Kategoria: film: 4/6

Drag me to hell/Wrota do piekieł (2009), reż. Sam Raimi

Tytuł polski: Wrota do piekieł
Tytuł oryginalny: Drag me to hell
Reżyseria: Sam Raimi
Scenariusz: Sam Raimi, Ivan Raimi
Zdjęcia: Peter Deming
Muzyka: Christopher Young
Rok produkcji: 2009
Dystrybutor: Best Film
Ocena: 4/6

Drag Me to Hell (2009) on IMDb(function(d,s,id){var js,stags=d.getElementsByTagName(s)[0];if(d.getElementById(id)){return;}js=d.createElement(s);js.id=id;js.src=”http://g-ec2.images-amazon.com/images/G/01/imdb/plugins/rating/js/rating.min.js”;stags.parentNode.insertBefore(js,stags);})(document,’script’,’imdb-rating-api’);

 

Horrory to nie moja dziedzina, nie lubię się bać, a tym bardziej przeżywać koszmary senne na ich podstawie. Jednak pierwiastek masochistyczny jaki skrywa ludzka natura dochodzi do głosu. Od dłuższego czasu coraz chętniej sięgam po ten gatunek filmowy, a film Sama Raimiego chodził za mną od dłuższego czasu. Horror oparty na klasycznych motywach, ale też niestroniący od solidnej dawki humoru – mogę, a nawet chcę oglądać.

Christine (Alison Lohman) jest miłą i ładną dziewczyną. W jej życiu układa się coraz lepiej. Ma cudownego chłopaka Clay’a (Justin Long),  a w pracy awans jest na wyciągnięcie ręki – musi tylko bardziej się wykazać, by pokonać konkurenta. To drugie ją zgubiło. Nie tylko nie zgodziła się dać starej Cygance (Lorna Raver)  trzeciej prolongaty spłaty kredytu hipotecznego, to jeszcze nie pochyliła się nad jej losem, kiedy ta błagała ją na kolanach. Tylko patrzeć, kiedy upokorzona kobieta rzuci na nią klątwę. Christina ma 3 dni na uratowanie swojej duszy przed piekłem. Nic nowego czy nadzwyczajnego, ale ten film potrafi śmieszyć.

Po trylogii o Spidermanie z Tobey’em Maguire, Sam Raimi nakręcił horror we współpracy ze swoimi braćmi: Ivanem i Tedem. Potem nastąpiła długa przerwa, bo premiera następnego filmu, „Oz: The Great and Powerful” została przewidziana na marzec przyszłego roku. Jeśli „Wrota do piekieł” miały być odtrutką od Spider „wielka siła to wielka odpowiedzialność” Mana, to widać, że reżyserowi brakowało lekkości i swobody. Film nosi wszelkie znamiona filmu grozy, gdzie nie sposób nie odczuwać niepokoju, strachu i obrzydzenia. Jednak można znaleźć niezapełnione szczeliny, w które bracia Raimi zmieścili humor ocierający się o parodię gatunku. Można się więc bać jak i pokładać się ze śmiechu, ale częściej to pierwsze. Na uwagę zasługuje zakończenie, z którym długo będę kojarzyć „Wrota do piekieł”.

Justin Long i Alison Lohman

Cyganie nie mają zbyt dobrej prasy w kinie, biorąc pod uwagę mainstreamowe produkcje. Na myśl przychodzi mi film z 1996 roku na podstawie książki Stephena Kinga, „Chudszy”. W Polsce wyświetlany jako „Przeklęty” stawiał sprawę jasno – nie zadzieraj z Cyganem, bo Cię przeklnie. Cyganka grana przez Lornę Raver to esencja stereotypowej staruszki w horrorowym wydaniu – odstręczająca, groteskowa, oszpecona i zachłanna.  Pod tą powłoką słabowitej kobieciny kryje się ogromna siła, co widać w kolejnych scenach. Jednak nie sposób nie zastanowić się nad fenomenem polskich emerytek, które potrafią zdążyć na odjeżdżający autobus, ale momentalnie tracą siły w obliczu braku wolnych miejsc siedzących. W poprzednim zdaniu tkwi nie tylko stereotyp, ale też obserwacja z życia. Takie sięganie po schematyczne zagrywki są najlepszą pożywką dla wyśmiania – już to znamy, widzimy w co trzecim horrorze, że zaczyna bardziej śmieszyć niż autentycznie przerażać.

„Wrota piekieł” nie jest horrorem wybitnym, ale potrafi nieźle trzymać w napięciu. Dla osoby niewprawionej, którą dość łatwo przestraszyć, ale okazjonalnie lubi sięgnąć po takie kino – film jak znalazł. Niemała w tym zasługa humorystycznych akcentów, które dają nieco oddechu struchlałemu kinomanowi. Do tego film krąży wokół klasycznego motywu, który zdaje się być zapomniany przez filmowców skupionych na szukaniu oryginalnego podejścia do konwencji. A tak Sam Raimi tuż przed przerwą nakręcił zgrabny horror, po którym ma się dobry nastrój z wielu powodów.


Film można zobaczyć na iplexie.



PS. Zobaczyłam fragment „Diary od the Dead: Kroniki żywych trupów” George’a A. Romero. Sprawdzałam jakość filmu dodanego do październikowego „Filmu”. Od dwuminutowego fragmentu miałam sny o zombie. Jestem jakaś beznadziejna…

Too big to fail/Zbyt wielcy, by upaść (2011), reż. Curtis Hanson

Tytuł polski: Zbyt wielcy, by upaść
Tytuł oryginalny: Too big to fail
Na podstawie: „Too Big to Fail:The Inside Story of How Wall Street and Washington Fought to Save the Financial System from Crisis – and Themselves”, Andrew Ross Sorkin
Reżyseria: Curtis Hanson
Scenariusz: Peter Gould
Zdjęcia: Kramer Morgenthau
Muzyka: Marcelo Zarvos
Rok produkcji: 2011
Dystrybutor: Galapagos
Ocena: 4/6

Too Big to Fail (2011) on IMDb(function(d,s,id){var js,stags=d.getElementsByTagName(s)[0];if(d.getElementById(id)){return;}js=d.createElement(s);js.id=id;js.src=”http://g-ec2.images-amazon.com/images/G/01/imdb/plugins/rating/js/rating.min.js”;stags.parentNode.insertBefore(js,stags);})(document,’script’,’imdb-rating-api’);

Kryzys wywołany w 2008 roku do dzisiaj jest odczuwalny. Jeśli spojrzeć na obecną sytuację to optymiści muszą się wysilać bardziej niż przed tym feralnym wydarzeniem. Hiszpańska gospodarka ledwo zipie, Grecja to już kpina, a jeszcze głośno było o Łotwie na skraju bankructwa. Kwestią czasu było powstanie filmów analizujących to wydarzenie z różnych perspektyw. Film Curtisa („Tajemnice Los Angeles”, „8 Mila”) opisuje kryzys z perspektywy sekretarza stanu Henry’ego Paulsona, a scenariusz został oparty na głośnej książce Sorkina (nie, nie tego od „The Social Network).

Dla laika w kwestiach ekonomicznym, nadążenie za wydarzeniami oraz ich realnym znaczeniem bywa trudne, ale nie niemożliwe. Bo co w tym przerażającego, że jakiś bank doprowadził finanse do stanu katastrofalnego? Rzecz w tym, że tu nie chodzi o jakiś zwykły bank, ale wielki bank inwestycyjny, z którego ciągną się niewidzialne nici powiązań i połączeń mających wpływ na inne instytucje finansowe. Film Curtisa przedstawia historię, która działa się za zamkniętymi drzwiami – sekretarz stanu i jego ekipa szukają rozwiązań dla niepokojących sygnałów dochodzących z sektora bankowego. Czy Paulson tak ofiarnie i zaciekle bronił kraju przed totalną rozsypką systemu finansowego? Są tacy, którzy w to wątpią i określają film jako wybielacz dla rządu USA. Odkładając na bok wątpliwości natury faktycznej, „Zbyt wielcy, by upaść” to solidne, trzymające w napięciu kino w dobrze skrojonych garniturach.

John Woods
Patrząc na okładkę, to nad wielkim czerwonym napisem można zauważyć ciąg nazwisk, których ilość oraz rozpoznawalność robi wrażenie. Dobra obsada jest potrzebna równie mocno jak klarowny scenariusz, kiedy w grę wchodzi bardzo specjalistyczny materiał. W zdominowanej przez mężczyzn obsadzie, Cynthia Nixon niestety prezentuje ten sam zdziwiony wyraz twarzy co w „Seksie w wielkim mieście”. Na szczęście jej rola nie jest znacząca, a na pierwszym planie brylują Wiliam Hurt, Billy Crudup i James Woods. Z drugiej strony szkoda, że nie postarano się o aktorkę, która w zmaskulinizowanej obsadzie byłaby wyrazista i warta zapamiętania.

Film obnaża niebezpieczeństwo jakie niosą ze sobą instytucje o zasięgu globalnym. Upadek banku Lehman Brothers to efekt nie tylko fatalnych inwestycji na Wall Street, ale zbytniej pewności siebie i dumy. Innym ważnym punktem jest przenikanie się Urzędu, Wall Street i banków, którego efektem jest ciasno spleciona sieć zależności i kontaktów. W efekcie rząd amerykański dokapitalizuje potężnymi pieniędzmi banki inwestycyjne, które są zbyt wielkie by upaść. Wielkie molochy, które trudno kontrolować, którym łatwo przeniknąć między wpływowych, aby mieć nieograniczone pole dla nienasyconego apetytu. Niepokój,  a raczej przerażenie sztabu Paulsona zaczyna się udzielać widzowi dla którego wydarzenia są już historią. Wizje katastrofalnych skutków, które mogły się ziścić gdyby nie ingerencja rządu, sprawiają, że tamten czas przeżywamy na nowo. Nagłówki gazet, liczne artykuły i wypowiedzi specjalistów to jedno. „Zbyt wielcy, by upaść” w sposób dobitny i konkretny pokazuje źródła jak i zagrożenia, a z perspektywy samej góry jest bardziej realna i tym samym trudna do zanegowania.

William Hurt

Film produkcji HBO potrafi trzymać w napięciu,  ale wymaga od widza pełnej koncentracji, ponieważ tempo przetwarzania specjalistycznej wiedzy jest dość wysokie. Warto też znać angielski z zakresu bankowości i ekonomii na poziomie podstawowym. Tu wychodzi jeden drobny feler tłumaczenia dvd, ograniczonego do dialogów. Podobnie jest w przypadku dodatku „Chronologia kryzysu – dogłębna analiza kluczowych wydarzeń, które wpłynęły na kryzys gospodarczy” – wszystko w oryginale. Przy pierwszym podejściu można wziąć za zwykły wykres (i tym samym kpinę, a nie dodatek), ale to przekrojowe i klarowne kalendarium wydarzeń. „Zbyt wielcy, by upaść” są jedną z wielu prób pokazania niedawnego kryzysu. Można wprawdzie nie dowierzać nieskazitelności amerykańskiego urzędu, który w sumie dołożył swoją cegiełkę do tego stanu rzeczy (kto forsował obniżenie wymagań dla kredytobiorców?), ale film sam w sobie jest dobrą i wciągającą produkcją.



Film obejrzałam dzięki dystrybutorowi


Hysteria/Histeria (2011), reż. Tanya Wexler

Tytuł polski: Histeria
Tytuł oryginalny: Hysteria
Reżyseria: Tanya Wexler
Scenariusz: Jonah Lisa Dyer, Stephen Dyer
Zdjęcia: Sean Bobbitt
Muzyka: Gast Waltzing
Rok produkcji: 2011
Dystrybucja: Hagi
Ocena: 4/6



Jeszcze nie tak dawno można było oglądać historię o miłości z viagrą w tle. Tak, mowa o „Miłości i innych używkach” z Jake’em Gyllenhaalem i Anne Hathaway. Dlaczego nie nakręcić czegoś podobnego, sięgając ku początkom wibratora? Oglądając zwiastun można było dojść do wniosku, że film może się udać lub zupełnie nie wypalić. Temat został potraktowany z przymrużeniem oka, co też zaowocowało zgrabną i miejscami rozbrajającą komedią.

Mamy lata 80. XIX wieku. Młody lekarz Mortimer Granville (Hugh Dancy) nie próżnuje, nieustannie zmienia miejsce pracy z powodu konfliktów ze starszą generacją medyków. On, przepełniony współczesną wiedzą, nie potrafi pracować pod okiem zacofanych lekarzy, którzy najchętniej leczyliby tabletkami Beekmana. Rozżalony skarży się swemu ofiarodawcy, Edmundowi St. John – Smythe’owi (Rupert Everett) i jednocześnie miłośnikowi nowinek technicznych, na swoje położenie. Cóż, pozostaje mu praktyka u boku zamożnego doktora i po wielu rozmowach trafia pod skrzydła dr Roberta Dalrymple’a (Jonathan Pryce). Problem w tym, że ów doktor specjalizuje się w leczeniu histerii, a lekarstwem jest… ręczne zadowalanie pacjentek.
Rękodzielnik w służbie zwiędłych histeryczek w akcji
 
Doktor Dalrymple ma dwie córki. Młodsza Emily (Felicity Jones) to wzór cnót i marzenie każdego rodzica. Śliczna, posłuszna, gra na fortepianie i nie zaprząta sobie głowy zdobywaniem prawdziwej wiedzy (bo frenologia się do niej nie zalicza). Co innego starsza Charlotte (Maggie Gyllenhaal), która swoją energię pożytkuje jako sufrażystka i społecznica. Dwie siostry, jakie przeciwieństwa. Między nimi młody, niezbyt rozgarnięty Mortimer, którego chlebodawca swata ze swoją młodszą latoroślą. Znamienita jest scena na ławeczce, gdzie nasz bohater oświadcza się Emily, co też podsumowuje jakże romantycznym stwierdzeniem: „no to załatwione”. Cóż, wizja przejęcia praktyki oraz spędzenia reszty życia z uroczą Emily nie zmienia faktu, że zaspokojenie połowy Londynu nie obędzie się bez komplikacji. Czas na cuda techniki. 
Bałam się, że połączenie tematu z lekką komedią romantyczną nie wypali. Z drugiej strony metoda leczenia aż się prosi o humorystyczne potraktowanie. Można się śmiać, ale histerię wykreślono z listy chorób dopiero w 1952 roku. Objawy łagodne takie jak nimfomania, oziębłość, melancholia czy lęk dały się ponoć łatwo leczyć. Cięższe przypadki pakowano do szpitali, gdzie często usuwano macicę. Świat poszedł ostro do przodu w ciągu ostatnich 50 lat, ale na przełomie XIX i XX wieku nie było tak zabawnie i romantycznie.
Felicity Jones
 
Ruch sufrażystek tym razem nie został potraktowany kpiącym uśmieszkiem twórców. Może stoi za tym fakt, że reżyserem jest kobieta? Nie zagłębiałam się w historię oraz metody walki ruchu sufrażystek, ale nie podoba mi się pokazywanie tego zjawiska jako czegoś między cyrkiem a galerią osobliwości. Charlotte jest temperamentną sufrażystką, ale przede wszystkim altruistką znajdującą spełnienie w pracy na rzecz innych. Taki obraz, choć pewnie trącący idealizmem, jest bardziej kroplą w morzu.

Nie zapominajmy, że „Histeria” to przede wszystkim rozrywka, która humorystycznie i na poziomie odkrywa przed widzami ciekawostki sprzed ponad 100 lat. Jak wiadomo, wibrator jest bardzo popularną zabawką erotyczną, a jeszcze na przełomie XIX i XX wieku był sprzedawany za pośrednictwem katalogów dla gospodyń. Między znakomitymi dialogami, dobrą grą oraz świetną scenografią i kostiumami wkradła się fałszywa nuta. Ja wiem, że Anglicy kochają swoich monarchów, ale ten epizod wycięłabym już na poziomie scenariusza. A tak „Histeria” okazała się być przyjemnym filmem, zdolnym do wydobycia ze mnie głośnego śmiechu.

Pryce, Everett i Dancy

Film do obejrzenia na iplex.pl

Keinohrhasen/Miłość z przedszkola (2007), reż. Til Schweiger

Tytuł polski: Miłość z przedszkola
Tytuł oryginalny: Keinohrhasen
Reżyseria: Til Schweiger
Scenariusz: Til Schweiger, Anika Decker
Zdjęcia: Christof Wahl
Muzyka: Dirk Reichardt, Stefan Hansen, Mirko Schaffer
Rok produkcji: 2007
Dystrybutor: Kino Świat
Ocena: 4/6
Jak często ze zgrozą stwierdzacie, że poza kinem anglojęzycznym, praktycznie nie oglądacie filmów europejskich? Ja bardzo często i zazwyczaj kończy się na owym trwaniu w zgrozie i  samopotępieniu. Jednak musiał nastąpić dzień, w którym wygra potrzeba posłuchania choćby języka niemieckiego. Wymęczona po intensywnej pracy na koloniach, potrzebowałam czegoś lekkiego i niewymagającego. Ponieważ w najbliższy piątek zostanie pokazana druga część filmu Tila Schweigera, włączyłam sobie „Miłość z przedszkola”.

W tej komedii romantycznej nie uświadczycie oryginalnych zabiegów, nietuzinkowych postaci czy unikanie sztampowych struktur scenariusza. „Miłość z przedszkola” (tytuł oryginalny oznacza królika bez uszu) czerpie z tradycji i schematów pełnymi garściami. Para bohaterów jest wzorcowo niedobrana, spędzają razem czas bo muszą, w efekcie zaczynają się lubić i powoli wkrada się uczucie. Banalne, prawda? Jednak film Schweigera nie jest synonimem nudy, kina niepotrzebnego. „Miłość z przedszkola” ma w sobie świeżość, humor i zakończenie, które nie tylko wymyka się stereotypom, ale też zapada w pamięci i to mocno.
Popatrzcie na Ludo (Til Schweiger). Dziennikarz działający w prasie brukowej, korzysta z życia na całego. Świetnie wygląda, wyrywa niezłe sztuki jedną za drugą, a na dodatek finansowo stoi na dobrym poziomie. Wygadany, cwany i bardzo pewny siebie. A teraz czas na Annę (Nora Tschirner). Pracuje w przedszkolu, ubiera się jak sierotka Marysia i ma problemy z kontrolowaniem emocji. Ludo zostaje skazany na 300 godzin prac społecznych w przedszkolu. Od razu się przekonuje, że to będzie jeszcze trudniejsze niż przypuszczał. Dawno, dawno temu, kiedy Ludo był dzieciakiem, robił Annie paskudne psikusy. Ona tego nie zapomniała i wcale nie zamierza tego ukrywać.
Til Schweiger
Czytacie o najbardziej kasowym filmie w Niemczech w roku 2007. Nie straszne były mu takie tytuły jak czwarty Harry Potter czy trzeci Piraci z Karaibów. Czy to oznacza, że mamy do czynienia z filmem na miarę „To właśnie miłość”? Nie do końca, ale sukces kasowy sprawił, że w planach jest trzecia część. To, co wyróżnia „Keinohrhasen” to główni bohaterowie, a raczej aktorzy użyczający im swojego ciała. Jeszcze nie widziałam Tila tak wyluzowanego, swobodnego i zabawnego jak w reżyserowanym przez siebie filmie. Gdzieś z głębi wspomnień wyłania się rola w „Bandycie” czy sztywny mundur w „Bękartach wojny”. Dopiero tutaj miałam okazję zaobserwować jego grę z innej strony. Mimo wszystko gwiazdą filmu jest Nora Tschirner. Jej ekspresja połączona z przyjemną i intrygującą urodą uczyniły z postaci Anny kogoś więcej niż bohaterkę zabawnej love story. Aktorkę można też podziwiać w teledysku grupy One Republic do piosenki „Secrets”.
Film jest pełen gagów i dowcipu na przyzwoitym poziomie, nie zabrakło też elementów satyrycznych. Już teraz wiem, że do filmu powrócę jeszcze raz, ponieważ jestem niewystarczająco spostrzegawcza. Nie chodzi o uroczy zabieg jakim jest zatrudnienie własnych dzieci, ale o Jurgena Vogela grającego samego siebie. Nie pozostaje mi nic innego jak doczekać piątkowego wieczoru oraz nieśmiało zapytać, kto uszyje mi takiego bezuchego królika. Kto nie widział pierwszej części, to znajdzie ją w wersji z lektorem na iplexie.
Nora Tschirner
(szkoda, że nie widzicie całej piżamy)

Mes stars et moi/Z miłości do gwiazd (2008), reż. Laetitia Colombani

Tytuł polski: Z miłości do gwiazd
Tytuł oryginalny: Mes stars et moi
Reżyseria: Laetitia Colombani
Scenariusz: Laetitia Colombani
Zdjęcia: Jean – Marie Dreujou
Muzyka: Frederic Talgorn
Rok produkcji: 2008
Dystrybutor: Best Film
Ocena: 4/6
Czas na lekki powiew świeżości, obejrzenie filmu rozrywkowego, gdzie mówią ciekawym językiem. Padło na kino francuskie z gwiazdorską obsadą. Deneuve i Beart to nazwiska bez wątpienia znane poza granicami Francji. Jakie jest to kino francuskie? Mogę napisać, że praktycznie nie wiem. Na pewno ma swój wyjątkowy podpis, który demaskuje z równą skutecznością co dialogi w języku Moliera.W każdym razie nabrałam ochoty na więcej produkcji spod znaku wieży Eiffla.

Robert (Kad Merad) jest dojrzałym mężczyzną, a przy tym ojcem i partnerem. Te trzy cechy nie potrafią udźwignąć jego największej pasji i jednocześnie słabości – jest wielkim fanem trzech aktorek: Solange Duivier (Catherine Deneuve), Isabelle Sereny (Emmanuelle Beart) i Violette Duval (Melanie Bernier). To nie byłoby takie złe, gdyby stanowiło nieszkodliwy bzik. Niestety, uwielbienie dla niedostępnych doskonałości zdominowało jego życie i relacje z najbliższymi. Adeline (Maria de Medeiros) wyprowadza się z domu, zabierając ze sobą córkę. Robert wraca z pracy do pustego domu i kota w stanie depresji, nałogowo oglądającego telewizję. Czym się zajmuje nasz bohater? Jest sprzątaczem w słynnej francuskiej agencji aktorskiej, której klientkami są jego ulubienice. Nocami nie tylko sprząta, ale też przegląda terminarze, scenariusze i podwędza zaproszenia na premiery.

Powodów do śmiechu nie znajdzie się zbyt dużo. Humoru nie brakuje, to pewne, ale towarzyszy mu pewien smutek, który kieruje uwagę na odrobinę refleksji. Robert w swoim uwielbieniu przekracza granicę za granicą. Zaczyna ingerować nie tylko w sprawy zawodowe, ale też prywatne aktorek. To jego zasługa, że Solange, Isabelle i Violette spotkały się na planie jednego filmu. Kiedy dowiadują się, że mają wspólnego upierdliwego fana, postanawiają utrzeć mu nosa. Od tego momentu następuje przełom nie tylko w życiu aktorek, ale też samego sprawcy całego zamieszania. Bo z daleka są piękne, powabne i doskonałe – z bliska są kobietami z problemami i wątpliwościami. A Robert okaże się być mocnym katalizatorem.

„Z miłości do gwiazd” ogląda się przyjemnie. Garść miejscami absurdalnego humoru doskonale przetyka się z poważnymi tematami. Problem ludzi, którzy uciekają od prawdziwego życia i zadowalają się iluzoryczną namiastką wykreowanej fantazji, jest zbyt twardo wyłożony. Tu nie ma miejsca na półśrodki czy małą furtkę dla szerszej dyskusji. Przypadek Roberta jest skrajny, choć historia pokazuje, że bywają skrajniejsze (choćby zabójstwo). Z jednej strony mamy przestrogę dla żarliwych fanów, ale też odwrócenie tej sytuacji – Robert podejrzanie szybko ma dość. Przeglądając prasę czy portale plotkarskie przyzwyczailiśmy się do traktowania gwiazd jako osoby nam bliższe. Wiemy niemal wszystko, dokonujemy oceny na podstawie donosów „osób z bliskiego otoczenia” i podświadomie zawłaszczamy sobie ich prywatność. Nie ma co ukrywać, to się wciąż posuwa coraz dalej i z siłą buldożera przekracza kolejne granice. Film Colombani każe na chwilę się zastanowić się nad tym problemem.

Aktorstwo pierwszego planu jest bardzo dobre, ale zastanawiająca jest przepaść dzieląca ją z drugim planem. Sztywność, nieporadność i czasem amatorszczyzna wybija się na drugim i dalszym planie. A może to specyfika francuskiej maniery aktorskiej? Przecież Cecile de France, którą widziałam w „Medium” Clinta Eastwooda wyraźnie odcinała się od amerykańskiej części obsady. A przecież to jedna z najlepszych aktorek Francji.

Chociaż widok Beart, zmarnowanej operacjami plastycznymi, nie należał do najmilszych, „Z miłości do gwiazd” zaserwował kawał wciągającego kina rozrywkowego. Scenariusz Colombani oznacza się mocną konstrukcją i zgrabnym łączeniem poszczególnych elementów historii. Może zakończenie jest nazbyt optymistyczne, ale dlaczego miałoby być inne? Na sam koniec reżyserka puszcza do widza oko, wywołując łobuzerski uśmiech. Takie zakończenie na długo zostaje w pamięci, bo uruchamia to co najważniejsze – wyobrażenie dalszych losów Roberta.

Film można zobaczyć na iplexie.

Kad Merad oraz JR 😉

John Carter (2012), reż. Andrew Stanton

Tytuł oryginalny: John Carter
Na podstawie: „Księżniczka z Marsa”, Edgar Rice Burroughs
Reżyseria: Andrew Stanton
Scenariusz: Andrew Stanton, Michael Chabon, Mark Andrews
Zdjęcia: Daniel Mindel
Muzyka: Michael Giacchino
Rok produkcji: 2012
Dystrybutor: Forum Film Poland/CDProjekt
Ocena: 4/6
Jeden z oczekiwanych przeze mnie filmów zrobił koncertową klapę. Chociaż nie czytałam powieści E. R. Burroughsa, a postać tytułowego bohatera była lądem nieznanym – ten fakt mnie trochę przygnębił. Olbrzymi budżet, który widać w warstwie technicznej, nie wystarczył. Mam wrażenie, że zawiniła promocja. Nie dość, że wystartowała późno, to jeszcze bez pomysłu i przede wszystkim zaakcentowania znaczenia „Księżniczki z Marsa” dla światowej fantastyki. Nie wiem jak w innych krajach, ale przeciętny Polak ma podobną wiedzę o Burroughsie jak o naszym Grabińskim. Po prostu chciałam obejrzeć ten film i otrzymałam porcję odprężającej rozrywki z dopieszczonymi efektami specjalnymi.

„Ock, ohem, ocktei wies… Barsoom”, te słowa często powtarzałam po seansie, ale brakowało  jednego przedmiotu. Doskonale wiem, że żaden talizman nie pomoże, ponieważ to tylko film powstały na motywach powieści wydanej w 1912 roku. Sto lat później powstał film, ale niestety spóźniony. Nie brakuje opinii, w których film Stantona zrzyna z wielu popularnych tytułów. Nieświadomość, że źródło tych zapożyczeń tkwi w postaci Johna Cartera i jego książkowych przygód, z pewnością nie pomaga filmowi. Takich historii już się nie kręci. Chociaż niepozbawione uroku, to daje się poczuć lekki zapaszek ramotki. Ale na ile można dokonać korekty twarzy, wstrzyknąć implanty czy odessać zjełczały tłuszcz, by kultowa postać nie straciła swojego charakteru? Skoro widzowie mogli wrócić do początków kina dzięki „Artyście”, dlaczego nie mieliby polubić historii, która sto lat temu zaczęła wyznaczać nowe trendy?
Ziemska część fabuły została osadzona w drugiej połowie XIX wieku. John Carter (Taylor Kitsch) wysyła telegram o enigmatycznej treści. Ktoś go bez wątpienia śledzi i obserwuje. Na stacji kolejowej wysiada Edgar Rice Burroughs (Daryl Sabara), którego powita nie tylko jeden ze służących, ale smutna wiadomość – wuj John nie żyje. Do rąk otumanionego biegiem wydarzeń młodzieńca trafia dziennik prowadzony przez tytułowego bohatera. Cofamy się o 13 lat. Carter, weteran wojny secesyjnej, niestrudzenie poszukuje złota. Splot okoliczności zawiódł go jaskini, by następnie obudzić się na pustkowiu. Od tego momentu zaczyna się fantastyczna część historii, która rozmachem i różnorodnością zostawia ślad w umyśle widza.

Mamy księżniczkę, Dejah Thoris (Lynn Collins), zastępy czterorękich Tarkasów. Dobrych broniących Helium oraz agresorów z Zodangi. Między nimi są Thernowie, święci posłańcy Bogini, którzy znają tajemnicę potęgi niebieskiego ognia. Na planecie Barsoom, po naszemu zwanej Marsem, dominują pustynne krajobrazy, a czasy mórz i oceanów zachowały się w niewyraźnych legendach. Czyżby podłoże pod treści ekologiczne? Nawet jeśli pojawi się reflekcja nad kondycją zdrowotną naszej planety, to „John Carter” pozostaje klasycznym romansem awanturniczym. Fabuła, niestety, jest zbyt prosta i klasyczna jak na jej odbiorcę w XXI wieku. Dozowany humor z pewnością dodaje nieco świeżości do ogranych klisz oraz motywów. Oto Ziemianin zjawia się przypadkiem na planecie, której istnienie jest poważnie zagrożone. I jak tu nie domyślić się, że rola skaczącego faceta będzie przełomowa i doprowadzi do zwycięstwa tych dobrych nad tymi złymi? John Carter to the rescue. Czy jest sens topienia TAKICH pieniędzy w tak banalną historyjkę? Te miliony widać w efektach komputerowych, które zachwycają nawet na 19″ monitorze, a co dopiero w kinie. Świat przedstawiony jest bardzo spójny i zachwyca zapożyczeniami z różnych kultur oraz ich historii. Plemiona na kształt indiańskich i afrykańskich nie kłócą się z arystokracją rodem z ze starożytnego Rzymu. To jest świat, w którym chciałabym się znaleźć – choćby dla rozbrajającej maskotki filmu – Wooli.

Woola, mój nowy ideał

Mając świadomość potknięć, radośnie je zignorowałam, bo zaczęłam się bawić i to bardzo dobrze. Dostałam to, czego chciałam – sympatyczny film przygodowy, gdzie samotny bohater zostaje rzucony w nieznany świat i doświadcza go wraz z widzem. Taylor Kitsch zwrócił moją uwagę jako jasny punkt  „X – Men Genezy: Wolverine”. Jego Gambit był jedną z dwóch postaci, której pojawienie się wywoływało na mej twarzy mimowolny uśmiech. Nie chodzi o wybitne aktorstwo (bo nie było za bardzo czego grać), ale subtelny czar jaki roztacza młody Kanadyjczyk. Jego typ urody predestynuje go do takich ról jak w filmie Andrew Stantona – przystojnych wrażliwców, chowających jakąś tajemnicę. Jego bohater nie ogranicza się tylko do sfery estetycznej, ale i pod względem aktorskim Kitsch nie zawodzi. Obserwowanie jego niektórych reakcji w poszczególnych scenach (God bless „replay” button) zaowocowało małym postanowieniem – nadrobienie jego filmografii. Dobre wrażenie z „X-Men Genezy” Wolverine” najwyraźniej nie było przypadkowe.

W obsadzie pojawiła się aktorka, która również zachwyciła mnie w przytaczanym już filmie Gavina Hood. Ujęła mnie naturalną kobiecością, której zabrakło mi w „Johnie Carterze”. Charakteryzacja na księżniczkę Dejah zrobiło jej więcej złego niż dobrego. Jej typ urody nie lubi mocnej charakteryzacji na granicy teatralności. Mamy nienaturalnie niebieskie oczy, czarne jak heban włosy i skórę, która przyjęła za dużo samoopalacza. To atrybuty postaci, które praktycznie zepsuły mi odbiór tej postaci. Może i aktorka jest dwa lata starsza od Kitscha, ale w tym filmie z dwóch zrobiło się lekko dziesięć. Zawodzi również Dominic West wcielający się w postać złego Sab Thana, a Mark Strong robi się nudny grając enty czarny charakter. To, że był mega pozytywny w „The Green Lanthern” można pominąć, bo za nic siebie nie przypominał. Miłym akcentem był Ciaran Hinds, który nie miał co grać, ale dobrze się go ogląda. Za to zaskoczeniem był James Purefoy, który mnie irytuje, ale tutaj potrafił być nawet uroczy. Minusy znikają, kiedy znajdujemy się pośród Tarkasów. Głosy oraz ruchy najważniejszym z nich udzielili Willem Dafoe oraz Samantha Morton.

Lynn Collins i Taylor Kitsch

Niby taki nieudany film, a zdołał poruszyć moją strunę emocjonalną. Czy to konflikt wewnętrzny bohatera, czy scena w której mimo woli stanął w obronie Wooli. Mogę też wymienić porażająco ludzki płacz zielonych stworzonek dopiero co wyklutych z jaj. Czyżby przypomnienie, że każde życie jest ważne? Najmocniej chwyciła mnie za serce scena samotnej walki pięknie zmontowana z największym dramatem bohatera. Jest w niej wszystko – piękno, wyważenie, prostota i epickość w jednym. Szkoda, że takich odczuć miałam za mało, ale „John Carter” nie jest dla mnie filmem do jednorazowego oglądania. Jeżeli po seansie musiałam zobaczyć kilka scen, to znaczy, że istnienie tego filmu nie jest pomyłką.

Tarkasowie

Nie jest tajemnicą, że dvd nabyłam za 19,99 zł w Biedronce. Chociaż opakowanie czy też nadruk na płycie może wywołać małe skrzywienie, to zawartość jest najważniejsza. A obok filmu są takie dodatki jak: „100 lat procesu twórczego” (krótki, ale zajmujący i estetycznie zrealizowany) oraz komentarze reżysera oraz producentów z polskimi napisami. Ciągle się mówi, że ceny dvd czy płyt z muzyką (że o książkach nie wspomnę) są zwyczajnie za wysokie. Chętniej wydam nawet 60 zł, jeśli to będą 3 filmy przyzwoicie wydane. Wersja BR wyjdzie 17 sierpnia, a ja pewnie do tego czasu nie tylko zapoznam się z komentarzem twórców, ale też obejrzę sobie jeszcze raz, ale dla odmiany z angielskimi napisami dla niesłyszących.

Dark Shadows/Mroczne cienie (2012), reż. Tim Burton

Tytuł polski: Mroczne cienie
Tytuł oryginalny: Dark Shadows
Reżyseria: Tim Burton
Scenariusz: Seth Grahame – Smith
Zdjęcia: Bruno Delbonnel
Muzyka: Danny Elfman
Rok produkcji: 2012
Dystrybucja: Warner Bros. Polska
Ocena: 4/6
Tim Burton niewątpliwie jest reżyserem charakterystycznym, szczycącym się grupą fanów w szerokiej kategorii wiekowej, a każdy jego projekt automatycznie znajduje się w kategorii „must see”. Podobnie było z wchodzącymi do kin „Mrocznymi cieniami”, powstałymi w oparciu o serial o tym samym tytule. Jedni mogą się zastanawiać dlaczego amerykański reżyser sięga po temat wampiryczny, będący u schyłku popularności. Wampiry powoli odchodzą na boczny tor, ustępując miejsca klasycznym baśniom i komiksowym bohaterom. Kiedyś z pewnością powrócą w blasku i chwale, ale „Mroczne cienie” nie dodają drwa do tego dogasającego ogniska.

Żywot kobieciarza ma swoje uroki, póki jedno ze złamanych serc nie należy do czarownicy. Barnabas Collins (Johnny Depp) miał tego pecha, że śliczna Angelique Bouchard (Eva Green) nie tylko włada mocą, ale jest też mściwa. Przemienia bohatera w wampira i żywcem grzebie w trumnie. Po niemal 200 latach Barnabas zostaje przypadkiem uwolniony, zastaje rodzinną posiadłość praktycznie w  ruinie, a przede wszystkim nową rzeczywistość roku 1972. Wprawdzie obecna generacja rodziny Collinsów nie przyprawia o dreszcz  dumy, to Barnabas nie zapomniał słów ojca: „rodzina to największy majątek”. Postanawia przywrócić blask nazwisku i dostosować się do nowych czasów. Nie musiał długo czekać na spotkanie z Angelique – sama do niego przyszła.
Historia opiera się na klasycznym motywie, ale rzadko obecnie stosowanym w takiej formie. Czarownica, której serce zostaje złamane i jest gotowa zmusić delikwenta do miłości, to doskonała baza pod dobry scenariusz. Nie trzeba być od razu Sorkinem, ale fabule brakowało tego czegoś, czego warstwa wizualna nie była w stanie zastąpić. Pozornie prosta jak budowa cepa, ale generowała za dużo irytujących pytań. Przez większość filmu czułam się trochę za mało doinformowana – co? Po co? Dlaczego? Z drugiej strony to nie było takie złe, ponieważ angażuje widza nie tylko w fabułę, ale również ukryte smaczki o których scenarzysta zapomniał napisać. Może w latach siedemdziesiątych tak tworzono historie, ale współczesnemu widzowi nie wystarcza już powiedzieć „ma być tak, bo… tak”. „Mroczne cienie” na szczęście się nie dłużą, co w dużej mierze jest zasługą przyzwoicie dawkowanym akcentom humorystycznym oraz Evie Green.
Tim Burton zaangażował plejadę uznanych aktorów: wspomnianą Evę, Michelle Pfeiffer, Jonny’ego Lee Millera, Jackiego Earle’a Haley’a, Chloe Moretz i Christophera Lee. Nie zrezygnował tylko z dwójki stałych współpracowników: Johnny’ego  Deppa i Heleny Bonham – Carter, co generuje trzy obozy: „za, przeciw oraz wisi mi to”. Należę do tej trzeciej, chociaż ostatnio coraz bardziej skłaniam się ku petycji, by ta trójka wzięła zawodową  separację. Z filmu na film Depp jest coraz bardziej przesadnie ucharakteryzowany. Na początku to miało swoją oryginalność, ale to co dziwaczniejsze szybciej się dewalualizuje. Depp jest bez wątpienia dobrym aktorem, ale za mocno utkwił w świadomości jako bohater filmów Burtona. W „Mrocznych cieniach” pozwolił się zepchnąć w cień przez Evę Green. Ona była świeża, kobieca, a do tego emanowała ekranową charyzmą, podczas gdy Depp był kolejną projekcją znanej postaci ze zmienioną tapetą – aseksualny, teatralny odmieniec. Burton chyba lubi wyszukiwać nowe twarze na Antypodach, ponieważ Bella Heathcote (podobnie jak znana z „Alicji w Krainie Czarów” Mia Wasikowska) pochodzi z Australii. Aktorka ujęła mnie głosem, przypominającym barwą Emily Deschanel znanej z serialu „Kości”.
Pod względem wizualnym Burton nie zawodzi, no prawie. Depp jeszcze nie był tak nieatrakcyjny, kiedy miał sprawiać wrażenie kobieciarza. Wampiry kojarzone są z urodą i maestrią w sztuce uwodzenia. Burton postawił mocniej zaakcentować komiczny wymiar filmu, a ja się zastanawiałam jakie to musiały być pieniądze i chmara owiec, by był wart takiej furii i zawziętości w zemście. A tak mamy kolorowe lata siedemdziesiąte z domieszką psychodelicznego lukru. Można odnieść wrażenie, że gotyckie klimaty Burtona straciły pazur. Wspominając choćby „Sok z żuka” czy „Jeźdźca bez głowy”, ostatnie jego filmy są przy nich jak Hello Kitty. Jednak Burton wciąż potrafi cieszyć oko i daje odczuć, że oglądam jego filmy.
Fabuła to przemieszanie komedii z melodramatem z naciskiem na to pierwsze. Jak wiadomo, z Barnabasa wampir bardziej poczciwy niż piękny i musi dostosować się do nowych czasów. Dziura do naprawienia jest niebagatelnych rozmiarów i owo zderzenie staroświeckości z nowoczesnością to istotny motor fabuły. U mnie wywołał co najwyżej lekki  uśmiech, a tym samym garść niedosytu. Z części poważniejszej  wycięłabym lub przynajmniej przerobiła wątek Josetty i Victorii. Film mógłby się skończyć w sali przy rozbitym żyrandolu – między Barnabasem i Angelique. Zakończenie jest po prostu złe i niezrozumiałe, biorąc pod uwagę, że ten wątek nie miał cienia ikry.
Tim Burton podjął jedną z najlepszych decyzji obsadowych w swojej karierze, angażując Evę Green. Aktorka dosłownie miażdży resztę obsady jak Tom  Hiddlestone w „Thorze”. Z tekstu można odnieść wrażenie, że film nie bardzo zachwyca, ale to wciąż dobre, rozrywkowe kino. Inaczej się patrzy znając jakieś 3/4 dorobku reżysera, a jeszcze inaczej patrząc na film w oderwaniu od wszystkiego. Znawcy i miłośnicy (to nie zawsze jest tożsame, bo siebie widzę w  pierwszej kategorii) mogą poczuć się zawiedzeni. Jednak pozostali otrzymają po prostu dobrze zrealizowane kino rozrywkowe. Mimo pewnych wad bawiłam naprawdę dobrze.
Eva, Eva, Eva…
Za bilet na seans dziękuję Warner Bros. Polska.
PS. „Rock of Ages” od dzisiaj oficjalnie wskakuje do kategorii „must see”