2013 · Eran Creevy · film brytyjski · film: 2/6

Welcome to the Punch/Czas zapłaty (2013), reż. Eran Creevy

Tytuł polski: Czas zapłaty
Tytuł oryginalny: Welcome to the Punch
Reżyseria: Eran Creevy
Scenariusz: Eran Creevy
Zdjęcia: Ed Wild
Muzyka: Harry Escott
Obsada: James McAvoy, Mark Strong, Andrea Riseborough, Peter Mullan, David Morrissey, Daniel Mays
Czas trwania: 96 minut
Rok produkcji: 2013
Dystrybutor: Monolith Video
Ocena: 2/6

Welcome to the Punch (2013) on IMDb(function(d,s,id){var js,stags=d.getElementsByTagName(s)[0];if(d.getElementById(id)){return;}js=d.createElement(s);js.id=id;js.src=”http://g-ec2.images-amazon.com/images/G/01/imdb/plugins/rating/js/rating.min.js”;stags.parentNode.insertBefore(js,stags);})(document,’script’,’imdb-rating-api’);



Od momentu wyświetlenia pierwszego filmu powstało tyle scenariuszy, że naturalnym jest świadomość skończoności puli. Jeśli pomysł nie jest najświeższy, a opowiadana historia nie sili się na przebłyski innowacyjności – pozostaje kuszenie obsadą. Prawda jest taka, że nie obejrzałabym „Czasu zapłaty” gdyby nie James McAvoy, ale i jego obecność nie przykryła faktu, że film mnie zmęczył. To już drugi film w dorobku brytyjskiego reżysera. Eran Creevy ma na swoim koncie „Shifty”, który zdobył garść nominacji do BIFY i BAFTA. Jego drugie dzieło nie zdobyło uznania i całkiem słusznie.

Max Lewinsky (James McAvoy) to młody policjant zaangażowany w sprawę schwytania jednego z najbardziej poszukiwanych złodziei, Jacoba Sternwooda (Mark Strong). Był naprawdę blisko schwytania, ale zarobił nie tylko kulkę w kolano, ale i porażkę ciążącą na jego karierze. Po 3 latach nadarza się okazja do zatarcia tamtego niepowodzenia, ale Lewinsky nie jest tym samym gliniarzem. Poza urazem fizycznym (Max regularnie ściąga wodę z kolana) nie uniknął obrażeń natury psychicznej – zmęczony, tłumiący w sobie złość i niezdolny do życia w normalności. Jego partnerka, Sarah Hawks (Andrea Riseborough) nie ma z nim łatwego życia, ale chce z nim pracować. Razem angażują się w sprawę, która okaże się być poważniejsza niż schwytanie arcyzłodzieja.

Andrea Riseborough, James McAvoy

„Czas zapłaty” ma świetny, dynamiczny początek. Pościg skąpany w ciepłych barwach miejskich lamp robi wrażenie. Kiedy akcja przenosi się 3 lata do przodu, dominacja ciepłych odcieni ustępuje miejsca tym zimnym i ponurym. Jednocześnie podskórnie czuć, że to nie będzie udany film i nie mija dużo czasu, kiedy odczucie staje się faktem. Mogę podejrzewać, że Creevy miał ambicje nakręcenia psychologicznego thillera policyjnego. Widać, że konstruując świat bohaterów unikał czerni i bieli, stawiając na kubeł szarości. Miały być dylematy, wątpliwości, ale… to już było. Niesamowita wtórność jaką charakteryzuje się „Czas zapłaty” jest tak niebywała, że staje się jaskrawym przykładem filmu zbędnego. Zupełnie jak „Idy marcowe” George’a Clooneya. Naprawdę szkoda obsady na której tle wyraźnie wyróżnia się Andrea Risenborough. Reszta praktycznie nie podjęła wysiłku.

Czy film miał jakikolwiek potencjał? Niestety nie. Historię na samym starcie można zaliczyć do grona oklepanych do bólu. Stąd finałowa potyczka, która powinna trzymać w napięciu, praktycznie nie rusza. Klapa finansowa tylko potwierdza, że dobre nazwiska nie wystarczą za cały film, a może już nie mają takiego magnesu jakby się wydawało? Szkoda czasu na „Czas zapłaty”, bo przy tylu premierach z pewnością znajdą się lepsze filmy. Zdecydowanie lepiej zobaczyć McAvoy’a w „Transie”, Riseborough w „Niepamięci” czy Stronga w jakiejś innej produkcji. A drugi film Creevy’ego niech przykryje kurz i odejdzie w niepamięć.

Mark Strong
2013 · Danny Boyle · film brytyjski · film: 6/6

Trance/Trans (2013), reż. Danny Boyle

Tytuł polski: Trans
Tytuł oryginalny: Trance
Reżyseria: Danny Boyle
Scenariusz: Joe Ahearne, Jon Hodge

Zdjęcia: Anthony Dod Mantle
Muzyka: Rick Smith
Rok produkcji: 2013
Dystrybutor: Imperial CinePix
Ocena:6/6

Trance (2013) on IMDb(function(d,s,id){var js,stags=d.getElementsByTagName(s)[0];if(d.getElementById(id)){return;}js=d.createElement(s);js.id=id;js.src=”http://g-ec2.images-amazon.com/images/G/01/imdb/plugins/rating/js/rating.min.js”;stags.parentNode.insertBefore(js,stags);})(document,’script’,’imdb-rating-api’);


Do dzisiaj nie obejrzałam „Trainspotting”, jak wiele innych tytułów, które podchodzą pod definicję kanonu filmowego lub chociażby jego gałęzi. To jeden z pierwszych filmów dodanych do gazety „Film”, której już z nami nie ma, a ostatnio sprawdzając wciąż ładnie śmigał. Tak naprawdę o Dannym Boyle’u najgłośniej było za sprawą „Slumdoga. Milionera z ulicy”, ale to „127 godzin” było kinem, które mnie bez reszty zachwyciło. Jednak wybierając „Trans” tak naprawdę wybrałam Jamesa McAvoy’a i otrzymałam wciągające i zaskakujące kino.

Simon (James McAvoy) pracuje w prestiżowym domu aukcyjnym w Londynie. Krótka historia kradzieży dzieł sztuki wyrobiło jedną maksymę: nie bądź bohaterem – żadne dzieło sztuki nie jest warte ludzkiego życia. Jednak złodzieje nie śpią i celem kradzieży staje się „Burza na jeziorze galilejskim” autorstwa Rembrandta. Simon na jedną sekundę zapomina o szkoleniu, by z chwilowego bohatera przemienić się w mężczyznę z urazem głowy. Ten cios okaże się być brzemienny w skutkach, a amnezja okaże się być najmniejszym problemem. Okazuje się, że dzieło Rembrandta nie trafiło do Francka (Vincet Cassel) i jego ekipy – korzystając z zamieszania, nasz bohater musiał położyć na nim swoje ręce. Tylko jak wydusić namiary na grubą forsę od człowieka który nic nie pamięta? Ratunek tkwi w hipnoterapii i podejmuje się jej Elizabeth Lamb (Rosario Dawson).


Ludzki umysł to zagadka, która stanowi doskonały materiał na film. Wystarczy wspomnieć choćby „Incepcję”, gdzie widz zwyczajnie się pilnuje by niczego nie przegapić i jak najwięcej zrozumieć. „Trans” nie jest sztampowym thillerem, gdzie bohater z amnezją ucieka przed bandytami. Podział na dobro i zło jest nielinearny, niewyraźny i bardzo mobilny. Sam fakt, że bohaterowie poddają się hipnozie wzbudza podejrzenie – czy faktycznie mamy do czynienia z rzeczywistością czy też manipulacją. Kto tu naprawdę jest oprawcą, a kto ofiarą? Im bardziej zagłębiamy się w historię, im bardziej jesteśmy przekonani kto za tym wszystkim stoi – to i tak coś nas zaskoczy. 



Podstawą jest scenariusz, rewelacyjny scenariusz. Tak zagmatwać i przestawić z natury prostą historię to jest sztuka. Patrząc na dorobek scenariuszowy Ahearne’a i Hodge’a, to można przypuszczać, że ten pierwszy pobierał nauki u tego drugiego pracując nad „Transem”. Możliwe, że efekt nie byłby taki piorunujący, gdyby nie obsada, reżyseria i montaż, ale scenariusz to podstawa. Dawno nie widziałam tak gęstego pojedynku między trojgiem bohaterów, gdzie granica między jawą, a snem była tak nieoczywista.
Role rozłożono bardziej pod kątem fizyczności, co z jednej strony jest banalne, ale też niepozbawione zmysłu geniuszu. Jeśli dajemy się nabrać na samym początku, pozwalając umieścić swoje postrzeganie w konkretne ramy – punkt dla twórców. Jak nie pomyśleć, że Cassel to zbir, McAvoy szary obywatel, a Dawson zaś łagodna kobieta? Dajemy się nabrać niemal do końca, nawet ostrożnie analizując sytuację, a ja lubię być nabierana, szczególnie w taki sposób.




„Trans” nie zarobił wielkich pieniędzy, co może zastanawiać przy sukcesie „Slumdoga. Milionera z ulicy”, ale nie dziwi kiedy został opatrzony kategorią R. Film jest brutalny, ale nie rażąco. Przekleństwa padają, ale są naturalne. Nagość, szczególnie w wydaniu kobiecym, nie sprawia wrażenia wepchniętego na siłę. Co ciekawsze, jedna scena ma swoje uzasadnienie w fabule. Nie spodziewałam się po nim wiele, ale okazał się być jednym z najlepszych, najbardziej wciągających filmów jakie w tym roku widziałam. Może końcówka lekko zawodzi, ale nie jest w stanie umniejszyć tych prawie dwóch godzin.

1957 · Charles Chaplin · film brytyjski · film: 4.5/6

A King in New York./Król w Nowym Jorku (1957), reż. Charles Chaplin

Tytuł polski: Król w Nowym Jorku
Tytuł oryginalny: A King in New York
Reżyseria: Charles Chaplin
Scenariusz: Charles Chaplin
Zdjęcia: Georges Perinal
Muzyka: Charles Chaplin
Rok produkcji: 1957
Dystrybutor: Galapagos
Ocena: 4.5/6

A King in New York (1957) on IMDb




Chaplin kojarzony przede wszystkim jako komediant w rzeczywistości był człowiekiem oczytanym i pewnym swoich poglądów. Obserwując jego twórczość od zarania po schyłek życia, widać ile myśli chce wszczepić w umysł widza. Nie chodzi o incepcję, ale zachętę. Czasem wali myślą między oczy, czasem też serwuje ją nienachalnie i naturalnie. „Pan Verdoux” był dość monotonnym i męczącym głosem w sprawie państwo, a jednostka pod mianownikiem zabijana. „Król w Nowym Jorku” jest ostatnim typowym filmem Chaplina, wtedy zbliżającego się do siedemdziesiątki. Nakręcona 10 lat później „Hrabina z Honkgkongu” to zupełnie inny produkt z Marlonem Brando i Sophią Loren. Ot zwyczajna opowieść, która zniknęłaby w mrokach niepamięci gdyby nie obsada i osoba reżysera. „Król w Nowym Jorku” jest filmem przyjemnym, trochę nierównym, za to z tym nienachalnym przesłaniem.

W pewnym fikcyjnym państewku wybucha rewolucja, która skończyłaby się linczem na osobie króla Shahdova (Charlie Chaplin). Jednak ów umysł przewidział, że czas opuścić ojczyznę, a ból nędznego losu emigranta z pewnością złagodzi ogołocenie skarbca i wyniesienie planów atomowych. Celem jego wędrówki jest Ameryka, wielka obietnica sukcesu i szczęśliwego życia. Los podsuwa różnych doradców, choćby takich, którzy zawłaszczają skarbiec by cieszyć się nim w Meksyku. W obliczu felernej sytuacji król Shahdov zostają same plany, które próbuje opchnąć Komisji Energii Atomowej. Zostaje jeszcze ambasador Jaume (Oliver Johnston) jako nieodłączny druh, cały Nowy Jork i rachunki za luksusowy hotel.

Oliver Johnston i Charles Chaplin

Tym razem Chaplin gładko przechodzi od komedianctwa do stonowanej obserwacji. Początek jest żywym wspomnieniem dawnej twórczości Chaplina. Mamy serię scenek, których komizm  miesza się z szacunkiem dla kondycji fizycznej Chaplina. Niezwykła gracja, sprawność i mimika przy której łapiemy się na tym, że brakuje wąsów i melonika. Nim się zorientujemy, dostrzegamy co reżyser chce skomentować. Można wyliczać wiele, ale konsumpcjonizm, nowa kultura popularna (jej głośność), kult młodości czy mccartyzm wybijają się na czoło. Wyśmiewanie jest albo łagodne albo uwypuklone, nigdy jednak wulgarne. Ten trochę nierówny film kryje w sobie kilka scen i wątków, które zdecydowanie ożywiają widza. Duża w tym zasługa udanego castingu, bo Chaplin sam by „Króla w Nowym Jorku” nie udźwignął. Gwiazdą bez wątpienia jest Dawn Addams jako Ann Kay – urocza, dynamiczna i przykuwająca uwagę. Ciekawostką jest również udział Sida Jamesa jako Johnson, spec od reklamy. Część może go kojarzyć z serii filmów pod sztandarem „Cała naprzód”. Do osobnej rubryki zaliczyć należy udział Michaela Chaplina w roli Ruperta Macabee. Tak, to syn Charlesa. Mam pewną słabość do rodzinnych występów, ale o pokrewieństwie dowiedziałam się po seansie. Młody Chaplin był wyrazisty i naprawdę dobrze wypadł, co przy takiej dawce kwestii wypluwanej z niemałą prędkością zasługuje na uznanie. 

Charles i Michael Chaplin

Z czym będę kojarzyła „Króla w Nowym Jorku”? Pierwsza myśl kieruje się przy „Be or not to be”, kwestia Hamleta wyrecytowana z dużym zaangażowaniem w dość osobliwych okolicznościach. Drugi wątek jest ściśle powiązany z podążaniem za upływającą młodością. Bo nie ma to jak naciągnąć sobie skórę i pójść na występ komików. Ważnym punktem było podjęcie tematu polityki McCarthy’ego. Jak wiadomo, Chaplin był jedną z ofiar tzw. polowania na czarownice, co skończyło się zakazem wjazdu do USA. Nie tylko wykpił tę procedurę dodając element w postaci węża strażackiego, ale pokazał kim były prawdziwe ofiary.

Zakończenie mogło być tylko jedno, król Shahdov opuszcza Amerykę bez żalu, ale z nowymi znajomościami. Swoją drogą imię króla brzmi jak wymieszanie dwóch słów: shah (król) i shadow (cień). Czyżby określało człowieka ceniącego spokój, a może jest symbolem ludzi zepchniętych w cień? Czy takie doszukiwanie ma w ogóle sens? Najciekawszy okres twórczości Chaplina przypada na lata przed II wojną światową. Kiedy zerwał z postacią włóczęgi, co w piękny sposób uczynił w „Dzisiejszych czasach”, mógł rozwinąć skrzydła i pozbyć się ograniczeń jednej postaci. „Król w Nowym Yorku” to dobre kino jakiego się już nie kręci. Współczesność oferuje nam takich twórców jak Sacha Baron Cohen, który bardziej słynie z przekraczania granic dopuszczalnego smaku, niż z trafnej satyry. W tej sytuacji wolę nie tylko ten film Chaplina, ale też „Pana Verdoux”. Obie produkcje zasilają Kolekcję Charliego Chaplina wydawaną przez Galapagos.

Joan Ingram, be or not to be, Dawn Addams



Za seans dziękuję dystrybutorowi, firmie Galapagos 
2012 · adaptacja · film brytyjski · film: 4.5/6 · Tom Hooper

Les Miserables/Les Miserables. Nędznicy (2012), reż. Tom Hooper

Tytuł polski: Les Miserables. Nędznicy
Tytuł oryginalny: Les Miserables
Na podstawie: „Nędznicy”, Victor Hugo
Reżyseria: Tom Hooper
Scenariusz: William Nicholson
Zdjęcia: Danny Cohen
Muzyka: Claude – Michel Shönberg

Rok produkcji: 2012
Dystrybutor: UIP Polska
Ocena: 4.5/6

Les Misérables (2012) on IMDb(function(d,s,id){var js,stags=d.getElementsByTagName(s)[0];if(d.getElementById(id)){return;}js=d.createElement(s);js.id=id;js.src=”http://g-ec2.images-amazon.com/images/G/01/imdb/plugins/rating/js/rating.min.js”;stags.parentNode.insertBefore(js,stags);})(document,’script’,’imdb-rating-api’);



Uwielbiam musicale, dlatego wieść o przeniesieniu na ekran   jednego z broadway’owskich klasyków i to z doborową obsadą z miejsca wzbudziła mój entuzjazm. Najzabawniejsze jest to, że nigdy nie widziałam tego musicalu, ani nie miałam w rękach powieści Victora Hugo. Jednym słowem nie znałam historii, a w ostatnich czasach do moich uszu dotarły dwie piosenki: „I dream a dream” i „Castle on the cloud”. W takiej sytuacji nie trudno o nieśmiertelny dylemat: „Co pierwsze, książka czy film?”. Postawiłam na to drugiei dane mi było to, co rzadko mi się zdarza, ale często tego szukam – wzruszeń, których nie potrafię ukryć i opanować. Film Hoopera był powszechnie krytykowany, co mnie trochę dziwi, ale tylko trochę. Dużo zależy od oczekiwań, a moje były skierowane w sferę emocji. Tak, płakałam.

„Nędznicy”, już sam tytuł wskazuje, że historia, a raczej sieć ludzkich losów, nie będzie lekką i miłą opowiastką w scenerii porewolucyjnej Francji. Victor Hugo, czołowy reprezentant epoki francuskiego romantyzmu, nie ograniczał swojej działalności tylko na polu literackim. Piętnował niesprawiedliwość społeczną i w tym kierunku układał reformy, czego nie sposób nie dostrzec w w samych „Nędznikach”. Opowieści w której przypadkowy, zwykły gest może odmienić czyjeś życie na lepsze lub skazać go na utratę resztek godności. Przypadki Jeana Valjeana (Hugh Jackman), Fantine (Anne Hathaway), Javerta (Russell Crowe), Cosette (Amanda Seyfried), Eponime (Samantha Barks), Mariusa (Eddie Redmayne) czy Enjorlasa (Aaron Tveit) są tylko ułamkiem wyciętym z morza im podobnych. Może i żyjemy w XXI wieku, ale pewne rzeczy tak bardzo się nie zmieniają.

Hugh Jackman


Musical ma niesamowitą, ostatnio niezbyt docenianą siłę. Jej istotą są treści, emocje przekazywane przy interpretacji piosenki. Utwór musicalowy jest bardzo bliski poezji, gdzie dokonuje się pewne obnażenie wrażliwości, tkwiących emocji. Proza, zwykły dialog nie zawsze oddadzą esencję, perspektywę. Czy warunkiem wywołania katharsis jest doskonały, krystaliczny głos? Niezupełnie, ponieważ niedoskonałość, potknięcie, chwilowy brak tchu potrafią poruszyć mocniej niż czyste dźwięki. Poziom wokalny w „Les Miserables” jest mocno zróżnicowany. W przeciwieństwie do indyjskich produkcji, gdzie prężnie rozwija się gałąź playback singerów, aktorzy śpiewają własnym głosem. Między znanych ze swoich możliwości wokalnych (Hugh Jackman, Anne Hathaway, Amanda Seyfried) i niezbyt lotnych (Russell Crowe, Helena Bonham Carter), znaleźli się aktorzy musicalowi (Aaron Tveit, Samantha Barks). Nie trzeba być znawcą, aby stwierdzić, że część żeńska zdecydowanie góruje nad męską. Jakim zaskoczeniem była niemoc wokalna Jackmana, który ma za sobą miesiące na deskach teatrów musicalowych. Słabsze wykonania nie wpłynęły jednak na odbiór filmu, nawet nie miałam kiedy zastanawiać się nad odwagą Crowe’a by w ogóle zaśpiewać. Przy jednej piosence osiągnęłam szczyty wzruszenia. Niby miałam z tyłu głowy, że Hathaway za bardzo zależało na Oscarze, ale za wykonanie „I dreamed a dream” jej się należał.

Anne Hathaway


Sama opowieść, z perspektywy nowicjusza, który nie liznął nawet zarysu historii, przyciąga uwagę i angażuje na kilku poziomach. Na ile to zasługa umysłu Hugo, inteligencji scenarzysty czy rozmachu wizualnego, że nie wspomnę o aktorstwie – trudno określić. To może świadczyć o zrównoważeniu poszczególnych elementów, a historia po prostu płynie. Widoczna jest pewna teatralność, umowność, ale to jedna z naturalnych cech musicalu – formy, która od kilkunastu lat próbuje zająć miejsce między gatunkami, które wyznaczają trendy w kinie. „Les Miserables” jako film i jako musical naprawdę się udał, a moje obawy były związane z osobą reżysera. Tom Hooper ma już swojego Oscara za „Jak zostać królem”, film, który nie powinien być nawet nominowany. Kalka goniła kalkę i poza kilkoma scenami nadawałby się do zapomnienia. Jednak musical potraktował w pierwszej kolejności jako film, nie wywołując presji na stronę wokalną. Dlatego „Les Miserables” mają swój autorki rys, pewną chropowatość, która przemienia teatralność w autentyczność. Dramaty i dylematy nie są przesadzone, miłości nie takie słodkie, a odwaga nie taka głupia.

Helena Bonham Carter, Isabelle Allen, Sacha Baron Cohen


Nie pozostaje nic innego jak przeczytać książkę i jeszcze raz obejrzeć film Hoopera. Plejada gwiazd tak pięknie skryła się za plecami granych przez siebie postaci, że nie sposób nie docenić tego widowiska. Po seansie krążą myśli, serce rozsadzają emocje. Może nie miałam do czynienia z kinem wybitnym, ale każdy seans, który daje spełnienie mnie jako widzowi, jest wart zapamiętania, opisania i powtórzenia.

2007 · film brytyjski · film polski · film:5/6 · Peter Greenaway

Nightwatching (2007), reż. Peter Greenaway

Tytuł: Nightwatching
Reżyseria: Peter Greenaway
Scenariusz: Peter Greenaway
Zdjęcia: Reinier van Brummelen
Muzyka: Włodzimierz Pawlik
Rok produkcji: 2007
Dystrybutor: Monolith
Ocena: 5/6

Nightwatching (2007) on IMDb

Seans czystego przypadku, kiedy to wzięłam do ręki dodatek do styczniowego numeru „Filmu”. Element obsadowy zwany Martinem Freemanem (tudzież Watsonem i Bilbo Bagginsem) był decydujący i dzięki niemu zobaczyłam film, który długo tkwi w pamięci. Nie chodzi tylko o fakt, że Peter Greenaway pozyskał część funduszy w Polsce (gdzie też odbywały się zdjęcia) w zamian za obsadzenie polskich aktorów, ale główny zachwyt wzbudza teatralność. Gdybym miała pod nosem teatr, to następnego dnia pewnie bym kupiła bilet na spektakl, nie ważne jaki.


Rzecz o Rembrandcie, słynnym holenderskim malarzu i kulisach powstania jednego z jego najbardziej znanych obrazów – „Straż Nocna” (lub „Wymarsz strzelców”). Film Greenaway’a daje ciekawą wizję nie tylko samego malarza, ale interpretacji obrazu, której zbiorcze podsumowanie znalazło się w ostatniej scenie. Główny bohater , grany przez Martina Freemana, to człowiek utalentowany, ale prosty i korzystający z uroków życia. W „Nightwatching” mamy elementy biograficzne, thillerowe i obyczajowe. Dzięki konwencji teatru, cząstki symboliczne stają się bardziej wyraziste i naturalne. Całość urzeka humorem, groteską i smutkiem, choć chwilami potrafi odstręczać. Wielobarwność, kameralność i symbolizm, gęsto ze sobą wymieszane, nadają „Nightwatching” specyficzny nastrój.

Martin Freeman


Film Greenaway’a okazał się jednak porażką. Na tyle dotkliwą, że zbankrutowało wrocławskie studio. Pieniądze zainwestował również PISF, co zaowocowało zaangażowaniem polskich aktorów. Można dywagować nad sensownością wsparcia akurat tego projektu, gdzie fabuła nie posiada istotnego polskiego rysu. Jednak niesamowitą przyjemność stwarza oglądanie polskich aktorów między angielskimi, że te proporcje są nieźle wyważone, a kwestie nie aż tak ubogie. Agata Buzek, Andrzej Seweryn, Rafał Mohr, Maciej Zakościelny, Krzysztof Pieczyński, Elżbieta  Barszczewska i nawet niewymieniony w czołówce, obecnie dość jasno świecące nazwisko, Mateusz Kościukiewicz. Najzabawniejsze, że najsłabiej wypadli ci, po których należy spodziewać się najwięcej. Seweryn, Pieczyński oraz Buzek wypadli zaskakująco blado, kiedy Zakościelny stanowił miłe zaskoczenie. Młody aktor miał w sobie dużo luzu, zaś reszta objawiała pewne skrępowanie, jeśli nie poczucie wyższości.

Greenaway opowiada przede wszystkim o Rembrandcie, kształtując jego obraz na mocy kontrastów. Z jednej strony prosty i jurny mężczyzna, z drugiej artysta świadomy nie tylko siły sztuki, ale odpowiedzialności twórcy. Intryga zawiązana wokół zlecenia, którego efekt przyniesie artyście nieśmiertelność, została bardzo misternie utkana. Każda kolejna nitka prowadzi do jeszcze mroczniejszych sekretów zleceniodawców, których sumienie malarza nie pozwala przemilczeć. Tylko jak je ogłosić światu? Czy język sztuki będzie czytelny dla tych, którzy będą tylko spoglądać na obraz, nieświadomi zupełnie motywów twórcy? Rembrandt mógł wybrać pozę rzemieślnika, wykonać zamówienie zgodnie z życzeniem klientów i wyjść z dołka finansowego. Jednak wkroczył na ścieżkę, która doprowadziła do jego upadku. Prawdą jest, że po ukończeniu tego dzieła zaczęły się problemy malarza, który skończył jako bankrut.

Maciej Zakościelny i inni

Film Greenaway’a jest trochę jak tytułowy obraz – pełen symboli, dwuznaczności i surowości. Przede wszystkim niczego nie upiększa, a raczej podkreśla wszelkie wady i przeciętność. Naturalizm doszedł do takiego pułapu, że film nadaje się do oglądania tylko przez osoby dorosłe. Martin Freeman jest aktorem, który mimo kształtów dalekich od ideału, nie ma problemu z pełnym, a nawet ostentacyjnym obnażaniem (czyżby kolejny punkt wspólny z kolegą Benedictem C.?). Chociaż w sceny wkradają się dłużyzny, to „Nightwatching” jest jednym z najbardziej intensywnym seansem jaki zdarzył mi się w ostatnich miesiącach.

Agata Buzek
2011 · adaptacja · Cary Fukunaga · film brytyjski · film: 3/6

Jane Eyre (2011), reż. Cary Fukunaga

Tytuł: Jane Eyre
Na podstawie: Dziwne losy Jane Eyre, Charlotte Bronte
Reżyseria: Cary Fukunaga
Scenariusz: Moira Buffini
Zdjęcia: Adriano Goldman
Muzyka: Dario Marianelli
Rok produkcji: 2011
Dystrybutor: TIM Film Studio
Ocena: 3/6

Jane Eyre (2011) on IMDb

Pierwszy kontakt z historią Jane Eyre zawdzięczam Franco Zeffirelliemu, kiedy jako nastolatka zobaczyłam jego adaptację z 1996 roku. Jane zagrała Charlotte Gainsbourg, pana Rochestera odtworzył William Hurt i przez lata ta wersja tkwiła w mojej świadomości jak pierwsza miłość. W filmie zachowano balans między surowością, a subtelnością. Do dzisiaj nie przeczytałam książki (niestety, na bibliotekę nie mogłam liczyć w fazie gorących poszukiwań), dlatego nie mam podstaw do porównań między słowem pisanym, a pokazanym. Po latach za klasykę literatury angielskiej wziął się Cary Fukunaga. Wyszedł film ładny, czasem wręcz śliczny, ale zbyt poszatkowany.

Jane to dość wyróżniająca się postać. Przede wszystkim nie jest istotą urodziwą i życie nauczyło ją wartości bycia niezależną. Dlatego nie należy obsadzać pięknych aktorek, które ucharakteryzuje się na szare myszki. Z urodą Mii Wasikowskiej jest ten pozytyw, że jest bardzo plastyczna i nienachalna. Aktorka jest ładna, ale dzięki nietwarzowej XIX wiecznej fryzurze wygląda przeciętnie, chwilami sprawia wrażenie bardzo przygaszonej. Jednak jej Jane, na tle całości, za bardzo się wyrywa poza ramy epoki. A może to złudzenie wywołane przez scenariusz, który poszatkował opowieść czyniąc ją mniej zrozumiałą i bardziej niekonsekwentną? Pokaz slajdów, które zachwycają malowniczością, detalami i kostiumami, zostawia widza z pytaniami, których boi się większość reżyserów: „Dlaczego tak się zachowują?” Moje zdezorientowanie chwilami sięgało zenitu, bo czułam jakbym oglądała streszczenie, a to co istotne zostało przemilczane. Pan Rochester w wykonaniu Michaela Fassbendera jest człowiekiem gwałtownym, okrutnym i apodyktycznym. Jednak jego uczucie do młodej guwernantki było dla mnie zaskoczeniem, nie pasowały do sekwencji obrazów wyreżyserowanych przez Fukunagę. Coś przegapiłam? Chemia między bohaterami jest trudna do zauważenia, chociaż przyłapałam się na myśli, że takiemu Rochesterowi dałabym się maltretować psychicznie. Mowa o aktorach naprawdę dobrych, ale w tym przypadku do siebie niepasujących. O wiele cieplej wspominam Amelię Clarkson, która jako młoda Jane po prostu chwyta za serce.

Jeden z lepszych momentów


Nie określiłabym „Jane Eyre” filmem nieudanym, a raczej niekompletnym i nie oddającym ducha epoki. Można pójść prostym torem i uznać uczucie między panną Eyre, a panem Rochesterem za byt oczywisty i skupić się na treści typu: „och, jak oni się kochają”. Jednak historia opisana przez Charlotte Bronte jest ponad podstawowe love story. W tym wszystkim wątek Riversów wygląda jak przyczepiony na siłę. Nie powiem, Jamie Bell jako młody John Rivers jest bardzo przekonujący w swojej wierze w słuszność skostniałego podziału ról, któremu Jane nie potrafi się poddać. Przez moment zderzenie emocji z rozumem nadawało filmowi sens, ale urwało się zbyt szybko. Z drugiej strony fantazja mocno się trzyma „Jane Eyre” do napisów końcowych. Bo można stracić wzrok w pożarze, ale nie można pozwolić na nadmiar szpetoty. Broda jest najlepszym wytłumaczeniem, że Rochester ma za sobą traumatyczne przeżycia.

Film jest pięknie nakręcony, a muzyka Dario Marianelliego naprawdę urzeka. Jednak to nie przykryje wad scenariuszowych, bo to on jest główną bolączką filmu Fukunagi. Nie trzeba znać oryginału, by wiedzieć, że sama konstrukcja narracyjna ma solidne luki. Nie, nie żałuję seansu. „Jane Eyre” ma swoje dobre momenty, wciąż zamierzam śledzić Mię Wasikowską i zaczęłam uważniej brać pod uwagę konieczność zgłębiania filmografii Michaela Fassbendera. Przyznaję, że liczyłam na więcej, przynajmniej od strony emocjonalnej. A tu ładny pokaz slajdów z chwilami, które przybliżają je do kina.

wymarzony pan Rozchłester



PS. Planuję inne filmowe adaptacje powieści Charlotte Bronte, ale jednak po przeczytaniu książki. Myślę, że powinnam się tego trzymać. Szczególnie, że mam na oku wersję z Ruth Wilson.

2012 · film amerykański · film brytyjski · film: 3/6 · Ridley Scott

Prometheus/Prometeusz (2012), reż. Ridley Scott

Tytuł polski: Prometeusz
Tytuł oryginalny: Prometheus
Reżyseria: Ridley Scott
Scenariusz: Jon Spaihts, Damon Lindelof
Zdjęcia: Dariusz Wolski
Muzyka: Marc Streitenfeld
Rok produkcji: 2012
Dystrybucja: Imperial Cinepix
Ocena: 3/6

Prometheus (2012) on IMDb(function(d,s,id){var js,stags=d.getElementsByTagName(s)[0];if(d.getElementById(id)){return;}js=d.createElement(s);js.id=id;js.src=”http://g-ec2.images-amazon.com/images/G/01/imdb/plugins/rating/js/rating.min.js”;stags.parentNode.insertBefore(js,stags);})(document,’script’,’imdb-rating-api’);

 

Nie widziałam pierwszych filmów z serii „Obcy”. Czwórkę z Winoną Ryder w zasadzie nie ma co liczyć, bo większego wrażenia na mnie nie uczyniła – liczą się trzy filmy na początku, których do dzisiaj boję się zobaczyć. Do tego seria dodawana do „Newsweeka” trafiła bardzo nie w czasie, kiedy moje wydatki były skupione wokół przygotowań do świąt. Dlaczego sięgnęłam po krytykowanego „Prometeusza”? Z jednej strony miałam okazję, z drugiej chciałam zakończyć rok filmowy rasowym science – fiction. Współczesna technologia daje filmowcom niemal nieograniczone możliwości. „Prometeusz” jest ładny, sterylny i monumentalny. Co z tego, skoro ogólne wrażenia podpowiadają jedno słowo – nijakość.

Jest para archeologów, którzy przetrząsają Ziemię w poszukiwaniu klucza łączącego starożytne i odizolowane od siebie cywilizacje. Kolejne odkrycia doprowadzają ich do podróży kosmicznej, której cel osiągają w 2093 roku. „Prometeusz” ląduje na obcej planecie, która powinna skrywać odpowiedzi na nurtujące ludzkość od tysiącleci – kto nas stworzył? Po Ridley’u Scott’cie nie należy się spodziewać wizualizacji piosenki „Bóg kocha mnie, takiego jakim jestem. Cieszy się każdym moim gestem. Alleluja, moja radość mnie rozpiera. Uuuu…” Nie, jest posępnie z łopatologicznie serwowaną filozofią. Sens życia, przemijanie z nutą sentymentalizmu, która gloryfikuje wolę życia. Jednak na pierwszy plan wysuwają się relacje między stwórcą a jego dziełem. Ludzie jako produkt Inżynierów zapominają, że sami nie rozumieją swoich „dzieci”. Nie traktują androidów jak równych sobie, albo wartych szacunku równego sobie. Czego więc tak naprawdę oczekują od swoich „ojców i matek”? Czyż niedaleko pada jabłko od jabłoni?


Obsada „Prometeusza” została ciekawie dobrana. Gwiazdami są bez wątpienia Michael Fassbender (David), Charlize Theron (Vickers), Idris Elba (Janek, od dzisiaj tak na niego mówię) i rozchwytywana Szwedka Noomi Rapace (Shaw). Gdzieś w tle majaczą Tom Hardy Logan Marshall – Green, Sean Harris i inni zapychacze, których się nie chce wymieniać. Cudownym kuriozum jest angaż Guy’a Pearce’go. Ile by ulżyło budżetowi, gdyby wybrano aktora w podeszłym wieku. Gdyby pokazywano Petera Weylanda w retrospekcjach, kiedy był u szczytu młodości i witalności – nie miałabym pytań. A tak dołożyłam kolejny eksponat do kolekcji facepalmów. Mimo wszystko „Prometeusza” ratują dwie osoby, a trzecia cieszy niczym maskotka. Mowa o Fassbenderze i Rapace. Można się domyślić, że posadę filmowego pluszaka zdobył bezapelacyjnie Idris Elba. David Fassbendera, android, jest najbardziej tajemniczą, dwuznaczna postacią w filmie. Trochę dziwny, niepokojący i jednocześnie wzbudzający ciepłe uczucia. Jest trochę jak WALL-E, kiedy ogląda „Lawrence’a z Arabii” i upodabnia się do ulubionego bohatera. Możliwe, że to dobre aktorstwo oraz szukanie w Davidzie człowieczeństwa pociąga widza do bardziej wnikliwej obserwacji tej postaci. W opozycji mamy Elizabeth Shaw, główną bohaterkę, której wola życia oraz niestrudzenie w poszukiwaniu odpowiedzi napędza „Prometeusza” niczym pchła dorożkę. To z jej ust pada stwierdzenie, że to wyprawa badawcza i nie zabiera się broni. Tak, ląduje się na obcej planecie, gdzie z pewnością traktuje się naukowców jak placówki dyplomatyczne. A tak poważniej, to był mój pierwszy kontakt ze szwedzką aktorką i jestem pod wrażeniem. Faktycznie ma w sobie coś z puszczyka, a aktorsko zasługuje na więcej uwagi.

Tom Hardy, Noomi Rapace i Michael Fassbender
Historia opowiedziana w „Prometeuszu” jest dziwna, poszarpana, a końcówka ciągnie się jak guma od majtek. Możliwe, że załapałabym ukryty geniusz filmu po trzecim seansie, ale nie czuję gotowa na takie oświecenie. Zastanawiają mnie stadia rozwojowe obcego. Ile postaci, żywicieli musi stanąć między puszeczką, a gotowym do zabijania dorosłym osobnikiem. Powrót jednego z członków załogi na czterech łapach (nie, nie wrócił z planetarnego pubu w stanie niezdolności utrzymania pionu i gracji) jest jak element układanki z innego obrazka wciśnięty na siłę. Z drugiej strony nie widziałam pierwszych filmów z uniwersum „Obcego”, może tam to zostało wyjaśnione? Przed nami kontynuacja przewidziana na 2015 rok. Inny scenarzysta daje nadzieję, na historię, która potwierdzałaby wysokie ego Ridley’a Scotta. Nie sposób odmówić „Prometeuszowi” rozmachu i potęgi wrażeń wizualnych. Zdjęcia Dariusza Wolskiego świetnie się komponują z muzyką Streitenfelda. Jednak obraz powinien być opakowaniem dla imponującego szkieletu – tutaj mamy skórę majestatycznego lwa nałożonego na kości kota domowego. Ta dysproporcja jest widoczna i potwierdza, że wysoka forma angielskiego reżysera jest przeszłością. Seans „Prometeusza” był w sumie przyjemny, ale realizacja filmu była zbędna.

Czy coś wyniosłam z tych prawie dwóch godzin? Poza miłością do Idrisa Elby i zaintrygowaniem osobą Noomi Rapace, zaczęła na mnie spływać magia uroku i charyzmy Michaela Fassbendera. To już coś. Ale te plusy mogły się pojawić przy innej produkcji.

Janek
2006 · adaptacja · film brytyjski · film: 3.5/6 · Scott Z. Burns

PU-239/PU-239. Połowiczny rozpad Timofieja Bierezina (2006), reż. Scott Z. Burns

Tytuł polski: PU-239. Połowiczny rozpad Timofieja Bierezina
Tytuł oryginalny: PU-239
Na podstawie: „PU-239” (opowiadanie), Ken Kalfus
Reżyseria: Scott Z. Burns
Scenariusz: Scott Z. Burns
Zdjęcia: Eigil Bryld
Muzyka: Abel Korzeniowski
Rok produkcji: 2006
Dystrybutor: Galapagos
Ocena: 3.5/6

Pu-239 (2006) on IMDb(function(d,s,id){var js,stags=d.getElementsByTagName(s)[0];if(d.getElementById(id)){return;}js=d.createElement(s);js.id=id;js.src=”http://g-ec2.images-amazon.com/images/G/01/imdb/plugins/rating/js/rating.min.js”;stags.parentNode.insertBefore(js,stags);})(document,’script’,’imdb-rating-api’);

Lęk przed energią atomową jest powszechny i w pełni zrozumiały. Historia pokazała, że broń atomowa może dokonać wielkich zniszczeń i niczym cień towarzyszyć powolnemu umieraniu. Sama elektrownia nie jest bytem nieskazitelnym. Hasło „Czernobyl” zbyt mocno wrył się w świadomość mas. Mimo to powstają kolejne elektrownie, bo póki wszystko jest w porządku, dostajemy energię bardziej przyjazną środowisku. W pewnym miasteczku gdzieś w Rosji było o krok od poważnej awarii, co stanowi punkt wyjścia do filmu Scotta Z. Burnsa.

Timofiej (Paddy Considine) pracuje sobie w elektrowni atomowej, żyje spokojnie z żoną (Radha Mitchell) i synkiem zafascynowanym motylami. W trakcie zmiany pojawia się ryzyko awarii, której zapobiega nasz bohater. Z tym, że jego poświęcenie nie tylko nie znajduje uznania w oczach dyrekcji, ale skróciło jego życie do kilku dni. Odkrywa, że został oszukany i a akcie desperacji kradnie tytułowy izotop plutonu stosowany nie tylko w energetyce jądrowej, ale też w konstruowaniu broni. Idealny towar do zbycia na czarnym rynku, a najbliżej i najpewniej jest w Moskwie. W stolicy Rosji rozwija się drugi wątek, w moim odczuciu bliższy życia i oderwany od patosu. Obserwujemy Shiva (Oscar Isaac), niezbyt rozgarniętego kryminalistę, który w gruncie rzeczy został nim z konieczności i marzeń o szybkich pieniądzach. W tej sekwencji odzywa się duch filmów w stylu Guy’a Ritchiego w dobrym tego słowa znaczeniu. Tylko czekać, kiedy ścieżki coelhowoskiego Timofieja i gangsterskiego Shiva się połączą, bo do tego zmierza cała historia.

Paddy Considine i Radha Mitchell

Dlaczego coelhowski Timofiej? Stojąc w obliczu rychłego zejścia z tego świata, bohater nie szczędzi widzowi egzystencjalnych prawd. Z jednej strony nie należy się temu dziwić, ale było w tym zbyt dużo patosu. Na szczęście wątek drugiego bohatera nadaje historii wigoru i odrobinę czarnego humoru. Najmocniejszym punktem ich krótkiej, ale intensywnej relacji jest ojcostwo. Obaj żyją  z myślą o swoich potomkach, która motywuje ich do naprawdę desperackich decyzji. Choćby nie wiem jak się starali, świat pokazuje im środkowy palec. O ile w przypadku Shiva to zwykły pech, u Timofieja kluczem staje się sumienie.

Obrazy Moskwy to jasny punkt filmu, który stara się równoważyć bardziej filozoficzną stronę opowieści. Powaga połączona z farsą, zdaje się być dobrze wyważona, ponieważ szybko zapomina się o smętnych monologach Timofieja. Widoki może czasem nieco tendencyjne, dobrze oddają charakter losowości i potęgi sukcesu. Komizm sytuacji ociera się nie tylko absurd, ale dobór charakterów do profesji. Patrzymy na ten świat jakby został odbity w nieco przekrzywionym zwierciadle, które uwypukla to co niewygodne z głupotą i chciwością na szczycie. 

Film Burnsa nie kładzie jednak na kolana. W pewnym momencie akcja zaczyna siadać i wywoływać znużenie. Zakończenie stara się wyrwać z utartych schematów, ale tym samym pozostawia widza z postanowieniem znalezienia w nich sensu. Może po prostu żyjemy od przypadku do przypadku i nie wszystko ma swój z góry określony cel i przeznaczenie. Nie zawsze można być kowalem swojego losu, ale do ostatnich chwil warto się starać i próbować.

Melanie Thierry i Oscar Isaac
Film obejrzałam dzięki firmie Galapagos.
2011 · film brytyjski · film: 4/6 · Tanya Wexler

Hysteria/Histeria (2011), reż. Tanya Wexler

Tytuł polski: Histeria
Tytuł oryginalny: Hysteria
Reżyseria: Tanya Wexler
Scenariusz: Jonah Lisa Dyer, Stephen Dyer
Zdjęcia: Sean Bobbitt
Muzyka: Gast Waltzing
Rok produkcji: 2011
Dystrybucja: Hagi
Ocena: 4/6



Jeszcze nie tak dawno można było oglądać historię o miłości z viagrą w tle. Tak, mowa o „Miłości i innych używkach” z Jake’em Gyllenhaalem i Anne Hathaway. Dlaczego nie nakręcić czegoś podobnego, sięgając ku początkom wibratora? Oglądając zwiastun można było dojść do wniosku, że film może się udać lub zupełnie nie wypalić. Temat został potraktowany z przymrużeniem oka, co też zaowocowało zgrabną i miejscami rozbrajającą komedią.

Mamy lata 80. XIX wieku. Młody lekarz Mortimer Granville (Hugh Dancy) nie próżnuje, nieustannie zmienia miejsce pracy z powodu konfliktów ze starszą generacją medyków. On, przepełniony współczesną wiedzą, nie potrafi pracować pod okiem zacofanych lekarzy, którzy najchętniej leczyliby tabletkami Beekmana. Rozżalony skarży się swemu ofiarodawcy, Edmundowi St. John – Smythe’owi (Rupert Everett) i jednocześnie miłośnikowi nowinek technicznych, na swoje położenie. Cóż, pozostaje mu praktyka u boku zamożnego doktora i po wielu rozmowach trafia pod skrzydła dr Roberta Dalrymple’a (Jonathan Pryce). Problem w tym, że ów doktor specjalizuje się w leczeniu histerii, a lekarstwem jest… ręczne zadowalanie pacjentek.
Rękodzielnik w służbie zwiędłych histeryczek w akcji
 
Doktor Dalrymple ma dwie córki. Młodsza Emily (Felicity Jones) to wzór cnót i marzenie każdego rodzica. Śliczna, posłuszna, gra na fortepianie i nie zaprząta sobie głowy zdobywaniem prawdziwej wiedzy (bo frenologia się do niej nie zalicza). Co innego starsza Charlotte (Maggie Gyllenhaal), która swoją energię pożytkuje jako sufrażystka i społecznica. Dwie siostry, jakie przeciwieństwa. Między nimi młody, niezbyt rozgarnięty Mortimer, którego chlebodawca swata ze swoją młodszą latoroślą. Znamienita jest scena na ławeczce, gdzie nasz bohater oświadcza się Emily, co też podsumowuje jakże romantycznym stwierdzeniem: „no to załatwione”. Cóż, wizja przejęcia praktyki oraz spędzenia reszty życia z uroczą Emily nie zmienia faktu, że zaspokojenie połowy Londynu nie obędzie się bez komplikacji. Czas na cuda techniki. 
Bałam się, że połączenie tematu z lekką komedią romantyczną nie wypali. Z drugiej strony metoda leczenia aż się prosi o humorystyczne potraktowanie. Można się śmiać, ale histerię wykreślono z listy chorób dopiero w 1952 roku. Objawy łagodne takie jak nimfomania, oziębłość, melancholia czy lęk dały się ponoć łatwo leczyć. Cięższe przypadki pakowano do szpitali, gdzie często usuwano macicę. Świat poszedł ostro do przodu w ciągu ostatnich 50 lat, ale na przełomie XIX i XX wieku nie było tak zabawnie i romantycznie.
Felicity Jones
 
Ruch sufrażystek tym razem nie został potraktowany kpiącym uśmieszkiem twórców. Może stoi za tym fakt, że reżyserem jest kobieta? Nie zagłębiałam się w historię oraz metody walki ruchu sufrażystek, ale nie podoba mi się pokazywanie tego zjawiska jako czegoś między cyrkiem a galerią osobliwości. Charlotte jest temperamentną sufrażystką, ale przede wszystkim altruistką znajdującą spełnienie w pracy na rzecz innych. Taki obraz, choć pewnie trącący idealizmem, jest bardziej kroplą w morzu.

Nie zapominajmy, że „Histeria” to przede wszystkim rozrywka, która humorystycznie i na poziomie odkrywa przed widzami ciekawostki sprzed ponad 100 lat. Jak wiadomo, wibrator jest bardzo popularną zabawką erotyczną, a jeszcze na przełomie XIX i XX wieku był sprzedawany za pośrednictwem katalogów dla gospodyń. Między znakomitymi dialogami, dobrą grą oraz świetną scenografią i kostiumami wkradła się fałszywa nuta. Ja wiem, że Anglicy kochają swoich monarchów, ale ten epizod wycięłabym już na poziomie scenariusza. A tak „Histeria” okazała się być przyjemnym filmem, zdolnym do wydobycia ze mnie głośnego śmiechu.

Pryce, Everett i Dancy

Film do obejrzenia na iplex.pl
2005 · film amerykański · film brytyjski · film: 5.5/6 · Hans Canosa · przeniesione z bloxa

Conversations with other women/Rozmowy z innymi kobietami (2005), reż. Hans Canosa

Tytuł polski: Rozmowy z innymi kobietami
Tytuł oryginalny: Conversations with other women
Reżyseria: Hans Canosa
Scenariusz: Gabrielle Zevin
Zdjęcia: Steve Yedlin
Rok produkcji: 2005
Dystrybutor: Vitra Film
Ocena: 5.5/6


Po serii obrzydliwej komercji moja uwaga skierowała się na bardziej kameralne kino. Tfu, totalnie kameralne. Obsada już nie tak bardzo niszowa, ale trafiłam film, którego długo nie będę potrafiła zapomnieć. Może będzie bardziej czytelny i zrozumiały dla ludzi z niemałym bagażem doświadczeń, ale do mnie trafił bez większych problemów. Myślę, że wystarczy wola zrozumienia drugiego człowieka i przyjęcie do wiadomości, że nasza wizja świata czy norm postępowania nie jest jedyną i słuszną. Uwielbiam przegadane filmy, a „Rozmowy z innymi kobietami” to kawał świetnego kina dialogu.

Ona (Helena Bonham Carter) jest siódmą druhną na ślubie, sprowadzoną w ostatniej chwili. On (Aaron Eckhart) zaś bratem panny młodej, który zagaduje znudzoną nieznajomą. Nie tak do końca nieznajomą, kiedyś byli w sobie zakochani i stali się małżeństwem. Jednak po drodze wszystko się rozsypało, a ona uciekła do innego kraju bez słowa. Teraz po latach wspominają stare czasy, wyjawiają obecne, a to wszystko opakowane w niebanalnych dialogach. To one są równorzędnym bohaterem dla dwojga bohaterów, to one przykuwają uwagę do późnych godzin nocnych. To one sprawiły, że lekko zmęczona zaczęłam oglądać, a przy napisach końcowych nie było mowy o spaniu.
„Rozmowy z innymi kobietami” wyróżniają się specyficznym montażem. Jednych może wkurzyć i doprowadzić do bólu głowy, innych zaciekawić i potraktować jako inny środek wyrazu. Przez większość filmu ekran podzielony jest na dwie części. Czasem jest ta sama scena z perspektywy dwóch kamer. Czasem na drugiej połowie widać retrospekcje, wspomnienia z przeszłości odpowiadające aktualnej linii dialogowej. Przyznam, że z początku miałam problem z podzielnością uwagi: dwa obrazy i napisy, ale dość szybko przystosowałam się do osobliwego montażu. Już spotkałam się z podobnym zabiegiem i to nie tak dawno. Z tą różnicą, że pojawił się na kilka minut i pokazywał rzeczywistość oraz iluzję bohatera. Tak, piszę o „(500) days of Summer” i scenie w której Tom idzie na przyjęcie do tytułowej bohaterki. Jednak taki zabieg może być męczący dla osoby, która rzadko ogląda filmy z napisami, chyba, że natrafi na wersję z lektorem.
Co mnie skłoniło do włączenia akurat tego filmu? Aaron Eckhart i tylko on. Dotychczas widziałam go jedynie w „Życiu od kuchni”, gdzie był cudowną przeciwwagą dla smętnej i denerwującej Catherine Zeta – Jones, oraz w „Mrocznym rycerzu” – jego rola była dla mnie totalną niespodzianką. W moich oczach przyćmił nie tylko Christiana Bale’a (który ostatnio boi się słońca i ląduje w cieniu kolegów z planu), ale też Heatha Ledgera. Australijczyk był kapitalny jako Joker, ale peany na cześć tej roli znajdowałam nawet w lodówce. Harvey Dent praktycznie był przemilczany w recenzjach, ale po seansie wiedziałam, że Aaron jest niemal geniuszem. Potrafi wyrazić tak wiele i tak sugestywnie, nie popadając przy tym w banał. Nie zawiodłam się na nim w „Rozmowach z innymi kobietami”, dalej był realny i bezbłędny. Gra jakby była to dla niego pestka i to się po prostu czuje. Powoli dojrzewa we mnie wola zobaczenia „Czarnej Dalii” Briana De Palmy, którą wyłączyłam po kwadransie.
A Helena? Kiedyś była jedną z tych aktorek, obok których nie dało się przejść obojętnie. Jej nazwisko w obsadzie skutkowało przemożną chęcią obejrzenia filmu. Jednak od czasu uformowania się trójcy filmowej Burton – Depp – Bonham Carter jej notowania znacznie opadły. Jednak nie oznacza to, że unikam jej jak diabeł wody święconej. Po „Rozmowach z kobietami” stwierdziłam, że miło się ją ogląda z dala od mężowego teatrzyku. Trudno mi było wyobrazić sobie inną aktorkę na jej miejscu. Kiedy się uśmiecha – wygląda jak wiedźma, ale stanowiła godną partnerkę dla Eckharta. Nawet lubię jej nieco niechlujny wizerunek, ale ciekawa jestem jak by wypadła jako wypindrzona kobieta z klasą.
„Rozmowy z kobietami” to jeden z tych filmów, który przynosi jedno wspaniałe uczucie – dobrze wykorzystanego czasu. Dla miłośników dobrych dialogów jako równorzędnego bohatera – pozycja warta polecenia. Pozycja jest dostępna na iplex.pl
Aaron Eckhart i Helena Bonham Carter
Data publikacji: 23 lutego 2010
Korekta: Literówki, powtórzenia i wygładzenie stylu.
Uwagi: Wspomnienia niemal jak żywe. To o czymś świadczy.