Kategoria: film: 5.5/6

The Secret Life of Walter Mitty/Sekretne życie Waltera Mitty (2013), reż. Ben Stiller

Tytuł polski: Sekretne życie Waltera Mitty
Tytuł oryginalny: The Secret Life of Walter Mitty
Reżyseria: Ben Stiller
Scenariusz: Steve Conrad
Na podstawie: „The Secret Life of Walter Mitty” (opowiadanie), James Thurber
Zdjęcia: Stuart Dryburgh
Muzyka: Theodore Shapiro
Obsada: Ben Stiller, Kristen Wiig, Adam Scott, Sean Penn, Shirley MacLaine, Kathryn Hahn, Patton Oswald
Czas trwania: 114 minut
Rok produkcji: 2013
Dystrybutor: Imperial CinePix
Ocena: 5.5/6

The Secret Life of Walter Mitty (2013) on IMDb(function(d,s,id){var js,stags=d.getElementsByTagName(s)[0];if(d.getElementById(id)){return;}js=d.createElement(s);js.id=id;js.src=”http://g-ec2.images-amazon.com/images/G/01/imdb/plugins/rating/js/rating.min.js”;stags.parentNode.insertBefore(js,stags);})(document,’script’,’imdb-rating-api’);

Generalnie unikam filmów w których pojawiają się takie „tuzy” kina jak Adam Sandler czy Ben Stiller. Od reguły dobrze jest zrobić wyjątki, szczególnie, gdy dotyczą one drugiego z wymienionych. Opowiadanie Jamesa Thurbera przeniesiono na ekran po raz pierwszy w 1947 roku. Hollywood przymierzało się do kolejnej adaptacji pod koniec lat dziewięćdziesiątych, ale perturbacje prawne i obsadowe przeciągały realizację. Wprawdzie finalnie obsadzono Bena Stillera w tytułowej roli, ale stołek reżysera wciąż trwał pusty. I tak aktor nakręcił film do którego chce się wracać z wielu powodów.

Walter Mitty (Ben Stiller) jest dyrektorem działu negatywów magazynu „Life”, którego złote czasy dawno minęły i stoi na progu restrukturyzacji. Bohater ma pewną przypadłość marzyciela – często odpływa myślami, gdzie dokonuje wielkich, bohaterskich czynów. Przyłapuje go na tym Ted Hendricks (Adam Scott), dyrektor do spraw przekształcenia, który nie będzie szczędził okazji by zabawić się kosztem Waltera. Mitty zaszywa się w swoim dziale, gdzie czeka na niego prezent od Seana O’Connella (Sean Penn), wieloletniego fotografa „Life’a”. Ten sam człowiek, który nie rozmawiał nawet z zarządem, wysłał telegram w którym oczekuje, że negatyw numer 25 trafi na okładkę jako arcydzieło i kwintesencja magazynu „Life”. To będzie ostatni numer, ale początek kłopotów bohatera, ponieważ tego negatywu nie ma. Walter musi odnaleźć nieuchwytnego fotografa inaczej grozi mu utrata pracy, co też nieoczekiwanie daje pretekst by odezwać się do Cheryl Melhoff (Kristen Wiig).

Ben Stiller, a w tle Adam Scott


Nie czytałam opowiadania, ani też nie miałam okazji zapoznać się z filmem Normana Z. McLeoda z 1947 roku, ale nawet po zwięzłych informacjach na wikipedii widać, że historię trzeba było napisać od nowa. Tam Mitty był redaktorem w wydawnictwie, a w przerwach dawał upust wyobraźni, gdzie podejmował się niebezpiecznych, heroicznych misji. Poznaje tajemniczą kobietę i wplątuje się w międzynarodowy spisek ze skarbem w tle. Taki układ zdarzeń zostałby gorąco przyjęty w wytwórni Asylum i na szczęście Steve Conrad wymyślił opowieść pod nasze czasy. Nawet dzisiaj nie brakuje takich Walterów, którzy żyją z przekonaniem, że nie dokonali niczego ważnego i uciekają w strefę marzeń, którą próbują wypełnić tę pustkę. Jak często porzucamy plany i marzenia zmuszeni przez życie zapominamy o własnych potrzebach, aż stają się one nieosiągalne przez strach i poczucie odpowiedzialności za innych? Walter Mitty miał marzenie by zwiedzić Europę, ale śmierć ojca zrzuciła na jego barki odpowiedzialność za rodzinę. Nawet po wielu latach nie przestaje pilnować wydatków rozpisując je na zwykłym papierze. Z pełnego pasji chłopaka z irokezem na głowie stał się kwintesencją szarości.

Film ma przede wszystkim bardzo dobry scenariusz. Nawet jeśli struktura fabularna daje się w większości przewidzieć, to pełno w niej elementów i motywów, które czynią seans przeżyciem zbliżającym się do definicji magii kina. Nie przypominam sobie bym po jakimś filmie szukała przepisu, a tutaj aż chce się spróbować ciasta klementynkowego. Z pewnością dużo daje obsada. Ben Stiller doskonale pasuje do grania postaci w typie Waltera i obserwowanie jego przemiany jest jak kibicowanie dobremu znajomemu. Z kolei Kristen Wiig uosabia ciepło i naturalność, które nie skupia się na powierzchowności. Chociaż nie lubię Seana Penna, to role takich outsiderów i indywidualności są jakby pisane pod niego. Za to Adam Scott przejdzie do historii dzięki swojej brodzie, która jest tak sztuczna i rzucająca się w oczy, że musi być w swej niedorzeczności zamierzona.

Sean Penn


Strona wizualna to poezja dla oczu. Z jednej strony mamy codzienność szarego Waltera, przeskoki do wytworów jego nieposkromionej wyobraźni, aż wreszcie obrazki z podróży. Całość dopełnia niesamowita muzyka Theodore Shapiro. Obraz idealnie współgra z treścią, pomaga wydobyć z niej nie tylko niuanse, ale ogrom emocji jakie w sobie mieści. Film Stillera jest w gruncie rzeczy nienachalnym antydepresantem, który bardzo lekko opowiada historię, nieco ją zapętla i nie czaruje wymyślnym zakończeniem. Dawno nie byłam tak zauroczona filmem, zaintrygowana wskazówkami i ukontentowana zakończeniem.

Nie sposób nie poddać się refleksji na temat współczesności i jego problemów. Walter ucieka w świat fantazji odreagowując codzienność i stres, to jego wentyl bezpieczeństwa. Trudno jednak uznać to za zjawisko negatywne, ale reżyser podkreśla niezrozumienie dla takich jednostek. W dzisiejszym wyścigu szczurów, w pełnej informatyzacji niemal każdej sfery życia, bycie marzycielem bywa utożsamiane z kimś przegranym, nieradzącym sobie w życiu. Dlaczego tak chętnie czytamy książki, oglądamy filmy i słuchamy muzyki? Szukamy odskoczni od codzienności, ale niektórzy, jak Walter potrzebują tego bardziej niż inni.

Ben Stiller i Kristen Wiig


Dobrym pomysłem było umieszczenie Waltera w redakcji prawdziwego magazynu „Life”. Z jednej strony czuć wyjątkowość, historię miejsca nie tylko poprzez podkreślenie motta tego założonego w XIX wieku pisma („By ujrzeć świat, czające się ryzyko. By wyjrzeć zza ścian, zbliżyć się. By się odnaleźć i poczuć. To jest cel życia”). Często nie zdajemy sobie sprawy, że jeden numer to praca i zaangażowanie wielu osób, co w filmie Stillera zostało wyraźnie pokazane, a zdjęcie ostatniej okładki jest tego pięknym dowodem. Poza tym tytuł doskonale pasuje do istoty filmu. „Sekretne życie Waltera Mitty” jest też bolesnym zderzeniem wartości z płytkim konsumpcjonizmem, który groteskowo uosabia Ted Hendrikson. Nie sposób nie docenić wątku serwisu randkowego, który popłynął nieoczekiwanym strumieniem, dodając fabule dodatkowego uroku i też materiału do refleksji.


Można uznać „Sekretne życie Waltera Mitty” za kolejny film w stylu przestań się bać, weź byka za rogi, a zobaczysz ile możesz zyskać. W filmach wydaje się to łatwiejsze i jeszcze wmawiają, że my sami siebie ograniczamy. Jednak w tym przypadku trudno mówić o filmie banalnym, kiedy opowieść wciąga do samego końca, a humor i emocje wzajemnie się uzupełniają. Nie spodziewałam się za wiele po tym filmie mając w pamięci inny film wyreżyserowany przez Stillera, czyli „Jaja w tropikach” (dobry film, ale czasem dowcip przegięty). Opowieść o Walterze Mitty nie zjednała sobie krytyków filmowych, co pewnie odbiło się na wynikach box office. Do tego Stiller jest kojarzony z pewnym typem ról, co też może wpływać na oczekiwania. Jednak takiego aktora i reżysera chcę oglądać, a wydanie dvd chętnie postawię u siebie na półce.

I can be your hero, baby…
Reklamy

Rush/Wyścig (2013), reż. Ron Howard

Tytuł polski: Wyścig
Tytuł oryginalny: Rush
Reżyseria: Ron Howard
Scenariusz: Peter Morgan
Zdjęcia: Anthony Dod Mantle
Muzyka: Hans Zimmer
Obsada: Chris Hemsworth, Daniel Bruhl, Olivia Wilde, Alexandra Maria Lara, Natalie Dormer
Czas trwania: 123 minuty
Rok produkcji: 2013
Dystrybutor: ITI Cinema
Ocena: 5.5/6

Rush (2013) on IMDb (function(d,s,id){var js,stags=d.getElementsByTagName(s)[0];if(d.getElementById(id)){return;}js=d.createElement(s);js.id=id;js.src=”http://g-ec2.images-amazon.com/images/G/01/imdb/plugins/rating/js/rating.min.js”;stags.parentNode.insertBefore(js,stags);})(document,’script’,’imdb-rating-api’);


Formuła 1 to dla większości Polaków Robert Kubica o którym teraz cicho, ale w latach siedemdziesiątych miłośników tego sportu elektryzowała rywalizacja między Anglikiem Jamesem Huntem, a Austriakiem Nikim Laudą. Ten kontflikt posłużył Peterowi za kanwę scenariusza z bolidami w tle. Pierwotnie na stołku reżysera miał zasiąść Peter Greengrass, ale zamienił się z Ronem Howardem i wyreżyserował „Kapitana Phillipsa. Na nominacjach lepiej wyszedł Brytyjczyk, ale Amerykanin wciąż udowadnia, że potrafi kręcić kino przez duże „K”.

To nie pierwszy raz, kiedy scenariusz pisze samo życie. Początek rywalizacji, która została rozbuchana do apokaliptycznych rozmiarów sięga roku 1970, kiedy James Hunt (Chris Hemsworth) i Niki Lauda (Daniel Bruhl) startowali w Formule 3 licząc na sokoli wzrok łowcy talentów. Różniło ich niemal wszystko. Kiedy Hunt był zawadiaką, ryzykantem i przystojnym lovelasem, Lauda był jego totalnym przeciwieństwem – niezbyt piękny (wystające zęby nadały mu przydomek „szczur”), zasadniczy i ostrożny. Łączyło ich zamiłowanie do Formuły 1 i ambicja zdobycia mistrzostwa. Kluczowy dla nich jest rok 1976, coś stracili i  zyskali, coś przewartościowali. 

Daniel Bruhl

„Wyścig” to bez wątpienia film Daniela Bruhla. Jego Lauda jest obłędnie antypatyczny, mówi twardym i nieprzyjemnym akcentem i łatwo uwierzyć, że jest gotów dojść po trupach do celu. Oczywiście nie sposób kwestionować jego zaangażowania w wyścigi, podejścia wypełnionego rozsądkiem i chirurgiczną perfekcją, a przede wszystkim ogromną wiedzą. Jednak reprezentuje typ osoby od której chce się uciec. Dlatego obecność sympatycznego i zabawnego  Hunta jest jak najbardziej wskazana  – niczym zawór bezpieczeństwa. Na pierwszy rzut oka można stwierdzić, że Hemsworth odtwarza postać, do której przyzwyczaił widzów przez ostatnie dwa lata. Niezwykle łatwo wchodzi w rolę człowieka, który jest królem życia, czerpie z niego co najlepsze i jest lubiany przez otoczenie. Za to w momentach, które pokazują, że bohaterowi nieobce są wewnętrzne konflikty i dylematy, Australijczyk udowadnia, że tkwi w nim niemały potencjał.

W filmie nie ma postaci dominującej – są dwie równoważne role główne. Raz zza kamery przemawia Niki Lauda, raz James Hunt. Obie jednostki reprezentują odmienny sposób bycia i podejścia do wyścigów. Każdy z nich ma swoje plusy i minusy, żadna z tych postaw nie jest gloryfikowana ani wyszydzana. Tutaj decyzję pozostawia się widzowi, a ona wcale nie jest taka prosta. Wybór jednej drogi zamyka za sobą pewne drzwi i w „Wyścigu” widać wręcz drobiazgowo co się za nimi kryje.

Chris Hemsworth

Jednak film z Formułą 1 w tle nie może obyć się bez tego, co nakręca ten sport – samochody, rywalizacja i szybkość. Znawcy tematu z pewnością dopatrzą się niedokładnego odwzorowania estetyki i osiągnięć lat siedemdziesiątych. Ten model powstał tyle lat później, te siedzenia wprowadzono dopiero niedawno, ale to nieistotne szczegóły. Sposób kręcenia scen wyścigowych, szczególnie z perspektywy kierowców robi solidne wrażenie, że chwilami podświadomie spinamy się podczas zakrętów. Na szczególną uwagę zasługuje powrót po wypadku jednego z bohaterów na tor – operator doskonale uchwycił szerokie spektrum emocji.

Lubię filmy sportowe, oparte na prawdziwych wydarzeniach. Jeszcze bardziej lubię, kiedy film , który zapowiada się na zwyczajną opowieść o Formule 1, staje się filmem skłaniającym do refleksji nie tam, gdzie się tego można było spodziewać. Rywalizacja między Huntem i Laudą nie bazowała na negatywnych pobudkach jak czysta nienawiść. Pojedynek między nimi stał się medialny i tym samym zaczął żyć własnym życiem. Prawdą jest, że wzajemnie się napędzali i szanowali. Główne role zostały doskonale obsadzone. Między Bruhlem, a Hemsworthem można wyczuć pewien rodzaj chemii, który czyni rywalizację odgrywanych przez nich bohaterów jak najbardziej prawdziwą i niewydumaną. Postacie kobiece w pewnym sensie charakteryzują bohaterów i przy okazji można się było dowiedzieć, kto stanął między Elizabeth Taylor i Richardem Burtonem.

Olivia Wilde


„Wyścig” Rona Howarda to kawał rewelacyjnego kina. Dla osób niezaznajomionych z tym epizodem w historii Formuły 1 to zaskakujące, wciągające i angażujące kino. Ci, którzy znają historię, na te dwie godziny o niej zapomną. Dzięki udanym kreacjom aktorskim, drobiazgowo napisanemu scenariuszowi oraz świetnej reżyserii powstał film , który cieszy oko, trzyma w napięciu i podświadomie zadaje pytania. Tak, jak z większością filmów biograficznych, postacie przedstawione w filmie to pewien obraz, punkt widzenia, który niekoniecznie w pełni ilustruje odpowiedniki w prawdziwym życiu. Jednak wymowa filmu, wyciśnięcie z historii czegoś więcej niż kroniki rywalizacji między Huntem i Laudą czyni „Wyścig” filmem uniwersalnym na wielu poziomach. Już oczami wyobraźni widzę wydanie dvd na mojej półce.

James Hunt i Niki Lauda

The Avengers/Avengers 3D (2012), reż. Joss Whedon

Tytuł polski: Avengers 3D
Tytuł oryginalny: The Avengers
Na podstawie: „Avengers”, Stan Lee i Jack Kirby
Reżyseria: Joss Whedon
Scenariusz: Joss Whedon
Zdjęcia: Seamus McGarvey
Muzyka: Alan Silvestri
Obsada: Robert Downey Jr., Chris Hemsworth, Mark Ruffalo, Chris Evans, Scarlett Johansson, Tom Hiddleston, Jeremy Renner, Samuel L. Jackson, Stellan Skarsgard
Czas trwania: 142 minuty
Rok produkcji: 2012
Dystrybutor: CDProjekt
Ocena: 5.5/6

The Avengers (2012) on IMDb(function(d,s,id){var js,stags=d.getElementsByTagName(s)[0];if(d.getElementById(id)){return;}js=d.createElement(s);js.id=id;js.src=”http://g-ec2.images-amazon.com/images/G/01/imdb/plugins/rating/js/rating.min.js”;stags.parentNode.insertBefore(js,stags);})(document,’script’,’imdb-rating-api’);


Pomysł by na fali popularności komiksowych adaptacji postawić na ten jeden, który skupi w jednym filmie kilku bohaterów jest jednocześnie piękny i ryzykowny. Zanim „Avengers” weszli na ekrany, wprowadzono do kin postać Kapitana Ameryki – co pokazuje z jak dalekowzrocznym i długofalowym projektem mamy do czynienia. Ryzyko finansowe było ogromne – budżet musiał udźwignąć nie tylko gwiazdorskie gaże, ale i efekty specjalne. Widzowie na całym świecie wyczekiwali premiery, a ich cierpliwość została wynagrodzona. „Avengers” okazał się nadzwyczaj udanym widowiskiem, a gwiazda Jossa Whedona rozbłysła niczym supernova.

Zanim odpalimy płytę z „Avengers” warto zaznajomić się z niektórymi tytułami. Chodzi tutaj o „Iron Man”, „Iron Man 2”, „Captain America: Pierwsze starcie” oraz „Thor”. Dopiero po omawianym filmie należy zobaczyć „Iron Man 3” i „Thor: Mroczny świat”, ponieważ fabuły są ze sobą ściśle powiązane, a spoiwem jest „Avengers”. Oczywiście można zdecydować się na ominięcie podanych tytułów i obejrzenie tylko tego jednego, ale wtedy traci się zbyt wiele niuansów by w pełni cieszyć się seansem. Zasadniczy walor tego filmu to wrażenie oglądania starych znajomych w jednym miejscu. Już znamy ich charaktery, umiejętności, pewne strzępki przeszłości, ale nowym jest zderzenie ze sobą tych indywidualności i sama wizja ich współpracy. Ziemia jak zawsze jest w potrzebie, a w perspektywie jest zmasowany atak z kosmosu. Brzmi niepoważnie, a nawet tandetnie, ale nie w filmie opartym na wizji Jossa Whedona. Patos, który w innym przypadku osiągnąłby wartości krytyczne, zostaje dosłownie zmieciony przez humor. „Avengers” to zabawna jazda na karuzeli, a przede wszystkim dowód na to, że film naszpikowany wieloma wyrazistymi postaciami może się udać. Disney, który jest właścicielem praw do większości bohaterów ze stajni Marvela wygrał, bo był pierwszy. Warner Bros., który z kolei zainwestował w postacie DC Comics z miejsca jest na straconej pozycji – kroki w kierunku stworzenia „Ligi sprawiedliwych” już są postrzegane jako szukanie łatwego i sprawdzonego zarobku.



Osobiście nie miałam styczności z pierwowzorami komiksowymi, co też niespecjalnie mi przeszkadza. Poznawanie bohaterów i ich historii za pomocą filmowych adaptacji nie traktuję jako proces drastycznie zubożony. Tutaj mamy do czynienia z wizjami, która na naszych oczach się poszerzają i w efekcie stykają ze sobą. Tony Stark będzie miał tylko twarz Roberta Downey’a Jr., Thor nie może wyglądać inaczej niż Chris Hemsworth, a Kapitan Ameryka nie pozbędzie się poczciwej twarzyczki Chrisa Evansa. Kto będzie pamiętał, że Hulka grali Eric Bana i Edward Norton, kiedy casting Marka Ruffalo stał się równie zaskakujący co idealny? Wprawdzie nie wszyscy bohaterowie doczekali się własnych filmów (nie wiem czy sama chciałabym oglądać osobne historie Czarnej Wdowy czy Hawkeye’a), to trudno uczynić z tego zarzut – najważniejsi i właściwie najatrakcyjniejsi bohaterowie już wcześniej zostali przestawieni widzom. Piękno „Avengers” tkwi nie tylko w zebraniu wspomnianych postaci oraz dowcipie sytuacyjnym, ale w doborze głównego czarnego charakteru. Loki to jedna najciekawszych, najbardziej tajemniczych i nieprzewidywalnych postaci jakie pojawiły się na ekranach w przeciągu ostatnich lat. Zło przybierające formę poczwarki podróżującej kosmicznym ulem, której credo brzmi „zniszczenie czyni mnie szczęśliwym”, nie wzbudza większych emocji. Jeśli widzimy postać pełną uczuć i sprzeczności i przy tym ludzką pod wieloma względami – zło staje się bardziej namacalne i przerażające.

Film Whedona nie sili się na bycie czymś więcej niż bycie rozrywką w stanie czystym. Bardzo dochodowa kategoria wiekowa jaką jest PG-13 jest jednak niewyczuwalna. Co tu dużo pisać – udany scenariusz naszpikowany dowcipnymi kwestiami, zapierającymi dech sekwencjami akcji i walk, a do tego nawiązania i cytaty, wprost zachwycają. Role główne wydają się być równomiernie rozłożone przez co nie ma się wrażenia wyraźnego faworyzowania. Jednak w tym zbiorze doskonałości i zachwytów nie brakuje elementów niezbyt udanych. Kiedy film schodzi na poważniejsze tony, kiedy trzeba przytemperować ego poszczególnych bohaterów by skłonić ich do współpracy – fabuła zaczyna nieco siadać. Zagrywki, które są proste i niestety przewidywalne trochę psują odbiór. Skoro ten radosny rollercoaster wymyka się porównaniom z tym co dotychczas się widziało, to może trzymać dobry poziom do samego końca. Jednak owe potknięcia nie tylko nie przesłaniają pozytywów, ale szybko odchodzą w niepamięć. Ponieważ nie brakuje powodów dla których warto zobaczyć ten film, a scena Hulka z Lokim jest jedną z wielu.



Trudno ten wpis brać na serio, takie uwielbienie i nikły krytycyzm nawet u mnie wzbudziłby cichy protest. Jednak dla mnie „Avengers” to przykład niemal doskonałego kina rozrywkowego. W mojej definicji filmu doskonałego mieszczą się przypadki do których chce się wracać i trzymać w pogotowiu płytę dvd. Polskie wydanie tego filmu na dvd jest doprawdy rozczarowujące. Wydawcy bardzo perfidnie przekonują widzów na BR, gdzie pakują ogrom dodatków, kiedy na starszym nośniku dodawane jest tyle co nic. W przypadku „Avengers” jest to wręcz rażące, że dopiero okazja w Biedronce (zapłaciłam jakieś 10 zł) skłoniła mnie do nabycia. Spuśćmy jednak zasłonę milczenia na zawartość książeczki, która ewidentnie została napisana przez dziesięciolatka dla pięciolatka.

O sukcesie filmu nie ma co dyskutować skoro za dwa lata zobaczymy „Avengers: Age of Ultron”. Nie zanosi się na to, by aktorzy zmęczyli się granymi przez siebie postaciami. W końcu dla niektórych okazały się być trampoliną do sławy lub też powrotem z okresu niebytu. Istnieje pełna świadomość, że za tym projektem stoi chęć zysku, ale póki to będą dobre filmy, niech karnawał trwa dalej. 

Blue Jasmine (2013), reż. Woody Allen

Tytuł: Blue Jasmine
Reżyseria: Woody Allen
Scenariusz: Woody Allen
Zdjęcia: Javier Aguirresarobe
Muzyka: Christopher Jennertz
Rok produkcji: 2013
Dystrybutor: Kino Świat
Ocena: 5.5/6

Blue Jasmine (2013) on IMDb(function(d,s,id){var js,stags=d.getElementsByTagName(s)[0];if(d.getElementById(id)){return;}js=d.createElement(s);js.id=id;js.src=”http://g-ec2.images-amazon.com/images/G/01/imdb/plugins/rating/js/rating.min.js”;stags.parentNode.insertBefore(js,stags);})(document,’script’,’imdb-rating-api’);

Co roku pokazuje nowy film, od kilku lat jego plenery nie dominują nowojorską nostalgią, a on sam zdaje się tkwić myślami nad kolejnym scenariuszem. Woody Allen na stałe wbił się w krajobraz premier filmowych, bo należy do wąskiego grona reżyserów, którzy są głównym czynnikiem wabiącym kinomanów do przybytków dziesiątej muzy. Wspomniana regularność jest na swój sposób zgubna, ponieważ zwiastun „Blue Jasmine” zobaczyłam w kinie. Żywa ekscytacja Allenem straciła wiele ze swego blasku, ale sam Woody wciąż potrafi nakręcić świetny, pobudzający do przemyśleń film.

Skojarzenie ze sztuką Tennessee’a Williamsa, „Tramwaj zwany pożądaniem”, przychodzi niezwykle szybko. Dwie siostry, które więcej dzieli niż łączy. Jedna wprowadza się do drugiej niby na moment, ale wprowadza zamęt pamięcią i iluzją dawnego cudownego życia. Jednak „Blue Jasmine” posiłkuje się ogólnym zarysem, opowiadając historię inną, ale w swojej wymowie równie gorzką i pesymistyczną. Tak, to nie komedia, ale powrót do twórczości  lat osiemdziesiątych. Nie dałam rady obejrzeć „Zakochanych w Rzymie”, ale od pierwszych scen najnowszego filmu czuć lekki oddech reżysera. Jakby kręcił film w pełni autorski, pozbawiony perspektywy marketingu i nacisku biur podróży. Chociaż akcja dzieje się w dość charakterystycznym mieście jakim jest San Francisco, to tego właściwie nie zauważamy. Skupiamy się na historii i emocjach, tak bliskich i jednocześnie bardzo obcych.



Jasmine (Cate Blanchett) straciła wszystko. Męża, fortunę, pozycję i stabilność psychiczną. Przywykła do życia pozbawionego problemów, ląduje z walizkami od Louisa Vuittona w niewielkim mieszkaniu dawno nie widzianej siostry Ginger (Sally Hawkins). Kobiety różni wszystko, począwszy od DNA i kończąc na spojrzeniu na życie. Allen rozszerzył perspektywę tam, gdzie Williams zostawił w sferze domysłów – pokazuje życie Jasmine w zgrabnie wplecionych retrospekcjach. Trudno mówić, że Allen w ten sposób broni i usprawiedliwia bohaterkę. Bardziej stawia ją na czarnej, pustej scenie i oświetla surowym światłem reflektorów. Nie pozostawia miejsca na złudzenia, nie daje szans nałożenia maski, która uczyniłaby ją taką, jaką chciałaby siebie widzieć. Nie sposób jednak zignorować dramatu bohaterki, pomimo egoizmu i próżności jakimi cechowała się przez większość swojego życia. Przyzwyczajona do pewnego stylu bycia, standardów i przestrzeni musi z dnia na dzień walczyć z dumą o przetrwanie w warunkach urągających jej godności. Jasmine jest antypatyczna, ale nie jest człowiekiem obdarzonym samymi negatywnymi cechami. Jej ocena zostaje pozostawiona widzowi, który nie tylko może dostrzec w niej fragment siebie, ale też zastanowić się co może z tym zrobić.



Błogosławieństwem „Blue Jasmine” jest obsada i ograniczenie wątków do minimum. Cate Blanchett nie tylko zdominowała ekran, ale też dała popis gry aktorskiej z wysokiej półki. Wielką niesprawiedliwością byłoby pominięcie jej w sezonie nagród filmowych, ponieważ takie kreacje zasługują na najwyższe wyróżnienia. Blanchett doskonale wyważyła środki wyrazu, nie popadając w przesadę czy patologiczną oszczędność. Wszystko jest wypisane na jej twarzy, w spojrzeniu i gestach, a całość nie ma ani jednej fałszywej nuty. Nie można jednak zapomnieć o pozostałej obsadzie, która zapewnia równowagę i odejście od toksycznej osobowości tytułowej bohaterki. Allen zestawił ze sobą aktorki odmienne nie tylko wizualnie, ale wizerunkowo. W końcu siostry są jak antypody. Sally Hawkins nie jest wyniosłą pięknością, bliżej jej do masy przeciętnej, rzeczywistej codzienności. Jednak to umiejętność docenienia tego, co ma stawia ją w opozycji do siostry podążającej za złudzeniami. Ta skrajność nie razi, a wydaje się być naturalną koleją rzeczy.


Ostatnimi czasy Woody Allen przyzwyczaił nas do komediowego enturażu dla swoich przemyśleń i poglądów. Czy fakt, że stworzył film gorzki w swojej wymowie, z zakończeniem niepasującym do definicji tego słowa, czyni „Blue Jasmine” automatycznie czymś lepszym? Mamy do czynienia z filmem niewymuszonym, o silnej wymowie i ze świetnym aktorstwem. Odbiór nie byłby tak intensywny, gdyby nie ogrom pracy i talentu Cate Blanchett, ale to wciąż film Allena. Nic nie stracił ze swojego charakteru, dowcipu i inteligencji – tego nie przesłoni żadna genialna kreacja aktorska. Bo „Blue Jasmine” to film Allena, gdzie Blanchett rozwinęła skrzydła.

Sherlock Holmes (2009), reż. Guy Ritchie

Tytuł: Sherlock Holmes
Na podstawie: seria o Sherlocku Holmesie, sir Arthur Conan Doyle
Reżyseria: Guy Ritchie
Scenariusz: Michael Robert Johnson, Simon Kinberg, Anthony Peckham
Zdjęcia: Philippe Rousselot
Muzyka: Hans Zimmer
Rok produkcji: 2009
Dystrybutor: Galapagos
Ocena: 5.5/6

Sherlock Holmes (2009) on IMDb(function(d,s,id){var js,stags=d.getElementsByTagName(s)[0];if(d.getElementById(id)){return;}js=d.createElement(s);js.id=id;js.src=”http://g-ec2.images-amazon.com/images/G/01/imdb/plugins/rating/js/rating.min.js”;stags.parentNode.insertBefore(js,stags);})(document,’script’,’imdb-rating-api’);


Zapowiedź filmu o Sherlocku Holmesie nie mogła zostać przytłoczona, kiedy w grę wchodziło kilka czynników. Reżyserem był Guy Ritchie, którego nietuzinkowość przepadła wraz z ożenkiem z Madonną. „Rock’n’rolla” (pierwszy film po rozwodzie) była zwiastunem odrodzenia niczym feniks z popiołów, ale kolejny film miał określić czy to stan chwilowy, czy pewny. Postać londyńskiego detektywa to świętość, a obsadzenie w tej roli amerykańskiego aktora musiało zaowocować głosami oburzonych. W takim układzie rola Watsona musiała trafić w ręce Anglika. Efekt finalny zamknął usta części niedowiarków i pesymistów. Powstał udany film rozrywkowy w amerykańskim stylu, z brytyjską nutą. Jednak kino poznało nowy udany duet.


W pierwowzorze literackim to Sherlock Holmes (Robert Downey Jr.) jest tym wyższym i smuklejszym, kiedy doktor John Watson (Jude Law) pozostawał w cieniu. U Ritchiego odmieniono nie tylko fizjonomię, ale też mentalność tytułowego bohatera. Zimnokrwisty, znieczulony na emocje detektyw stał się neurotykiem i rodzajem dużego dziecka. Nie, inteligencji i geniuszu mu nie brakuje, ale jego osobowość wplata się w oczekiwania przeciętnego (czyt. amerykańskiego) odbiorcy oraz w image Downey’a Jr. Rok wcześniej świat oszalał na punkcie jego kreacji w Iron Manie i nie sposób nie dostrzec pewnych punktów wspólnych z postacią Holmesa. Jednak w obydwu przypadkach trudno mówić o zjawisku negatywnym. Robert Downey Jr. wniósł pewien powiew świeżości w kultowe postacie, uczynił je swoimi i wyrazistymi. Do tego były doskonałą odtrutką na falę poważnych adaptacji komiksów, gdzie oblicza przepełnione mickiewiczowskim cierpieniem prowadziły widzów po mrocznych zakamarkach człowieczeństwa. Czym byłby Holmes bez swojego Watsona? Po pierwsze, straciłby kontakt ze światem i nie miałby kto o nim pisać. Obsadzenie w tej roli Jude’a Lawa to nie tylko zrównoważenie amerykańskości Downey’a, ale niespodzianka, która chyba nikomu by nie przyszła do głowy. Urodziwe bożyszcze kobiet miałoby stać w cieniu niższego kolegi po fachu? A jednak panowie stworzyli niesamowity, równoważny duet, który stał się znakiem firmowym całej serii. Kim byłby Sherlock bez Johna, a raczej Robert bez Jude’a? Dlatego powtórny seans prawie nic nie traci na atrakcyjności, a przed obejrzeniem kontynuacji musiałam sobie odświeżyć pamięć.



Fabuła nie przewidywała bezpośredniej konfrontacji z nemezis Holmesa, profesorem Moriartym. Słusznie wnioskowano, że to musi być hicior i takiego asa warto zachować na następny scenariusz. Historie o detektywie oferują bogactwo dla inspiracji scenariusza i wątek czarnej magii jest nie mniej efektywny i widowiskowy co finał nad wodospadem Reichenbach. Lord Blackwood (Mark Strong) przyłapany na praktykowaniu czarnej magii, zostaje skazany na śmierć i powieszony. Efektywne zmartwychwstanie dodaje siły i tak mocnemu wiatru, który napędza fabułę „Sherlocka Holmesa” bez cienia trudu. Na scenę wkracza jedyna kobieta, która przechytrzyła Sherlocka – Irene Adler (Rachel McAdams), która jest na usługach kogoś tajemniczego i potężnego. Jeśli ktoś znalazł na nią haczyk, musi być kimś groźnym. Nie zmieniło się jedno – stosunek Holmesa do policji z inspektorem Lestrade’em (Eddie Marsan) na czele. Dalej jest kilka kroków przed Scottland Yard lub tuż obok, a jego żarty nie pozostawiają złudzeń.


Był moment, kiedy byłam bliska zrozumieniu fenomenu Marka Stronga, etatowego czarnego charakteru rodem z wysp brytyjskich. Uroda niewątpliwie predestynuje go do odtwarzania sympatycznych inaczej i tylko mocna charakteryzacja pozwalała mu zagrać uosobienie dobroci w „Green Lantern”. Demoniczność lorda Blackwooda pasowała do wampirzego image’u, ale odstający ząb wypchnął bohatera na granicę groteskowej śmieszności. Nie zaprzeczę, Strong jest dobrym aktorem, ale jako Blackwood nie wystaje ponad przeciętność. Jego bohater jest zły bez cienia szans na zwrócenie się ku jasnej strony mocy. Brak przełamania jednobarwności nie czyni z łotra postaci z natury atrakcyjnej. Jego Blackwood działa na wyobraźnię, ale sprawia wrażenie balansującego na granicy przerysowania. Zupełnie inaczej prezentuje się filmowa Irene Adler. Obsadzenie Rachel McAdams było udanym posunięciem. Delikatna uroda świetnie kontrastuje z silnym charakterem Adler i nawet widzowie chcą jej wierzyć, chociaż wiedzą, że nie powinni. Dlatego sceny w których Sherlock jest rozdarty między uczuciem do oszustki, a wspomnieniem jej numerów naturalnie wkomponowują się w fabułę i  nadają jej lekkości.



Znakiem rozpoznawczym „Sherlocka Holmesa” jest montaż scen walki, a dokładnie ich spowolnienie w ramach uchwycenia procesu myślowego bohatera. Wyrazistość tego zabiegu blokuje nieco pamięć o zdjęciach samych w sobie, które są bardzo udane i swoją dynamiką utrzymują niezłe tempo fabuły. Ten motyw musiał znaleźć swoich naśladowców, choćby w indyjskim hicie „Dabanng”. Ścieżka dźwiękowa Hansa Zimmera dodaje specyficznego nastroju, gładko wtapiając się w nastrój sceny. Muzyka wychodzi z cienia tylko po to, by podkreślić dramaturgię i znaczenie scen. Szczególnie to widać podczas sceny eksplozji, która lawiruje między poezją, a patosem. Spowolnienie obrazu, które początkowo ilustruje cisza, by zrobić miejsce kameralnej kompozycji wbija w fotel.

„Sherlock Holmes” to nie tylko zwycięstwo Guy’a Ritchiego, który wrócił na salony po latach artystycznej mizerii. To także przywrócenie do świadomości masowej postaci z kart książek Arthura Conana Doyle’a. Czy „Sherlock”, rewelacyjny serial BBC, miałby taką formę jak obecnie, gdyby nie film Ritchiego? Szczerze wątpię. Mimo wielkiego entuzjazmu wytworzonego przez pierwszy seans, bałam się obejrzeć kontynuację. Zwiastuny objawiały znamiona desperacji, która nie wróży niczego dobrego. Dlatego musiało upłynąć półtora roku od polskiej premiery, bym włączyła „Sherlock Holmes: Gra cieni”. Włączyłam i… ciąg dalszy nastąpi. 😉

Modern Times/Dzisiejsze czasy (1936), reż. Charles Chaplin

Tytuł polski: Dzisiejsze czasy
Tytuł oryginalny: Modern times
Reżyseria: Charles Chaplin
Scenariusz: Charles Chaplin
Zdjęcia: Roland Totheroh, Ira H. Morgan
Muzyka: Charles Chaplin
Rok produkcji: 1936
Dystrybutor: Galapagos
Ocena: 5.5/6
Wielki kryzys, który zapoczątkował tzw. czarny czwartek (ciekawe, że banki lubią towarzyszyć takim wydarzeniom), w gruncie rzeczy musiał znaleźć swoje odbicie w kulturze. Chaplin miał ambicje nie tylko śmieszyć, ale też wypowiadać się na ważne tematy. Kiedy Ameryka dźwigała się po Wielkiej Depresji, w Europie popularność zdobywała myśl socjalistyczna. Szósty pełnometrażowy film Chaplina można odebrać nie tylko jako krytykę polityki wyzysku, ale też przez pryzmat banalnego przesłania – jakby nie było, ale we dwójkę raźniej.

Fabryka robi wrażenie. Sterylna, wypolerowana, wypełniona dźwigienkami i licznikami. Dyrektor siedzi w biurze, łyka tabletkę i wydaje polecenie, aby zwiększyć wydajność. Tempo rośnie, nie zwracając uwagi na wydolność pracowników, taśma sunie z nieludzką prędkością. Każdy ma swoje zadanie – monotonne i ogłupiające. Tramp (Charlie Chaplin) dzierży w dłoniach dwa klucze, którymi dokręca aż dostaje niekontrolowanych tików. Wymowna scena (która jest jednocześnie znakiem rozpoznawczym „Dzisiejszych czasów”), gdzie na Trampie testowana jest maszyna karmiąca – nie wymaga dogłębnego komentarza. Idea zysku zgubiła gdzieś po drodze człowieka w jego elementarnej formie – istoty, która ma swoją godność, uczucia i rozum.
Okrutny los nie ominął młodej dziewczyny (Paulette Goddard), która mimo wszystko zachowuje pogodę ducha. Dopuszcza się kradzieży, aby rodzina miała co jeść, ale więcej w niej psotnej figlarki niż dziewczyny złamanej nędzą i nieszczęściem. Tych dwoje musiało się spotkać, bo więcej ich łączy niż dzieli. W dzisiejszych czasach nic nie jest pewne, ale razem łatwiej odbić się od dna i spróbować złapać szczęście jeszcze raz, w innym miejscu.
To ostatni film Chaplina, gdzie kreuje postać Trampa. To też pożegnanie kina niemego i powitanie ery kina dźwiękowego. Mariaż tych rodzajów może wzbudzić wewnętrzny sprzeciw, ale też zaciekawienie. Z początku Anglik był przekonany, że dni filmu dźwiękowego są policzone, ale w końcu musiał jemu ustąpić. Zrealizowane w 1931 roku „Światła wielkiego miasta” były już uznawane za akt odwagi, więc czym nazwać zrealizowane 5 lat później „Dzisiejsze czasy”? Chaplin ufał przede wszystkim swojej intuicji, choćby podpowiadała inaczej niż wszyscy (wyrazisty przypadek „Dyktatora”).
Nie da się nie zauważyć, że Tramp nie jest już młody. W momencie realizacji Chaplin miał ponad czterdzieści lat, ale gracja ruchów oraz sprawność maskowały ten fakt doskonalej niż charakteryzacja. W opozycji mamy młodziutką Goddard, która jest esencją naturalności – podarta sukienka, brud na twarzy, brak salonowego makijażu. Zaskakujące jest jak świetnie współpracuje ze starszym partnerem, nadając wspólnym gagom nieskrępowanej wyrazistości. Łatwo uwierzyć, że Tramp i Dziewczyna nadają na tych samych falach i rodzi się między nimi silna i głęboka więź. 
Chaplin żegna się ze swoim bohaterem w dobrym stylu. Odchodzi w nieznane, ale ma przy sobie kogoś, kto będzie mu towarzyszem, wsparciem i radością. W kinie dźwiękowym nie ma miejsca dla Trampa, który dzięki mistrzowskiej pantomimie Chaplina na stale zapisał się nie tylko w historii kina, ale też popkultury. „Dzisiejsze czasy” w swojej wymowie nie przestają być też naszymi, a problemy uchwycone w latach trzydziestych można znaleźć w XXI wieku. Najważniejsze, że wciąż dostarcza śmiechu, wzruszeń i chwili na refleksję.
Charles Chaplin i Paulette Goddard
Film obejrzałam dzięki

Conversations with other women/Rozmowy z innymi kobietami (2005), reż. Hans Canosa

Tytuł polski: Rozmowy z innymi kobietami
Tytuł oryginalny: Conversations with other women
Reżyseria: Hans Canosa
Scenariusz: Gabrielle Zevin
Zdjęcia: Steve Yedlin
Rok produkcji: 2005
Dystrybutor: Vitra Film
Ocena: 5.5/6


Po serii obrzydliwej komercji moja uwaga skierowała się na bardziej kameralne kino. Tfu, totalnie kameralne. Obsada już nie tak bardzo niszowa, ale trafiłam film, którego długo nie będę potrafiła zapomnieć. Może będzie bardziej czytelny i zrozumiały dla ludzi z niemałym bagażem doświadczeń, ale do mnie trafił bez większych problemów. Myślę, że wystarczy wola zrozumienia drugiego człowieka i przyjęcie do wiadomości, że nasza wizja świata czy norm postępowania nie jest jedyną i słuszną. Uwielbiam przegadane filmy, a „Rozmowy z innymi kobietami” to kawał świetnego kina dialogu.

Ona (Helena Bonham Carter) jest siódmą druhną na ślubie, sprowadzoną w ostatniej chwili. On (Aaron Eckhart) zaś bratem panny młodej, który zagaduje znudzoną nieznajomą. Nie tak do końca nieznajomą, kiedyś byli w sobie zakochani i stali się małżeństwem. Jednak po drodze wszystko się rozsypało, a ona uciekła do innego kraju bez słowa. Teraz po latach wspominają stare czasy, wyjawiają obecne, a to wszystko opakowane w niebanalnych dialogach. To one są równorzędnym bohaterem dla dwojga bohaterów, to one przykuwają uwagę do późnych godzin nocnych. To one sprawiły, że lekko zmęczona zaczęłam oglądać, a przy napisach końcowych nie było mowy o spaniu.
„Rozmowy z innymi kobietami” wyróżniają się specyficznym montażem. Jednych może wkurzyć i doprowadzić do bólu głowy, innych zaciekawić i potraktować jako inny środek wyrazu. Przez większość filmu ekran podzielony jest na dwie części. Czasem jest ta sama scena z perspektywy dwóch kamer. Czasem na drugiej połowie widać retrospekcje, wspomnienia z przeszłości odpowiadające aktualnej linii dialogowej. Przyznam, że z początku miałam problem z podzielnością uwagi: dwa obrazy i napisy, ale dość szybko przystosowałam się do osobliwego montażu. Już spotkałam się z podobnym zabiegiem i to nie tak dawno. Z tą różnicą, że pojawił się na kilka minut i pokazywał rzeczywistość oraz iluzję bohatera. Tak, piszę o „(500) days of Summer” i scenie w której Tom idzie na przyjęcie do tytułowej bohaterki. Jednak taki zabieg może być męczący dla osoby, która rzadko ogląda filmy z napisami, chyba, że natrafi na wersję z lektorem.
Co mnie skłoniło do włączenia akurat tego filmu? Aaron Eckhart i tylko on. Dotychczas widziałam go jedynie w „Życiu od kuchni”, gdzie był cudowną przeciwwagą dla smętnej i denerwującej Catherine Zeta – Jones, oraz w „Mrocznym rycerzu” – jego rola była dla mnie totalną niespodzianką. W moich oczach przyćmił nie tylko Christiana Bale’a (który ostatnio boi się słońca i ląduje w cieniu kolegów z planu), ale też Heatha Ledgera. Australijczyk był kapitalny jako Joker, ale peany na cześć tej roli znajdowałam nawet w lodówce. Harvey Dent praktycznie był przemilczany w recenzjach, ale po seansie wiedziałam, że Aaron jest niemal geniuszem. Potrafi wyrazić tak wiele i tak sugestywnie, nie popadając przy tym w banał. Nie zawiodłam się na nim w „Rozmowach z innymi kobietami”, dalej był realny i bezbłędny. Gra jakby była to dla niego pestka i to się po prostu czuje. Powoli dojrzewa we mnie wola zobaczenia „Czarnej Dalii” Briana De Palmy, którą wyłączyłam po kwadransie.
A Helena? Kiedyś była jedną z tych aktorek, obok których nie dało się przejść obojętnie. Jej nazwisko w obsadzie skutkowało przemożną chęcią obejrzenia filmu. Jednak od czasu uformowania się trójcy filmowej Burton – Depp – Bonham Carter jej notowania znacznie opadły. Jednak nie oznacza to, że unikam jej jak diabeł wody święconej. Po „Rozmowach z kobietami” stwierdziłam, że miło się ją ogląda z dala od mężowego teatrzyku. Trudno mi było wyobrazić sobie inną aktorkę na jej miejscu. Kiedy się uśmiecha – wygląda jak wiedźma, ale stanowiła godną partnerkę dla Eckharta. Nawet lubię jej nieco niechlujny wizerunek, ale ciekawa jestem jak by wypadła jako wypindrzona kobieta z klasą.
„Rozmowy z kobietami” to jeden z tych filmów, który przynosi jedno wspaniałe uczucie – dobrze wykorzystanego czasu. Dla miłośników dobrych dialogów jako równorzędnego bohatera – pozycja warta polecenia. Pozycja jest dostępna na iplex.pl
Aaron Eckhart i Helena Bonham Carter
Data publikacji: 23 lutego 2010
Korekta: Literówki, powtórzenia i wygładzenie stylu.
Uwagi: Wspomnienia niemal jak żywe. To o czymś świadczy.