcześniona muzyka pełna topowych wykonawców została świetnie wkomponowana w fabułę. To, co czyniło „Moulin Rouge!”, nie zaskakuje w kolejnym projekcie. Jednak dobrze wykorzystana muzyka jest bez wątpienia wizytówką australijskiego reżysera. Współczesność nie gryzie się z epoką jazzu, a rzeczywistość nabiera nowego wyrazu. Nie jest kolejną prezentacją dekoracji z epoki, ale sprawia wrażenie umiejscowienia trochę poza czasem. Nie wybrałam się na wersję 3D, ale podświadomie zgadywałam, które elementy mogły być uwypuklone przez tę technologię? Czy jest ona konieczna? Nie mam zdania, ale napisy końcowe dają wrażenie 3D bez wspomagania i to dopiero robi wrażenie.

I tak stanął mi w oczach „Titanic”


O czym właściwie jest film? Czyżby to kolejna opowieść o tym, że pieniądze szczęścia nie dają? Jay Gatsby ma specyficzny dar – pragnienia, które potrafi urzeczywistnić. Tworzy wokół siebie iluzję, którą chce uczynić bytem prawdziwym. Trudno jednak polubić tego Gatsby’ego, któremu brakuje dojrzałości i sprawia wrażenie dużego dziecka, który musi dostać to czego chce. Nie mnie oceniać czy kolejna adaptacja jest konieczna. Z jednej strony rozumiem, że każdy ma prawo do swojej wizji, z drugiej – wiele książek czeka na celuloidową kreację. „Wielki Gatsby” jest filmem, który nie utwierdza w przekonaniu, że jest znaczący w historii kina, ale naprawdę dobrze się go ogląda. Można wyłapać takie smaczki jak sceny inspirowane z dorobku Di Caprio. Czy to z „Titanica” czy nawet „Romeo i Julii”.


Do czego to dojdzie. Będę porównywała Roberta Redforda do Leonardo Di Caprio i trzymała kciuki, by pierwsza scena z Daisy Buchanan nie była tak komiczna jak z Mulligan (to jedyny moment, kiedy chciałam zrobić facepalm). Mimo częściowo nieudanej obsady film zaskakująco się broni. Czy to wynika z niskich oczekiwań, w końcu przeważały pesymistyczne prognozy? „Wielki Gatsby” do dla mnie ulga, że reżyser, którego filmy bardzo lubię, zaczyna odbijać się od dna zwanego „Australią”. A co potem? Wieść niesie, że „Hamlet”.



Za seans dziękuję dystrybutorowi



The Killer inside me/Morderca we mnie (2010), reż. Michael Winterbottom

Tytuł polski: Morderca we mnie
Tytuł oryginalny: The Killer inside me
Na podstawie: „Morderca we mnie”, Jim Thompson
Reżyseria: Michael Winterbottom
Scenariusz: John Curran, Michael Winterbottom
Zdjęcia: Marcel Zyskind
Muzyka: Melissa Parmenter, Joel Cadbury
Rok produkcji: 2010
Ocena: 4/6

The Killer Inside Me (2010) on IMDb(function(d,s,id){var js,stags=d.getElementsByTagName(s)[0];if(d.getElementById(id)){return;}js=d.createElement(s);js.id=id;js.src=”http://g-ec2.images-amazon.com/images/G/01/imdb/plugins/rating/js/rating.min.js”;stags.parentNode.insertBefore(js,stags);})(document,’script’,’imdb-rating-api’);

Przeglądając filmografię Michaela Winterbottoma, potrafię oprzeć się na 3 tytułach. Omawiany dzisiaj będzie czwartym. Ze zdumieniem przyjęłam fakt, że to on stoi za „9 songs”, który w moich oczach jest niedorzecznym wypaczeniem haseł o wolności artystycznej. Jednak jeden film nie może przekreślić całego dorobku, a „Morderca we mnie” chodził za mną od dłuższego czasu. Historia została oparta na klasyku kryminału z 1952 roku, który uważany jest za prekursora zabójcy inteligentnego, wyrafinowanego i okrutnego. Na Berlinale został wybuczany, a ja już nie próbuję zastanawiać się dlaczego.

Lata pięćdziesiąte, upalne południe Ameryki. Małe miasteczko, gdzie wszyscy się znają i wytworzyły się niepisane reguły współżycia społecznego. Skupiamy uwagę na niemal trzydziestoletnim Lou Fordem (Casey Affleck), zastępcą miejscowego szeryfa o powierzchowności miłego i prawego harcerzyka. Pod tą sympatyczną powłoką kryje się człowiek zdolny do zabicia z premedytacją. Jego życie oddziela maska, którą przywdziewa z konieczności bycia członkiem społeczności. Po jednej stronie czeka na niego narzeczona Amy (Kate Hudson), drugą wypełnia mu prostytutka Joyce (Jessica Alba). Ale zbrodnia wisi w powietrzu – zaplanowana, przemyślana i wreszcie gotowa do realizacji. Sęk w tym, że jak zaczniesz, to tego nie zatrzymasz i aby zahamować, musisz powstrzymać samego siebie.

Kate Hudson i Casey Affleck


Film jest piękny wizualnie. Scenografia, kostiumy, charakteryzacja po prostu lśnią w kadrze, który niesamowicie oddaje klimat dusznego, amerykańskiego południa. Pomijam, że lata 50. to jeden z moich ulubionych okresów pod względem designu. Możliwe, że te już wyidealizowane, pięknie skrojone obrazy mają być kontrastem dla wewnętrznej zgnilizny bohatera. W chwilach, kiedy robi to, co według siebie uważa za konieczne jest to szczególnie uderzające. Przemoc, szczególnie wobec kobiet, nie oszczędza widza i nie pozostawia ani skrawka dla wyobraźni. Ciosy są dosłowne, widoczne jak oaza w sercu pustyni, a reakcje ofiar czasem bardziej przerażające niż czyny Lou. Wtedy też na widza przychodzi otrzeźwienie, bo przyłapuje się na tym, że lubi tego psychopatę. Ja też.

Casey Affleck, brat Bena i przy okazji przyzwoity aktor. Nie mogłam się oprzeć kontemplacji nad podobieństwem między braćmi. Różnią się diametralnie, ale te niepozorne, kryjące się w mimice czy zachowaniu są moim zdaniem najcenniejsze. Skupmy się jednak na Lou Fordzie, który stanowił pewne novum, kiedy powieść Thompsona ujrzała światło dzienne. Affleck pokazał bohatera świadomego swojej natury oraz jej konsekwencji, ale nieumiejącego z tym walczyć. Nie ma co liczyć na pełne emocji rozterki pt. „jakim ja jestem potworem i brzydzę się sobą”, ale zimne i logiczne rozumowanie. Jakbyśmy patrzyli na dziadka Dextera Morgana z serialu „Dexter”.

Jessica Alba prawie nie wychodzi z łóżka


Rozczarowujące jest zakończenie, które krzyczy przez megafon: „nie mam pomysłu”. Z jednej strony pasuje do nastroju oraz pewnego oniryzmu tkwiącego i daje złudzenie snu wymykającego się twardym zasadom ram kompozycji. Z drugiej strony psuje wrażenie całości, która niepozbawiona wad, hakuje umysł za pośrednictwem zmysłów. Można machnąć ręką na dłużyzny, mętne kreacje Hudson i Alby, ponieważ za każdym czynem, sceną idzie ciekawość co będzie dalej. Nie chodzi tu o chore pragnienie oglądania przemocy, ale obserwację z pytaniem dokąd to wszystko prowadzi. Niestety prowadzi do nieudanego zakończenia. Za to przez kilka dni będzie chodzić piosenka Eddy’ego Arnolda „Shame on you”,  świetna czołówka oraz film o który jednak potrafi usiąść w głowie na kilka dni.

Casey Affleck