Miłość nie jest lekarstwem na wszystko. Po seansie „Zanim się pojawiłeś”.

Przy okazji przemyśleń po seansie filmu „Gwiazd naszych wina” poruszyłam wątek pewnego schematu. Jeśli macie na liczniku trochę filmów to z pewnością zauważyliście, że to dziewczyna jest częściej tą chorą i umierającą, a chłopak niesie jej radość i miłość. Adaptacja powieści Johna Greena wprowadzało pewną równowagę, ponieważ oboje są ciężko chorzy. Jednak trzeba było się wysilić by znaleźć trochę tytułów będących odwrotnością, gdzie ona będzie tą iskierką. Dlatego nie mogłam nie zwrócić uwagi na „Zanim się pojawiłeś” Thei Sharrock, gdzie sparaliżowany Sam Claflin uśmiecha się do słodkiej Emilii Clarke. Nim się obejrzałam, nie mogłam się doczekać seansu. Zwyczajnie potrzebuję takich filmów przy których choć trochę się wzruszę. Czytaj dalej

Jednak nie #WSZYSTKOGRA

Wprawdzie polskie kino nie jest zainteresowane widzami takimi jak ja, ale to nie znaczy, że ta niechęć będzie odwzajemniona. Z jakiegoś powodu zainteresowałam się nowym filmem Agnieszki Glińskiej mimo nie najlepszej reklamy w postaci klipu do piosenki „Ale wkoło jest wesoło”. Polski film muzyczny to rzadkość, że sam w sobie musi wzbudzić zainteresowanie – przynajmniej moje. Jeśli dodać do tego nazwiska zasilające obsadę oraz listę wykorzystanych i zaśpiewanych na nowo przebojów, zwyczajnie chce się zaspokoić ludzką, niepokorną ciekawość. Po seansie mogłam bez cienia wątpliwości stwierdzić, że to był bardzo zły film. Czytaj dalej

Nie jesteś aż taki cool Mr. Deadpool.

Jedną z najbardziej wyczekiwanych premier kinowych, a szczególnie tych bazujących na oryginale komiksowym jest „Deadpool” Tima Millera. Patrząc na dorobek reżysera można przecierać oczy ze zdumienia, ale jak się nieco wgłębi w temat filmu to poszczególne elementy składają się w całkiem logiczną całość. Jedyną twarzą filmu jest Ryan Reynolds, który tak wczuł się w postać Wade Wilsona aka Deadpool, że można snuć fantastyczne teorie, że właśnie na Kanadyjczyku oparto tę postać. Reynolds równa się Deadpool, co ma swoje dobre i złe strony. Jak wiadomo, kwestie Deadpoola w kaszaniastym „X-Men: Geneza Wolverine”, były w dużej mierze autorstwa samego aktora. Reynolds aktywnie podszedł do procesu produkcji omawianego filu. Dostaliśmy właśnie taki radosny twór, ale im bliżej napisów końcowych to jakoś nie byłam w stanie przed samą sobą ukryć rozczarowania. Przecież byłam dobrym targetem dla tego filmu. Czytaj dalej

„Gwiezdne Wojny: Przebudzenie mocy” – powrót do korzeni i młode pędy.

W dniu premiery zasiadłam sobie w fotelu kinowym z niemałą ulgą. Jeden z najbardziej wyczekiwanych filmów o których nie chce się nic wiedzieć przed seansem. Możliwe, że miałam trochę szczęścia, bo do tego momentu nie natknęłam się nawet na okruch pozwalający zidentyfikować największy i zarazem najsmutniejszy spoiler tego filmu. Nie odgradzałam się specjalnie od wirtualnego świata, nawet pokusiłam się o manewry hazardzisty. Doszłam do wniosku, że świat solidarnie zamilkł aby Ci, którzy wciąż czekają na premierę nie stali na przegranej pozycji. Jednak kolejne posty i wpisy udowadniały mi moje szczęście, bo siedząc wygodnie na czerwonym fotelu czekałam na powrót do świata, który tak pokochałam w dzieciństwie.

Ostrzeżenie producenta: tekst może zawierać śladowe ilości spoilerów

Czytaj dalej

„Spectre”, czyli zemsta w skrajnie niskiej temperaturze.

Żyję na tym świecie nie od wczoraj, ale dopiero 24. film z serii o agencie 007 był pierwszym obejrzanym w kinie. James Bond towarzyszy mi odkąd pamiętam, obejrzałam chyba wszystkie filmy. Z drugiej strony co się dziwić – seria zajmuje stałe miejsce w światowej popkulturze. Szczególnie to widać w sali kinowej miasta, które wyprodukowało śmigłowiec pojawiający się w „Tylko dla twoich oczu” z Rogerem Moore. Żadne filmy od Marvela nie przyciągnęły takiej widowni jak „Spectre”, a ja miałam okazję znów poczuć jak to jest być częścią wielkiej widowni. Kiedy ogłoszono Daniela Craiga jako kolejnego odtwórcę kultowej postaci, znalazłam się w obozie entuzjastów tego wyboru. To była zapowiedź czegoś innego, bardziej przystającego do naszych czasów. Jednak Bond pozostaje Bondem i pewnych rzeczy się nie przeskoczy, ale czy tak bardzo musi o tym przypominać? Czytaj dalej

Nieracjonalny mężczyzna, czyli Woody Allen ponownie w oparach zbrodni i kary.

Filmy Woody’ego Allena albo się lubi albo nie. Nie twierdzę, że nie ma stanów pośrednich, ale przy tak wyrazistej, dającej się z miejsca przyporządkować pod jeden mianownik twórczości – bardzo często dochodzi do skrajności w postawie odbiorców. Moja przygoda z Allenem zaczęła się dzięki filmowi „Klątwa skorpiona” z 2001 roku i w tamtym czasie nadrobiłam część z jego starszej filmografii. Nie potrafię powiedzieć co tak naprawdę urzekło mnie w tym filmie, co było tą iskrą zapalną, która popchnęła mnie w rejony jego kina. W każdym razie na mapie kina znalazłam przystanek, który niezwykle mi odpowiadał. Od jakiegoś czasu Allen regularność premier niekoniecznie idzie w parze z jakością. Urosło nawet przekonanie, że wychodzi mu co drugi film – co chwilami bywa prawdą. „Nieracjonalny mężczyzna” wywołam u mnie raczej mieszane uczucia. Czytaj dalej

Szable, owce i pianina, czyli czego potrzeba kobiecie mieszkającej „Z dala od zgiełku”.

Raz na jakiś czas na horyzoncie pojawia się nowa twarz, która wyhodowana na gruncie europejskim (ale nie angielskim) zaczyna pojawiać się w zachodnim kinie anglojęzycznym. Mieliśmy Noomi Rapace, Alicię Vikander, Joela Kinnamana czy Madsa Mikkelsena. Od niedawna nie sposób nie zauważyć Belga o dość trudnym do zapamiętania nazwisku – Mathhias Schoenaerts. Idąc śladem jego filmografii nie da się ominąć najnowszą adaptację powieści Thomasa Hardy’ego. Z miejsca się przyznaję, że nie miałam styczności z dorobkiem brytyjskiego pisarza i seans był dla mnie totalną niewiadomą. Nawet gdybym chciała w tempie ekspresowym przeczytać „Z dala od zgiełku” to zasoby miejscowej biblioteki nie przewidziały takiej potrzeby. A szkoda, bo ciągnie mnie teraz w stronę lżejszej klasyki. Wracając do filmu wyreżyserowanego przez Thomasa Vinterberga, dawno mi się tak dobrze nie oglądało filmu kostiumowego, a przecież nie brak mu punktów do wytknięcia. Czytaj dalej