Kategoria: film: 4/6

Keinohrhasen/Miłość z przedszkola (2007), reż. Til Schweiger

Tytuł polski: Miłość z przedszkola
Tytuł oryginalny: Keinohrhasen
Reżyseria: Til Schweiger
Scenariusz: Til Schweiger, Anika Decker
Zdjęcia: Christof Wahl
Muzyka: Dirk Reichardt, Stefan Hansen, Mirko Schaffer
Rok produkcji: 2007
Dystrybutor: Kino Świat
Ocena: 4/6
Jak często ze zgrozą stwierdzacie, że poza kinem anglojęzycznym, praktycznie nie oglądacie filmów europejskich? Ja bardzo często i zazwyczaj kończy się na owym trwaniu w zgrozie i  samopotępieniu. Jednak musiał nastąpić dzień, w którym wygra potrzeba posłuchania choćby języka niemieckiego. Wymęczona po intensywnej pracy na koloniach, potrzebowałam czegoś lekkiego i niewymagającego. Ponieważ w najbliższy piątek zostanie pokazana druga część filmu Tila Schweigera, włączyłam sobie „Miłość z przedszkola”.

W tej komedii romantycznej nie uświadczycie oryginalnych zabiegów, nietuzinkowych postaci czy unikanie sztampowych struktur scenariusza. „Miłość z przedszkola” (tytuł oryginalny oznacza królika bez uszu) czerpie z tradycji i schematów pełnymi garściami. Para bohaterów jest wzorcowo niedobrana, spędzają razem czas bo muszą, w efekcie zaczynają się lubić i powoli wkrada się uczucie. Banalne, prawda? Jednak film Schweigera nie jest synonimem nudy, kina niepotrzebnego. „Miłość z przedszkola” ma w sobie świeżość, humor i zakończenie, które nie tylko wymyka się stereotypom, ale też zapada w pamięci i to mocno.
Popatrzcie na Ludo (Til Schweiger). Dziennikarz działający w prasie brukowej, korzysta z życia na całego. Świetnie wygląda, wyrywa niezłe sztuki jedną za drugą, a na dodatek finansowo stoi na dobrym poziomie. Wygadany, cwany i bardzo pewny siebie. A teraz czas na Annę (Nora Tschirner). Pracuje w przedszkolu, ubiera się jak sierotka Marysia i ma problemy z kontrolowaniem emocji. Ludo zostaje skazany na 300 godzin prac społecznych w przedszkolu. Od razu się przekonuje, że to będzie jeszcze trudniejsze niż przypuszczał. Dawno, dawno temu, kiedy Ludo był dzieciakiem, robił Annie paskudne psikusy. Ona tego nie zapomniała i wcale nie zamierza tego ukrywać.
Til Schweiger
Czytacie o najbardziej kasowym filmie w Niemczech w roku 2007. Nie straszne były mu takie tytuły jak czwarty Harry Potter czy trzeci Piraci z Karaibów. Czy to oznacza, że mamy do czynienia z filmem na miarę „To właśnie miłość”? Nie do końca, ale sukces kasowy sprawił, że w planach jest trzecia część. To, co wyróżnia „Keinohrhasen” to główni bohaterowie, a raczej aktorzy użyczający im swojego ciała. Jeszcze nie widziałam Tila tak wyluzowanego, swobodnego i zabawnego jak w reżyserowanym przez siebie filmie. Gdzieś z głębi wspomnień wyłania się rola w „Bandycie” czy sztywny mundur w „Bękartach wojny”. Dopiero tutaj miałam okazję zaobserwować jego grę z innej strony. Mimo wszystko gwiazdą filmu jest Nora Tschirner. Jej ekspresja połączona z przyjemną i intrygującą urodą uczyniły z postaci Anny kogoś więcej niż bohaterkę zabawnej love story. Aktorkę można też podziwiać w teledysku grupy One Republic do piosenki „Secrets”.
Film jest pełen gagów i dowcipu na przyzwoitym poziomie, nie zabrakło też elementów satyrycznych. Już teraz wiem, że do filmu powrócę jeszcze raz, ponieważ jestem niewystarczająco spostrzegawcza. Nie chodzi o uroczy zabieg jakim jest zatrudnienie własnych dzieci, ale o Jurgena Vogela grającego samego siebie. Nie pozostaje mi nic innego jak doczekać piątkowego wieczoru oraz nieśmiało zapytać, kto uszyje mi takiego bezuchego królika. Kto nie widział pierwszej części, to znajdzie ją w wersji z lektorem na iplexie.
Nora Tschirner
(szkoda, że nie widzicie całej piżamy)

Mes stars et moi/Z miłości do gwiazd (2008), reż. Laetitia Colombani

Tytuł polski: Z miłości do gwiazd
Tytuł oryginalny: Mes stars et moi
Reżyseria: Laetitia Colombani
Scenariusz: Laetitia Colombani
Zdjęcia: Jean – Marie Dreujou
Muzyka: Frederic Talgorn
Rok produkcji: 2008
Dystrybutor: Best Film
Ocena: 4/6
Czas na lekki powiew świeżości, obejrzenie filmu rozrywkowego, gdzie mówią ciekawym językiem. Padło na kino francuskie z gwiazdorską obsadą. Deneuve i Beart to nazwiska bez wątpienia znane poza granicami Francji. Jakie jest to kino francuskie? Mogę napisać, że praktycznie nie wiem. Na pewno ma swój wyjątkowy podpis, który demaskuje z równą skutecznością co dialogi w języku Moliera.W każdym razie nabrałam ochoty na więcej produkcji spod znaku wieży Eiffla.

Robert (Kad Merad) jest dojrzałym mężczyzną, a przy tym ojcem i partnerem. Te trzy cechy nie potrafią udźwignąć jego największej pasji i jednocześnie słabości – jest wielkim fanem trzech aktorek: Solange Duivier (Catherine Deneuve), Isabelle Sereny (Emmanuelle Beart) i Violette Duval (Melanie Bernier). To nie byłoby takie złe, gdyby stanowiło nieszkodliwy bzik. Niestety, uwielbienie dla niedostępnych doskonałości zdominowało jego życie i relacje z najbliższymi. Adeline (Maria de Medeiros) wyprowadza się z domu, zabierając ze sobą córkę. Robert wraca z pracy do pustego domu i kota w stanie depresji, nałogowo oglądającego telewizję. Czym się zajmuje nasz bohater? Jest sprzątaczem w słynnej francuskiej agencji aktorskiej, której klientkami są jego ulubienice. Nocami nie tylko sprząta, ale też przegląda terminarze, scenariusze i podwędza zaproszenia na premiery.

Powodów do śmiechu nie znajdzie się zbyt dużo. Humoru nie brakuje, to pewne, ale towarzyszy mu pewien smutek, który kieruje uwagę na odrobinę refleksji. Robert w swoim uwielbieniu przekracza granicę za granicą. Zaczyna ingerować nie tylko w sprawy zawodowe, ale też prywatne aktorek. To jego zasługa, że Solange, Isabelle i Violette spotkały się na planie jednego filmu. Kiedy dowiadują się, że mają wspólnego upierdliwego fana, postanawiają utrzeć mu nosa. Od tego momentu następuje przełom nie tylko w życiu aktorek, ale też samego sprawcy całego zamieszania. Bo z daleka są piękne, powabne i doskonałe – z bliska są kobietami z problemami i wątpliwościami. A Robert okaże się być mocnym katalizatorem.

„Z miłości do gwiazd” ogląda się przyjemnie. Garść miejscami absurdalnego humoru doskonale przetyka się z poważnymi tematami. Problem ludzi, którzy uciekają od prawdziwego życia i zadowalają się iluzoryczną namiastką wykreowanej fantazji, jest zbyt twardo wyłożony. Tu nie ma miejsca na półśrodki czy małą furtkę dla szerszej dyskusji. Przypadek Roberta jest skrajny, choć historia pokazuje, że bywają skrajniejsze (choćby zabójstwo). Z jednej strony mamy przestrogę dla żarliwych fanów, ale też odwrócenie tej sytuacji – Robert podejrzanie szybko ma dość. Przeglądając prasę czy portale plotkarskie przyzwyczailiśmy się do traktowania gwiazd jako osoby nam bliższe. Wiemy niemal wszystko, dokonujemy oceny na podstawie donosów „osób z bliskiego otoczenia” i podświadomie zawłaszczamy sobie ich prywatność. Nie ma co ukrywać, to się wciąż posuwa coraz dalej i z siłą buldożera przekracza kolejne granice. Film Colombani każe na chwilę się zastanowić się nad tym problemem.

Aktorstwo pierwszego planu jest bardzo dobre, ale zastanawiająca jest przepaść dzieląca ją z drugim planem. Sztywność, nieporadność i czasem amatorszczyzna wybija się na drugim i dalszym planie. A może to specyfika francuskiej maniery aktorskiej? Przecież Cecile de France, którą widziałam w „Medium” Clinta Eastwooda wyraźnie odcinała się od amerykańskiej części obsady. A przecież to jedna z najlepszych aktorek Francji.

Chociaż widok Beart, zmarnowanej operacjami plastycznymi, nie należał do najmilszych, „Z miłości do gwiazd” zaserwował kawał wciągającego kina rozrywkowego. Scenariusz Colombani oznacza się mocną konstrukcją i zgrabnym łączeniem poszczególnych elementów historii. Może zakończenie jest nazbyt optymistyczne, ale dlaczego miałoby być inne? Na sam koniec reżyserka puszcza do widza oko, wywołując łobuzerski uśmiech. Takie zakończenie na długo zostaje w pamięci, bo uruchamia to co najważniejsze – wyobrażenie dalszych losów Roberta.

Film można zobaczyć na iplexie.

Kad Merad oraz JR 😉

John Carter (2012), reż. Andrew Stanton

Tytuł oryginalny: John Carter
Na podstawie: „Księżniczka z Marsa”, Edgar Rice Burroughs
Reżyseria: Andrew Stanton
Scenariusz: Andrew Stanton, Michael Chabon, Mark Andrews
Zdjęcia: Daniel Mindel
Muzyka: Michael Giacchino
Rok produkcji: 2012
Dystrybutor: Forum Film Poland/CDProjekt
Ocena: 4/6
Jeden z oczekiwanych przeze mnie filmów zrobił koncertową klapę. Chociaż nie czytałam powieści E. R. Burroughsa, a postać tytułowego bohatera była lądem nieznanym – ten fakt mnie trochę przygnębił. Olbrzymi budżet, który widać w warstwie technicznej, nie wystarczył. Mam wrażenie, że zawiniła promocja. Nie dość, że wystartowała późno, to jeszcze bez pomysłu i przede wszystkim zaakcentowania znaczenia „Księżniczki z Marsa” dla światowej fantastyki. Nie wiem jak w innych krajach, ale przeciętny Polak ma podobną wiedzę o Burroughsie jak o naszym Grabińskim. Po prostu chciałam obejrzeć ten film i otrzymałam porcję odprężającej rozrywki z dopieszczonymi efektami specjalnymi.

„Ock, ohem, ocktei wies… Barsoom”, te słowa często powtarzałam po seansie, ale brakowało  jednego przedmiotu. Doskonale wiem, że żaden talizman nie pomoże, ponieważ to tylko film powstały na motywach powieści wydanej w 1912 roku. Sto lat później powstał film, ale niestety spóźniony. Nie brakuje opinii, w których film Stantona zrzyna z wielu popularnych tytułów. Nieświadomość, że źródło tych zapożyczeń tkwi w postaci Johna Cartera i jego książkowych przygód, z pewnością nie pomaga filmowi. Takich historii już się nie kręci. Chociaż niepozbawione uroku, to daje się poczuć lekki zapaszek ramotki. Ale na ile można dokonać korekty twarzy, wstrzyknąć implanty czy odessać zjełczały tłuszcz, by kultowa postać nie straciła swojego charakteru? Skoro widzowie mogli wrócić do początków kina dzięki „Artyście”, dlaczego nie mieliby polubić historii, która sto lat temu zaczęła wyznaczać nowe trendy?
Ziemska część fabuły została osadzona w drugiej połowie XIX wieku. John Carter (Taylor Kitsch) wysyła telegram o enigmatycznej treści. Ktoś go bez wątpienia śledzi i obserwuje. Na stacji kolejowej wysiada Edgar Rice Burroughs (Daryl Sabara), którego powita nie tylko jeden ze służących, ale smutna wiadomość – wuj John nie żyje. Do rąk otumanionego biegiem wydarzeń młodzieńca trafia dziennik prowadzony przez tytułowego bohatera. Cofamy się o 13 lat. Carter, weteran wojny secesyjnej, niestrudzenie poszukuje złota. Splot okoliczności zawiódł go jaskini, by następnie obudzić się na pustkowiu. Od tego momentu zaczyna się fantastyczna część historii, która rozmachem i różnorodnością zostawia ślad w umyśle widza.

Mamy księżniczkę, Dejah Thoris (Lynn Collins), zastępy czterorękich Tarkasów. Dobrych broniących Helium oraz agresorów z Zodangi. Między nimi są Thernowie, święci posłańcy Bogini, którzy znają tajemnicę potęgi niebieskiego ognia. Na planecie Barsoom, po naszemu zwanej Marsem, dominują pustynne krajobrazy, a czasy mórz i oceanów zachowały się w niewyraźnych legendach. Czyżby podłoże pod treści ekologiczne? Nawet jeśli pojawi się reflekcja nad kondycją zdrowotną naszej planety, to „John Carter” pozostaje klasycznym romansem awanturniczym. Fabuła, niestety, jest zbyt prosta i klasyczna jak na jej odbiorcę w XXI wieku. Dozowany humor z pewnością dodaje nieco świeżości do ogranych klisz oraz motywów. Oto Ziemianin zjawia się przypadkiem na planecie, której istnienie jest poważnie zagrożone. I jak tu nie domyślić się, że rola skaczącego faceta będzie przełomowa i doprowadzi do zwycięstwa tych dobrych nad tymi złymi? John Carter to the rescue. Czy jest sens topienia TAKICH pieniędzy w tak banalną historyjkę? Te miliony widać w efektach komputerowych, które zachwycają nawet na 19″ monitorze, a co dopiero w kinie. Świat przedstawiony jest bardzo spójny i zachwyca zapożyczeniami z różnych kultur oraz ich historii. Plemiona na kształt indiańskich i afrykańskich nie kłócą się z arystokracją rodem z ze starożytnego Rzymu. To jest świat, w którym chciałabym się znaleźć – choćby dla rozbrajającej maskotki filmu – Wooli.

Woola, mój nowy ideał

Mając świadomość potknięć, radośnie je zignorowałam, bo zaczęłam się bawić i to bardzo dobrze. Dostałam to, czego chciałam – sympatyczny film przygodowy, gdzie samotny bohater zostaje rzucony w nieznany świat i doświadcza go wraz z widzem. Taylor Kitsch zwrócił moją uwagę jako jasny punkt  „X – Men Genezy: Wolverine”. Jego Gambit był jedną z dwóch postaci, której pojawienie się wywoływało na mej twarzy mimowolny uśmiech. Nie chodzi o wybitne aktorstwo (bo nie było za bardzo czego grać), ale subtelny czar jaki roztacza młody Kanadyjczyk. Jego typ urody predestynuje go do takich ról jak w filmie Andrew Stantona – przystojnych wrażliwców, chowających jakąś tajemnicę. Jego bohater nie ogranicza się tylko do sfery estetycznej, ale i pod względem aktorskim Kitsch nie zawodzi. Obserwowanie jego niektórych reakcji w poszczególnych scenach (God bless „replay” button) zaowocowało małym postanowieniem – nadrobienie jego filmografii. Dobre wrażenie z „X-Men Genezy” Wolverine” najwyraźniej nie było przypadkowe.

W obsadzie pojawiła się aktorka, która również zachwyciła mnie w przytaczanym już filmie Gavina Hood. Ujęła mnie naturalną kobiecością, której zabrakło mi w „Johnie Carterze”. Charakteryzacja na księżniczkę Dejah zrobiło jej więcej złego niż dobrego. Jej typ urody nie lubi mocnej charakteryzacji na granicy teatralności. Mamy nienaturalnie niebieskie oczy, czarne jak heban włosy i skórę, która przyjęła za dużo samoopalacza. To atrybuty postaci, które praktycznie zepsuły mi odbiór tej postaci. Może i aktorka jest dwa lata starsza od Kitscha, ale w tym filmie z dwóch zrobiło się lekko dziesięć. Zawodzi również Dominic West wcielający się w postać złego Sab Thana, a Mark Strong robi się nudny grając enty czarny charakter. To, że był mega pozytywny w „The Green Lanthern” można pominąć, bo za nic siebie nie przypominał. Miłym akcentem był Ciaran Hinds, który nie miał co grać, ale dobrze się go ogląda. Za to zaskoczeniem był James Purefoy, który mnie irytuje, ale tutaj potrafił być nawet uroczy. Minusy znikają, kiedy znajdujemy się pośród Tarkasów. Głosy oraz ruchy najważniejszym z nich udzielili Willem Dafoe oraz Samantha Morton.

Lynn Collins i Taylor Kitsch

Niby taki nieudany film, a zdołał poruszyć moją strunę emocjonalną. Czy to konflikt wewnętrzny bohatera, czy scena w której mimo woli stanął w obronie Wooli. Mogę też wymienić porażająco ludzki płacz zielonych stworzonek dopiero co wyklutych z jaj. Czyżby przypomnienie, że każde życie jest ważne? Najmocniej chwyciła mnie za serce scena samotnej walki pięknie zmontowana z największym dramatem bohatera. Jest w niej wszystko – piękno, wyważenie, prostota i epickość w jednym. Szkoda, że takich odczuć miałam za mało, ale „John Carter” nie jest dla mnie filmem do jednorazowego oglądania. Jeżeli po seansie musiałam zobaczyć kilka scen, to znaczy, że istnienie tego filmu nie jest pomyłką.

Tarkasowie

Nie jest tajemnicą, że dvd nabyłam za 19,99 zł w Biedronce. Chociaż opakowanie czy też nadruk na płycie może wywołać małe skrzywienie, to zawartość jest najważniejsza. A obok filmu są takie dodatki jak: „100 lat procesu twórczego” (krótki, ale zajmujący i estetycznie zrealizowany) oraz komentarze reżysera oraz producentów z polskimi napisami. Ciągle się mówi, że ceny dvd czy płyt z muzyką (że o książkach nie wspomnę) są zwyczajnie za wysokie. Chętniej wydam nawet 60 zł, jeśli to będą 3 filmy przyzwoicie wydane. Wersja BR wyjdzie 17 sierpnia, a ja pewnie do tego czasu nie tylko zapoznam się z komentarzem twórców, ale też obejrzę sobie jeszcze raz, ale dla odmiany z angielskimi napisami dla niesłyszących.

Dark Shadows/Mroczne cienie (2012), reż. Tim Burton

Tytuł polski: Mroczne cienie
Tytuł oryginalny: Dark Shadows
Reżyseria: Tim Burton
Scenariusz: Seth Grahame – Smith
Zdjęcia: Bruno Delbonnel
Muzyka: Danny Elfman
Rok produkcji: 2012
Dystrybucja: Warner Bros. Polska
Ocena: 4/6
Tim Burton niewątpliwie jest reżyserem charakterystycznym, szczycącym się grupą fanów w szerokiej kategorii wiekowej, a każdy jego projekt automatycznie znajduje się w kategorii „must see”. Podobnie było z wchodzącymi do kin „Mrocznymi cieniami”, powstałymi w oparciu o serial o tym samym tytule. Jedni mogą się zastanawiać dlaczego amerykański reżyser sięga po temat wampiryczny, będący u schyłku popularności. Wampiry powoli odchodzą na boczny tor, ustępując miejsca klasycznym baśniom i komiksowym bohaterom. Kiedyś z pewnością powrócą w blasku i chwale, ale „Mroczne cienie” nie dodają drwa do tego dogasającego ogniska.

Żywot kobieciarza ma swoje uroki, póki jedno ze złamanych serc nie należy do czarownicy. Barnabas Collins (Johnny Depp) miał tego pecha, że śliczna Angelique Bouchard (Eva Green) nie tylko włada mocą, ale jest też mściwa. Przemienia bohatera w wampira i żywcem grzebie w trumnie. Po niemal 200 latach Barnabas zostaje przypadkiem uwolniony, zastaje rodzinną posiadłość praktycznie w  ruinie, a przede wszystkim nową rzeczywistość roku 1972. Wprawdzie obecna generacja rodziny Collinsów nie przyprawia o dreszcz  dumy, to Barnabas nie zapomniał słów ojca: „rodzina to największy majątek”. Postanawia przywrócić blask nazwisku i dostosować się do nowych czasów. Nie musiał długo czekać na spotkanie z Angelique – sama do niego przyszła.
Historia opiera się na klasycznym motywie, ale rzadko obecnie stosowanym w takiej formie. Czarownica, której serce zostaje złamane i jest gotowa zmusić delikwenta do miłości, to doskonała baza pod dobry scenariusz. Nie trzeba być od razu Sorkinem, ale fabule brakowało tego czegoś, czego warstwa wizualna nie była w stanie zastąpić. Pozornie prosta jak budowa cepa, ale generowała za dużo irytujących pytań. Przez większość filmu czułam się trochę za mało doinformowana – co? Po co? Dlaczego? Z drugiej strony to nie było takie złe, ponieważ angażuje widza nie tylko w fabułę, ale również ukryte smaczki o których scenarzysta zapomniał napisać. Może w latach siedemdziesiątych tak tworzono historie, ale współczesnemu widzowi nie wystarcza już powiedzieć „ma być tak, bo… tak”. „Mroczne cienie” na szczęście się nie dłużą, co w dużej mierze jest zasługą przyzwoicie dawkowanym akcentom humorystycznym oraz Evie Green.
Tim Burton zaangażował plejadę uznanych aktorów: wspomnianą Evę, Michelle Pfeiffer, Jonny’ego Lee Millera, Jackiego Earle’a Haley’a, Chloe Moretz i Christophera Lee. Nie zrezygnował tylko z dwójki stałych współpracowników: Johnny’ego  Deppa i Heleny Bonham – Carter, co generuje trzy obozy: „za, przeciw oraz wisi mi to”. Należę do tej trzeciej, chociaż ostatnio coraz bardziej skłaniam się ku petycji, by ta trójka wzięła zawodową  separację. Z filmu na film Depp jest coraz bardziej przesadnie ucharakteryzowany. Na początku to miało swoją oryginalność, ale to co dziwaczniejsze szybciej się dewalualizuje. Depp jest bez wątpienia dobrym aktorem, ale za mocno utkwił w świadomości jako bohater filmów Burtona. W „Mrocznych cieniach” pozwolił się zepchnąć w cień przez Evę Green. Ona była świeża, kobieca, a do tego emanowała ekranową charyzmą, podczas gdy Depp był kolejną projekcją znanej postaci ze zmienioną tapetą – aseksualny, teatralny odmieniec. Burton chyba lubi wyszukiwać nowe twarze na Antypodach, ponieważ Bella Heathcote (podobnie jak znana z „Alicji w Krainie Czarów” Mia Wasikowska) pochodzi z Australii. Aktorka ujęła mnie głosem, przypominającym barwą Emily Deschanel znanej z serialu „Kości”.
Pod względem wizualnym Burton nie zawodzi, no prawie. Depp jeszcze nie był tak nieatrakcyjny, kiedy miał sprawiać wrażenie kobieciarza. Wampiry kojarzone są z urodą i maestrią w sztuce uwodzenia. Burton postawił mocniej zaakcentować komiczny wymiar filmu, a ja się zastanawiałam jakie to musiały być pieniądze i chmara owiec, by był wart takiej furii i zawziętości w zemście. A tak mamy kolorowe lata siedemdziesiąte z domieszką psychodelicznego lukru. Można odnieść wrażenie, że gotyckie klimaty Burtona straciły pazur. Wspominając choćby „Sok z żuka” czy „Jeźdźca bez głowy”, ostatnie jego filmy są przy nich jak Hello Kitty. Jednak Burton wciąż potrafi cieszyć oko i daje odczuć, że oglądam jego filmy.
Fabuła to przemieszanie komedii z melodramatem z naciskiem na to pierwsze. Jak wiadomo, z Barnabasa wampir bardziej poczciwy niż piękny i musi dostosować się do nowych czasów. Dziura do naprawienia jest niebagatelnych rozmiarów i owo zderzenie staroświeckości z nowoczesnością to istotny motor fabuły. U mnie wywołał co najwyżej lekki  uśmiech, a tym samym garść niedosytu. Z części poważniejszej  wycięłabym lub przynajmniej przerobiła wątek Josetty i Victorii. Film mógłby się skończyć w sali przy rozbitym żyrandolu – między Barnabasem i Angelique. Zakończenie jest po prostu złe i niezrozumiałe, biorąc pod uwagę, że ten wątek nie miał cienia ikry.
Tim Burton podjął jedną z najlepszych decyzji obsadowych w swojej karierze, angażując Evę Green. Aktorka dosłownie miażdży resztę obsady jak Tom  Hiddlestone w „Thorze”. Z tekstu można odnieść wrażenie, że film nie bardzo zachwyca, ale to wciąż dobre, rozrywkowe kino. Inaczej się patrzy znając jakieś 3/4 dorobku reżysera, a jeszcze inaczej patrząc na film w oderwaniu od wszystkiego. Znawcy i miłośnicy (to nie zawsze jest tożsame, bo siebie widzę w  pierwszej kategorii) mogą poczuć się zawiedzeni. Jednak pozostali otrzymają po prostu dobrze zrealizowane kino rozrywkowe. Mimo pewnych wad bawiłam naprawdę dobrze.
Eva, Eva, Eva…
Za bilet na seans dziękuję Warner Bros. Polska.
PS. „Rock of Ages” od dzisiaj oficjalnie wskakuje do kategorii „must see”

J. Edgar (2011), reż. Clint Eastwood

Tytuł: J. Edgar
Reżyseria: Clint Eastwood
Scenariusz: Dustin Lance Black
Zdjęcia: Tom Stern
Muzyka: Clint Eastwood
Rok produkcji: 2011
Dystrybutor: Galapagos
Ocena: 4/6
FBI przewija się w popkulturze od tylu lat, że tkwi w  zbiorowej świadomości jako solidna instytucja o szerokim spektrum kompetencji. Co nie zmienia faktu, że będąc pod ostrzałem krytyki, biuro bywało różnie określane, choćby federalną  bandą idiotów. Mało kto chyba zdaje sobie sprawę jakie były początki i ile dla FBI oraz technik śledczych zrobił John Edgar Hoover. Clint Eastwood wziął na warsztat życiorys człowieka, który dzierżył praktycznie największą władzę w historii Stanów Zjednoczonych.

Jak wyglądały przeciętne procedury śledcze na początku dwudziestego wieku? Kto zawracał sobie głowę zabezpieczaniem miejsca zbrodni i drobiazgowym zbieraniem dowodów? Tyle śladów dookoła, a ojczyzna w niebezpieczeństwie – Hoover nie mógł się temu przyglądać. Wierzył w wartość nauki w procedurze śledczej i dzięki własnemu uporowi oraz zaangażowaniu przyspieszył postęp w tej dziedzinie. Można zaryzykować stwierdzenie, że zrobił tyle dla FBI ile Walt Disney dla filmów animowanych. Jakby się lepiej przyjrzeć, to łączy ich znacznie więcej, o ile portret J. Edgara Hoovera według Clinta Eastwooda jest bliski prawdzie.
Co jest trudne do stwierdzenia, jeśli próbujemy rozszyfrować człowieka, który zna wartość informacji. A ten, kto ma wiele do ukrycia, potrafi z niej zrobić użyteczne narzędzie. Gdy tą osobą jest Hoover, który pełnił rolę dyrektora FBI przez 48 lat (do chwili śmierci), materiał poznawczy musi być co najmniej interesujący. Jego biografię można ująć na wiele sposobów, ale nie uda się sztuka objęcia całości w jednym filmie. Serial to co innego, ale kręcąc film o takiej postaci, trzeba mieć koncepcję i konsekwentnie się jej trzymać. Eastwoodowi trochę zabrakło tej konsekwencji. Film jest zasadniczo dobry i daje ogólne pojęcie o tytułowym bohaterze. To jest jednak film reżysera „Rzeki tajemnic”, „Oszukanej” czy rewelacyjnego „Gran Torino” i spadek formy jest zauważalny.
Wybór odtwórcy roli tytułowej był zarazem trafny jak i niebezpieczny. Leonardo DiCaprio od lat walczy o renomę poważnego aktora i zaczyna być znany z tego, że za bardzo się stara i nie ma do siebie dystansu. Nie sposób mu odmówić bycia dobrym w tym co robi i może w końcu dostanie swego upragnionego Oscara. Niebezpieczeństwo nazywa się Howard Hughes, którego zagrał w „Aviatorze” Martina Scorsese – postać równie autentyczna i pod pewnymi względami podobna do Hoovera. Obaj mieli problemy natury emocjonalnej i psychicznej. Na szczęście aktor wybronił się dobrą grą, rzadko przywołując nieme wspomnienie dawnej roli. Można się przyczepić, że w ciemnych soczewkach przypominał psychola oraz nieumiejętnie odgrywał starego bohatera. W ostatecznym rozrachunku był do tej roli niemal idealny, ale jego gwiazda traciła blask, gdy dzielił ekran z Judi Dench (matka Hoovera) oraz Armiem Hammerem (Clyde  Tolson). Na szczególną uwagę zasługuje młody aktor, który nie tylko świetnie gra (nawet starszego człowieka) to jeszcze przykuwa uwagę samym brzmieniem swojego głosu. Naomi Watts (Helen Gandy)  mogła w ogóle nie stawiać się na planie – jej postać jest ledwo zauważalna.
Jakiego Hoovera chciał pokazać Eastwood? Z pewnością inicjatora, człowieka idącego pod prąd, który własną wizję realizuje z żelazną konsekwencją. Mężczyznę pełnego kompleksów, lęków, którego łączy silna, prawie uzależniająca więź z matką. „J. Edgar” jest też jasnym dowodem na to, że zbyt długo sprawowana władza doprowadza do wynaturzeń oraz nadużyć. Jeśli jest ona w rękach człowieka o skrajnie konserwatywnych poglądach i niskim poczuciu własnej wartości, to skutków można się domyślać. Szkoda, że reżyser nie pozostawił podejrzeń odnośnie orientacji Hoovera w sferze domysłów, tylko wyłożył kawę na ławę. Niedopowiedzenie, szczególnie gdy dotyczy osoby chroniącej swoich sekretów, podniosłoby wartość filmu oraz jego wyraz.
Chociaż odczuwam niedosyt, to „J. Edgara” ogląda się dobrze i te dwie godziny nie są odczuwalne. Eastwood ma rękę do historii, które dotyczą określonej sytuacji i nie są łatwe w ocenie. Biografia Hoovera, która jest niewątpliwie bogatym materiałem dla filmowców, za bardzo ograniczała swobodę twórczą Eastwooda. Scenariusz oparty na wspomnieniach głównego bohatera byłby wzorową sztampą, gdyby nie nacisk na psychologię oraz wykorzystanie skłonności Hoovera do ubarwiania własnych zasług i osiągnięć. „The Social Network” było historią człowieka, który stworzył facebooka z potrzeby przynależności. „J. Edgar” może być opowieścią o człowieku, który ukształtował FBI by zyskać szacunek i uwielbienie za wszelką cenę. W obydwu zagrał Armie Hammer, ale to film Finchera i Sorkina jest przykładem rewelacyjnego kina biograficznego. Eastwood nakręcił tylko dobry film, który nie wykorzystał w pełni potencjału.
Armie Hammer i Leonardo DiCaprio
Film  obejrzałam dzięki firmie Galapagos

Confetti (2006), reż. Debbie Isitt

Tytuł: „Confetti”
Reżyseria: Debbie Isitt
Scenariusz: Debbie Isitt
Zdjęcia: Dewald Aukema
Muzyka: Paul Englishby
Rok produkcji: 2006
Ocena: 4/6
Pierwotnie miałam ocenić niżej, ale po chwili puknęłam się w głowę. Gdzie ja jeszcze widziałam film z taką historią, do tego niebanalnie i lekko opowiedzianą? Nie będę oszukiwała, że opisy na portalach zmobilizowały mnie do obejrzenia tego filmu. Na fali uwielbienia sherlockowego duetu nadrabiam braki i padło na „Confetti”. Przyznaję się, nawet nie czytałam opisów – wiedziałam, że tam gra Martin Freeman, człowiek zrobiony z kociąt.
Jak wzbudzić ducha rywalizacji w przemyśle ślubnym? Ogłoście konkurs na najbardziej oryginalne wesele, w nagrodę zafundujcie domek oraz sesję na okładkę magazynu i czekajcie. „Confetti” to pismo ślubne, które w taki sposób postanawia urozmaicić sobie życie. Chętnych par nie brakowało, a w ostateczności wybrano motywy: musicalowy, tenisowy oraz naturystyczny. Film jest zapisem przygotowań do weselisk, czasem przybiera dokumentalną modłę, by postawić kropkę nad „i” epilogiem. W tym wszystkim są trzy pary, które są gotowe stanąć w konkursowe szranki w tak ważny (wydawałoby się) dzień. Sam (Jessica Hynes) i Matt (Martin Freeman) to zwyczajna, sympatyczna para bez odchyłów czy wariacji. Co innego Joseph (Stephen Mangan) i Isabelle (Meredith McNeil), których łączy tenis i postawa zwycięzcy. Na deser zostaje para, która okroiła widownię w kinach do posiadaczy dowodów osobistych, swoich. Michael (Robert Webb) i Joanna (Olivia Colman) mieszkają w wiosce nudystów i zamierzają się pobrać. O ile Michael jest nudystą od dziecka (jego rodzice dumnie nosili tylko własną skórę), jego narzeczona jest w tym wszystkim początkująca. Aby te wesela wypaliły, żadna z par nie poczuła się niedopieszczona – zatrudniono duet ślubnych organizatorów: Archiego (Vincent Franklin) i Gregory’ego (Jason Watkins). Tak, są gejami. 
Wybierając stylistykę paradokumentu, obserwujemy nie tylko przygotowania do ślubu, ale również relacje między narzeczonymi. Każda para jest inna, inaczej się ze sobą dogadują, a  również sam akt małżeństwa ma dla nich inny wydźwięk. Dzięki odmiennym, trochę przerysowanym bohaterom mamy szeroką bazę pod rozmyślania nad przysięgą i powodów dla której jest składana. Debbie Isitt unika poważnych nut, ale nie mogła odebrać bohaterom jednego – ślubu takiego jaki chcieli. Nawet jeśli z niedowierzaniem przyjmujemy formę na jaką godzą się Ci ludzie – nie zginęła w tym poetyka aktu małżeńska, w każdym razie nie całkiem.

Jak na brytyjski film przystało jest bardzo… angielski. Przejawia się to nie tylko w klimacie, humorze, ale specyficznym podejściem do tematu. Osobiście podobnego filmu nie widziałam. Z jednej strony ma się ochotę złapać za głowę, z drugiej nie sposób się od niego oderwać. Reżyserka nie boi się operować stereotypami, ponieważ za każdym razem puszcza do widza oko. „Confetti” nie jest filmem pełnym gagów i masujących mięśnie brzucha scenami. To wyważone, nieco absurdalne kino z pozytywnym wydźwiękiem. Iditt wybroniła się z chwytliwego, ale też łatwego do zepsucia pomysłu na historię. Pokazała bohaterów, którzy przez swoją osobliwość czy komizm nie tracą uroku. I znów znalazłam potwierdzenie, że Martin Freeman wymawia najpiękniejsze „f**k you” jakie słyszałam. Gdy macie ochotę na coś brytyjskiego oraz na Martina Freemana, włączcie „Confetti”.

Sam i Matt. Jak widać, wbrew Filmwebowi, Sam jest kobietą.

Cowboys & Aliens/Kowboje i obcy (2011), reż. Jon Favreau

Tytuł polski: „Kowboje i obcy”
Tytuł oryginalny: „Cowboys & Aliens”
Na podstawie: „Cowboys & Aliens” (komiks), Scott Mitchell Rosenberg
Reżyseria: Jon Favreau
Scenariusz: Mark Fergus, Hawk Ostby, Roberto Orci, Alex Kurtzman, Damon Lindelof
Zdjęcia: Matthew Libatique
Muzyka: Harry Gregson – Williams
Rok produkcji: 2011
Ocena: 4/6

Kowboje i kosmici w jednym filmie, pomysł przywołał tylko jedno postanowienie – muszę to zobaczyć. Tradycyjnie komiks, który posłużył za kanwę scenariusza jest mi zupełnie obcy, podobnie jak jego autor. Na fali plagi zwanej 3D, Jon Favreau dzielnie stawiał opór – argumentując, że westerny powinny być tworzone jedynie tradycyjną metodą. Od dzisiaj, nikt mi nie wmówi, że kosmici nie są kanonicznym elementem tego gatunku filmowego. Na „Kowbojach i obcych” bawiłam się naprawdę dobrze, ale nie będę ukrywać – większość bzdur ogląda się z przyjemnością dzięki obsadzie. Dzisiejszego wpisu nie należy traktować poważnie.

Co tu się rozpisywać, tytuł mówi dużo, a może aż za dużo. Z drugiej strony nikt nie zarzuci twórcom, że spodziewali się czegoś innego. Bo tak naprawdę po mezaliansie motywów filmowych, szczególnie takiego kalibru, może wyjść w najlepszym razie coś tak głupiego, że aż fajnego. Nasz bohater (Daniel Craig) budzi się na pustkowiu, nie pamiętając własnej tożsamości. Dziwna bransoleta na lewej ręce, zdaje się podpowiadać, że towarzystwo do kielicha było niezwykle osobliwe. Jednak on nie jest w ciemię bity i z miejsca rozprawia się z trzema bandytami, by w bardziej stosownym stylu zawitać do małego miasteczka. Jak w każdej mieścinie mamy władzę oficjalną i realną. Szeryf pucuje gwiazdkę, ale nie może przyskrzynić Percy’ego (Paul Dano), synka miejscowego notabla Dolarhyde’a (Harrison Ford). Od jakiegoś czasu w okolicy dzieją się dziwne rzeczy. Dziwne eksplozje wymłócają z powierzchni stadko bydła, by w iście epickim rozmachem porwać nieco egzemplarzy homo sapiens bez dbania o dyskrecję. Nasz bohater, rozpoznany jako Jake Lonegan, nie jest już aż tak wyjęty spod prawa, kiedy oryginalna błyskotka okazuje się być pomocną bronią w walce z latającymi statkami.
Kpiący ton nie oznacza, że pastwię się nad filmem. To bardziej jak właściciel przesyłający czułości do swego pupila w stylu „mordo ty moja”. Nie będę też brnęła w zaparte, że film jest kapitalny, bo nie jest. Istnieje specyficzna kategoria filmów, które obejrzane we właściwym momencie – zapewniają rozrywkę niepospolitego kalibru. Co tam wady, obrysowane grubą krechą klisze gatunkowe. Jeśli z czułością obserwuje się obojętny wyraz twarzy Daniela Craiga, poprzedzający prawy sierpowy – wtedy wszelkie wady i niedoróbki mogą usiąść w kącie i zapłakać, że są olewane. Rozczarowanie Samem Rockwellem, który w „Moon” rozłożył mnie na łopatki, tutaj nie dokucza – bo umorusany Daniel Craig hipnotyzuje błękitem swoich oczu oraz rozsiewa testosteron w dawkach nieprzyzwoitych. Wątek złego syna i oddanego przybłędy nie podnosi poziomu cukru we krwi, bo sama idea kowbojów oraz Indian walczących z kosmicznym najeźdźcą jest rozkoszna. Film jest uroczo absurdalny, ale na szczęście Harrison Ford nie pakował się do lodówki. Olivia Wilde swym spojrzeniem robota sprawia wrażenie nie z tego świata, ale w przeciwieństwie Megan Fox z „Jonah Hex” (wielce niestrawnego filmu) daje się oglądać.
„Kowboje i obcy” miejscami zbliżali się do ideału jakim jest „Wanted” Bekmambetowa, dla mnie arcydzieła absurdalnego kina rozrywkowego. To tam płakałam ze śmiechu nad torem kul, to tam przypomniałam sobie sztukę głośnego reagowania na film i wzdychałam na widok MacAvoy’a. Jon Favreau podpisał się pod filmem, którego nie przegapię jak pojawi się w telewizji. W życiu kinomana istnieją filmy wadliwe, złe, głupie, dziwne czy absurdalne, które będzie kochał, hołubił i przedstawiał znajomym jak Lars z filmu „Lars and the real girl” swoją oryginalną dziewczynę. „Kowboje i obcy” to taka rozrywka, która ma szansę się sprawdzić jeśli w jednym czasie zgadają się niezbędne składniki: gust, poczucie humoru oraz estetyczne wabiki. Tyle w temacie, nie będę się dalej pogrążać.
Daniel Craig i oryginalna błyskotka.