The Hobbit: Desolation of Smaug/Hobbit: Pustkowie Smauga (2013), reż. Peter Jackson

Tytuł polski: Hobbit: Pustkowie Smauga
Tytuł oryginalny: The Hobbit: Desolation of Smaug
Reżyseria: Peter Jackson
Scenariusz: Guillermo del Toro, Peter Jackson, Fran Walsh, Philippa Boyens
Na podstawie: „Hobbit”, J.R.R. Tolkien
Zdjęcia: Andrew Lesnie
Muzyka: Howard Shore
Obsada: Martin Freeman, Richard Armitage, Ian McKellen, Benedict Cumberbatch, Evangeline Lilly, Orlando Bloom, Lee Pace, Aidan Turner, Stephen Fry
Czas trwania: 161 minut
Rok produkcji: 2013
Dystrybutor: Forum Film
Ocena: 5/6

The Hobbit: The Desolation of Smaug (2013) on IMDb(function(d,s,id){var js,stags=d.getElementsByTagName(s)[0];if(d.getElementById(id)){return;}js=d.createElement(s);js.id=id;js.src=”http://g-ec2.images-amazon.com/images/G/01/imdb/plugins/rating/js/rating.min.js”;stags.parentNode.insertBefore(js,stags);})(document,’script’,’imdb-rating-api’);

Zamieszanie wokół adaptacji niemal trzystu stronicowej książki nie osłabło, kiedy ogłoszono, że na jej podstawie powstaną trzy pełnometrażowe filmy. Moje zainteresowanie zdecydowanie osłabło i „Niezwykłą podróż” zobaczyłam dopiero w sierpniu na dvd. Z drugą częścią było inaczej – z  dubbingiem, doborowym towarzystwem oraz resztkami noworocznego kaca. Zahartowana przez filmy indyjskie niemal nie odczuwałam tych prawie 3 godzin w kinowym fotelu i właściwie dałam się zaczarować fanfiction na bazie „Hobbita”.

Nie lubię odchodzenia od kanonu, a tym bardziej fanfiction. Zawsze ceniłam historie najbliższe oryginałowi i spisane przez autora oraz zachowywanie wierności pierwowzorowi literackiemu w adaptacjach filmowych. Oczywiście radosna twórczość w formie krótkiej czy wizualnej, która jest charakterystyczna dla  zjawiska fandomu jak najbardziej wzbudza mój entuzjazm, ale zawsze będę ceniła to, co pierwotne. Nie tylko rażące sięganie do kieszeni fanów Tolkiena przygasiło moją ciekawość, ale też świadomość rozpuszczenia „Hobbita” w wodzie nasyconej fanfiction. Z drugiej strony „Hobbit” to filmy, które trzeba zobaczyć i do tego nigdy nie wiadomo do czego zdołamy się przekonać. Ja zaczęłam przyjmować wizję Petera Jacksona i spółki, a także nie drżeć z obrzydzenia na dubbing w filmie aktorskim.

Richard Armitage

„Pustkowie Smauga” zaczyna się od krótkiego pobytu u Beorna, który udziela pomocy krasnoludom i hobbitowi dotrzeć do Mrocznej Puszczy. Film kończy się widokiem Smauga lecącego zaatakować Esgaroth – Miasto na Jeziorze. Fabuła obejmuje tyle rozbudowanych i równorzędnych wątków, że trudno wskazać postać wychylającą się nad inne. Ci, którzy czytali książkę, zacierali ręce na poszczególne sceny: ucieczka w beczkach, przejście przez Mroczną Puszczę czy rozmowę Bilba ze Smaugiem. Twórcy zadbali oto, by przygody bohaterów zapierały dech w piersiach widzów stawiając nie tylko na epickość, ale też pomysłowość i solidną dawkę humoru. Jednak kręcąc tak długi film należałoby sięgnąć po patent filmowców z Indii, którzy w odpowiednim momencie pokazują planszę z napisem „Intermission”. Nawet wygodne fotele niedawno wyremontowanego kina nie pozwoliły mi zapomnieć o pewnej części ciała.

Thorin Dębowa Tarcza to postać, która w „Pustkowiu Smauga” konsekwentnie przeistaczała się w antybohatera. Im bliżej odzyskania bogactwa oraz władzy, tym uzewnętrzniają się w nim gorsze cechy – egoizm, władczość i zaślepienie. W „Niezwykłej podróży” był liderem, który brał odpowiedzialność nie tylko za wyprawę, ale i za swoich towarzyszy. Mimo szorstkości, sprawiał wrażenie prawego wojownika. Niestety, ale Richard Armitage nie udźwignął przeobrażenia postaci w drugiej części. Przez większość seansu nie zastanawiałam się co się dzieje z Thorinem, ale który krasnolud wreszcie wyjmie mu kij z tyłka. Jego gra dodatkowo blednie w porównaniu z Martinem Freemanem, który może nie zdominował „Pustkowia Smauga”, ale w scenach zarówno lżejszych jak i nacechowanych dylematami oraz walką z wpływem pierścienia jest niesamowity. Jednak na scenę wkraczają nowe postacie, które nie tylko łagodzą dyskomfort spowodowany przez słabo zagranego Thorina, ale zdecydowanie wzbogacają historię.

Lee Pace

Król Thranduil, grany przez Lee Pace’a, pojawił się na końcu „Niezwykłej podróży”, ale ten moment wystarczająco rozbudził fantazję fandomu. Jednak jego interpretacja postaci wyniosłej, próżnej i egoistycznej jest genialna. Nawet niedopasowany głos Piotra Grabowskiego nie był w stanie tego zepsuć. Kontrowersje wokół wprowadzenia Tauriel (Evangeline Lilly) z pewnością straciły racje bytu po seansie drugiej części. Uniwersum „Hobbita” jest mocno zmaskulinizowany, że w zasadzie nie byłam przeciwna tej decyzji. Tauriel jest nie tylko waleczna, ale i zwyczajnie… ludzka, a wątek elfki z Kilim (Aidan Turner) jest najsympatyczniejszą niespodzianką. W zestawieniu z Thranduilem i Tauriel, postać Legolasa  (Orlando Bloom) trochę blednie, ale tylko trochę. Kiedy ogłoszono, że Barda zagra Luke Evans, byłam bardzo zadowolona z tej decyzji. Brytyjczyk nie zawsze miał nosa do filmów, ale aktorsko nigdy mnie nie zawiódł. Nie sposób nie pomyśleć, że Bard jest Aragornem, bo znając przeznaczenie postaci i jej wizerunek – ten fakt bije po oczach.

Druga część „Hobbita” kumuluje w sobie najlepsze wątki i obrazuje je iście epickim zacięciem. Obrazy, scenografia i kostiumy, po prostu cała strona wizualna poraża pięknem, rozmachem i magią. Z drugiej strony ta kwestia nie powinna odciągać od opowiadanej historii i rozterek bohaterów. Chociaż te najbardziej wyczekiwane sceny doczekały się zapierającej dech  realizacji, to w pewnych momentach zabrakło umiaru. Sekwencja z ucieczką w beczkach jest dynamiczna, świetnie ułożona i zabawna, ale za długa. Podobnie jest ze scenami w Samotnej Górze, których rozmach i pomysłowość są niezaprzeczalne, ale pod koniec wypatruje się napisów końcowych i piosenki Eda Sheerana. Mimo pewnego dyskomfortu trudno oderwać się od filmu, bo sam seans jest niezwykłą przygodą.

Evangeline Lilly

Najważniejszy jest jednak Smaug, smok zamieszkujący Samotną Górę. Wybór Benedicta Cumberbatcha, który użyczył nie tylko głosu, ale ruchów i mimiki, wywołał powszechny entuzjazm. Aktor dysponuje wspaniałym, niskim głosem, ale wyczekiwana scena rozmowy Bilba ze smokiem nabrała dodatkowego znaczenia. Chodzi oczywiście o nawiązanie do serialu „Sherlock”, w którym grają Freeman i Cumberbatch. Dla części widzów to nie jest tylko rozmowa hobbita ze Smaugiem, ale też dialog między Johnem Watsonem i Sherlockiem Holmesem. Wizualnie smok autentycznie zachwyca, a miałam obawy, że to stworzenie zostanie przerysowane lub przekombinowane. Głos Benedicta będę w stanie ocenić po seansie na dvd, ale Jacek Mikołajczak podołał temu zadaniu.

W filmie nie brakuje pewnych smaczków. Na samym początku nie sposób nie zauważyć Petera Jacksona zajadającego się marchewką. A piękne Esgaroth zaczęło oślepiać swą urodą dzięki parze mopsów. „Hobbit: Pustkowie Smauga” może i jest zbyt długi, ale obejrzałam go z przyjemnością. Peter Jackson doskonale pokazuje i urozmaica przygody hobbita, krasnoludów i Gandalfa. Olbrzymi budżet widać w każdej sekundzie, ale trudno mówić o źle wydanych pieniądzach. Jak wspominałam, ta część kumuluje najlepsze wątki z powieści i dla zapowiadanego na koniec tego roku „Tam i z powrotem” pozostaje właściwie wielka bitwa – a to oznacza ryzyko balansowania na granicy patosu. Do tego czasu z przyjemnością wrócę do „Pustkowia Smauga” w wersji z napisami. Chociaż już nie patrzę tak krzywo na dubbing w filmie aktorskim, to autentyczności zawsze będę szukać u źródeł.

Esgaroth – Miasto na Jeziorze

Don Jon (2013), reż. Joseph Gordon – Levitt

Tytuł: Don Jon
Reżyseria: Joseph Gordon – Levitt
Scenariusz: Joseph Gordon – Levitt
Zdjęcia: Thomas Kloss
Muzyka: Nathan Johnson
Obsada: Joseph Gordon – Levitt, Scarlett Johansson, Julianne Moore, Tony Danza, Glenne Headly, Anne Hathaway, Channing Tatum

Czas trwania: 90 minut
Rok produkcji: 2013
Dystrybutor: Best Film
Ocena: 5/6

Don Jon (2013) on IMDb(function(d,s,id){var js,stags=d.getElementsByTagName(s)[0];if(d.getElementById(id)){return;}js=d.createElement(s);js.id=id;js.src=”http://g-ec2.images-amazon.com/images/G/01/imdb/plugins/rating/js/rating.min.js”;stags.parentNode.insertBefore(js,stags);})(document,’script’,’imdb-rating-api’);

Joseph Gordon – Levitt to chyba najbardziej pocieszający przypadek w Hollywood. Kiedy życiorysy dziecięcych gwiazd są często naznaczone alkoholem, narkotykami czy depresją, jego przypadek jest tego przeciwieństwem. Chociaż jako dziecięcy aktor wyrobił sobie silną renomę, to osiągając pełnoletność zaczynał właściwie od zera. Przełomem w jego karierze z pewnością było „(500) Days of Summer”, ale aktorstwo mu nie wystarczało. „Don Jon” to jego pełnometrażowy debiut reżyserski i przyznaję – naprawdę udany.

Tytułowy bohater grany przez Josepha Gordon – Levitta to miejski donżuan, który hurtowo zalicza dziewczyny i masturbuje się przy pornosach. Jednak Jon jest postacią pełną kontrastów. Seks jest dla niego chlebem powszednim, ale co tydzień chodzi do kościoła i regularnie się spowiada. Na pierwszy rzut oka wydaje się być kopią swojego ojca, również Jona (Tony Danza), ale różnice odsłaniane są poprzez nic nieznaczące drobiazgi (stosunek do sportu czy własnej przestrzeni życiowej). Wydaje się, że jest zadowolony z życia, ale czuje, że czegoś mu brakuje i nawet pornosy nie łatają tej pustki. Postanawia przyhamować i poderwać „dziesiątkę”, która mu odmówiła. Tak odnajduje Barbarę (Scarlett Johansson), umawia się z nią na randkę i czeka, aż mu zapewni seks, który przesłoni mu wszystko.

Rodzina Martello i Barbara


Powyższe wprowadzenie nie brzmi zbyt zachęcająco i sugeruje kolejny bzdurny film o gościu nastawionym na „zaliczanie” zawsze i wszędzie, ale to jeden z niewielu tegorocznych filmów, które potrafią zaskoczyć. Dwa lata temu Steve McQueen nakręcił „Wstyd” z Michaelem Fassbenderem, gdzie uzależnieniu od pornografii towarzyszyła skrajna destrukcja. Gordon – Levitt nakręcił komediodramat, gdzie życie z takim nałogiem nie kroczy drogą ku upadkowi. Jon jest całkiem normalnym facetem wychowanym w rodzinie włoskich imigrantów, gdzie religia i patriarchat są mocno zakorzenione. Ma pewien problem i substytut nabrał rangi uzależnienia, ale ten fakt go nie unieszczęśliwia.

Zanim aktor podjął się reżyserii swego pełnometrażowego debiutu, miał już na koncie doświadczenie zdobyte podczas realizacji krótkich fabuł. Warto wspomnieć o inicjatywie, która powstała w 2005 roku. HitRecord to pierwotnie społeczność internetowa zrzeszająca ludzi kreatywnych założona przez Josepha i jego zmarłego w 2010 roku brata Dana. „Don Jon” został zrealizowany za 6 milionów dolarów pod sztandarem HitRecord Films i mimo kategorii R, zarobił ich ponad 30. Gordon – Levitt od lat jest wielkim entuzjastą Festiwalu w Sundance i tam pokazał „Don Jona” na kilka miesięcy przed premierą. Rzadko kiedy debiutujący reżyser jest w stanie zgromadzić takie nazwiska w niskobudżetowym filmie. Scartlett Johansson, Julianne Moore, a w epizodach Anne Hathaway i Channing Tatum  – te nazwiska mówią same za siebie, ale to nie gwiazdozbiór jest największym atutem tego filmu.

Hathaway i Tatum


Scenariusz z narratorem pierwszoosobowym nie każdemu może przypaść do gustu, ale należę do zwolenników tego rozwiązania. Z jednej strony fabuła jest jasna i klarowna, a na dodatek następuje wzmocnienie komizmu. Film jest nieco przerysowany, ale w dobrym znaczeniu tego słowa, a przede wszystkim naszpikowany detalami, które z czasem nabierają znaczenia. Dla przykładu wystarczy wątek Monicy (Brie Larson), siostry Jona, która przez cały film nic się nie odzywa, ale ma jedną kwestię, która zamyka innym usta. „Don Jon” z komedii o pornoholiku niepostrzeżenie przeistacza się w film obyczajowy z wyrazistym przesłaniem. Gordon – Levitt nie odkrywa Ameryki, nie sili się na oryginalność, ale po seansie nie sposób oprzeć się wrażeniu, że ta banalna sprawa często nam umyka.

 Joseph Gordon – Levitt chciał obsadzić Channinga Tatuma w roli Jona, ale dobrze się stało, że postanowił przejąć rolę. Mimo urody grzecznego chłopca potrafi wyjść poza fizyczne ograniczenia i zagrać kogo tylko chce. Mam za to problem ze Scarlett Johansson. Chociaż świetnie wcieliła się w postać apodyktycznej romantyczki, to nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że jest zwyczajnie i niezamierzenie… obleśna. Ta myśl tak mnie zaskoczyła, że aż się uśmiałam. Amerykanka nie zasila mojej listy nielubianych aktorek, ale chyba zaczyna do niej kandydować. Julianne Moore zagrała postać, która nie wychyla się poza jej aktorskie emploi. Trudno mówić o rozczarowaniu, ale też nie będę udawać, że mnie zaskoczyła.

Don i Barbara

Oglądając „Don Jona” zapomniałam, że mam do czynienia z debiutem reżyserskim oraz scenopisarskim. Joseph Gordon – Levitt potwierdza, że nie tylko jest człowiekiem wielu talentów, ale przede wszystkim kino jest jego powołaniem. Jestem ciekawa jego następnego reżyserskiego projektu, który będzie swoistym testem. Albo „Don Jon” okaże się szczęściem początkującego, albo urośnie Benowi Affleckowi nowa konkurencja. Film okazał się być lepszym niż przypuszczałam, ponieważ manewrowanie wokół tematu pornograficznego wymaga talentu i wyczucia. A tak dostałam film, którego zakończenia w ogóle nie przewidziałam.

Esther i Jon

The Hunger Games: Catching Fire/Igrzyska śmierci: W pierścieniu ognia (2013), reż. Francis Lawrence

Tytuł polski: Igrzyska śmierci: W pierścieniu ognia
Tytuł oryginalny: „The Hunger Games: Cathing Fire”
Na podstawie: „W pierścieniu ognia”, Suzanne Collins
Reżyseria: Francis Lawrence
Scenariusz: Simon Beaufoy,  Michael Arndt
Zdjęcia: Jo Willems
Muzyka: James Newton Howard
Obsada: Jennifer Lawrence, Josh Hutcherson, Liam Hemsworth, Jena Malone, Sam Claflin, Elizabeth Banks, Woody Harrelson, Lenny Kravitz, Donald Sutherland, Philip Seymour Hoffman
Czas trwania: 146 minut
Rok produkcji: 2013
Dystrybutor: Forum Film
Ocena: 5/6

The Hunger Games: Catching Fire (2013) on IMDb(function(d,s,id){var js,stags=d.getElementsByTagName(s)[0];if(d.getElementById(id)){return;}js=d.createElement(s);js.id=id;js.src=”http://g-ec2.images-amazon.com/images/G/01/imdb/plugins/rating/js/rating.min.js”;stags.parentNode.insertBefore(js,stags);})(document,’script’,’imdb-rating-api’);

Zawód pierwszej części nie obejmował danych finansowych. Powstanie „W pierścieniu ognia” było oczywiste, a decyzja o podzieleniu „Kosogłosa” na dwa filmy nie była niespodzianką, a bardziej wbijanie się w obecne trendy. Dokonano zmian, które da się odczuć niemal od samego początku drugiej części serii. Pożegnano reżysera, scenarzystów i operatora, co zaowocowało filmem nie tylko ciekawszym, ale zwyczajnie lepszym od poprzednika. Po „Igrzyskach śmierci” powieści Suzanne Collins były mi obojętne. Oglądając film Francisa Lawrence’a zapragnęłam jeszcze raz przeczytać całą trylogię.

Siedemdziesiąte czwarte Głodowe Igrzyska przeszły do historii, ale na długo zapadną w pamięci obywateli Panem. Pierwszy raz w historii wyłoniono dwójkę zwycięzców, a bunt Katniss (Jennifer Lawrence) i Peety (Josh Hutcherson) nie został zignorowany zarówno przez mieszkańców Dystryktów jak i sam Kapitol. Po zwycięstwie, Katniss i Peeta zamieszkali w wiosce zwycięzców. Po chwili spokoju, muszą na nowo podjąć grę: nałożyć maski na czas tournee po Panem i udawać, że wciąż się kochają, kiedy w rzeczywistości jest zupełnie inaczej. Everdeen dostaje od prezydenta Snowa (Donald Sutherland) ostrzeżenie, że od wyników tournee zależą dalsze losy jej i jej bliskich. Niestety bunty przybrały na sile, a na zbliżające się trzecie ćwierćwiecze Głodowych Igrzysk przygotowano coś specjalnego. Na arenie zmierzą się dotychczasowi zwycięzcy.



Pierwsza część skupiała się na przedstawieniu świata Panem i jego mieszkańców oraz na przetrwaniu bohaterów. Mimo swojej widowiskowości miała bardziej kameralny i stonowany charakter. Nie sposób nie było dostrzec krytyki bezmyślnego konsumpcjonizmu, gustowaniu w bardziej okrutnych rozrywkach oraz głosu niesprawiedliwości społecznej. Jednak tematy zdawały się być ledwo obecne z powodu trochę zmanierowanego scenariusza i jego przydługich scen i powtórzeń. „W pierścieniu ognia” siła angażująca widza jest zdecydowanie mocniejsza. Świat nie ogranicza się do małego świata Katniss i Areny, ale roztacza się na cały kraj. Jej troska o najbliższych przeradza się w odpowiedzialność za miliony obywateli Panem. Dziewczyna znów musi grać jak jej każą, postawić dobro innych ponad swoje i nie zatracić się w tym całym szaleństwie. Każda rewolucja musi mieć swoją cenę, a w tym filmie pokazano to jak na dłoni.

„W pierścieniu ognia” poszerza się galeria postaci w związku z organizacją trzeciego ćwierćwiecza Głodowych Igrzysk. Najwięcej emocji wzbudzał casting do roli Finnicka Odaira i muszę przyznać, że wybór Brytyjczyka Sama Claflina jest bardzo udany. To samo można powiedzieć o Jenie Malone jako Johannie Mason, bohaterce, której zupełnie nie zapamiętałam z książek. Wiedząc jak skończył poprzedni organizator Igrzysk, pojawia się nowy – Plutarch Heavensbee. Fakt, że do obsady dołączył Phlip Seymour Hoffman świadczy o tym, że seria „Igrzyska śmierci” zyskały renomę zbliżoną do cyklu o „Harry’m Potterze” – tam drugi plan aż błyszczał od nagromadzonych nazwisk. W tej części męska część obsady stopniowo wychodzi z cienia Jennifer Lawrence co jest zasługą nie tylko poszerzenia ich wątków, ale też dobrze skrojonego scenariusza. Lepiej poznajemy Gale’a Hawthorne’a (Liam Hemsworth), który pokazuje się od innej strony – gotowego podjąć walkę. Zaskakujące jak bardziej wyrazisty stał się Josh Hutcherson, a obecność i charakter jego postaci nie zmieniły się tak bardzo.



Nie można zapominać, że zwycięstwo w Igrzyskach Głodowych oznacza utratę czegoś ważnego – niewinności. Doskonale to widać w pierwszych scenach, kiedy Katniss budzi się z krzykiem lub wpada w panikę podczas polowania. W przeciwieństwie do Peety, odebrała komuś życie, a sam fakt samoobrony niewiele zmienia. Postawienie na jej drodze silnej postaci kobiecej jaką niewątpliwie jest Johanna uwydatnia skrywane dotychczas cechy charakteru. Mała rysa na wizerunku dzielnej dziewczyny, która zgłosiła się na ochotnika na miejsce siostry, była potrzebna. Stała się inspiracją i symbolem, dlaczego miałaby być odporna na takie cechy jak próżność?

„W pierścieniu ognia” kończy się w takim momencie, że trochę żałuję, że nie poczekałam z seansem do premiery ostatniego filmu, przewidzianej na koniec 2015 roku. W tym dwugodzinnym filmie niemal idealnie oddano nie tylko ducha książki, ale i ewolucję bohaterów. Jennifer Lawrence pokazała, że mimo młodego wieku jest bardzo świadomą aktorką, a ostatnia scena z jej udziałem, kiedy obserwujemy ogromną skalę emocji rysującą się na jej twarzy, a po chwili patrzy nam w oczy, jest niesamowita. Wprawdzie Lawrence wszedł na grunt ukształtowany przez poprzedniego reżysera, ale zrobił zdecydowanie lepszy  i bardziej angażujący film.


Thor: The Dark World/Thor: Mroczny świat (2013), reż. Alan Taylor

Tytuł polski: Thor: Mroczny świat
Tytuł oryginalny: Thor: The Dark World
Na podstawie: „Thor”, Stan Lee, Larry Lieber, Jack Kirby
Reżyseria: Alan Taylor
Scenariusz: Christopher Yost, Christopherr Markus, Stephen McFeely
Zdjęcia: Kramer Morgenthau,
Muzyka: Brian Tyler
Obsada: Chris Hemsworth, Tom Hiddleston, Natalie Portman, Anthony Hopkins, Christopher Eccleston, Stellan Skarsgard, Kat Dennings, Zachary Levi, Idris Elba
Czas trwania: 112 minut
Rok produkcji: 2013
Dystrybutor: Disney

Ocena: 5/6
Thor: The Dark World (2013) on IMDb(function(d,s,id){var js,stags=d.getElementsByTagName(s)[0];if(d.getElementById(id)){return;}js=d.createElement(s);js.id=id;js.src=”http://g-ec2.images-amazon.com/images/G/01/imdb/plugins/rating/js/rating.min.js”;stags.parentNode.insertBefore(js,stags);})(document,’script’,’imdb-rating-api’);

Minęły dwa lata od premiery pierwszej części, dzięki której wypłynęły nowe twarze. Dzisiaj Thorem może być tylko Chris Hemsworth, a Lokim Tom Hiddleston. Główna obsada nie uległa zmianie, ale podczas realizacji „Thor: Mroczny świat” nastąpiła wymiana na stołkach reżyserskim, scenopisarskim, operatorskim i kompozytorskim. W efekcie powstał film bardziej efekciarski, trochę kłócący się z poprzednikiem i przede wszystkim doskonale wpasowujący się w uniwersum „Avengers”, które jest sukcesywnie budowane od wielu miesięcy. I co tu dużo pisać – mimo dubbingu bawiłam się naprawdę dobrze.

Od wydarzeń z pierwszej części minęły 2 lata. Przez ten czas Thor (Chris Hemsworth) wraz z Asgardczykami wprowadzał pokój w 9 królestwach, a Jane Foster (Natalie Portman) dzieli czas między życiem, a próbami spotkania ukochanego Thora. Darcy (Kat Dennings), jej stażystka, zaprowadza Jane do miejsca pełnego anomalii. Sama Foster zapuści się w miejsce, które okaże się być źródłem Eteru – starodawnej mocy, jeszcze sprzed powstania wszechświata. Jeśli Eter dostanie się w ręce Malekitha (Christopher Eccleston), będą ważyły się losy nie tylko świata, ale całego wszechświata. Do tego zbliża się bardzo rzadka koniunkcja 9 światów, a to zazwyczaj nie wróży nic dobrego. A co z Lokim (Tom Hiddleston)? Po schwytaniu uniknął kary śmierci dzięki wstawiennictwu Friggi (Renee Russo). Odyn (Anthony Hopkins) skazał go na więzienie. Okazuje się, że Thor nie zapomniał o Jane, ale zlecił Heimdallowi (Idris Elba) obserwowanie ukochanej, kiedy ten wraz z Mjolnirem zaprowadzał pokój. Kiedy Foster znika z radaru, Thor schodzi na Ziemię i zabiera ją do Asgardu – tajemnicza choroba zaatakowała jej ciało i ziemska medycyna nie będzie skuteczna.

ABC – absolutny brak chemii

„Thora” widziałam raz i mimo wszystko pamiętałam, że Bifrost (tęczowy most łączący Asgard ze światem śmiertelników) został zniszczony. To było zastanawiające już podczas oglądania „Avengers”, ale nie na tyle istotne by psuć sobie seans. Można się zastanawiać dlaczego Thor nie nawiązał z Jane jakiegokolwiek kontaktu, skoro problem z tęczową kolejką górską został jakoś rozwiązany? Najlepiej jest nie myśleć o takich drobiazgach i po prostu cieszyć się filmem, zwłaszcza, że po konflikcie szekspirowskim praktycznie nie został ślad. Alan Taylor balansuje między komiksowym patosem, a dowcipem sytuacyjnym biorąc za przykład klimat „Avengers” i serii o Iron Manie. Disney rozkręca uniwersum Marvela, aż miło patrzeć, a zapędy właścicieli praw do postaci DC Comics wydają się być spóźnione i z góry skazane na przegraną pozycję.

Można się przyzwyczaić, że postacie kobiece są trzymane w sztywnych szufladkach i brakuje superbohaterki, która zawojowałaby masową wyobraźnią. Zaangażowanie Natalie Portman było czysto marketingowe, biorąc pod uwagę ryzyko zatrudnienia głównie nieznanych nazwisk. Najwyraźniej aktorka nie potrafi odnaleźć się w blockbusterowych produkcjach, bo brak chemii w drugiej części wydaje się być jeszcze bardziej zdumiewający. Jej bohaterka nie nosi w sobie znamion przerażenia w związku z tajemniczym Eterem, którego jest nosicielką. Nie widać gotowości do bycia wsparciem dla Thora w ciężkich chwilach, ale za to jako zadumany i piękny słup soli sprawdza się znakomicie. Przy tej obserwacji jej gotowość do poświęceń w imię ratowania świata wydaje się być jedyną funkcją dla której została zaprogramowana. Na szczęście są jeszcze Darcy, dowcipna i bezpośrednia asystentka Foster, Sif (Jaimie Alexander) wojowniczka Asgardu i przyjaciółka Thora oraz Frigga, żona Odyna. W przypadku ostatniej postaci nastąpiło miłe zaskoczenie, szczególnie kiedy staje w obronie swojej rodziny. Poza tym jej postać nabrała wyrazu i stała się pewnym symbolem. Odyn, Thor i Loki mogą walczyć między sobą, ale i tak jedno zawsze będzie ich łączyć – miłość do Friggi.

Więzienie zmienia także bogów

Jeszcze trochę i obsadzanie Brytyjczyków w roli czarnych charakterów stanie się nużące. Pod drobiazgową charakteryzacją trudno dostrzec Christophera Ecclestona i tym samym można dojść do wniosku, że tę postać mógłby zagrać inny aktor. Mam pewien problem z niehumanoidalnymi szwarccharakterami. Im mniej przypominają człowieka, tym mniej trudniej jest traktować ich poważnie. Kolejna figura z galerii kosmitów, które lubują się w zagładzie. Kiedy w pierwszej części brylował Loki, jego motywy i działania były istotną strukturą dramaturgii – wiarygodne i niezwykle ludzkie. Malekith to kolejny pokemon, który niszczy bo lubi niszczyć. Czy ktoś taki jest w ogóle wart większej uwagi? To Loki pozostaje największą i najciekawszą zagadką uniwersum. Ma uczucia i jednocześnie jest skrajnie nieprzewidywalny – nie wiadomo co zrobi, a zdolny jest do wszystkiego.

„Thor: Mroczny świat” jest niezwykle widowiskowy i dynamiczny. Efekty specjalne, zdjęcia, wyczucie barw robi niesamowite wrażenie, które potęguje trochę pompatyczna, ale przyjemna ścieżka dźwiękowa Briana Tylera. Świetnie wykorzystano motyw przenikania się światów w związku ze zbliżającą się koniunkcją – jest jednocześnie porywająco i zabawnie. Dowcip sytuacyjny jest niesamowicie prosty, ale jednocześnie nie brakuje mu pewnej elegancji. Film jako całość sprawia wrażenie starannie ułożonego, ale nie sposób oprzeć się wrażeniu, że widzowie czegoś nie zobaczyli i trochę ważnych scen przepadło w trakcie montażu. Szczególnie, że oglądając tę część traci się poczucie czasu i dwie godziny mijają zaskakująco szybko. Dobrze napisane dialogi, cięte kwestie z pewnością ożywiają seans, ale nie miałabym nic przeciwko, gdyby film byłby dłuższy o pół godziny.

Świetna charakteryzacja, ale na dłuższą metę
postać bardzo szablonowa

Zmiany jakie zaszły w sequelu idą w dobrym kierunku, ale to nie znaczy, że wkład Branagha jest przeze mnie umniejszany. Filmy na podstawie komiksów Marvela wytyczyły pewien trend, który został kupiony przez rzesze kinomanów. Tu nie ma miejsca na mdłe i patetyczne historyjki, ale heroizm przełamany dystansem i humorem, który doskonale pasuje do współczesności. „Thor: Mroczny świat” nie udaje, że jest czymś więcej niż rozrywką i nie robi z widza idioty. Przy tym pozostaje dobrym, wciągającym filmem z nieco irytującą Natalie Portman, ale z doskonałą resztą obsady.

Nie miałam wyboru, obejrzałam film z dubbingiem. Osobiście uważam, że ta forma w filmie aktorskim to czyste zło, ale do wszystkiego można się przyzwyczaić. Z pewnością powtórzę sobie seans w domowym zaciszu najlepiej z angielskimi napisami (mam wadę słuchu i nawet na dubbingu pouciekały mi co ciekawsze riposty, ale „zatkało kakao” słyszałam nazbyt wyraźnie). Warto poczekać do napisów końcowych. Tym razem nie pojawił się Nick Fury, ale Kolekcjoner (Benicio Del Toro) z zapowiadanego na koniec lata „Guardians of the Galaxy”. Jeśli „Thor” Branagha nie przekonał, to film Taylora oraz londyńskie widoki powinny to naprawić. W końcu nieczęsto zdarzają się udane sequele, które na sam koniec serwują atomowego twista.

Ostoja ziemskiej myśli naukowej?

Prisoner/Labirynt (2013), reż. Denis Villeneuve

Tytuł polski: Labirynt
Tytuł oryginalny: Prisoners
Reżyseria: Denis Villeneuve
Scenariusz: Aaron Guzikowski
Zdjęcia: Roger Deakins
Muzyka: Johann Johannsson
Obsada: Hugh Jackman, Jake Gyllenhaal, Terrence Howard, Maria Bello, Viola Davis, Paul Dano, Melissa Leo
Czas trwania: 153 minuty
Rok produkcji: 2013
Dystrybutor: Monolith
Ocena: 5/6
Prisoners (2013) on IMDb(function(d,s,id){var js,stags=d.getElementsByTagName(s)[0];if(d.getElementById(id)){return;}js=d.createElement(s);js.id=id;js.src=”http://g-ec2.images-amazon.com/images/G/01/imdb/plugins/rating/js/rating.min.js”;stags.parentNode.insertBefore(js,stags);})(document,’script’,’imdb-rating-api’);



(function(d,s,id){var js,stags=d.getElementsByTagName(s)[0];if(d.getElementById(id)){return;}js=d.createElement(s);js.id=id;js.src=”http://g-ec2.images-amazon.com/images/G/01/imdb/plugins/rating/js/rating.min.js”;stags.parentNode.insertBefore(js,stags);})(document,’script’,’imdb-rating-api’);Skandynawska aura kryminałów i thillerów powoli wchodzi do amerykańskich produkcji. Sukces książek Stiega Larssona dodał wody do młyna, który potem ściągał kolejne tytuły i formaty. Pesymistyczny i surowy nastrój balansujący między trudami życia, a jego beznadzieją zmiażdżył cukierkowość i lekkość z jaką kojarzy nam się życie na Zachodzie. „Labirynt” mało znanego Denisa Villeneuve’a wpisuje się w ten trend, ale nie mamy do czynienia ze zrzynaniem czy remake’iem. To jeden z tych trzymających w napięciu i dusznych filmów, które nie dają widzowi poczuć upływającego czasu.

Dwie rodziny gdzieś na przedmieściach. Finansowo im się nie przelewa, ale dzięki pracy są w stanie spojrzeć sobie w twarz i utrzymać najbliższych. Doverowie i Birchowie są bliskimi sąsiadami, którzy wspólnie spędzają święto Dziękczynienia. Kilka godzin później będą szukać swoich córek, które nagle zniknęły. Policja i okolice zostały postawione na nogi i podejrzany kamper oraz jego kierowca szybko zostali znalezieni. Problem w tym, że podejrzany Alex Jones (Paul Dano) nie tylko nic nie mówi, ale też sprawia wrażenie niezdolnego do zatuszowania śladów zbrodni. Policja zmuszona jest wypuścić podejrzanego z aresztu. Keller Dover (Hugh Jackman), ojciec porwanej Anny, po jednej konfrontacji z Jonesem jest przekonany o jego winie. Jednak nie mamy do czynienia z majakami zrozpaczonego rodzica, Jones sam  się zdradził. Nie mogąc się pogodzić z nieskutecznością organów ścigania (w końcu przy porwaniach czas odgrywa fundamentalną rolę), bierze sprawiedliwość we własne ręce.



Z pewnością rzuciła się w oczy samowola przy tłumaczeniu tytułu. O ile „Labirynt” jest bardziej tajemniczy i przykuwający uwagę, „Więźniowie” jednak zdecydowaniej otwierają umysł widza ku interpretacjom. Nie będę się rozpisywać nad zjawiskiem tłumaczeń tytułów na polskim rynku, nie zawsze radosna twórczość dystrybutorów jest dziełem nietrafionym i do tego stanowi doskonały materiał na osobny wpis. Niemal cały film atakuje nas surowymi zdjęciami, krajobrazem tęskniący za wiosną i aurą chłodno – deszczową. Smutek, złość i rozgoryczenie wydają się być nie tylko czymś naturalnym, ale i pożądanym. Dylematy moralne, których tu nie brakuje stanowią esencję „Labiryntu”, a modlitwa „Ojcze nasz” wymawiana na samym początku może okazać się kluczem. W pewnym momencie Keller, żarliwie modląc się do boga, nie jest w stanie wymówić „jako i my odpuszczamy naszym winowajcom”.

Dwie rodziny, jedna tragedia, ale odmienny sposób radzenia sobie z sytuacją. Głową Doverów jest Keller (rewelacyjny Jackman), który tkwi w przekonaniu, że jego świętym obowiązkiem jest ochrona najbliższych. Podchodzi do sprawy impulsywnie, ale też racjonalnie i nieco paranoicznie. Jak inaczej ocenić fakt, że piwnica jest składem rzeczy niezbędnych do przetrwania na wypadek klęsk żywiołowych czy wojny? Kiedy bierze sprawiedliwość w swoje ręce, zaczyna się jego porażka. Jego czyny wpędzają go w tytułowy labirynt i czynią go więźniem. Birchowie są spokojniejsi, wycofani na drugi plan. Jednak ich postępowanie nie jest mniej niepokojące niż Kellera. Można powiedzieć, że niemal każda postać jest metaforycznym więźniem. Ksiądz spowiadający zbrodniarza, matka oglądająca nagranie zaginionego przed laty syna, Bob Taylor tkwiący w dziecięcej traumie. Najgorsze jest to, że widz nie ma legitymacji do oceniania, a tym bardziej krytykowania bohaterów. Możemy teoretyzować, ale obyśmy nie musieli poznawać naszych granic, kiedy w grę wchodzi życie naszych dzieci.



W tej całej rozpaczy lawiruje detektyw Loki (Jake Gyllenhaal), który ma wysoki wskaźnik rozwiązanych spraw. W swoich działaniach musi nie tylko być skutecznym, ale też przestrzegać przepisów prawa i współpracować z rodzinami ofiar. Jego postawa, charakter bardziej przypomina obserwatora z zewnątrz. Niespecjalnie przejmuje się uczuciami rodzin, nie dba o ich komfort psychiczny, można go nawet posądzić o grubiaństwo. Jednak im dłużej go obserwujemy, doceniamy jego metodykę pracy – drobiazgowe, nieustanne poszukiwanie tropów, a przede wszystkim zmaganie się z przełożonymi. Wątek śledztwa nie jest specjalnie zajmujący, a fałszywe ślady powoli układają w głowie widza całą układankę. To ciągle oczekiwanie, przeżywanie dramatu, dylematy natury moralnej stanowią tą lepszą część filmu. W tych scenach panuje niesamowicie duszna i mocna atmosfera, która wciąga widza w samo oko cyklonu i zasiewa w nim niełatwe uczucia oraz myśli.

To co najlepsze nie trwa wiecznie, w końcu trzeba rozwiązać zagadkę, odnaleźć zaginione i doprowadzić do zakończenia. Ostatnie pół godziny tempo i nastrój zmieniają płytę przeskakując na zachodnie i sprawdzone standardy. W porównaniu z początkiem nie można nie czuć rozczarowania, ale na tle innych filmów tego gatunku broni się naprawdę dobrze. Można mieć pretensje do zakończenia, a właściwie jego braku – dla mnie pozostaje jednym z bardziej wyrazistych i udanych. Chciałoby się, aby rodzina Birchów była bardziej wyeksponowana. Praktycznie zignorowano starsze rodzeństwo zaginionych ograniczając się do jednorazowych wybuchów złości. Z drugiej strony „Labirynt” to bardzo długi film – trwa niemal dwie i pół godziny,ale jak już wspomniałam, nie czuje się tego upływu czasu. Najnowszy film Denisa Villeneuve’a nie jest filmem na każdą porę, nastrój czy okazję. Z pewnością warto zagospodarować nieco więcej czasu być obejrzeć i samemu ocenić nie tylko „Labirynt”, ale też na nowo spojrzeć na swoje przekonania.

The First Time (2012), reż. Jon Kasdan

Tytuł oryginalny: The First Time
Reżyseria: Jon Kasdan
Scenariusz: Jon Kasdan
Zdjęcia: Rhet W. Bear
Muzyka: Alec Puro
Rok produkcji: 2012
Ocena: 5/6

The First Time (2012) on IMDb(function(d,s,id){var js,stags=d.getElementsByTagName(s)[0];if(d.getElementById(id)){return;}js=d.createElement(s);js.id=id;js.src=”http://g-ec2.images-amazon.com/images/G/01/imdb/plugins/rating/js/rating.min.js”;stags.parentNode.insertBefore(js,stags);})(document,’script’,’imdb-rating-api’);


W przeciwieństwie do rodzimego podwórka, na Zachodzie produkuje się dużo filmów o młodych i dla młodych. Poniekąd przesiąknęliśmy nie naszą kulturą i mentalnością, ale pewne kwestie są tak uniwersalne, że się nad tym nie zastanawiamy. Chyba zawsze byłam targetem filmów pokroju „The first time” – nie przeszkadza mi naiwność, uproszczenia, a nawet infantylizm. Jeśli taki film zostawiał mnie w dobrym nastroju, nie był to seans stracony. Drugi, po „W świecie kobiet”, film Kasdana okazał się być filmem nie tylko niegłupim, ale zwyczajnie potrzebnym.

Opowieści, gdzie dwoje nieznajomych przez przypadek się spotykają i zaczynają rozmawiać, nakręcono na pęczki. W pierwszych scenach „The first time” przed oczami stanęły mi dwa przegadane filmy: „Rozmowy z innymi kobietami” Hansa Canosy oraz „Nick i Norah” Petera Solletta. Obraz Kasdana łączy gorycz tego pierwszego z młodością i radością drugiego. Wbrew tytułowi to nie film tylko o pierwszym razie, a z pewnością daleko mu do głupich komedii, gdzie utrata dziewictwa staje się sprawą najwyższej wagi, sprowadzoną do desperackiej kalkulacji. Jeśli na jednym biegunie znajduje się „American Pie”, na przeciwległym znajdziemy właśnie „The first time” – obraz przyjemny, czasem nieprzyzwoicie uroczy, ale przede wszystkim nie omijający trudnych kwestii (oczywiście z pozycji nastolatka, ale myślę, że czasem też i dorosłego).



Dave (Dylan O’Brien) kończy liceum. Zamiast bawić się na imprezie i wyznać miłość swojej przyjaciółce Jane (Victoria Justice), stoi gdzieś na zewnątrz i ćwiczy owo wyznanie niczym aktor próbujący zapamiętać swoją kwestię. Przyłapuje go Aubrey (Britt Robertson), a po chwili zaczynają rozmawiać. Piątkowy wieczór okaże się dla każdego z nich przełomowy, bo chociaż są na swój sposób podobni, to jak przeciętny młody człowiek również przepełnieni strachem. Kiedy on jest zakochany w przyjaciółce, ona ma chłopaka imieniem Ronny (James Frecheville) – jednak od razu widać, że Dave i Aubrey są dla siebie idealni, a osoby wokół których krążą to ich przeciwieństwa. Chemia między głównymi bohaterami jest miejscami miażdżąca. Jednak co się dziwić, kiedy praca przerodziła się w uczucie w prawdziwym życiu. O’Brien i Robertson urzeczywistnili część marzeń o idealnych chłopaku i dziewczynie – sympatyczni, zwyczajni i mający trochę poukładane w głowach. Może niektórzy zaczną przysłowiowo rzygać tęczą, ale obserwowanie tej dwójki może mieć w sobie coś kojącego.



Scenariusz wyszedł nieco poza schemat podobnych opowieści. Tam, gdzie większość się kończy, u Kasdana jest zaledwie środkiem historii. Co się dzieje, kiedy te emocje „po” się ulatniają i pojawia się gama uczuć, które nie pasują do komedii romantycznej? Warto na moment pochylić się nad drugim planem, który w istocie nie odbiega od schematu. Jane jest ładną, pewną siebie dziewczyną, ale egoistycznie traktującą przyjaźń z Dave’m. Ronny to uosobienie palanta przeświadczonego o swoim artystycznym geniuszu. Jednak ciekawa myśl mi przemknęła, kiedy przyjrzałam się obowiązkowym kumplom głównego bohatera, gotowym sypać radami niczym starzy wyjadacze. Simon (Craig Roberts, znany choćby z „Mojej łodzi podwodnej”) to intelektualista – pesymista, Big Corporation (Lamarcus Tinker) sprawia wrażenie milczka pozbawionego własnego zdania. Skrajnie odmienni, tak jak dylematy przed którymi stanie Dave jak i wielu jemu podobnych. Pytaniem jest co łatwiej wybrać, a co trudniej wcielić w życie. Dlatego film Jona Kasdana uważam za potrzebny.



„The first time” nie jest filmem wybitnym czy wyróżniającym się na miarę choćby „(500) Days of Summer”. Doczekał się tylko jednej nominacji na Festiwalu w Sundance w kategorii najlepszy dramat. Dawno nie oglądałam filmu z taką przyjemnością i zaangażowaniem. Nie czułam zimnych kalkulacji, nie dopatrywałam się nieczystych zagrań ze strony reżysera. Całość jest niezwykle naturalna, bez cienia pretensji i bliższa rzeczywistości. Młodzi ludzie często są przestraszeni i zagubieni, po tym seansie będą wiedzieć, że nie są w tym sami.




PS. Teraz muszę jakoś ułożyć plan, by wreszcie zacząć oglądać serial „Teen Wolf”. Jednak wcześniej nadgonię to co zaczęłam, bo dostanę oczopląsu.

Arsenic and old lace/Arszenik i stare koronki (1944), reż. Frank Capra

Tytuł polski: Arszenik i stare koronki
Tytuł oryginalny: Arsenic and old lace
Na podstawie: „Arszenik i stare koronki”, Joseph Kesselring (sztuka)
Reżyseria: Frank Capra
Scenariusz: Philip G. Epstein, Julius J. Epstein
Zdjęcia: Sol Polito
Muzyka: Max Steiner
Rok produkcji: 1944
Dystrybutor: Warner Home Video
Ocena: 5/6

Arsenic and Old Lace (1944) on IMDb(function(d,s,id){var js,stags=d.getElementsByTagName(s)[0];if(d.getElementById(id)){return;}js=d.createElement(s);js.id=id;js.src=”http://g-ec2.images-amazon.com/images/G/01/imdb/plugins/rating/js/rating.min.js”;stags.parentNode.insertBefore(js,stags);})(document,’script’,’imdb-rating-api’);


Sztuka komediowa Josepha Kesseringa powstała w 1939 roku, stając się niedługo przebojem na deskach teatralnych. Potrzeba było tylko 5 lat, by powstała wersja filmowa. Warner Bros. posadził na stołku reżysera Franka Caprę, a główną męską rolę powierzył Cary’emu Grantowi. Czarna komedia idealnie wkomponowała się w swoje czasy, ponieważ tylko wtedy mogła być nakręcona i nic nie stracić ze swego uroku. Może ogranicza mnie wyobraźnia, ale wszelkie próby usadowienia historii w dzisiejszych czasach kończy się czymś niedorzecznym. Szkoda jednak czasu na takie rozmyślania, kiedy film powstały 70 lat temu wciąż dobrze się ogląda.


Bohaterkami są starsze panie, siostry Abby (Josephine Hull) i Martha (Jean Adair) Brewster, opiekujące się niezbyt sprawnym umysłowo Teddym (John Alexander). Na tym sielskim obrazku jest pewna skaza, ponieważ urocze staruszki prowadzą nietypową, jeśli nie niszową działalność charytatywną. Otóż wysyłają na tamten świat samotnych mężczyzn przy pomocy tytułowego arszeniku. Brudną robotę, jaką jest pozbywanie się ciał, odwala Teddy nie będąc niczego świadomy. Sekret tkwi w fakcie, że uważa siebie za prezydenta Roosevelta, a nieboszczyków za ofiary epidemii. Proceder ma się świetnie, póki nie dowie się o nim Mortimer Brewster (Cary Grant). W ten sposób uroczysty dzień, który dla Mortimera i Elaine (Priscilla Lane) powinien kojarzyć się z radością miesiąca miodowego, przemienia się w komedię omyłek o czarnym zabarwieniu.



Absurd, ironia, komizm to wszystko jest podane w nieskromnych dawkach. Urocze staruszki parające się seryjnym morderstwem to tylko wierzchołek góry lodowej. Prawdziwa jazda zaczyna się wraz z pojawieniem się na scenie Jonathana Brewstera (Raymond Massey) i jego pomagiera doktora Hermana Einsteina (Peter Lorre). Brewsterowie zdają się mieć coś nie tak z głową, a absurd sytuacji zdaje się tak przytłaczać biednego Mortimera, że sam zaczyna zachowywać się irracjonalnie. U Capry ciągle coś się dzieje, akcja ani na moment nie zwalnia tempa, co może doprowadzić widza do zadyszki. Na szczęście układ fabularny jest konsekwentny i nieprzekombinowany. Nad całością unosi się specyfika starego kina oraz mentalności tamtego okresu. Wiadomo, że kodeks Haysa ma pejoratywny wydźwięk, ale pod pewnymi względami miał swoje plusy. Biorąc pod uwagę obecną wulgaryzację w mediach, to czasem chce się jego powrotu, choćby w niewielkim ułamku. 

„Arszenik i stare koronki” nie jest filmem doskonałym. Fabuła i aktorstwo doskonale się uzupełniają, ale miejscami zbyt mocno widać, że jest to adaptacja sztuki teatralnej. Nie chodzi tu o ograniczenie miejsc akcji do czterech planów czy nagromadzeniu absurdu do granic przyzwoitości. Ekspresja aktorów potrafi być trochę męcząca, a szaleństwo w oczach Granta bywa drażniące. To tylko niewielka rysa, ponieważ to nie tylko klasyk, ale bardzo dobre rozrywkowe kino. Trochę szkoda, że nie udało się zaangażować Borisa Karloffa – wtedy pewien wątek nabrałby wyjątkowego wyrazu.