Kategoria: film amerykański

Lego: The Movie/LEGO® Przygoda(2014), reż. Phil Lord, Christopher Miller

Tytuł polski: LEGO® PRZYGODA Tytuł oryginalny: Lego: The Movie Reżyseria: Phil Lord, Christopher Miller Scenariusz: Phil Lord, Christopher Miller Zdjęcia: Barry Peterson, Pablo Plaisted Muzyka: Mark Mothersbaugh Polski dubbing: Piotr Bajtlik, Wojciech Paszkowski, Ewa Andruszkiewicz – Guzińska, Jarosław Boberek Czas trwania: 100 minut Rok produkcji: 2014 … Czytaj dalej Lego: The Movie/LEGO® Przygoda(2014), reż. Phil Lord, Christopher Miller

The Secret Life of Walter Mitty/Sekretne życie Waltera Mitty (2013), reż. Ben Stiller

Tytuł polski: Sekretne życie Waltera Mitty
Tytuł oryginalny: The Secret Life of Walter Mitty
Reżyseria: Ben Stiller
Scenariusz: Steve Conrad
Na podstawie: „The Secret Life of Walter Mitty” (opowiadanie), James Thurber
Zdjęcia: Stuart Dryburgh
Muzyka: Theodore Shapiro
Obsada: Ben Stiller, Kristen Wiig, Adam Scott, Sean Penn, Shirley MacLaine, Kathryn Hahn, Patton Oswald
Czas trwania: 114 minut
Rok produkcji: 2013
Dystrybutor: Imperial CinePix
Ocena: 5.5/6

The Secret Life of Walter Mitty (2013) on IMDb(function(d,s,id){var js,stags=d.getElementsByTagName(s)[0];if(d.getElementById(id)){return;}js=d.createElement(s);js.id=id;js.src=”http://g-ec2.images-amazon.com/images/G/01/imdb/plugins/rating/js/rating.min.js”;stags.parentNode.insertBefore(js,stags);})(document,’script’,’imdb-rating-api’);

Generalnie unikam filmów w których pojawiają się takie „tuzy” kina jak Adam Sandler czy Ben Stiller. Od reguły dobrze jest zrobić wyjątki, szczególnie, gdy dotyczą one drugiego z wymienionych. Opowiadanie Jamesa Thurbera przeniesiono na ekran po raz pierwszy w 1947 roku. Hollywood przymierzało się do kolejnej adaptacji pod koniec lat dziewięćdziesiątych, ale perturbacje prawne i obsadowe przeciągały realizację. Wprawdzie finalnie obsadzono Bena Stillera w tytułowej roli, ale stołek reżysera wciąż trwał pusty. I tak aktor nakręcił film do którego chce się wracać z wielu powodów.

Walter Mitty (Ben Stiller) jest dyrektorem działu negatywów magazynu „Life”, którego złote czasy dawno minęły i stoi na progu restrukturyzacji. Bohater ma pewną przypadłość marzyciela – często odpływa myślami, gdzie dokonuje wielkich, bohaterskich czynów. Przyłapuje go na tym Ted Hendricks (Adam Scott), dyrektor do spraw przekształcenia, który nie będzie szczędził okazji by zabawić się kosztem Waltera. Mitty zaszywa się w swoim dziale, gdzie czeka na niego prezent od Seana O’Connella (Sean Penn), wieloletniego fotografa „Life’a”. Ten sam człowiek, który nie rozmawiał nawet z zarządem, wysłał telegram w którym oczekuje, że negatyw numer 25 trafi na okładkę jako arcydzieło i kwintesencja magazynu „Life”. To będzie ostatni numer, ale początek kłopotów bohatera, ponieważ tego negatywu nie ma. Walter musi odnaleźć nieuchwytnego fotografa inaczej grozi mu utrata pracy, co też nieoczekiwanie daje pretekst by odezwać się do Cheryl Melhoff (Kristen Wiig).

Ben Stiller, a w tle Adam Scott


Nie czytałam opowiadania, ani też nie miałam okazji zapoznać się z filmem Normana Z. McLeoda z 1947 roku, ale nawet po zwięzłych informacjach na wikipedii widać, że historię trzeba było napisać od nowa. Tam Mitty był redaktorem w wydawnictwie, a w przerwach dawał upust wyobraźni, gdzie podejmował się niebezpiecznych, heroicznych misji. Poznaje tajemniczą kobietę i wplątuje się w międzynarodowy spisek ze skarbem w tle. Taki układ zdarzeń zostałby gorąco przyjęty w wytwórni Asylum i na szczęście Steve Conrad wymyślił opowieść pod nasze czasy. Nawet dzisiaj nie brakuje takich Walterów, którzy żyją z przekonaniem, że nie dokonali niczego ważnego i uciekają w strefę marzeń, którą próbują wypełnić tę pustkę. Jak często porzucamy plany i marzenia zmuszeni przez życie zapominamy o własnych potrzebach, aż stają się one nieosiągalne przez strach i poczucie odpowiedzialności za innych? Walter Mitty miał marzenie by zwiedzić Europę, ale śmierć ojca zrzuciła na jego barki odpowiedzialność za rodzinę. Nawet po wielu latach nie przestaje pilnować wydatków rozpisując je na zwykłym papierze. Z pełnego pasji chłopaka z irokezem na głowie stał się kwintesencją szarości.

Film ma przede wszystkim bardzo dobry scenariusz. Nawet jeśli struktura fabularna daje się w większości przewidzieć, to pełno w niej elementów i motywów, które czynią seans przeżyciem zbliżającym się do definicji magii kina. Nie przypominam sobie bym po jakimś filmie szukała przepisu, a tutaj aż chce się spróbować ciasta klementynkowego. Z pewnością dużo daje obsada. Ben Stiller doskonale pasuje do grania postaci w typie Waltera i obserwowanie jego przemiany jest jak kibicowanie dobremu znajomemu. Z kolei Kristen Wiig uosabia ciepło i naturalność, które nie skupia się na powierzchowności. Chociaż nie lubię Seana Penna, to role takich outsiderów i indywidualności są jakby pisane pod niego. Za to Adam Scott przejdzie do historii dzięki swojej brodzie, która jest tak sztuczna i rzucająca się w oczy, że musi być w swej niedorzeczności zamierzona.

Sean Penn


Strona wizualna to poezja dla oczu. Z jednej strony mamy codzienność szarego Waltera, przeskoki do wytworów jego nieposkromionej wyobraźni, aż wreszcie obrazki z podróży. Całość dopełnia niesamowita muzyka Theodore Shapiro. Obraz idealnie współgra z treścią, pomaga wydobyć z niej nie tylko niuanse, ale ogrom emocji jakie w sobie mieści. Film Stillera jest w gruncie rzeczy nienachalnym antydepresantem, który bardzo lekko opowiada historię, nieco ją zapętla i nie czaruje wymyślnym zakończeniem. Dawno nie byłam tak zauroczona filmem, zaintrygowana wskazówkami i ukontentowana zakończeniem.

Nie sposób nie poddać się refleksji na temat współczesności i jego problemów. Walter ucieka w świat fantazji odreagowując codzienność i stres, to jego wentyl bezpieczeństwa. Trudno jednak uznać to za zjawisko negatywne, ale reżyser podkreśla niezrozumienie dla takich jednostek. W dzisiejszym wyścigu szczurów, w pełnej informatyzacji niemal każdej sfery życia, bycie marzycielem bywa utożsamiane z kimś przegranym, nieradzącym sobie w życiu. Dlaczego tak chętnie czytamy książki, oglądamy filmy i słuchamy muzyki? Szukamy odskoczni od codzienności, ale niektórzy, jak Walter potrzebują tego bardziej niż inni.

Ben Stiller i Kristen Wiig


Dobrym pomysłem było umieszczenie Waltera w redakcji prawdziwego magazynu „Life”. Z jednej strony czuć wyjątkowość, historię miejsca nie tylko poprzez podkreślenie motta tego założonego w XIX wieku pisma („By ujrzeć świat, czające się ryzyko. By wyjrzeć zza ścian, zbliżyć się. By się odnaleźć i poczuć. To jest cel życia”). Często nie zdajemy sobie sprawy, że jeden numer to praca i zaangażowanie wielu osób, co w filmie Stillera zostało wyraźnie pokazane, a zdjęcie ostatniej okładki jest tego pięknym dowodem. Poza tym tytuł doskonale pasuje do istoty filmu. „Sekretne życie Waltera Mitty” jest też bolesnym zderzeniem wartości z płytkim konsumpcjonizmem, który groteskowo uosabia Ted Hendrikson. Nie sposób nie docenić wątku serwisu randkowego, który popłynął nieoczekiwanym strumieniem, dodając fabule dodatkowego uroku i też materiału do refleksji.


Można uznać „Sekretne życie Waltera Mitty” za kolejny film w stylu przestań się bać, weź byka za rogi, a zobaczysz ile możesz zyskać. W filmach wydaje się to łatwiejsze i jeszcze wmawiają, że my sami siebie ograniczamy. Jednak w tym przypadku trudno mówić o filmie banalnym, kiedy opowieść wciąga do samego końca, a humor i emocje wzajemnie się uzupełniają. Nie spodziewałam się za wiele po tym filmie mając w pamięci inny film wyreżyserowany przez Stillera, czyli „Jaja w tropikach” (dobry film, ale czasem dowcip przegięty). Opowieść o Walterze Mitty nie zjednała sobie krytyków filmowych, co pewnie odbiło się na wynikach box office. Do tego Stiller jest kojarzony z pewnym typem ról, co też może wpływać na oczekiwania. Jednak takiego aktora i reżysera chcę oglądać, a wydanie dvd chętnie postawię u siebie na półce.

I can be your hero, baby…

Rush/Wyścig (2013), reż. Ron Howard

Tytuł polski: Wyścig
Tytuł oryginalny: Rush
Reżyseria: Ron Howard
Scenariusz: Peter Morgan
Zdjęcia: Anthony Dod Mantle
Muzyka: Hans Zimmer
Obsada: Chris Hemsworth, Daniel Bruhl, Olivia Wilde, Alexandra Maria Lara, Natalie Dormer
Czas trwania: 123 minuty
Rok produkcji: 2013
Dystrybutor: ITI Cinema
Ocena: 5.5/6

Rush (2013) on IMDb (function(d,s,id){var js,stags=d.getElementsByTagName(s)[0];if(d.getElementById(id)){return;}js=d.createElement(s);js.id=id;js.src=”http://g-ec2.images-amazon.com/images/G/01/imdb/plugins/rating/js/rating.min.js”;stags.parentNode.insertBefore(js,stags);})(document,’script’,’imdb-rating-api’);


Formuła 1 to dla większości Polaków Robert Kubica o którym teraz cicho, ale w latach siedemdziesiątych miłośników tego sportu elektryzowała rywalizacja między Anglikiem Jamesem Huntem, a Austriakiem Nikim Laudą. Ten kontflikt posłużył Peterowi za kanwę scenariusza z bolidami w tle. Pierwotnie na stołku reżysera miał zasiąść Peter Greengrass, ale zamienił się z Ronem Howardem i wyreżyserował „Kapitana Phillipsa. Na nominacjach lepiej wyszedł Brytyjczyk, ale Amerykanin wciąż udowadnia, że potrafi kręcić kino przez duże „K”.

To nie pierwszy raz, kiedy scenariusz pisze samo życie. Początek rywalizacji, która została rozbuchana do apokaliptycznych rozmiarów sięga roku 1970, kiedy James Hunt (Chris Hemsworth) i Niki Lauda (Daniel Bruhl) startowali w Formule 3 licząc na sokoli wzrok łowcy talentów. Różniło ich niemal wszystko. Kiedy Hunt był zawadiaką, ryzykantem i przystojnym lovelasem, Lauda był jego totalnym przeciwieństwem – niezbyt piękny (wystające zęby nadały mu przydomek „szczur”), zasadniczy i ostrożny. Łączyło ich zamiłowanie do Formuły 1 i ambicja zdobycia mistrzostwa. Kluczowy dla nich jest rok 1976, coś stracili i  zyskali, coś przewartościowali. 

Daniel Bruhl

„Wyścig” to bez wątpienia film Daniela Bruhla. Jego Lauda jest obłędnie antypatyczny, mówi twardym i nieprzyjemnym akcentem i łatwo uwierzyć, że jest gotów dojść po trupach do celu. Oczywiście nie sposób kwestionować jego zaangażowania w wyścigi, podejścia wypełnionego rozsądkiem i chirurgiczną perfekcją, a przede wszystkim ogromną wiedzą. Jednak reprezentuje typ osoby od której chce się uciec. Dlatego obecność sympatycznego i zabawnego  Hunta jest jak najbardziej wskazana  – niczym zawór bezpieczeństwa. Na pierwszy rzut oka można stwierdzić, że Hemsworth odtwarza postać, do której przyzwyczaił widzów przez ostatnie dwa lata. Niezwykle łatwo wchodzi w rolę człowieka, który jest królem życia, czerpie z niego co najlepsze i jest lubiany przez otoczenie. Za to w momentach, które pokazują, że bohaterowi nieobce są wewnętrzne konflikty i dylematy, Australijczyk udowadnia, że tkwi w nim niemały potencjał.

W filmie nie ma postaci dominującej – są dwie równoważne role główne. Raz zza kamery przemawia Niki Lauda, raz James Hunt. Obie jednostki reprezentują odmienny sposób bycia i podejścia do wyścigów. Każdy z nich ma swoje plusy i minusy, żadna z tych postaw nie jest gloryfikowana ani wyszydzana. Tutaj decyzję pozostawia się widzowi, a ona wcale nie jest taka prosta. Wybór jednej drogi zamyka za sobą pewne drzwi i w „Wyścigu” widać wręcz drobiazgowo co się za nimi kryje.

Chris Hemsworth

Jednak film z Formułą 1 w tle nie może obyć się bez tego, co nakręca ten sport – samochody, rywalizacja i szybkość. Znawcy tematu z pewnością dopatrzą się niedokładnego odwzorowania estetyki i osiągnięć lat siedemdziesiątych. Ten model powstał tyle lat później, te siedzenia wprowadzono dopiero niedawno, ale to nieistotne szczegóły. Sposób kręcenia scen wyścigowych, szczególnie z perspektywy kierowców robi solidne wrażenie, że chwilami podświadomie spinamy się podczas zakrętów. Na szczególną uwagę zasługuje powrót po wypadku jednego z bohaterów na tor – operator doskonale uchwycił szerokie spektrum emocji.

Lubię filmy sportowe, oparte na prawdziwych wydarzeniach. Jeszcze bardziej lubię, kiedy film , który zapowiada się na zwyczajną opowieść o Formule 1, staje się filmem skłaniającym do refleksji nie tam, gdzie się tego można było spodziewać. Rywalizacja między Huntem i Laudą nie bazowała na negatywnych pobudkach jak czysta nienawiść. Pojedynek między nimi stał się medialny i tym samym zaczął żyć własnym życiem. Prawdą jest, że wzajemnie się napędzali i szanowali. Główne role zostały doskonale obsadzone. Między Bruhlem, a Hemsworthem można wyczuć pewien rodzaj chemii, który czyni rywalizację odgrywanych przez nich bohaterów jak najbardziej prawdziwą i niewydumaną. Postacie kobiece w pewnym sensie charakteryzują bohaterów i przy okazji można się było dowiedzieć, kto stanął między Elizabeth Taylor i Richardem Burtonem.

Olivia Wilde


„Wyścig” Rona Howarda to kawał rewelacyjnego kina. Dla osób niezaznajomionych z tym epizodem w historii Formuły 1 to zaskakujące, wciągające i angażujące kino. Ci, którzy znają historię, na te dwie godziny o niej zapomną. Dzięki udanym kreacjom aktorskim, drobiazgowo napisanemu scenariuszowi oraz świetnej reżyserii powstał film , który cieszy oko, trzyma w napięciu i podświadomie zadaje pytania. Tak, jak z większością filmów biograficznych, postacie przedstawione w filmie to pewien obraz, punkt widzenia, który niekoniecznie w pełni ilustruje odpowiedniki w prawdziwym życiu. Jednak wymowa filmu, wyciśnięcie z historii czegoś więcej niż kroniki rywalizacji między Huntem i Laudą czyni „Wyścig” filmem uniwersalnym na wielu poziomach. Już oczami wyobraźni widzę wydanie dvd na mojej półce.

James Hunt i Niki Lauda

The Butler/Kamerdyner (2013), reż. Lee Daniels

Tytuł polski: Kamerdyner
Tytuł oryginalny: The Butler
Reżyseria: Lee Daniels
Scenariusz: Danny Strong
Na podstawie: „A Butler well served by this election”, Wil Haygood (artykuł)
Zdjęcia: Andrew Dunn
Muzyka: Rodrigo Leao
Obsada: Forest Whitaker, Ophrah Winfrey, David Oyelowo, Cuba Gooding Jr., Terrence Howard, Lenny Kravitz, John Cusack, James Marsden, Alan Rickman
Czas trwania: 132 minuty
Rok produkcji: 2013
Dystrybutor: Kino Świat
Ocena: 3/6

Lee Daniels' The Butler (2013) on IMDb(function(d,s,id){var js,stags=d.getElementsByTagName(s)[0];if(d.getElementById(id)){return;}js=d.createElement(s);js.id=id;js.src=”http://g-ec2.images-amazon.com/images/G/01/imdb/plugins/rating/js/rating.min.js”;stags.parentNode.insertBefore(js,stags);})(document,’script’,’imdb-rating-api’);


O najnowszym filmie Lee Danielsa, mającego na koncie takie tytuły jak „Hej Skarbie”, „Pokusa” czy nieszczęsny „Shadowboxer” mówi się w kontekście wielkiego pomijanego w nominacjach. W końcu podejmuje temat, który gwarantuje należytą uwagę ze strony nominujących. Droga czarnej społeczności do uzyskania pełnych praw gwarantowanych przez Konstytucję USA to temat jak najbardziej wzbudzający emocje. Jednak nie pamiętam filmu, który poruszałby ten temat i jednocześnie był tak wyprany z emocji.

Rozstrzał czasowy jest ogromny. Akcja zaczyna się w 1926 roku na plantacji bawełny w Macon w stanie Georgia, a kończy się w 2008 roku w Waszyngtonie, kiedy Barrack Obama został wybrany na prezydenta. Droga Cecila Gainesa (Forest Whitaker) od plantacji do Białego Domu była naznaczona ciężką pracą i odrobiną szczęścia. Doświadczył na własnej skórze co to znaczy być czarnym na Południu i chciał tego oszczędzić swoim bliskim – żonie Glorii (Ophrah Winfrey) i synom: Louisowi (David Oyelowo) i  Charliemu. Dlatego trudno mu będzie znaleźć wspólny język ze starszym potomkiem, który bezgranicznie zaangażował się w walkę o równouprawnienie. „Kamerdyner” to nie tylko kalendarium walki z niesprawiedliwością, ale też obraz dwóch skrajnych postaw.

Forest Whitaker, aktor, który położył tytułową rolę.


Film Danielsa może być trudniejszy w odbiorze dla widza nieznającego wszystkich wydarzeń i osób związanych z walką o równouprawnienie. O ile postać Martina Luthera Kinga (znany z „Czystej krwi” Nelsan Ellis) jest równie oczywista do Gandhi czy Nelson Mandela, tak Malcolm X, Mamie Till i takie inicjatywy jak „Jeźdźcy wolności” czy „Czarne pantery” (które z organizacji społecznej przekształciły się w terrorystyczną) już niekoniecznie. W każdym razie rzucone hasła i nazwiska stanowią punkt zaczepienia do szukania wiedzy w tym temacie, ale wrażenie, że coś się już powinno wiedzieć, bywa trochę deprymujące. Jednak nie zapominajmy, że to film o Amerykanach dla Amerykanów, reszta świata musi się po prostu dostosować.

Troszkę inaczej wyobrażałam sobie wątek tytułowego bohatera w kontakcie z prezydentami, a raczej, że zostanie on bardziej zaakcentowany. Cecil obsługiwał Einsenhowera (Robin Williams), JFK (James Marsden), Richarda Nixona (John Cusack, który pod koniec kadencji wyglądał jak pokąsany przez pszczoły), Johnsona (Liev Schreiber) i Reagana (Alan Rickman). Spodobało mi się to, że nie starano się na siłę upodobnić aktorów do odgrywanych postaci, bo i tak właściwie nie mieli co grać. Skupiono się oczywiście na ich stosunku do sytuacji czarnej społeczności, ale to miało formę punktów i podpunktów, którym jednak brakowało rozwinięcia.

Whitaker i David Oyelowo


Niestety, wątek kamerdynera jest najsłabszym w tym filmie. Z jednej strony wina leży po stronie scenariusza, z drugiej irytująca gra Foresta Whitakera. Jego Cecil jest jak chodząca kukła wyprana z większości emocji – rozmyta i przyprawiająca widza o depresję. Chociaż można zrozumieć, że poprzez doświadczenie życiowe pragnie spokojnego i bezpiecznego życia, to jednak ta świadomość kapituluje przed słabym aktorstwem. Poznanie bohatera i jego bliskich jest właściwie niemożliwe  – obserwujemy scenki, słuchamy kwestii, ale w tym wszystkim brakuje jakiegoś spoiwa i przede wszystkim uczuć. Dawno nie widziałam tak niedobranego obsadowo małżeństwa jak w przypadku Whitakera i Winfrey.

Zaangażowanie Louisa w walkę o równouprawnienie, a zarazem źródło jego konfliktu z ojcem, to najlepsza część „Kamerdynera”. W tej części przewijają się najważniejsze wydarzenia i postacie z nimi związane. Zaangażowanie jest odczuwalne i naznaczone wieloma postawami o różnych odcieniach. W pewnym sensie David Oyelowo ratuje „Kamerdynera” – swoją stonowaną grą potrafi wyrazić bardzo wiele i przebić się przez trochę schematycznie napisaną rolę syna buntownika.

Oyelowo i Oprah Winfrey

Scenariusz Danny’ego Stronga nie powinien zostać przyjęty do realizacji w takiej formie. Z tej historii powstałyby dwa solidne filmy, w którym byłoby miejsce na psychologię postaci i przyjrzenie się wydarzeniom istotnym z punktu widzenia walki o równouprawnienie czarnych Amerykanów. Mielibyśmy historię kamerdynera i jego rodziny. Może wtedy bylibyśmy przekonani, że Cecil i Gloria mimo wszystko naprawdę się kochają. Mielibyśmy też opowieść o walce z segregacją rasową z punktu widzenia Louisa i jego zaangażowania. Podstawowym błędem scenariusza jest upchanie zbyt wielu wątków i wydarzeń rozpisanych na wiele lat i postaci, a także stosowanie zagrań pod wywołanie określonych emocji (co ewidentnie razi w scenie urodzin Cecila). Przez to „Kamerdyner” jest filmem płytkim, a przede wszystkim boleśnie niepotrzebnym. Chociaż ogląda się go dobrze, wizualnie wręcz cieszy oko, to świadomość przeciętności wypływa niczym kropla oleju w wodzie. Można go obejrzeć, ale nie wpłynie on znacząco na postrzeganie problemu jakim jest uprzedzenie rasowe. Właściwie zostawi widza obojętnym.

Lenny Kravitz, Cuba Gooding Jr. i Whitaker

The Hobbit: Desolation of Smaug/Hobbit: Pustkowie Smauga (2013), reż. Peter Jackson

Tytuł polski: Hobbit: Pustkowie Smauga
Tytuł oryginalny: The Hobbit: Desolation of Smaug
Reżyseria: Peter Jackson
Scenariusz: Guillermo del Toro, Peter Jackson, Fran Walsh, Philippa Boyens
Na podstawie: „Hobbit”, J.R.R. Tolkien
Zdjęcia: Andrew Lesnie
Muzyka: Howard Shore
Obsada: Martin Freeman, Richard Armitage, Ian McKellen, Benedict Cumberbatch, Evangeline Lilly, Orlando Bloom, Lee Pace, Aidan Turner, Stephen Fry
Czas trwania: 161 minut
Rok produkcji: 2013
Dystrybutor: Forum Film
Ocena: 5/6

The Hobbit: The Desolation of Smaug (2013) on IMDb(function(d,s,id){var js,stags=d.getElementsByTagName(s)[0];if(d.getElementById(id)){return;}js=d.createElement(s);js.id=id;js.src=”http://g-ec2.images-amazon.com/images/G/01/imdb/plugins/rating/js/rating.min.js”;stags.parentNode.insertBefore(js,stags);})(document,’script’,’imdb-rating-api’);

Zamieszanie wokół adaptacji niemal trzystu stronicowej książki nie osłabło, kiedy ogłoszono, że na jej podstawie powstaną trzy pełnometrażowe filmy. Moje zainteresowanie zdecydowanie osłabło i „Niezwykłą podróż” zobaczyłam dopiero w sierpniu na dvd. Z drugą częścią było inaczej – z  dubbingiem, doborowym towarzystwem oraz resztkami noworocznego kaca. Zahartowana przez filmy indyjskie niemal nie odczuwałam tych prawie 3 godzin w kinowym fotelu i właściwie dałam się zaczarować fanfiction na bazie „Hobbita”.

Nie lubię odchodzenia od kanonu, a tym bardziej fanfiction. Zawsze ceniłam historie najbliższe oryginałowi i spisane przez autora oraz zachowywanie wierności pierwowzorowi literackiemu w adaptacjach filmowych. Oczywiście radosna twórczość w formie krótkiej czy wizualnej, która jest charakterystyczna dla  zjawiska fandomu jak najbardziej wzbudza mój entuzjazm, ale zawsze będę ceniła to, co pierwotne. Nie tylko rażące sięganie do kieszeni fanów Tolkiena przygasiło moją ciekawość, ale też świadomość rozpuszczenia „Hobbita” w wodzie nasyconej fanfiction. Z drugiej strony „Hobbit” to filmy, które trzeba zobaczyć i do tego nigdy nie wiadomo do czego zdołamy się przekonać. Ja zaczęłam przyjmować wizję Petera Jacksona i spółki, a także nie drżeć z obrzydzenia na dubbing w filmie aktorskim.

Richard Armitage

„Pustkowie Smauga” zaczyna się od krótkiego pobytu u Beorna, który udziela pomocy krasnoludom i hobbitowi dotrzeć do Mrocznej Puszczy. Film kończy się widokiem Smauga lecącego zaatakować Esgaroth – Miasto na Jeziorze. Fabuła obejmuje tyle rozbudowanych i równorzędnych wątków, że trudno wskazać postać wychylającą się nad inne. Ci, którzy czytali książkę, zacierali ręce na poszczególne sceny: ucieczka w beczkach, przejście przez Mroczną Puszczę czy rozmowę Bilba ze Smaugiem. Twórcy zadbali oto, by przygody bohaterów zapierały dech w piersiach widzów stawiając nie tylko na epickość, ale też pomysłowość i solidną dawkę humoru. Jednak kręcąc tak długi film należałoby sięgnąć po patent filmowców z Indii, którzy w odpowiednim momencie pokazują planszę z napisem „Intermission”. Nawet wygodne fotele niedawno wyremontowanego kina nie pozwoliły mi zapomnieć o pewnej części ciała.

Thorin Dębowa Tarcza to postać, która w „Pustkowiu Smauga” konsekwentnie przeistaczała się w antybohatera. Im bliżej odzyskania bogactwa oraz władzy, tym uzewnętrzniają się w nim gorsze cechy – egoizm, władczość i zaślepienie. W „Niezwykłej podróży” był liderem, który brał odpowiedzialność nie tylko za wyprawę, ale i za swoich towarzyszy. Mimo szorstkości, sprawiał wrażenie prawego wojownika. Niestety, ale Richard Armitage nie udźwignął przeobrażenia postaci w drugiej części. Przez większość seansu nie zastanawiałam się co się dzieje z Thorinem, ale który krasnolud wreszcie wyjmie mu kij z tyłka. Jego gra dodatkowo blednie w porównaniu z Martinem Freemanem, który może nie zdominował „Pustkowia Smauga”, ale w scenach zarówno lżejszych jak i nacechowanych dylematami oraz walką z wpływem pierścienia jest niesamowity. Jednak na scenę wkraczają nowe postacie, które nie tylko łagodzą dyskomfort spowodowany przez słabo zagranego Thorina, ale zdecydowanie wzbogacają historię.

Lee Pace

Król Thranduil, grany przez Lee Pace’a, pojawił się na końcu „Niezwykłej podróży”, ale ten moment wystarczająco rozbudził fantazję fandomu. Jednak jego interpretacja postaci wyniosłej, próżnej i egoistycznej jest genialna. Nawet niedopasowany głos Piotra Grabowskiego nie był w stanie tego zepsuć. Kontrowersje wokół wprowadzenia Tauriel (Evangeline Lilly) z pewnością straciły racje bytu po seansie drugiej części. Uniwersum „Hobbita” jest mocno zmaskulinizowany, że w zasadzie nie byłam przeciwna tej decyzji. Tauriel jest nie tylko waleczna, ale i zwyczajnie… ludzka, a wątek elfki z Kilim (Aidan Turner) jest najsympatyczniejszą niespodzianką. W zestawieniu z Thranduilem i Tauriel, postać Legolasa  (Orlando Bloom) trochę blednie, ale tylko trochę. Kiedy ogłoszono, że Barda zagra Luke Evans, byłam bardzo zadowolona z tej decyzji. Brytyjczyk nie zawsze miał nosa do filmów, ale aktorsko nigdy mnie nie zawiódł. Nie sposób nie pomyśleć, że Bard jest Aragornem, bo znając przeznaczenie postaci i jej wizerunek – ten fakt bije po oczach.

Druga część „Hobbita” kumuluje w sobie najlepsze wątki i obrazuje je iście epickim zacięciem. Obrazy, scenografia i kostiumy, po prostu cała strona wizualna poraża pięknem, rozmachem i magią. Z drugiej strony ta kwestia nie powinna odciągać od opowiadanej historii i rozterek bohaterów. Chociaż te najbardziej wyczekiwane sceny doczekały się zapierającej dech  realizacji, to w pewnych momentach zabrakło umiaru. Sekwencja z ucieczką w beczkach jest dynamiczna, świetnie ułożona i zabawna, ale za długa. Podobnie jest ze scenami w Samotnej Górze, których rozmach i pomysłowość są niezaprzeczalne, ale pod koniec wypatruje się napisów końcowych i piosenki Eda Sheerana. Mimo pewnego dyskomfortu trudno oderwać się od filmu, bo sam seans jest niezwykłą przygodą.

Evangeline Lilly

Najważniejszy jest jednak Smaug, smok zamieszkujący Samotną Górę. Wybór Benedicta Cumberbatcha, który użyczył nie tylko głosu, ale ruchów i mimiki, wywołał powszechny entuzjazm. Aktor dysponuje wspaniałym, niskim głosem, ale wyczekiwana scena rozmowy Bilba ze smokiem nabrała dodatkowego znaczenia. Chodzi oczywiście o nawiązanie do serialu „Sherlock”, w którym grają Freeman i Cumberbatch. Dla części widzów to nie jest tylko rozmowa hobbita ze Smaugiem, ale też dialog między Johnem Watsonem i Sherlockiem Holmesem. Wizualnie smok autentycznie zachwyca, a miałam obawy, że to stworzenie zostanie przerysowane lub przekombinowane. Głos Benedicta będę w stanie ocenić po seansie na dvd, ale Jacek Mikołajczak podołał temu zadaniu.

W filmie nie brakuje pewnych smaczków. Na samym początku nie sposób nie zauważyć Petera Jacksona zajadającego się marchewką. A piękne Esgaroth zaczęło oślepiać swą urodą dzięki parze mopsów. „Hobbit: Pustkowie Smauga” może i jest zbyt długi, ale obejrzałam go z przyjemnością. Peter Jackson doskonale pokazuje i urozmaica przygody hobbita, krasnoludów i Gandalfa. Olbrzymi budżet widać w każdej sekundzie, ale trudno mówić o źle wydanych pieniądzach. Jak wspominałam, ta część kumuluje najlepsze wątki z powieści i dla zapowiadanego na koniec tego roku „Tam i z powrotem” pozostaje właściwie wielka bitwa – a to oznacza ryzyko balansowania na granicy patosu. Do tego czasu z przyjemnością wrócę do „Pustkowia Smauga” w wersji z napisami. Chociaż już nie patrzę tak krzywo na dubbing w filmie aktorskim, to autentyczności zawsze będę szukać u źródeł.

Esgaroth – Miasto na Jeziorze

Don Jon (2013), reż. Joseph Gordon – Levitt

Tytuł: Don Jon
Reżyseria: Joseph Gordon – Levitt
Scenariusz: Joseph Gordon – Levitt
Zdjęcia: Thomas Kloss
Muzyka: Nathan Johnson
Obsada: Joseph Gordon – Levitt, Scarlett Johansson, Julianne Moore, Tony Danza, Glenne Headly, Anne Hathaway, Channing Tatum

Czas trwania: 90 minut
Rok produkcji: 2013
Dystrybutor: Best Film
Ocena: 5/6

Don Jon (2013) on IMDb(function(d,s,id){var js,stags=d.getElementsByTagName(s)[0];if(d.getElementById(id)){return;}js=d.createElement(s);js.id=id;js.src=”http://g-ec2.images-amazon.com/images/G/01/imdb/plugins/rating/js/rating.min.js”;stags.parentNode.insertBefore(js,stags);})(document,’script’,’imdb-rating-api’);

Joseph Gordon – Levitt to chyba najbardziej pocieszający przypadek w Hollywood. Kiedy życiorysy dziecięcych gwiazd są często naznaczone alkoholem, narkotykami czy depresją, jego przypadek jest tego przeciwieństwem. Chociaż jako dziecięcy aktor wyrobił sobie silną renomę, to osiągając pełnoletność zaczynał właściwie od zera. Przełomem w jego karierze z pewnością było „(500) Days of Summer”, ale aktorstwo mu nie wystarczało. „Don Jon” to jego pełnometrażowy debiut reżyserski i przyznaję – naprawdę udany.

Tytułowy bohater grany przez Josepha Gordon – Levitta to miejski donżuan, który hurtowo zalicza dziewczyny i masturbuje się przy pornosach. Jednak Jon jest postacią pełną kontrastów. Seks jest dla niego chlebem powszednim, ale co tydzień chodzi do kościoła i regularnie się spowiada. Na pierwszy rzut oka wydaje się być kopią swojego ojca, również Jona (Tony Danza), ale różnice odsłaniane są poprzez nic nieznaczące drobiazgi (stosunek do sportu czy własnej przestrzeni życiowej). Wydaje się, że jest zadowolony z życia, ale czuje, że czegoś mu brakuje i nawet pornosy nie łatają tej pustki. Postanawia przyhamować i poderwać „dziesiątkę”, która mu odmówiła. Tak odnajduje Barbarę (Scarlett Johansson), umawia się z nią na randkę i czeka, aż mu zapewni seks, który przesłoni mu wszystko.

Rodzina Martello i Barbara


Powyższe wprowadzenie nie brzmi zbyt zachęcająco i sugeruje kolejny bzdurny film o gościu nastawionym na „zaliczanie” zawsze i wszędzie, ale to jeden z niewielu tegorocznych filmów, które potrafią zaskoczyć. Dwa lata temu Steve McQueen nakręcił „Wstyd” z Michaelem Fassbenderem, gdzie uzależnieniu od pornografii towarzyszyła skrajna destrukcja. Gordon – Levitt nakręcił komediodramat, gdzie życie z takim nałogiem nie kroczy drogą ku upadkowi. Jon jest całkiem normalnym facetem wychowanym w rodzinie włoskich imigrantów, gdzie religia i patriarchat są mocno zakorzenione. Ma pewien problem i substytut nabrał rangi uzależnienia, ale ten fakt go nie unieszczęśliwia.

Zanim aktor podjął się reżyserii swego pełnometrażowego debiutu, miał już na koncie doświadczenie zdobyte podczas realizacji krótkich fabuł. Warto wspomnieć o inicjatywie, która powstała w 2005 roku. HitRecord to pierwotnie społeczność internetowa zrzeszająca ludzi kreatywnych założona przez Josepha i jego zmarłego w 2010 roku brata Dana. „Don Jon” został zrealizowany za 6 milionów dolarów pod sztandarem HitRecord Films i mimo kategorii R, zarobił ich ponad 30. Gordon – Levitt od lat jest wielkim entuzjastą Festiwalu w Sundance i tam pokazał „Don Jona” na kilka miesięcy przed premierą. Rzadko kiedy debiutujący reżyser jest w stanie zgromadzić takie nazwiska w niskobudżetowym filmie. Scartlett Johansson, Julianne Moore, a w epizodach Anne Hathaway i Channing Tatum  – te nazwiska mówią same za siebie, ale to nie gwiazdozbiór jest największym atutem tego filmu.

Hathaway i Tatum


Scenariusz z narratorem pierwszoosobowym nie każdemu może przypaść do gustu, ale należę do zwolenników tego rozwiązania. Z jednej strony fabuła jest jasna i klarowna, a na dodatek następuje wzmocnienie komizmu. Film jest nieco przerysowany, ale w dobrym znaczeniu tego słowa, a przede wszystkim naszpikowany detalami, które z czasem nabierają znaczenia. Dla przykładu wystarczy wątek Monicy (Brie Larson), siostry Jona, która przez cały film nic się nie odzywa, ale ma jedną kwestię, która zamyka innym usta. „Don Jon” z komedii o pornoholiku niepostrzeżenie przeistacza się w film obyczajowy z wyrazistym przesłaniem. Gordon – Levitt nie odkrywa Ameryki, nie sili się na oryginalność, ale po seansie nie sposób oprzeć się wrażeniu, że ta banalna sprawa często nam umyka.

 Joseph Gordon – Levitt chciał obsadzić Channinga Tatuma w roli Jona, ale dobrze się stało, że postanowił przejąć rolę. Mimo urody grzecznego chłopca potrafi wyjść poza fizyczne ograniczenia i zagrać kogo tylko chce. Mam za to problem ze Scarlett Johansson. Chociaż świetnie wcieliła się w postać apodyktycznej romantyczki, to nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że jest zwyczajnie i niezamierzenie… obleśna. Ta myśl tak mnie zaskoczyła, że aż się uśmiałam. Amerykanka nie zasila mojej listy nielubianych aktorek, ale chyba zaczyna do niej kandydować. Julianne Moore zagrała postać, która nie wychyla się poza jej aktorskie emploi. Trudno mówić o rozczarowaniu, ale też nie będę udawać, że mnie zaskoczyła.

Don i Barbara

Oglądając „Don Jona” zapomniałam, że mam do czynienia z debiutem reżyserskim oraz scenopisarskim. Joseph Gordon – Levitt potwierdza, że nie tylko jest człowiekiem wielu talentów, ale przede wszystkim kino jest jego powołaniem. Jestem ciekawa jego następnego reżyserskiego projektu, który będzie swoistym testem. Albo „Don Jon” okaże się szczęściem początkującego, albo urośnie Benowi Affleckowi nowa konkurencja. Film okazał się być lepszym niż przypuszczałam, ponieważ manewrowanie wokół tematu pornograficznego wymaga talentu i wyczucia. A tak dostałam film, którego zakończenia w ogóle nie przewidziałam.

Esther i Jon

The Hunger Games: Catching Fire/Igrzyska śmierci: W pierścieniu ognia (2013), reż. Francis Lawrence

Tytuł polski: Igrzyska śmierci: W pierścieniu ognia
Tytuł oryginalny: „The Hunger Games: Cathing Fire”
Na podstawie: „W pierścieniu ognia”, Suzanne Collins
Reżyseria: Francis Lawrence
Scenariusz: Simon Beaufoy,  Michael Arndt
Zdjęcia: Jo Willems
Muzyka: James Newton Howard
Obsada: Jennifer Lawrence, Josh Hutcherson, Liam Hemsworth, Jena Malone, Sam Claflin, Elizabeth Banks, Woody Harrelson, Lenny Kravitz, Donald Sutherland, Philip Seymour Hoffman
Czas trwania: 146 minut
Rok produkcji: 2013
Dystrybutor: Forum Film
Ocena: 5/6

The Hunger Games: Catching Fire (2013) on IMDb(function(d,s,id){var js,stags=d.getElementsByTagName(s)[0];if(d.getElementById(id)){return;}js=d.createElement(s);js.id=id;js.src=”http://g-ec2.images-amazon.com/images/G/01/imdb/plugins/rating/js/rating.min.js”;stags.parentNode.insertBefore(js,stags);})(document,’script’,’imdb-rating-api’);

Zawód pierwszej części nie obejmował danych finansowych. Powstanie „W pierścieniu ognia” było oczywiste, a decyzja o podzieleniu „Kosogłosa” na dwa filmy nie była niespodzianką, a bardziej wbijanie się w obecne trendy. Dokonano zmian, które da się odczuć niemal od samego początku drugiej części serii. Pożegnano reżysera, scenarzystów i operatora, co zaowocowało filmem nie tylko ciekawszym, ale zwyczajnie lepszym od poprzednika. Po „Igrzyskach śmierci” powieści Suzanne Collins były mi obojętne. Oglądając film Francisa Lawrence’a zapragnęłam jeszcze raz przeczytać całą trylogię.

Siedemdziesiąte czwarte Głodowe Igrzyska przeszły do historii, ale na długo zapadną w pamięci obywateli Panem. Pierwszy raz w historii wyłoniono dwójkę zwycięzców, a bunt Katniss (Jennifer Lawrence) i Peety (Josh Hutcherson) nie został zignorowany zarówno przez mieszkańców Dystryktów jak i sam Kapitol. Po zwycięstwie, Katniss i Peeta zamieszkali w wiosce zwycięzców. Po chwili spokoju, muszą na nowo podjąć grę: nałożyć maski na czas tournee po Panem i udawać, że wciąż się kochają, kiedy w rzeczywistości jest zupełnie inaczej. Everdeen dostaje od prezydenta Snowa (Donald Sutherland) ostrzeżenie, że od wyników tournee zależą dalsze losy jej i jej bliskich. Niestety bunty przybrały na sile, a na zbliżające się trzecie ćwierćwiecze Głodowych Igrzysk przygotowano coś specjalnego. Na arenie zmierzą się dotychczasowi zwycięzcy.



Pierwsza część skupiała się na przedstawieniu świata Panem i jego mieszkańców oraz na przetrwaniu bohaterów. Mimo swojej widowiskowości miała bardziej kameralny i stonowany charakter. Nie sposób nie było dostrzec krytyki bezmyślnego konsumpcjonizmu, gustowaniu w bardziej okrutnych rozrywkach oraz głosu niesprawiedliwości społecznej. Jednak tematy zdawały się być ledwo obecne z powodu trochę zmanierowanego scenariusza i jego przydługich scen i powtórzeń. „W pierścieniu ognia” siła angażująca widza jest zdecydowanie mocniejsza. Świat nie ogranicza się do małego świata Katniss i Areny, ale roztacza się na cały kraj. Jej troska o najbliższych przeradza się w odpowiedzialność za miliony obywateli Panem. Dziewczyna znów musi grać jak jej każą, postawić dobro innych ponad swoje i nie zatracić się w tym całym szaleństwie. Każda rewolucja musi mieć swoją cenę, a w tym filmie pokazano to jak na dłoni.

„W pierścieniu ognia” poszerza się galeria postaci w związku z organizacją trzeciego ćwierćwiecza Głodowych Igrzysk. Najwięcej emocji wzbudzał casting do roli Finnicka Odaira i muszę przyznać, że wybór Brytyjczyka Sama Claflina jest bardzo udany. To samo można powiedzieć o Jenie Malone jako Johannie Mason, bohaterce, której zupełnie nie zapamiętałam z książek. Wiedząc jak skończył poprzedni organizator Igrzysk, pojawia się nowy – Plutarch Heavensbee. Fakt, że do obsady dołączył Phlip Seymour Hoffman świadczy o tym, że seria „Igrzyska śmierci” zyskały renomę zbliżoną do cyklu o „Harry’m Potterze” – tam drugi plan aż błyszczał od nagromadzonych nazwisk. W tej części męska część obsady stopniowo wychodzi z cienia Jennifer Lawrence co jest zasługą nie tylko poszerzenia ich wątków, ale też dobrze skrojonego scenariusza. Lepiej poznajemy Gale’a Hawthorne’a (Liam Hemsworth), który pokazuje się od innej strony – gotowego podjąć walkę. Zaskakujące jak bardziej wyrazisty stał się Josh Hutcherson, a obecność i charakter jego postaci nie zmieniły się tak bardzo.



Nie można zapominać, że zwycięstwo w Igrzyskach Głodowych oznacza utratę czegoś ważnego – niewinności. Doskonale to widać w pierwszych scenach, kiedy Katniss budzi się z krzykiem lub wpada w panikę podczas polowania. W przeciwieństwie do Peety, odebrała komuś życie, a sam fakt samoobrony niewiele zmienia. Postawienie na jej drodze silnej postaci kobiecej jaką niewątpliwie jest Johanna uwydatnia skrywane dotychczas cechy charakteru. Mała rysa na wizerunku dzielnej dziewczyny, która zgłosiła się na ochotnika na miejsce siostry, była potrzebna. Stała się inspiracją i symbolem, dlaczego miałaby być odporna na takie cechy jak próżność?

„W pierścieniu ognia” kończy się w takim momencie, że trochę żałuję, że nie poczekałam z seansem do premiery ostatniego filmu, przewidzianej na koniec 2015 roku. W tym dwugodzinnym filmie niemal idealnie oddano nie tylko ducha książki, ale i ewolucję bohaterów. Jennifer Lawrence pokazała, że mimo młodego wieku jest bardzo świadomą aktorką, a ostatnia scena z jej udziałem, kiedy obserwujemy ogromną skalę emocji rysującą się na jej twarzy, a po chwili patrzy nam w oczy, jest niesamowita. Wprawdzie Lawrence wszedł na grunt ukształtowany przez poprzedniego reżysera, ale zrobił zdecydowanie lepszy  i bardziej angażujący film.


The Hunger Games/Igrzyska śmierci (2012), reż.Gary Ross

Tytuł polski: Igrzyska śmierci
Tytuł oryginalny: The Hunger Games
Na podstawie: „Igrzyska śmierci”, Suzanne Collins
Reżyseria: Gary Ross
Scenariusz: Gary Ross, Billy Ray, Suzanne Collins
Zdjęcia: Tom Stern
Muzyka: T-Bone Burnett, James Newton Howard
Obsada: Jennifer Lawrence, Josh Hutcherson, Liam Hemsworth, Elizabeth Banks, Woody Harrelson, Lenny Kravitz, Stanley Tucci, Donald Sutherland
Czas trwania: 142 minuty
Rok produkcji: 2012
Dystrybutor: Monolith Video
Ocena: 3/6

The Hunger Games (2012) on IMDb(function(d,s,id){var js,stags=d.getElementsByTagName(s)[0];if(d.getElementById(id)){return;}js=d.createElement(s);js.id=id;js.src=”http://g-ec2.images-amazon.com/images/G/01/imdb/plugins/rating/js/rating.min.js”;stags.parentNode.insertBefore(js,stags);})(document,’script’,’imdb-rating-api’);

Serie literackie, które zdążyły zebrać pokaźne grono fanów są teraz na pulpicie niemal każdej wytwórni filmowej. W końcu najlepiej zarabia się na nastolatkach, a poszukiwania kolejnej złotej kury na miarę „Harry’ego Pottera” czy sagi „Zmierzch” wciąż trwają. Wygląda na to, że powieści Suzanne Collins wpiszą się do tej grupy, ale początek nie należy do najlepszych. Wprawdzie mamy do czynienia z sukcesem kasowym i przychylnymi recenzjami krytyki, ale z seansu pamiętam głównie niedosyt i znużenie.

W odległej przyszłości podział polityczny kształtuje się zgoła inaczej. Na terenie dzisiejszych Stanów Zjednoczonych znajdziemy państwo Panem składające się z Kapitolu otoczonego 12 Dystryktami. Stolica do dnia dzisiejszego nie przebaczyła buntu jaki miał miejsce wiele lat temu i po raz 74. domaga się od dystryktów daniny w postaci chłopca i dziewczyny w wieku od 12 do 18 lat zwanych trybutami. Corocznie 24 dzieci bierze udział w Głodowych Igrzyskach, gdzie staczają walkę na śmierć i życie, a zwycięzca może być tylko jeden. Kiedy na Dożynkach w 12. Dystrykcie zostaje wylosowana dwunastoletnia Primrose Everdeen (Willow Shields), jej starsza siostra Katniss (Jennifer Lawrence) zgłasza się na ochotnika – w końcu jako doskonała łuczniczka ma większe szanse na przetrwanie niż wrażliwa dziewczynka. Wylosowany zostaje również Peeta Mellark (Josh Hutcherson), który kiedyś pomógł dziewczynie.



Powieść Suzanne Collins odsuwa wątek miłosny z głównego toru, ale z niego nie rezygnuje. Ciężar fabuły wyznacza dystopijne uniwersum, gdzie okrucieństwo, niesprawiedliwość i kontrasty społeczne kierują fabułę na poważniejsze tematy. Chyba dlatego film zyskał uznanie krytyki, nawet jeśli zaliczany jest do komercyjnego kina dla młodzieży. Główna bohaterka, która w książce jest jednocześnie narratorką, zdecydowanie wyróżnia się na tle postaci, które zalały literaturę young adult. Silna, zdeterminowana i doświadczona przez życie. Walka o przetrwanie i odpowiedzialność za rodzinę (po śmierci ojca matka przeżyła załamanie) stłumiły w niej uczucia, które uważa za zbędne. Nie oznacza to, że jest bezduszna i egoistyczna, ale nauczyła się patrzeć na świat realistycznie, a nawet nieco cynicznie. Łączy ją bardzo bliska więź z Gale’em (Liam Hemsworth), możliwe, że nawet go kocha. Jednak wokół niej narosła zbyt gruba skorupa, by łatwo było się jej otworzyć. Jej priorytety są zgoła inne i to one wyznaczają jej codzienność.

Słabość filmu objawia się na etapie scenariusza. Można odnieść wrażenie, że mamy do czynienia z filmem tworzonym pod rzeszę fanów serii, ponieważ zarówno świat jak i jego elementy mogą być na pierwszy rzut oka niezbyt jasne. Wystarczy wspomnieć scenę w której Katniss i Gale rozmawiają o Dożynkach, wypytując się ile razy ich nazwisko pojawia się w puli. O astragalach, czyli racjach żywnościowych w zamian za zwiększenie szans na wylosowanie można się dowiedzieć tylko z książki. Jednak to szczegół, ponieważ „Igrzyska śmierci” nie są zbyt łatwe do przeniesienia na ekran z innego powodu. Powieść skupia się w dużej mierze na uczuciach i przemyśleniach głównej bohaterki. Kto czytał książkę, łatwiej mu będzie zinterpretować słowa, spojrzenia i gesty. Trochę idiotycznie zmieniono wątek broszki z kosogłosem. Katniss dostaje ją od handlarki z Ćwieka (czarny rynek) i tuż przed Dożynkami daje siostrze na szczęście. Jak wiemy mimo to Prim została wylosowana. Dlatego głupio wygląda scena pożegnania, kiedy dziewczynka oddaje siostrze zapinkę, by ta zapewniła jej szczęście. W książce Katniss dostaje broszkę od Madge, córki burmistrza tuż przed wyjazdem do Kapitolu. Kosogłos jest symbolem, ale w powieściach Collins towarzyszyła mu aura niezawodnego talizmanu.
Mimo wątku igrzysk, gdzie dzieciaki walczą ze sobą na śmierć i życie, w film wkradają się dłużyzny i co zadziwiające – nuda. „Igrzyska śmierci” trwają ponad dwie godziny, co szczególnie daje się odczuć w zbytnio przeciąganych scenach. Jednak powtarzanie scen, przy których można pomyśleć, że ma się do czynienia z wadliwym montażem stało się przysłowiową kropką nad „i”.



Film ma swoje zalety, a jedną z nich jest obsada. Jennifer Lawrence miała na koncie kilka filmów, w tym „X-Men: Pierwsza klasa”, oraz nominację do Oscara za „Do szpiku kości”, kiedy ogłoszono, że wcieli się w postać Katniss Everdeen. Początkowo można odnieść wrażenie, że aktorka ma sparaliżowaną mimikę twarzy, ale z czasem widać coraz dokładniej jak dobrze oddaje stan ducha i umysłu bohaterki. Josh Hutcherson występuje w filmach od dziecka, ale rola Peety Mellarka chyba uratowała go przed wizją niebytu. Niby zagrał w znakomitym „Wszystko w porządku”, ale jego filmografia to głównie filmy dla dzieci lub marne horrory. Starał się o rolę Petera Parkera w najnowszym reebocie serii o Spider-Manie, ale na szczęście nie dostał tej roli. Chociaż nie ma zbyt wiele do zagrania i zdecydowanie usuwa się w cień koleżanki z planu, trudno sobie wyobrazić lepszego kandydata do tej roli. Już mam pisać o niewielkiej roli Liama Hemswortha, kiedy dociera do mnie, że mamy do czynienia z doskonałym castingiem. Aktorzy gładko wchodzą w skóry granych przez siebie postaci, a drugi plan jest wręcz upstrzony nazwiskami. Donald Sutherland, Elizabeth Banks, Woody Harrelson, Stanley Tucci a nawet Lenny Kravitz  – ich pamięta się w niemal każdym szczególe.

„Igrzyska śmierci” od strony wizualnej to surowość i design. Kontrast między klasą uprzywilejowaną, a byłymi buntownikami jest bardzo wyraźny. O ile przedstawienie dystryktów nie sprawiało trudności, wyzwaniem było odwzorowanie nie tylko Kapitolu, ale osobliwej estetyki. Kostiumolodzy i charakteryzatorzy mieli spore pole do popisu. Jednak większość wyczekiwała strojów Katniss i muszę przyznać, że twórcy nie polegli w tej materii.



Mimo udanej oprawy wizualnej i obsady, brakowało sprawnego budowania napięcia, kiedy widz i tak wie jakie będzie zakończenie (Collins to nie George R.R. Martin, który nie ma litości dla bohaterów swoich powieści). Poza wątkiem Rue (śliczna Amandla Stenberg), który za każdym razem wyciska ze mnie wiadra łez, trudno pełne zaangażowanie w przedstawianą historię. Niby mamy dramat dzieci zmuszanych do uczestniczenia w barbarzyńskim wydarzeniu, krytykę współczesnych mediów oraz postępującej znieczulicy i ogłupienia. Jednak to nie tylko nie robi wrażenia, ale zaskakuje brakiem jakichkolwiek emocji. Po seansie nie miałam ochoty na powtórną lekturę, a wszystkie części „Igrzysk śmierci” dosłownie połykałam. Widząc zalety nie jestem w stanie ukryć rozczarowania. To był materiał na bardzo dobry i widowiskowy film z niegłupim przekazem.


Pacific Rim (2013), reż. Guillermo del Toro

Tytuł: Pacific Rim
Reżyseria: Guillermo del Toro
Scenariusz: Travis Beacham, Guillermo del Toro
Zdjęcia: Guillermo Navarro
Muzyka: Ramin Djawadi
Obsada: Charlie Hunnam, Idris Elba, Rinko Kikuchi, Robert Kazinksy, Max Martini, Charlie Day, Burn Gorman, Ron Perlman
Czas trwania: 131 minut
Rok produkcji: 2013
Dystrybutor: Galapagos
Ocena: 3.5/6

Pacific Rim (2013) on IMDb(function(d,s,id){var js,stags=d.getElementsByTagName(s)[0];if(d.getElementById(id)){return;}js=d.createElement(s);js.id=id;js.src=”http://g-ec2.images-amazon.com/images/G/01/imdb/plugins/rating/js/rating.min.js”;stags.parentNode.insertBefore(js,stags);})(document,’script’,’imdb-rating-api’);


Nie wierzyłam, kiedy przeczytałam pierwsze zarysy fabuły filmu sygnowanego przez Guillermo del Toro. W końcu wielkie roboty walczące z potworami morskimi brzmi jak totalny kretynizm. Zapomniałam, że reżyser stał za takimi filmami jak dwa filmy o Hellboy’u i „Labirynt Fauna”. Nie dane mi było zobaczyć w kinie tego widowiska – zadziałała siła wyższa. Pewnie bym zapomniała o „Pacific Rim”, ale ciekawość rozbudziła się na nowo – w końcu film zebrał wiele entuzjastycznych recenzji.

Jedno udało się reżyserowi. Po pierwszych minutach zapomina się, że to był teoretycznie kretyński pomysł. Chociaż fabuła jest prosta i do bólu oklepana, to widok jaegerów, monstrualnych robotów, robi niesamowite wrażenie nawet na małym ekranie. To przypomniało mi uprzedzenie wobec „Transformers” Michaela Bay’a, które przerodziło się w zaskakujący mnie zachwyt. O ile film z robotami z kosmosu do dzisiaj dobrze wspominam, tak „Pacific Rim” już nie wzbudza zbliżonego entuzjazmu. Mam przy tym świadomość, że to widowiskowa rozrywka, a nie dramat obyczajowy – jednak Guillermo del Toro to nazwisko, które wzbudza pewien pułap oczekiwań. Trochę łudziłam się na film na miarę „Hellboy’a” lub przynajmniej solidny komercyjny film. Niestety, choć strona wizualna jest ucztą dla oczu, strona merytoryczna wywołuje raczej smutek i lekkie niedowierzanie.


Oto z morskich głębin wyszły potwory, które sieją zniszczenie. Ludzkość nie była przygotowana do walki z takim wrogiem, skoro pierwszego kaiju pokonali po 6 dniach intensywnego ostrzeliwania. W obliczu tak potężnego zagrożenia świat się zjednoczył i zainicjował „Program Jaeger”, który obejmował konstruowanie wielkich robotów sterowanych przez parę pilotów przy użyciu połączenia neurologicznego. W początkowej fazie roboty odnosiły same zwycięstwa, ale pojawiła się nowa generacja, która nauczyła się  z nimi walczyć. Nastąpiła seria porażek i w efekcie program został zamknięty. Świat postanowił ochronić ludzkość za murami, które nie były dla kaiju wielką przeszkodą. Ludzie domagają się powrotu jaegerów. Z tym, że sprawne są tylko 4 egzemplarze, a częstotliwość ataków stale wzrasta. Trzeba podjąć ryzyko i wprowadzić atomówkę tam skąd przyszły.

Już po lekturze powyższego akapitu widać z jakim filmem mamy do czynienia. Wokół idei walki robotów z potworami morskimi ułożono scenariusz, który bardzo gładko wpisuje się w konwencję i jest przy tym workiem wypełnionym po brzegi kliszami. Ogromny budżet sięgający prawie 200 milionów dolarów został w większości spożytkowany na stronę wizualną i efekty specjalne. Pod tym kątem „Pacific Rim” ma dar oczarowywania. Jaegery nie są tandetnymi robotami, a kaiju daleko do potworów znanych z japońskich filmów. Jest mroczno, groźnie i widowiskowo. Dlatego nie dziwi niezbyt opatrzona obsada. Poza Idrisem Elbą próżno szukać pierwszoligowych aktorów. W takich filmach nie oczekuję wyżyn aktorstwa, ale po „Pacific Rim” zostanie mi jedno nazwisko i nie będzie to ani Charlie Hunnam czy Rinko Kikuchi. Po seansie zapamiętałam Manę Ashidę, która wcieliła się w małą Mako. Tak zagrać takie emocje i zachować autentyczność zasługuje na wyrazy uznania. 


Sceny walk byłyby bardziej wciągające, gdyby proces kreowania postaci był bardziej zaawansowany. Raziła pewna stereotypowość, zarówno w kontekście kulturowym jak i zawodowym. Rosyjscy piloci wyglądali jak z radzieckiej kolorowanki, trojaczki sterujące trzyrękim jaegerem są wyjęte z hongkońskich komedii kung-fu. Od razu widać, że te załogi są skazane na stracenie. Kiedy dochodziło do walki brakowało mi pewnego połączenia emocjonalnego, cokolwiek co by mi kazało bać się o efekt końcowy. Powiedzmy sobie szczerze, sam fakt ratowania świata nie sprawia, że film jest wciągający. Świat, który oglądamy na ekranie tak naprawdę niewiele obchodzi. O sile filmu decydują jednostki, które idą w bój by ocalić świat podobny do naszego. Niestety Charlie Hunnam nie ma tej charyzmy choć dobrze mu z oczu patrzy, a wątek Mako jest skandalicznie jednowymiarowy (zemsta i uczucie do głównego bohatera). Jeden Idris Elba nie wystarczy. Zabrakło mi takiego emocjonalnego połączenia z filmem, bo przyłapywałam się na tym, że efektowne i dobrze rozplanowane sceny walk zaczęły być nużące.

Cóż, może „Pacific Rim” nie zdobył mojego serca, ale nie można mu odmówić walorów rozrywkowych i widowiskowych. Zapowiadał się znacznie gorzej, ponieważ pomysł sam w sobie wydaje się być poniżej godności. Jednak del Toro wprowadził do popkultury nowe zjawisko, które ma szanse przetrwać wiele sezonów. Zakończenie filmu nie jest zaskakujące, ale lekko wpasowujące się w konwencję. Przez głowę przeszła mi myśl, że może „Pacific Rim” jest hołdem dla kina i stąd tyle klisz i ogranych motywów, ale brakowało tego „mrugnięcia” do widza, które dałoby mu tę pewność. Może mały ekran to nie to samo co warunki kinowe, ale nie sądzę bym wróciła do tego filmu. Jednak dla jednorazowego seansu warto poświęcić swój czas.

The Avengers/Avengers 3D (2012), reż. Joss Whedon

Tytuł polski: Avengers 3D
Tytuł oryginalny: The Avengers
Na podstawie: „Avengers”, Stan Lee i Jack Kirby
Reżyseria: Joss Whedon
Scenariusz: Joss Whedon
Zdjęcia: Seamus McGarvey
Muzyka: Alan Silvestri
Obsada: Robert Downey Jr., Chris Hemsworth, Mark Ruffalo, Chris Evans, Scarlett Johansson, Tom Hiddleston, Jeremy Renner, Samuel L. Jackson, Stellan Skarsgard
Czas trwania: 142 minuty
Rok produkcji: 2012
Dystrybutor: CDProjekt
Ocena: 5.5/6

The Avengers (2012) on IMDb(function(d,s,id){var js,stags=d.getElementsByTagName(s)[0];if(d.getElementById(id)){return;}js=d.createElement(s);js.id=id;js.src=”http://g-ec2.images-amazon.com/images/G/01/imdb/plugins/rating/js/rating.min.js”;stags.parentNode.insertBefore(js,stags);})(document,’script’,’imdb-rating-api’);


Pomysł by na fali popularności komiksowych adaptacji postawić na ten jeden, który skupi w jednym filmie kilku bohaterów jest jednocześnie piękny i ryzykowny. Zanim „Avengers” weszli na ekrany, wprowadzono do kin postać Kapitana Ameryki – co pokazuje z jak dalekowzrocznym i długofalowym projektem mamy do czynienia. Ryzyko finansowe było ogromne – budżet musiał udźwignąć nie tylko gwiazdorskie gaże, ale i efekty specjalne. Widzowie na całym świecie wyczekiwali premiery, a ich cierpliwość została wynagrodzona. „Avengers” okazał się nadzwyczaj udanym widowiskiem, a gwiazda Jossa Whedona rozbłysła niczym supernova.

Zanim odpalimy płytę z „Avengers” warto zaznajomić się z niektórymi tytułami. Chodzi tutaj o „Iron Man”, „Iron Man 2”, „Captain America: Pierwsze starcie” oraz „Thor”. Dopiero po omawianym filmie należy zobaczyć „Iron Man 3” i „Thor: Mroczny świat”, ponieważ fabuły są ze sobą ściśle powiązane, a spoiwem jest „Avengers”. Oczywiście można zdecydować się na ominięcie podanych tytułów i obejrzenie tylko tego jednego, ale wtedy traci się zbyt wiele niuansów by w pełni cieszyć się seansem. Zasadniczy walor tego filmu to wrażenie oglądania starych znajomych w jednym miejscu. Już znamy ich charaktery, umiejętności, pewne strzępki przeszłości, ale nowym jest zderzenie ze sobą tych indywidualności i sama wizja ich współpracy. Ziemia jak zawsze jest w potrzebie, a w perspektywie jest zmasowany atak z kosmosu. Brzmi niepoważnie, a nawet tandetnie, ale nie w filmie opartym na wizji Jossa Whedona. Patos, który w innym przypadku osiągnąłby wartości krytyczne, zostaje dosłownie zmieciony przez humor. „Avengers” to zabawna jazda na karuzeli, a przede wszystkim dowód na to, że film naszpikowany wieloma wyrazistymi postaciami może się udać. Disney, który jest właścicielem praw do większości bohaterów ze stajni Marvela wygrał, bo był pierwszy. Warner Bros., który z kolei zainwestował w postacie DC Comics z miejsca jest na straconej pozycji – kroki w kierunku stworzenia „Ligi sprawiedliwych” już są postrzegane jako szukanie łatwego i sprawdzonego zarobku.



Osobiście nie miałam styczności z pierwowzorami komiksowymi, co też niespecjalnie mi przeszkadza. Poznawanie bohaterów i ich historii za pomocą filmowych adaptacji nie traktuję jako proces drastycznie zubożony. Tutaj mamy do czynienia z wizjami, która na naszych oczach się poszerzają i w efekcie stykają ze sobą. Tony Stark będzie miał tylko twarz Roberta Downey’a Jr., Thor nie może wyglądać inaczej niż Chris Hemsworth, a Kapitan Ameryka nie pozbędzie się poczciwej twarzyczki Chrisa Evansa. Kto będzie pamiętał, że Hulka grali Eric Bana i Edward Norton, kiedy casting Marka Ruffalo stał się równie zaskakujący co idealny? Wprawdzie nie wszyscy bohaterowie doczekali się własnych filmów (nie wiem czy sama chciałabym oglądać osobne historie Czarnej Wdowy czy Hawkeye’a), to trudno uczynić z tego zarzut – najważniejsi i właściwie najatrakcyjniejsi bohaterowie już wcześniej zostali przestawieni widzom. Piękno „Avengers” tkwi nie tylko w zebraniu wspomnianych postaci oraz dowcipie sytuacyjnym, ale w doborze głównego czarnego charakteru. Loki to jedna najciekawszych, najbardziej tajemniczych i nieprzewidywalnych postaci jakie pojawiły się na ekranach w przeciągu ostatnich lat. Zło przybierające formę poczwarki podróżującej kosmicznym ulem, której credo brzmi „zniszczenie czyni mnie szczęśliwym”, nie wzbudza większych emocji. Jeśli widzimy postać pełną uczuć i sprzeczności i przy tym ludzką pod wieloma względami – zło staje się bardziej namacalne i przerażające.

Film Whedona nie sili się na bycie czymś więcej niż bycie rozrywką w stanie czystym. Bardzo dochodowa kategoria wiekowa jaką jest PG-13 jest jednak niewyczuwalna. Co tu dużo pisać – udany scenariusz naszpikowany dowcipnymi kwestiami, zapierającymi dech sekwencjami akcji i walk, a do tego nawiązania i cytaty, wprost zachwycają. Role główne wydają się być równomiernie rozłożone przez co nie ma się wrażenia wyraźnego faworyzowania. Jednak w tym zbiorze doskonałości i zachwytów nie brakuje elementów niezbyt udanych. Kiedy film schodzi na poważniejsze tony, kiedy trzeba przytemperować ego poszczególnych bohaterów by skłonić ich do współpracy – fabuła zaczyna nieco siadać. Zagrywki, które są proste i niestety przewidywalne trochę psują odbiór. Skoro ten radosny rollercoaster wymyka się porównaniom z tym co dotychczas się widziało, to może trzymać dobry poziom do samego końca. Jednak owe potknięcia nie tylko nie przesłaniają pozytywów, ale szybko odchodzą w niepamięć. Ponieważ nie brakuje powodów dla których warto zobaczyć ten film, a scena Hulka z Lokim jest jedną z wielu.



Trudno ten wpis brać na serio, takie uwielbienie i nikły krytycyzm nawet u mnie wzbudziłby cichy protest. Jednak dla mnie „Avengers” to przykład niemal doskonałego kina rozrywkowego. W mojej definicji filmu doskonałego mieszczą się przypadki do których chce się wracać i trzymać w pogotowiu płytę dvd. Polskie wydanie tego filmu na dvd jest doprawdy rozczarowujące. Wydawcy bardzo perfidnie przekonują widzów na BR, gdzie pakują ogrom dodatków, kiedy na starszym nośniku dodawane jest tyle co nic. W przypadku „Avengers” jest to wręcz rażące, że dopiero okazja w Biedronce (zapłaciłam jakieś 10 zł) skłoniła mnie do nabycia. Spuśćmy jednak zasłonę milczenia na zawartość książeczki, która ewidentnie została napisana przez dziesięciolatka dla pięciolatka.

O sukcesie filmu nie ma co dyskutować skoro za dwa lata zobaczymy „Avengers: Age of Ultron”. Nie zanosi się na to, by aktorzy zmęczyli się granymi przez siebie postaciami. W końcu dla niektórych okazały się być trampoliną do sławy lub też powrotem z okresu niebytu. Istnieje pełna świadomość, że za tym projektem stoi chęć zysku, ale póki to będą dobre filmy, niech karnawał trwa dalej.