Kategoria: kinogadanie

Kinogadanie: Książki, które zobaczyłabym na ekranie.

Pisanie tylko recenzji to forma tyle bezpieczna co z czasem trochę nudna. Z niemałą zazdrością spoglądałam na innych blogerów, którzy są w stanie tworzyć różnorodne zestawienia. Ja nie ufam swojej pamięci, zawsze mam wrażenie, że zapomniałam o ważnych nazwiskach czy tytułach. A zestawienie w takim przypadku będzie niekompletne, czyli bezwartościowe. A teraz się tak tym nie przejmuję, najwyżej zrobi się wpis uzupełniający i tyle. Dzisiaj moje myśli wędrowały między książkami i filmami. Jeszcze 3 lata temu literaturę wręcz połykałam, dzisiaj niespecjalnie mam na nią ochotę. Zadałam sobie pytanie, adaptacje których książek i serii chętnie bym obejrzała. Wydawnictwa literackie nie ukrywają, że film daje książce drugie życie. Przeglądając listy przeczytanych powieści widzę, że przydałoby mi się częściej sięgać po tytuły wyższych lotów, ale nie jest tak tragicznie.


„Pieśni Hyperiona”, Dan Simmons

Na serię składają się 4 powieści, z których przeczytałam pierwsze dwie: „Hyperion” i „Upadek Hyperiona”. To było niesamowite doświadczenie, które wyśrubowało moje oczekiwania względem innych powieści. Ten niewątpliwy klasyk SF jest też materiałem trudnym do przerobienia i wymaga dużego budżetu szczególnie w drugiej części tej tetralogii. Jakiś czas temu ogłoszono, że Bradley Cooper bierze się za pisanie scenariusza, a jeszcze wcześniej chodziły pomysły by połączyć dwie pierwsze powieści w jeden film. Zdaję sobie sprawę, że te powieści są trudne do zrealizowania, ale wierzę, że jakiś geniusz napisze taki scenariusz, że wytwórnie chętnie otworzą swoje portfele.

„Ruda sfora”, Maja Lidia Kossakowska

Tej autorki nie trzeba przedstawiać. Dzięki niej polubiłam opowiadania, ale to „Ruda sfora” wywarła na mnie ogromne wrażenie. Z początku nie mogłam się przez nią przebić, a na koniec zarwałam noc zapłakana i zasmarkana. Historia została oparta o mitologię jakucką, ale jest bardzo uniwersalna. Nie widzę tego materiału w polskiej realizacji, a wątpię też by ten w sumie smutny materiał z tylko pokrzepiającym zakończeniem znalazłby odpowiednie środki na realizację.

„Wroniec”, Jacek Dukaj

To jedyna powieść tego autora, którą przeczytałam. Jestem pod wrażeniem jak pisarz przefiltrował rzeczywistość stanu wojennego przez pryzmat dziecka. Dawno nie delektowałam się tak językiem polskim jak w tej książce. Ilustracje Jakuba Jabłońskiego dopełniały baśniowy klimat książki. Niestety, historia należy do tych hermetycznych, która dotrze do osób, które mają pojęcie o stanie wojennym. Osobiście uważam, że jedyna sensowna adaptacja to film animowany.

„Jesienne ognie”, Waleria Komarowa

To było wielkie zaskoczenie. Tu jest dosłownie wszystko: wyraziści bohaterowie, historia z mocnym, bogactwo nadnaturalnych stworzeń finałem oraz ten trudna do uchwycenia rosyjska dusza. Myślę, że z powodzeniem może zostać zrealizowana w Rosji, pod warunkiem, że wcześniej zamknie się Bekmambetowa w mrocznych i niedostępnych lochach.


„Łabędź i złodzieje”, Elizabeth Kostova

Do dzisiaj nie przeczytałam „Historyka” tej autorki, ale „Łabędź i złodzieje” było niesamowitym przeżyciem. To opowieść o sztuce i obsesji pełna niesamowicie plastycznych opisów. To doskonały materiał na film, który bez problemu powinien zainteresować większe studio filmowe. Podczas pisania scenariusza trzeba zachować intensywne emocje i uczynić obsesję bohatera jak najbardziej przekonującą. Już w trakcie czytania widziałam Roberta Olivera jako Erica Banę, a rzadko zdarza mi się wyobrażać przyszły casting.

„Buba”, Barbara Kosmowska

Film, który można bez problemu zrealizować w polskich realiach, bo to świetna i zabawna seria młodzieżowa. Bohaterką jest licealistka Buba, której przypadło mieszkać z rodziną odstającą od normy. Fabułę wypełnia galeria nietuzinkowych i wyrazistych postaci z matką dziewczyny na czele. Z drugiej strony w Polsce nie kręci się zasadniczo filmów dla dzieci i młodzieży, a drobne wyjątki są niczym kropla w oceanie.

„Cień wiatru”, Carlos Ruiz Zafon

Pamiętam jak spieszyłam się do domu tylko dla tej książki. Niesamowity pełen grozy i poezji nastrój wymieszany z cudownym językiem uwiódł mnie bez reszty. Powieść aż się prosi o przeniesienie na ekran i wciąż mnie dziwi, że nie poczyniono kroków w tym kierunku.




„Niecni dżentelmeni”, Scott Lynch

Świetny debiut Scotta Lyncha powalił mnie na łopatki. Locke Lamora to genialny oszust, któremu nie brakuje finezji i humoru. Do dzisiaj wydano 3 części serii, która zadziwia konstrukcją, pomysłowością i różnorodnością. Pierwszy tom rozgrywa się w mieście przypominającym Wenecję, drugi częściowo rozgrywa się na morzu, a trzeciego jeszcze nie czytałam. Całość aż się prosi o przerobienie na filmy.


Seria o królu Arturze, Bernard Cornwell

O królu Arturze powstało wiele filmów, ale wizja Cornwella jest naznaczona surowością i realizmem. Sposób realizacji nie odbiegałby od „Gry o tron” od HBO, a od kilku dni nie widzę innego Artura niż Chris Hemsworth. 






Jeśli moja „lista życzeń” nie doczeka się realizacji, nie zamierzam płakać czy szczękać zębami ze złości. Pogdybać i pomarzyć to ludzka rzecz. Pewnie sami macie swoje typy, które aż proszą się o adaptację filmową. Mam nadzieję, że podrzucicie kilka interesujących tytułów. 

Kinogadanie: Pierwszy seans bollywoodzki

Między recenzyjkami warto czasem rzucić coś luźnego, ale wciąż stykającego się z dziesiątą muzą. W szkole byłam niezła w wypracowaniach, a najlepiej się wyżywałam w tzw. tematach wolnych. Od szkolnych czasów minęło dużo czasu, a głównie blogowanie podtrzymuje jakąś umiejętność wyrażania się za pomocą słowa pisanego. Dzisiaj postanowiłam powspominać bardzo istotny dla mnie etap kinomaniaczenia – odlot na punkcie kina indyjskiego. Tak, swego czasu oglądałam tylko produkcje z kraju Gandhiego w ilościach hurtowych. Kto tutaj zagląda ten wie, że ten etap w głównej mierze minął. Nie oglądam już tyle co kiedyś, nie recenzuję za dużo bollywoodów, ale wciąż szukam dla siebie ciekawych filmów.

Trochę przeznaczenie, trochę też determinacja. Kiedyś istniało sobie pismo „Nowy dzień” i dodatkiem walentynkowym było osławione „Czasem słońce, czasem deszcz” Karana Johara. To był dokładnie 14 lutego 2006 roku. Obleciałam większość punktów prasowych, aż wreszcie trafiłam na ostatni egzemplarz. Dlaczego mi tak zależało? Ciekawość płynąca z egzotyki i chęć poznania czegoś innego. Czy jeszcze tego samego dnia zasiadłam do oglądania? Niestety nie, ponieważ w moim komputerze miałam jedynie odtwarzacz cd. Jednak w kwietniu miałam urodziny i sprezentowałam sobie nagrywarkę dvd. Zanim sięgnęłam po K3G (tak skrótowo mówi się o filmie) rozpoczęłam eksploatację nagromadzonego kapitału jakim były filmy dodawane do gazet. Nie pamiętam dokładnej daty, kiedy mój wybór padł na przedmiot dzisiejszego wpisu. Chyba maj, piątkowy upalny wieczór.
Moja wiedza o charakterze, konstrukcji i specyfice tamtych produkcji była godna Kononowicza – zerowa w swej najczystszej i szlachetnej postaci. Machnęłam ręką na fakt, że do wyboru jest tylko lektor i odpaliłam płytkę. Poszłooo! Seans można podzielić na kilka etapów: WTF? Jakie to fajne, skąd u diabła te piramidy? Jak oni płaczą, mam tylko pół filmu??! Jaka ona brzydka, jak on tańczy i ostatni: muszę zobaczyć to jeszcze raz i kolejny raz. To tak w skrócie.

W środku Kareena Kapoor

WTF? To efekt niezrozumienie wszystkich kwestii lektora (nie miałam wtedy aparatów słuchowych), a dotychczasowe doświadczenia nie przygotowały mnie na taką karuzelę jaką jest K3G. Dosłuchać się egzotycznych imion jak Rahul, Rohit, Anjali, Pooja to było wyzwanie. Do tego ceremonie religijne i sceny z gatunku „jesteśmy jedną kochającą się rodziną” wprawia w zdumienie i zaciekawienie. Oto ze szkolnych wojaży powraca Rohit (Hrithik Roshan), wita się z babciami i jedna przypadkiem wspomni jego starszego brata z którym wiąże się smutna historia. I mocno skupiona na chłonięciu wszystkich nowości i półgłucha z pewnym opóźnieniem się zreflektowałam, że to jest retrospekcja, a przystojny Rahul (Shahrukh Khan) również wraca z uniwerka na łono rodziny. Dalej to klasyczna opowieść z cyklu on biedny, ona o imieniu Anjali (Kajol) biedna. Ojciec jego jest przeciwny, ojciec jej umiera i on bierze ślub z oną. Onego ojciec się wkurza i wyrzeka się syna i tak mija ileś lat. Młodszy Rohit, już piękny i dorosły podejmuje się misji połączenia nieszczęśliwej rodziny. Klasyk, ale wtedy nie mogłam oderwać wzroku.

Jakie to fajne. Egzotyka, piękne stroje, tradycja, zero pocałunków w usta. Całość niewinna, łzy się leją, śmiechu nie brakuje i przede wszystkim to było coś nowego. Film trafił na bardzo podatny grunt, ponieważ uwielbiam musicale – a jak wiadomo, piosenki w bollywoodzkich filmach to znak rozpoznawczy. Piosenki z K3G znam niemal na pamięć. Melodyjne, łatwo wpadają w ucho i na dodatek śpiewane przez najlepszych playbacksingerów. No właśnie, nie uchowało się długo przekonanie, że Khan tak śpiewa. Jednak przez czas, kiedy nie miałam internetu  ta smutna prawda nie miała jak do mnie dotrzeć.

Kajol i Shahrukh Khan

Skąd u diabła te piramidy? „Suraj hua maddham” nie jest pierwszą piosenką, ale dopiero jej teledysk zbił mnie z tropu. Wprawdzie kojarzyłam „Say shava shava” z notowań nieodżałowanych „30 ton. Lista, lista”, ale nawet „Yeh ladka hai Allah” było w miarę konkretne. A w pierwszej wspomnianej piosence przenosimy się z targu w Chandni Chowk pod… egipskie piramidy. Zatkało mnie, zrobiłam pauzę dla ogarnięcia zjawiska i chłonęłam dalej. Dodam, że piosenkę uwielbiam… mam teraz przed sobą soundtrack. Jednak wolę brzmienie z filmu niż płyty.

Jak oni płaczą. Na taki wylew słonej wody nie byłam przygotowana. Tam niemal wszyscy płaczą, czy to z radości czy smutku. Polski tytuł jest bardziej poetyckim podejściem do oryginału jakim jest „Czasem radość, czasem smutek”. No i płaczu tam niemało, co było dla mnie czymś oczyszczającym. Dawno nie płakałam na filmie i zaczęłam podejrzewać siebie o cynizm i znieczulicę. A jednak potrzebowałam ultrabodźca by udowodnić sobie, że jest inaczej.

Jaya i Amitabh Bachchanowie. Para na ekranie i w życiu.
Teściowie Aishwaryi Rai.
Amitabha można podziwiać w najnowszym zwiastunie
„The Great Gatsby” Luhrmanna.



Mam tylko pół filmu??!  Już się mocno wciągnęłam, zaangażowałam w ten cały melodramat rodzinny, a tu INTERMISSION. Co niektórzy nazywają to przerwą na papieroska. Mnie zatkało, wpadłam w panikę i byłam bliska furii czy innego nastroju niebezpiecznego dla otoczenia. Potem ta ulga, kiedy film ruszył dalej i można przeżywać tę w sumie prostą i nieskomplikowaną historię. Emocje, emocje i jeszcze raz emocje. K3G trwa 3.5 godziny, kiedyś trzeba skorzystać z toalety, ochłonąć, zjeść i popić. Stąd te przesławne przerwy, najczęściej w kluczowych momentach, co za pierwszym razem przypłaciłam niemal palpitacjami.

Jaka ona brzydka. W drugiej części filmu dziejącej się w Londynie, siostra Anjali wyrosła na próżną pannicę. Pooję gra Kareena Kapoor. Obecnie topowa aktorka bollywood, wnuczka słynnego Raja o tym samym nazwisku. W pierwszej scenie nie zrobiła najlepszego wrażenia, nie jest pięknością, ale też nie jest brzydka. Jednak w tej scenie nie udźwignęła porównania z Kajol i w fatalnej stylizacji wydała się paskudna. Dlaczego o tym wspominam? Bo ten fakt był porażająco uderzający.

Hrithik Roshan, macho.

Jak on tańczy. On, czyli Rohit, a właściwie Hrithik Roshan. Facet o nieziemskich oczach, spojrzeniu przywołującym wspomnienia o Rudolfie Valentino. Za to tańczy tak perfekcyjnie, że oczu nie można oderwać. Co z tego, że ma podwójny kciuk. Tancerz z niego znakomity, a aktor teraz bardzo dobry. Shahrukh też dobrze tańczy – ma lekkość i poczucie rytmu. Jednak w porównaniu z tak wytrenowanym Roshanem odpada w przedbiegach.

Muszę zobaczyć to jeszcze raz i kolejny raz. Na jednym oglądaniu się nie skończyło. Do niedzieli obejrzałam jeszcze 3 razy i dodatkowo maltretowałam piosenki. Zaczęło się szukanie kolejnych filmów i tak kupiłam „Jestem przy tobie” i „Gdyby jutra nie było”. Obudziła się potrzeba kontaktu z innymi zauroczonymi i w końcu podłączyłam się do internetu. To na jesieni 2006 roku zaczęłam uczyć się przelewania wrażeń filmowych przy pomocy klawiatury. W pewnym sensie to, że ten blog istnieje, zawdzięczam tamtemu osobliwemu seansowi sprzed 6 lat.

A teraz oglądam niewiele, szukam dla siebie najciekawszych filmów. Już nie oglądam hurtem jak leci, bo to: a) bollywood,  b) gra tam Shahrukh, c) gra tam Rani Mukherjee. Jednak staram się obserwować, czasem bronić i tak jak dzisiaj powspominać. Kino indyjskie jest bardzo różnorodne, wciąż się zmienia i dostosowuje do nowych czasów. Na pewno nie ma co oglądać na siłę, ale ze stereotypami się nie wygra i one zawsze będą górą nawet gdy zaproponuje się szalone „Delhi belly”, twórczość Vishala Bhardwaja czy urocze kino Zoyi Akhtar.

Zdarzył się Wam kiedyś bollyseans? Było strasznie, dziwnie, fajnie? 😉