Co było w 2015.

Nie wiem czy w ogóle ten wpis powinien powstać, a sam blog najzwyczajniej w świecie być zamknięty. Koniec końców jakieś podsumowanie musi być. Jeśli moja aktywność blogowa była mizerna niczym stajenka to łatałam sumienie w miarę częstymi seansami oraz stosem napoczętych tekstów tkwiących w czeluściach peceta. Do tego takie wpisy przychodzą względnie najłatwiej, a jak się prowadzi spis rzeczy obejrzanych i przeczytanych (moja pamięć do najzdolniejszych nie należy) to o kilka stresów mniej. Zazdroszczę Zwierzowi jego pamięci, ja miewam wątpliwości czy dany film widziałam lub czy seans miał miejsce w kinie. Odnalezione bilety kinowe potrafiły mnie bardzo zadziwić. Z czym będę kojarzyć rok 2015? Na pewno ze wzmożoną aktywnością serialową oraz mikrą w temacie czytelnictwa. Tak, w tym roku przeczytałam kilka tytułów, a gros nich stanowią komiksy.

FILMY

Może to dla niektórych jest zaskakujące, ale bywają chwile, że zmuszam się do obejrzenia filmu. Z jednej strony to nie jest ten młodzieńczy zryw, a z drugiej nieporównywalna dostępność tytułów w porównaniu z ubiegłymi dekadami. Jak jest za dużo to i bywa niezdrowo – czasu nie tak wiele, a dylematów od groma. Grunt to się nie poddawać, bo dzięki takim „motywacjom” można natrafić na bardzo dobre, wciągające filmy. I tak na 111 filmów obejrzanych w tym roku znalazło się trochę tytułów wartych wyróżnienia. Kolejność jak najbardziej przypadkowa.

DISCO POLO (2015), reż. Maciej Bochniak – mój pierwszy od lat seans polskiego filmu w kinie. Właściwie jedyny taki w tym roku, co zaowocowało pewnym wpisem. Na odbiór z pewnością wpłynęła niesamowita atmosfera na prawie wypełnionej sali, gdzie widzowie żywo reagowali na film. Sam film okazał się jednym z najbardziej rozbrajających jakie widziałam. Totalny odjazd, motywy Dzikiego Zachodu jako paralela do początków owego nurtu muzycznego. Nawet jeśli można się przyczepić do kilku kwestii, to wciąż dostajemy kawał solidnego kina komediowego bez spiny i kompleksów. Do dzisiaj pamiętam ten stan hipnozy podczas „Oczy cziornyje” w wykonaniu Joanny Kulig. Magia kina.

INSIDE OUT/W GŁOWIE SIĘ NIE MIEŚCI (2015), reż. Pete Docter – film dla dzieci o emocjach? To mogło wyjść od Pixara, który bezczelnie doprowadza mnie do płaczu jedną sceną. Przyznaję się, że miałam pewne obawy, a tak wyszłam z kina nabuzowana emocjami. Dzięki takim filmom łatwiej jest tłumaczyć dzieciom sprawy abstrakcyjne – nie wiem ile rozmów przeprowadziłam z chrześnicą po seansie tego filmu. To znaczy, że mimo niedociągnięć spełnił swoją rolę. Mam cichą nadzieję na sequel, bo końcówka pokazała olbrzymi potencjał tkwiący w tym patencie.

SONG OF THE SEA/SEKRETY MORZA (2014), reż. Tomm Moore – doskonała przeciwwaga dla wysokobudżetowych animacji wielkich wytwórni. Irlandzkie legendy mają w sobie niesamowitą magię, a szczególnie jest ona uwypuklona przy klasycznej animacji. „Sekrety morza” są nie tylko piękne i magiczne, ale poprzez poruszany motyw smutku – bardzo uniwersalne. Troszkę zastanawia fakt, że dvd jest dostępne głównie na allegro.

BIRDMAN (2014), reż. Alejandro Gonzalez Inarritu – film o sztuce i jej percepcji, który sam w sobie stanowi przykład sztuki filmowej z górnej półki. Opowieść o podstarzałym aktorze jednej roli, który po latach chce o sobie przypomnieć za pomocą sztuki teatralnej okazuje się być nie tylko komentarzem do procesu tworzenia oraz odbioru. „Birdman” oferuje seans totalny, gdzie widz nie może się zdecydować czy skupić się na grze aktorów, zdjęciami, muzyką czy meandrami scenariusza. Rzadko zdarza mi się film tego kalibru.

WHIPLASH (2014), reż. Damien Chazelle – mały wielki film. To pierwsze określenie jakie mi przychodzi do głowy. Krótki metraż, który zarobił na realizację pełnego filmu zaoferował mi jeden z najintensywniejszych seansów w tym roku. Film skupia się na relacji mistrz – uczeń, ale nie sposób pominąć innego ważnego bohatera – muzykę. Film nią kipi, a końcowa scena jest czymś niewyobrażalnym.

EX MACHINA (2015), reż. Alex Garland – kameralne science – fiction, które podejmuje temat tworzenia sztucznej inteligencji oraz wiążącej się z nią odpowiedzialności. Przestrzeń ograniczona do posiadłości w sercu puszczy oraz trójki świetnych aktorów. Oscar Isaac, Domhnall Gleeson oraz Alicia Vikander wypełnili sobą cały seans czyniąc go ważnym i pobudzającym do rozmyślań doświadczeniem.

TESTAMENT OF YOUTH/TESTAMENT MŁODOŚCI (2014), reż. James Kent – film od razu wylądował u nas na dvd. Film opiera się o autobiograficzną książkę Very Brittain będąca świadectwem bezsensu wojny – w tym przypadku I wojny światowej. Doskonała obsada, bardzo dobre zdjęcia oraz muzyka celnie i z wyczuciem poruszyły ten temat straconych pokoleń. Może i powstało wiele filmów oraz książek krążących wokół tej sprawy, ale rzadko który wycisnął ze mnie tyle łez. Tak, spłakałam się dokumentnie i nie zamierzam tego ukrywać.

THE MAN FROM U.N.C.L.E./KRYPTONIM U.N.C.L.E. (2015), reż. Guy Ritchie – jakimś cudem ten fantastyczny film nie zawojował boxoffice stając się jedną z porażek studia Warner Bros. (coś ma nosa do niezbyt udanych inwestycji), a ja tego nie ogarniam. Już sam zwiastun zapewniał mnogość rozrywki odświeżając czasy zimnej wojny. To, co w filmie kuleje to niezbyt przemyślana fabuła w aspekcie spisku do zdławienia. Jednak cała reszta jest kapitalna – obsada, scenografia, kostiumy, gagi i muzyka. Uwielbiam ten soundtrack, a często nie zwracam na niego specjalnej uwagi.

KINGSMAN: THE SECRET SERVICE/KINGSMAN: TAJNE SŁUŻBY (2014), reż. Matthew Vaughn – wprawdzie dobry nastrój pryska przez ostatnią scenę to kolejny raz nie zawiodłam się na reżyserze (nie widziałam tylko jego pierwszego filmu). Kapitalne widowisko z pamiętną sceną w kościele, a przede wszystkim celne parodiowanie filmów szpiegowskich. Tutaj przekonałam się do Tarona Edgertona. Cieszę się, że Vaughn pracuje nad kontynuacją.

TRAINWRECK/WYKOLEJONA (2015), reż. Judd Apatow – kiedy na fali mainstreamu wypłynęła Amy Schumer, z miejsca odczułam niechęć do amerykańskiej komiczki i aktorki. Dlatego tak późno obejrzałam film Apatowa na podstawie jej scenariusza. Dostałam bardzo zgrabną, okraszoną świetnymi dialogami komedię romantyczną, gdzie rozrywkowa i niestała w uczuciach dziennikarka spotyka bardzo spokojnego i ułożonego lekarza sportowego. Film operuje znanymi motywami, które przeinacza i nadaje nowego wyrazu. Wystarczy wspomnieć samą scenę pojednania. Czy polubiłam Amy? Może ociupinkę, ale jeśli znów wyskoczy z jakimś scenariuszem to nie będę się tak ociągać.

ANT-MAN (2015), reż. Peyton Reed – nie bardzo wierzyłam w ten film i tego superbohatera. Na szczęście mimo potknięć dostałam jeden z najurokliwszych filmów z MCU. Zdecydowanie osłodził mi rozczarowanie „Avengers: Czas Ultrona”. Film ma wiele smaczków, ale creme de la creme stanowi sekwencja walki ze złoczyńcą, która jest naszpikowana takimi smaczkami i gagami, że śmiałam się na głos.

THE MARTIAN/MARSJANIN (2015), reż. Ridley Scott – ostatnimi filmami reżyser zdecydowanie nie zabłysnął, z tym się nie dyskutuje. Adaptacja wydanej własnym sumptem powieści Andy’ego Weira przerwała złą passę dając jeden z bardzo dobrych filmów w swoim gatunku. Znów świat idzie na ratunek Mattowi Damonowi, który utknął samotny na Marsie, ale to wciąga. „Marsjanin” zachwyca nie tylko bohaterami czy poczuciem humoru, ale fenomenalnymi zdjęciami. Poszczególne kadry aż proszą się o oprawienie w ramki.

THE LOBSTER (2015), reż. Giorgos Lanthimos – ostatni film widziany w tym roku i jednocześnie jeden z najciekawszych doświadczeń nurtu kina autorskiego. Nie znam dotychczasowego dorobku reżysera, ale tytuły „Kieł” czy „Alpy” z pewnością gdzieś słyszałam. Trochę przywodzi na myśl „Nie opuszczaj mnie” Marka Romanka. Wizja przyszłości, gdzie odgórnie trzeba łączyć się w pary, a samotnicy kryją się po lasach. Absurd w irracjonalnym świecie, który pozornie jest taki jakim znamy. Świetne role Farrella i Weisz.

STAR WARS: THE FORCE AWAKENS/GWIEZDNE WOJNY: PRZEBUDZENIE MOCY (2015), reż. J.J. Abrams – wróciło stare i nowe. Podchodziłam z pewną rezerwą do tego filmu, w końcu po słabym „Mrocznym widmie” nie sięgnęłam po 2. i 3. część. Abrams podjął ryzyko, ale doskonale rozumiał za czym tęsknią widzowie. „Przebudzenie mocy” traktuję jako hołd oraz wprawkę przed kolejnymi częściami. Powitaliśmy starych bohaterów, poznaliśmy nowych i poczuliśmy, że jesteśmy w domu.

Nie obyło się bez rozczarowań, a te najbardziej na sobie odczułam:

IRRATIONAL MAN/NIERACJONALNY MĘŻCZYZNA (2015), reż. Woody Allen – zasada wedle której udaje mu się co drugi film jest nieaktualna. Wprawdzie nie widziałam „Magii w blasku księżyca”, ale po fantastycznej „Blue Jasmine” reżyser nie błysnął. Problem tego filmu nie tkwi w ponownym przerobieniu kwestii zbrodni i kary, bo duch Dostojewskiego unosił się nad Allen w trakcie pisania scenariusza. Problemem są bohaterowie, którzy nie pasują do współczesności i są bardziej tłem dla wypowiadanych kwestii. Allen za bardzo pamięta młodość swoich czasów i nie przyjrzał się tej współczesnej.

THE IMITATION GAME/GRA TAJEMNIC (2014), reż. Morten Tyldum – co za rozczarowanie. Bardzo poprawny film z nie najlepszą rolą Benedicta Cumberbatcha, bardzo się rozczarowałam Brytyjczykiem. Totalnie nie uwierzyłam w jego postać. Sam seans upłynął mi pod kątem łowienia pułapek stawianych przez twórców, które miały mnie zaangażować w seans. Trochę szkoda, bo historia Turinga miała niebywały potencjał.

AMERICAN SNIPER/SNAJPER (2014), reż. Clint Eastwood – Clint w przeciwieństwie do Ridley’a nie przerwał złej passy. Wprawdzie „Snajper” odniósł sukces w USA, ale co się dziwić skoro to totalnie amerykański produkt z patriotycznym konfetti. Jednak to by mi nie przeszkadzało gdyby nie jeden drobiazg – film został oparty o biografię (warto przeczytać) i w „Snajperze” było za wiele przeinaczeń. To tutaj mamy „cudowną” scenę z dzieckiem.

EXODUS: GODS AND KINGS/EXODUS: BOGOWIE I KRÓLOWIE (2014), reż. Ridley Scott – właściwie to nie kopie się leżącego, ale jeśli kusi Cię obejrzeć ten film – nie rób tego. Jakimś cudem wysiedziałam te dwie i pół godziny, gdzie akcję powtykano między rozwleczone nieme ujęcia krajobrazu. Jedynym jasnym punktem był Joel Edgerton, a tak film bardzo zbędny.

PITCH PERFECT 2 (2015), reż. Elizabeth Banks – mimo wszystko jednak się rozczarowałam. Magia filmu gdzieś się ulotniła, a i muzycznie nie było na czy, ucha zawiesić poza ogniskowym i pięknym wykonaniem „Cups”. Fabularnie film wyłamuje się poza żelaznymi punktami, ale fakt, że nie mam ochoty na powtórkę i nie słucham fragmentów na YT mówi sam za siebie.

FANTASTIC FOUR/FANTASTYCZNA CZWÓRKA (2015), reż. Josh Trank – to już znęcanie się nad filmem, ale cóż – rozczarowałam się. Mimo świetnej obsady film cierpi z powodu fatalnego scenariusza i to on jest głównym autorem klęski. Do tego dochodzi konflikt reżysera ze studiem. Krytycy i widzowie rzadko stają po jednej stronie barykady – tutaj zawarli sojusz. Trochę szkoda, bo mimo wszystko byłam pozytywnie nastawiona do kolejnego komiksowego rebootu.

MAGIC MIKE XXL (2015), reż. Gregory Jacobs – film Soderberga to kawał dobrego dramatu, ale trzeba o tym zapomnieć w kontekście jego kontynuacji. To zupełnie inne filmy o bardzo rozbieżnych genezach. W tym przypadku mamy komedię o striptizerach w konwencji kina drogi. To by się nawet udało, ale mimo kilku niezłych scen pytałam siebie po co to w ogóle oglądam. Odrzucała mnie sztuczność bijąca z filmu oraz zbyt głośny feministyczny przekaz.

ALOHA/WITAMY NA HAWAJACH (2015), reż. Cameron Crowe – tu nie powinno być rozczarowania, bo z góry było wiadomo, że to nie będzie dobry film. Film Crowe’a obejrzałam kiedy chciałam coś lekkiego i komediowego, by przy okazji przekonać się w czym tkwi problem (poza wybielaniem obsady). Tutaj jest miejsce na moje rozczarowanie Cooperem, Stone i McAdams, że w ogóle zdecydowali się na ten film. Nie wiem czy dobrze płacili, ale takie scenariusze to bardziej do Lifetime niż do kina z pierwszoligowymi aktorami.

THE FINAL GIRLS/DZIEWCZYNY ŚMIERCI (2015), reż. Todd Strauss Schulson – po zwiastunie wiele sobie obiecywałam, ponieważ uprawiał ten typ parodii w duchu czarnej komedii jaki lubię. Film ma wiele fajnych rozwiązań, analizuje slashery, ale kuleje scenariusz i tempo – jest chwilami zbyt rozwleczone. O wiele więcej uroku ma film „Tucker and Dale vs. Evil” z 2010 roku. A tak pamiętam tylko zmarnowany potencjał.

AVENGERS: AGE OF ULTRON/AVENGERS: CZAS ULTRONA (2015), reż. Joss Whedon – to się nazywa rozczarowanie. Po lekkich, efektownych i nastrajających optymistycznie „Avengersach”, gdzie idea zebrania kilku superbohaterów w jednym filmie stała się ciałem – dostaliśmy poważny wrzód na żołądku. Nie podoba mi się Ultron, ani relacja Bannera z

Romanoff (bo jedyna kobieta w zespole musi być love interest). Głębię rozpaczy osiągnęłam przy planie zniszczenia Ziemi. Ten film był po prostu „za bardzo”.

SERIALE

W tym roku obejrzałam 513 odcinków seriali. Zaczęłam kilka tytułów, które czasowo zarzuciłam lub na wieczne później. Za tą trzycyfrową liczbą kryją się 54 tytuły, część z nich nie wyszła poza jeden odcinek. Przez jakiś czas szukałam sposobu na spisywanie swojej serialowej aktywności i skończyło się na banalnym rozwiązaniu – chronologiczne spisywanie obejrzanych odcinków. Dla niektórych to pewnie głupota, ale ja tego bardzo potrzebuję – wtedy nie mam wrażenia, że ten rok był bliżej niesprecyzowaną materią, a większość tytułów przepadła w czarnej dziurze. Mam to czarno na białym i nawet nie wiecie jak fajnie jest wziąć ten złachany zeszyt i poprzeglądać.

Oto tytuły, które szczególnie sobie upodobałam, które może niekoniecznie trzymały poziom, ale z pewnością utrzymują mnie przy sobie:

GALAVANT
FLASH
MARVEL’S AGENT CARTER
POLDARK
MERLIN
IZOMBIE
GAME OF THRONES
TEEN WOLF
SCREAM
SUPERNATURAL
DAREDEVIL
LIMITLESS
GOTHAM

oraz

*chlip, chlip*
FOREVER
*chlip, chlip*

Nie brakowało produkcji, do których straciłam serce – tutaj trzeba wspomnieć o „Hannibalu”, który totalnie odpłynął stając się jednym z najdroższych fanfików. Do tego miałam serdecznie dość tego mistycznego związku Willa z Lecterem. Zapomniałam o drugim sezonie „Sleepy Hollow” a tu już śmiga trzeci. Nie dokończyłam „True blood”, a „Mr. Robot” pojawił się nie w czas i jeszcze parę tytułów, które pewnie pojawiłyby się w 2014 czy 2013 roku, ale zapomniały w 2015.

maj01 002

Tak mniej więcej prezentował się mój serialowy maj. W tym miesiącu miałam na koncie 89 odcinków.

LUDZIE

Im jestem starsza tym coraz trudniej u mnie o reakcje typowej fangirl, która odkrywając cudo, zaczyna zagłębiać się w jego filmografii i po tygodniu wie wszystko nawet o kandydacie na następne „celebrity crush”. Może przesadziłam, ale nie mam w sobie takiego entuzjazmu – jeśli zgłębię filmografię to tylko jej ułamek. Niby tłumaczę sobie, że zostawiam kilka nieruszonych skarbów na czarną godzinę, ale wiemy jak to jest. Smutam nad tym, ale co poradzić. Jednak potrafię wskazać osoby, które zwróciły moją uwagę i zdecydowanie do nich należał 2015 rok:

COLIN MORGAN
MATTHIAS SCHOENAERTS
ALICIA VIKANDER
AISLING FRANCIOSI
MILES TELLER
DAN STEVENS
SAM CLAFLIN
JACK O’CONNELL
AIDAN TURNER
ARMIE HAMMER
TARON EDGERTON

Za dużo testosteronu, wiem.

Chciałabym dla siebie większej wiary w siebie, bo brak tego składnika położył większość moich niedoszłych wpisów. Do tego dołożę regularne mentalne kopniaki, które skierują mnie na półkę z dvd, gdzie stoją nieobejrzane tytuły. Nie bawię się w postanowienia, bo tak naprawdę obejrzenie filmu czy serialu samo w sobie jest sukcesem i nie spędzam reszty wieczoru nad zastanawianiem się co by tu zobaczyć.

Te filmy wypadałoby w tym roku nadrobić. Fajnie jest patrzeć na rozrastającą się filmotekę i biblioteczkę. Jednak im więcej w nich pozycji nietkniętych to pojawia się wrażenie marnowania pieniędzy.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

A tak w pierwszy dzień Nowego Roku życzę Wam owocnego kulturalnie i życiowo 2016 roku. Ćwiczycie już daty na kartkach?

***

PS. Nowy Rok uczciłam zmianą wystroju. Teraz muszę uważać, by w tytułach nie było polskich znaków. Generalnie zmiany na wordpressie póki co na plus.

Trochę o minionym 2013 roku

Ahoj! O której udało się Wam dzisiaj wstać? Nie pamiętam kiedy ostatnio wstawałam po godzinie trzynastej – to dla mnie bardzo nienaturalna pora, nie pamiętam kiedy ostatnio tak długo tkwiłam w pozycji horyzontalnej, kiedy słońce osiągało pełnię swej dziennej mocy. Ale podsumowanie musi być, choćby najlichszego sortu. Na szczęście wydaję się być osobnikiem kacoodpornym i stukanie w klawisze nie przypomina bombardowania czy przemarszu rozochoconej orkiestry dętej. Przejdźmy więc w takim razie do meritum.


W minionym roku  miały miejsce 141 seansów, a niewielki procent tego stanowiły powtórki. Kiedyś, kiedyś miałam postanowienie, że w obliczu tylu filmów do obejrzenia, powtórki były niepotrzebną stratą czasu. W końcu zmądrzałam, nauczyłam się paru spraw i do oglądania filmów podchodzę z większym luzem. W końcu powtórne seansy po latach czy nawet kilku dniach, też potrafią sprawić wiele radości i prowadzić do nowych odkryć. I tak patrząc na listę obejrzanych w tamtym roku filmów, na której nie brakuje powtórek, to dawno nie miałam na koncie tylu seansów. Możliwe, że jestem w tyle za sporą grupą kinomanów blogujących lub tylko oglądających, ale często odczuwam coś na kształt zmęczenia i przesycenia. Tak, jestem bardzo zadowolona z 2013 roku i mam nadzieję, że w tym roku utrzymam ten poziom.

Nie pamiętam kiedy w jednym roku zaliczyłam tyle wypadów do kina. Dzięki biletom od Warnera oraz portfelowi własnemu, byłam w przybytku X muzy 18 razy. W czerwcu, po bardzo długiej przebudowie, otworzono w moim mieście kino „Lot”, do którego chodziłam jako dziecko, nastolatka i studentka. Wyprawa do innego miasta, która skupiałaby się na kwocie 28-30zł, teraz zmalała do 17-18zł. To znacząca różnica, bo jeśli ceny biletów wciąż bolą, to jest to ból akceptowany.

Z polskich premier widziałam 41 filmów, w tym znowu pominęłam polskie produkcje filmowe. Na trochę zboczyłam sentymentalnie w kierunku kina indyjskiego (11 filmów) i na nowo odkryłam radość z oglądania filmów animowanych (15 filmów). A tak miał miejsce totalny misz masz bez konkretniejszego klucza. Nie przypominam sobie żadnych wielkich jazd fanowskich, nad czym mocno boleję. To oznacza, że mentalnie muszę się zwyczajnie starzeć.

Z filmów, które miały polską premierę w 2013 roku największe wrażenie zrobiły na mnie takie tytuły:

  • Millerowie – za miłe zaskoczenie. Film zapowiadał się na przeciętną, standardową komedyjkę, a okazał się być fantastyczną rozrywką na poziomie.
  • Blue Jasmine – za nawiązanie do „Tramwaju zwanego pożądaniem” i niezapomnianą kreację Cate Blanchett. Takiego Allena mogę oglądać.
  • Trans – za kosmiczne tempo, świetny scenariusz i intrygę wciągającą do samego końca. Może wreszcie nadrobię inne filmy Danny’ego Boyle’a.
  • Grawitacja – za przypomnienie, że kino to także przeżycie oraz oddanie piękna i grozy kosmosu.
  • Thor: Mroczny  świat – za podążanie ścieżką wydeptaną przez Iron Mana i Avengers i udowodnienie, że kontynuacja może przebić poprzednika w dobrym stylu.
  • Igrzyska Śmierci: W pierścieniu ognia – za uchwycenie ducha książki, świetny scenariusz i udowodnienie, że za wielkim budżetem może stać wysoka jakość na wielu płaszczyznach.
  • Wiecznie żywy – za doskonały wstęp i zasadniczo zabawne love story między zombie i człowiekiem.
  • Krudowie – za emocje, nienachalnie uwydatnione przesłanie i chwile autentycznego wzruszenia.
  • Stoker – za niesamowity, groteskowy klimat i świetny scenariusz Wenthwortha Millera
  • Niepamięć – za kameralne sf w stanie czystym i cudowne zdjęcia

Flopy zaliczyły zaś:

  • Intruz – za fatalny scenariusz, mdłe love story i zaprzepaszczenie potencjału powieści.
  • Piękne istoty – za nijakość, fatalną obsadę i realizację.
  • Człowiek ze stali – za błędy castingowe, rozwiązania scenariuszowe i nieuświadomienie Snyderowi, że rozwałka w centrum miasta jest niesmaczna.
  • Iluzja – za pretensjonalny twist, który miał zwalić z nóg.
  • Elizjum – za bycie złym filmem od początku do końca.
  • Riddick – jak wyżej
  • To już jest koniec – za humor poniżej krytyki i dłużyzny.

Z pozostałych filmów, które miały premierę przed 2013 rokiem chciałabym wyróżnić:

Udane animacje:

  • Akira – za kapitalny scenariusz i zmuszanie do myślenia.
  • Krudowie – za emocje, nienachalnie uwydatnione przesłanie i chwile autentycznego wzruszenia.
  • Jak wytresować smoka – za fantastyczną historię i obłędnego Szczerbatka
  • Jak ukraść księżyc – za zaskoczenie, emocje i bajkę Gru


Udane filmy indyjskie:

  • Kahaani – za świetny scenariusz, zaskakujący twist i cudowną ścieżkę dźwiękową.
  • Barfi! – za rewelacyjną grę Ranbira Kapoora, żonglowanie nawiązaniami do starego kina.
  • Rockstar – za przejmującą kreację Ranbira i rewelacyjną muzykę A.R. Rahmana

Trochę tego wyszło i tak nieźle się powstrzymywałam. Czego bym chciała dla siebie w 2014 roku? Z pewnością większej różnorodności, odświeżenia lub poznawania klasyków. Może wreszcie poważnie przysiądę do filmów Bunuela i odważę się o nich napisać? Może przełamię dystans, który mnie odgradza od polskiego kina? Szczególnie kiedy widziałam aktorskie filmy dubbingowane i nie jest tak beznadziejnie. Jednak nie snuję żadnych planów czy postanowień – co ma być to będzie. 🙂

A teraz kilka słów w kwestii serialowej. W tamtym roku odblokowałam się serialowo i niechęć, która utrzymywała się miesiącami  – zaczęła być wspomnieniem. Z jednej strony trochę przeraziły mnie zaległości do nadrobienia, nowe tytuły kuszące tematem lub obsadą. Z drugiej trzeba się wziąć w garść, zakasać rękawy i po prostu oglądać. Żałuję, że nie prowadziłam notatek serialowych i mam wrażenie, że nie jestem pewna które sezony widziałam jeszcze w 2012 roku.

Z grubsza widziałam następujące sezony:


Zaczęłam oglądać „Masters of sex”, „Sleepy Hollow” i kontynuuję przygodę z wyżej wymienionymi serialami. Po pierwszym odcinku „Girls” nie miałam ochoty na kolejny odcinek, ale zamierzam dać serialowi drugą szansę. Nie skończyłam jeszcze „The Killing” oraz „Broadchurch”, ale z pewnością do nich wrócę. Lista tytułów do zaczęcia i nadgonienia stale rośnie, ale wystarczy wziąć głęboki oddech i podejść do sprawy jak najbardziej spokojnie. Skoro „Supernatural” dał mi niezłego kopa, to inne mogą dać mi podobnego. 😉

Uff… udało mi się przed północą. Udanego 2014 roku! 😀


Garść refleksji nad filmowym i blogowym 2012 rokiem

Siedzę, zdycham, prycham zamiast bawić się jak diablica przy kotle. Bo jak to, nie miałabym skrobnąć jednego z 195682,51 podsumowań jakie zalały blogosferę? O czym to niby miałabym pisać? Prawdę mówiąc, nie jestem zadowolona z siebie jako pożeraczki wyrobów filmowych i przy okazji aktywnej blogerki. Złośliwość rzeczy martwych (czyt. zamulający się komputer) nie tylko ograniczyła moją aktywność, ale też stłumiła zapał do poziomu bardzo letniego. Jaka to przyjemność pisać, ogarniać myśli za pomocą klawiatury, kiedy trzeba było odczekać aż wystukane literki pojawią się na monitorze. Zapewniam, że żadna i deprymująca. W pewnym momencie nie tylko nie czułam potrzeby pisania, ale też włączania podstawowego urządzenia współczesnej cywilizacji. Z początkiem roku będzie lepiej, bo dzięki nowemu wypełniaczowi czasu (i jednocześnie wypychaczowi sakiewki) jakim jest praca, będę mogła pracować i odkrywać przestrzeń wirtualną bez cienia irytacji.

Co mogłabym napisać o minionym roku? Z pewnością moja aktywność na polu filmowym nabrała tempa i zostawiła w tyle swoją książkową siostrę. Coś za coś, ale dostałam niesamowitego kopa. A to zasługa współprac, które pozwoliły mi bardziej uwierzyć w sens mego pisania. Jednak z jedną musiałam się pożegnać – komputer ledwo dawał radę z iplex.pl, w efekcie widziałam mało, a zrecenzowałam jeszcze mniej. A widziałam jakieś 75 filmów, co i tak uważam za sukces. Ten rok postanowiłam zamknąć „Prometeuszem” Ridley’a Scotta. Czy to był dobry pomysł? Może niebawem o tym napiszę. Kilka seriali też obejrzałam, ale nie ma  się co zanadto pochylać nad tą kwestią.

Czy czuję, że 2013 rok będzie lepszy? Chyba nie, ale chciałabym się mile rozczarować. Nie czuję w sobie pędu za premierami, tęsknym okiem wypatruję fanowskiego szaleństwa, które ułatwia bezbolesne oglądanie totalnych gniotów z TYM aktorem czy aktorką. Chyba wystarczy, że przestanę czuć, iż czas przelatuje mi między palcami.To jest wredne uczucie, którego zdecydowanie nie polecam.

Spuszczając zasłonę milczenia na drugą połowę 2012 roku, widzę, że potrzebuję zmian. Nawet nie wiecie jak łatwiej się pisze ten luźny, chaotyczny tekst, po kosmetycznym przemeblowaniu mego królestwa. Zmieniłam położenie łóżka i biurka i jakoś energia we mnie wstępuje. Co by było, gdybym przemalowała ściany? Tu powinna pojawić się ścieżka dźwiękowa znana jako „The wind of change”.

Tak sobie patrzę, na to gówniane podsumowanie i widzę jak mało w nim tematu przewodniego, czyli kina. Ten rok był zdecydowanie brytyjsko – galapagowski. Omijałam szerokim łukiem gros tytułów głośnych czy bezpardonowo wciskanych przez PR. Co nie znaczy, że brzydzę się mainstreamem – ja go kocham. Wydarzeniem roku był bez wątpienia drugi sezon „Sherlocka” od BBC, gdzie doznałam olśnienia w temacie cudowności Benedicta Cumberbatcha, który skrzyżował moją ścieżkę nie tylko z fajnym fandomem, ale pewną dobrą duszyczką. Zapragnęłam sama rysować i efekty nie są aż takie złe. Spoglądam sobie na listę obejrzanych tytułów i dochodzę do wniosku, że mam niemal same pozytywne odczucia z nimi związane. Nawet przy takich kaszankach jak „Wyścig z czasem” czy „Sylwester w Nowym Jorku”. Eee… Było dobrze.

Może jakieś postanowienia? Nic z tych rzeczy, to się u mnie nie sprawdza. Najbezpieczniej włączyć opcję „Carpe diem” i cieszyć się kolejnym dniem. Osobiście życzę sobie i Wam wielkiego głodu kulturalnego, który pokieruje Was w zaskakujące i magiczne rejony. No i weny twórczej, by to, co towarzyszyło zaspokajaniu owego głodu nie utknęło w otchłani niepamięci.

Filmowego Nowego 2013 Roku. 😉

Jak się oglądało w 2011 roku? Kwestia aktorska.

W tym roku nie mam siły na podsumowanie serialowe, ale mam potrzebę napisać co nieco o aktorach i aktorkach. Można z uporem sobie powtarzać, że na film składa się wiele środków i funkcji, ale najbardziej zauważalni są aktorzy. To oni wypowiadają kwestie, odgrywają role i niosą na swoich barkach film. Reżyser, operator czy scenarzysta stoją po drugiej stronie kamery i trzymają pieczę nad wszystkim. Jeśli film osiągnie sukces to będzie powód do dumy. Jeśli okaże się klapą, to przeciętny widz będzie kojarzył z nim głównie aktorów. W roku 2011 nie obyło się bez garści odkryć, zachwytów i bólu oglądania złego aktorstwa. Tutaj dam upust moim doświadczeniom. Będę głównie chwaliła, no… może poza jednym wyjątkiem.

Może zacznę od odkryć aktorskich, którzy jedną rolą zadecydowali za mnie. Teraz staram się śledzić ich karierę i trzymać mocno kciuki:

Callan McAuliffe – Siedemnastolatek z Australii dokonał rzeczy niebywałej. Kiedy w „Jestem numerem cztery” za numer jeden robił Alex Pettyfer, wysoki i przystojny blondyn – jakoś większe wrażenie zrobił na mnie ten niepozorny brunet. To dla niego obejrzałam „Dziewczynę i chłopaka, czyli wszystko na opak” i przekonałam się, że warto na niego stawiać.
Dostał angaż do najnowszego filmu Baza Luhrmanna „The Great Gatsby”, gdzie zagra rolę młodego Jay’a Gatsby’ego. Znalazł się również w obsadzie „Raju utraconego” jako Uriel. Film jest jeszcze w fazie przedprodukcyjnej z powodu niezgodności na tle budżetowym.

Tom Hiddleston – nim zobaczyłam „Thora”, naczytałam się wielu pochlebstw pod adresem Lokiego. Jakież było moje zdumienie, stwierdzając, iż były one niewystarczające? To dla niego tak naprawdę było warto obejrzeć to średnio udane kino. Potem był cudownym F. Scottem Fitzgeraldem w „O północy w Paryżu”. Mam w planach nadrobienie jego filmografii i zacieram ręce na najnowsze projekty.
Czekam na „The Deep Blue Sea”, gdzie partneruje Rachel Weisz. Niedługo będzie polska premiera „Czasu wojny” Stevena Spielberga. Poza tym obowiązkowe „The Avengers”, gdzie znów przywdzieje kostium Lokiego, a na koniec telewizyjna adaptacja „Henryka IV” Szekspira. Jako książę Hal będzie partnerował Jeremy’emu Ironsowi.

Jessica Chastain – tylko jeden film, pełen kreacji aktorskich na wysokim poziomie, a wśród nich ona. Cała obsada „Służących” zasługuje na wyrazy uznania, ale to Jessica Chastain była dla mnie objawieniem. Rola Celii była łatwa do przerysowania, a ona wydobyła z niej to co najlepsze. Ba, uczyniła z niej prawdziwą perełkę. Jej filmografia jest tak bogata, a ja nawet nie wiem od czego zacząć.
Z pewnością do nadrobienia jest „Drzewo życia” Malicka, niedługo do amerykańskich kin wchodzi oznaczony kategorią R „Coriolanus”. I jeszcze kilka kolejnych tytułów… właściwie wszystkie.

Lesley Manville – Brytyjka, która w filmie Mike’a Leigha wprost błyszczała, irytowała, rozczulała i rozbawiała. Ujęła mnie rolą Mary, która za pomocą infantylnych środków ucieka przed starzeniem się i samotnością. Przeglądając jej filmografię, widzę przede wszystkim dobre nazwiska i ciekawe filmy. Żeby mi się tak udało zobaczyć „Sammy i Rosie puszczają się” – gdyż gra tam Shashi Kapoor. Wcale nie myślę o niej jako o byłej żonie Gary’ego Oldmana, jej talent i umiejętności same budują renomę aktorki.

Kristen Wiig – „Druhny” były reklamowane jako babskie „Kac Vegas”, w rzeczywistości były czymś innym. Z zażenowaniem czytałam o zachwytach nad sceną zbiorowej niedyspozycji, ale cóż – ja widzę film z innej perspektywy. Rola Annie była naturalna, prawdziwa i szczera, a Wiig w tym bezbłędna. Takie osoby chodzą po ziemi, popełniają głupstwa, chowają się za tchórzliwością by złagodzić ból porażki. Aktorkę widziałam wcześniej w debiucie reżyserskim Drew Barrymore, ale rola była zbyt mała by zobaczyć coś więcej. Podobnie jak w „Adventureland”.
Jej filmografia została zdominowana przez produkcje komediowe, sama występuje w „Saturday night Live”. Możliwe, że dla niej się przełamię i obejrzę „Paula” i kilka tytułów, które przez myśl by nie przeszły. Jednak mam kolejny powód by się zmobilizować do seansu „Wszystko co dobre”, chociaż boję się tylko o moją psychikę.

Oscar Isaac – wprawdzie wcześniej widziałam „Agorę”, ale nasuwa mi się jedna myśl – „z brodą do mnie nie podchodź”. Szumnie reklamowany „Sucker Punch” okazał się być wielkim rozczarowaniem, ale objawił mi w pełnej krasie aktora pochodzenia gwatemalskiego. Oscara postawił kropkę nad „i” w filmie „Drive”, który na tle statycznego Goslinga był panem życia. Do tego potrafi śpiewać.
Co nas czeka z jego udziałem? Film Madonny o Wallis Simpson, dramat wojenny „Cristiada” z doborową obsadą czy też kolejna część o Jasonie Bourne. Mam nadzieję, że lattynoska uroda nie ograniczy puli ról i charakterów.

A teraz postaram się wymienić role, które zrobiły na mnie największe wrażenie, z różnych, niekoniecznie współmiernych powodów:

Tom Hiddleston – „Thor”
Jessica Chastain – „The Help”/”Służące”
Lesley Manville – „Another year”/”Kolejny rok”
Joseph Gordon – Levitt – „Hesher”
Ryan Gosling – „Blue Valentine”, „Crazy, stupid love”/”Kocha, lubi, szanuje”
Michelle Williams – „Blue Valentine”
Ben Barnes – „Killing Bono”, „Bigga than Ben”
Owen Wilson – „Midnight in Paris”/”O północy w Paryżu”
Marion Cottlilard – „Midnight i Paris”/”O północy w Paryżu”
Bradley Cooper – „Limitless”/”Jestem bogiem”
Andrew Garfield – „Never let me go”/”Nie opuszczaj mnie”
Henry Hopper – „Restless”
Kristen Wiig – „Bridesmaids”/”Druhny”
James Franco – „127 Hours”/”127 godzin”
Oscar Isaac – „Sucker Punch”, „Drive”

Statuetka Niewzruszonej Skały wędruje do Taylora Lautnera za „Abduction/”Porwanie”. Tak fatalnego aktorstwa nie widziałam od ostatniego seans u filmu z sagi „Zmierzch”.

Na tym kończę z podsumowaniami. Najwyższa pora by zacząć konkretnie pisać o filmach. Życzę udanego filmowo – serialowego roku 2012. 🙂

Jak się oglądało w 2011 roku?

Miniony rok był lepszy pod kątem ilości obejrzanych filmów. Kiedy w 2010 mogłam się pochwalić co najwyżej 87 tytułami, tak rok następny zamknęła liczba 109 (w tym 3 tytuły są powtórkami). Zdarzały się filmy rewelacyjne, wyśmienite czy zaskakujące, ale też nie zabrakło żenujących, słabych i rozczarowujących. Znów wychodzi, że żadna ze mnie koneserka sztuki filmowej, bo lista obejrzanych filmów mówi sama za siebie. Czego szukałam w kinie? Głównie rozrywki, ale też rozglądałam się za poważniejszymi tematami. I magia kina zapukała do mych drzwi.

W 2011 roku nastąpiło rozdzielenie blogowe. „Finding my Garden State” tak przesiąkło książkami, że dla filmów nie zostało za wiele miejsca. Dlatego powołałam do życia „O ruchomych obrazkach”, ale problem okazał się zbyt trudny i opuściła mnie inwencja twórcza. W głowie mam tyle pomysłów, które notuję na papierze. Jednak gdy przychodzi do realizacji to czar pryska, a ja zastanawiam się czy nie rzucić tego wszystkiego w diabły. Zaległości recenzyjne są po prostu spore. Dość tych smętów, ten rok musi być lepszy – po prostu musi.
Gołym okiem widać, że filmy od wuja Sama są w znaczącej przewadze. Przeszłam fazę na kino brytyjskie, które mimo wszystko ma swoją specyficzną nutę. Zmobilizowałam się do częstszego sięgania po filmy indyjskie. Chociaż 10 filmów z kraju Gandhiego nie jest jakąś oszałamiającą liczbą, ale to znacząca poprawa. Dalej jestem na bakier z polskim kinem. Nie wpisywałam do listy wszystkich powtórnych seansów, ale czasem się zastanawiam czy w polskim kinie naprawdę nie ma nic poza duologią „Kogel mogel”, trylogią „Sami swoi” czy „Misiem”? Szczególnie te dwa pierwsze wyjątkowo okupowały program telewizyjny. 
Nie zanotowałam znaczących faz. Trochę wybierałam pod kątem takich nazwisk: Andrew Garfield, Ben Barnes, Josh Duhamel, Woody Allen czy Ryan Gosling. Miniony rok zdecydowanie należał do tego ostatniego, chociaż nie jestem tak bezkrytyczna jak powinnam. Prawda jest taka, że do fazowania potrzebny jest brak problemów, a od połowy roku trudno mi wykrzesać taki bezwstydny entuzjazm. Life is brutal and full of zasadzkas, niestety. Co nie znaczy, że oglądanie czy też wyszukiwanie filmów nie sprawiało mi frajdy i przyjemności. 
Jesień na długo będzie mi się kojarzyła z kinem Ameryki Południowej. W moim małym, niepozornym mieście odbył się I. Festiwal Filmów Latynoamerykańskich „Kino Latino”. Wstęp był wolny, ale w ostatniej chwili zdecydowałam się machnąć ręką na chandrę i sprawdzić jak to wszystko wygląda. W niemal każdy wtorek organizatorzy prezentowali po 2 filmy, a w przerwie oferowali poczęstunek różnej maści. Mnie nie zależało na wypasionym bufecie, ale na filmach. Nie przeszkadzało mi domowej roboty tłumaczenie czy też brak korekty w jednym filmie – chłonęłam je i oswajałam z mentalnością ludzi z innego kontynentu. Każdego dnia festiwalu pojawiała się pani Monika Januszek z Radia Lublin, która przybliżała charakterystykę kinematografii danego kraju oraz opowiadała o samych filmach. Organizatorzy każdego dnia festiwalowego pokazywali filmy z jednego z krajów. Raz zawitał ważny gość – ambasador Ekwadoru. Śmiałam się, że lepiej słyszałam hiszpańskie słowa niż anemiczny głos tłumaczki. Mam podejrzenie, że jestem jedna z nielicznych, która zaliczyła wszystkie filmy prezentowane na „Kino Latino”. Miałam ochotę wyjść tylko na 2 z 16 prezentowanych filmów, ale byłam dzielna.
Zdradzę, że największe wrażenie wywarły na mnie filmy kubańskie, meksykańskie i argentyńskie. Mam nadzieję, że w tym roku odbędzie się druga edycja tego festiwalu. Naprawdę, nie obchodzą mnie inne atrakcje niż same filmy. Choć nie powiem, wygrana w konkursie butelka likieru miętowego z Kuby naprawdę cieszy i smakuje. 
20 zachwytów w 2011 (kolejność przypadkowa):
„Midnight in Paris”/”O północy w Paryżu”
„Delhi belly”
„Never let me go”/”Nie opuszczaj mnie”
„Blue Valntine”
„The Help”/”Służące”
„Fresa y chocolate”/”Truskawka i czekolada”
„Killing Bono”
„Another year”/”Kolejny rok”
„Tangled”/”Zaplątani”
„X-Men: First class”/”X-Men: Pierwsza klasa”
„Flipped”/”Dziewczyna i chłopak wszystko na opak”
„Restless”
„Crazy, stupid love”/”Kocha, lubi, szanuje”
„Hesher”
„127 hours”/”127 godzin”
„”The Romantics”
„Black swan”/”Czarny łabędź”
„Easy A”/”Łatwa dziewczyna”
„Cemetery Junction”
„The Adjustment Bureau”/”Władcy umysłów”

A teraz 10 rozczarowań:
„You will meet a tall dark stranger/”Poznasz przystojnego bruneta” 
„Going the distance”/”Stosunki międzymiastowe”
„Season of the witch”/”Sezon na czarownice”
„Sucker Punch”
„The Green Hornet”/”The Green Hornet 3D”
„The Ides of March”/”Idy marcowe”
„Hereafter”/”Medium”
„Due date”/”Nim odejdą wody”
„Drive”
„Something borrowed”/”Pożyczony narzeczony”

Statuetka Kocich Wymiotów węrduje do „Your highness” za jakość humoru prezentowanego na milimetrze taśmy filmowej.
Statuetka Teletubisia wędruje do „Abduction”/”Porwanie” za osiągnięcie kategorii wiekowej MAX13.

Czego bym sobie życzyła?

  • Większej aktywności na polu filmowym.
  • Zrobienia tuningu aparatów słuchowych i zmierzyć się z polskimi filmami.
  • Zobaczenia wreszcie filmów Luisa Bunuela z pakietu filmowego, który kiedyś wygrałam.
  • Spróbowania  filmu z Turcji, ale z popularnego nurtu.
  • Może też zahaczyć o kino skandynawskie z fińskim na czele?
  • Klasyka, co piszczy i woła!
  • Ciekawych i inspirujących odkryć.
  • Zdjęcia blokady na seriale.
  • Cudu jakim by było naprawienie przeze mnie nagrywarki DVD – rypsnęła mechanika tacki (to tylko mrzonki, wiem…)
  • Fajnych filmów.
  • Ciekawych dyskusji w komentarzach.
  • Farhana Akhtara z dostawą do domu.

 To by było na tyle…

Podsumowanie roku 2010 – część serialowa

To był dobry rok dla seriali. Nie dość, że odblokowałam się na nowości i zaczęłam regularnie odwiedzać popcornera, to większość wyborów okazała się bardzo trafiona. Widziałam 8 różnych seriali w tym 6 dla mnie nowych. To się z kolei przekłada na 9 całych sezonów oraz 5 oglądanych na bieżąco. Z jednego serialu zrezygnowałam po pilocie, który kapitalnie mnie osłabił, a ostatniego dnia grudnia zaczęła się przygoda z nowym dla mnie tytułem. Rok 2009 był tak niemrawy pod tym kątem, że nie będę się rozpisywać.

Jestem w tyle z kolejnymi sezonami „Dextera”, „Californication” i jeszcze paru tytułów, ale boję się za bardzo wysilać pamięć. Kiedy piszę to radosne podsumowanie, mam gorączkę, kaszlę, telepie mnie od czasu do czasu i jeszcze ból głowy daje popalić. Najbezpieczniej będzie ograniczyć się do faktycznie obejrzanych.

Poważny odpał serialowy rozpoczął się na przełomie kwietnia i maja. Po serii zachwytów nad serialem „Glee” postanowiłam go na sobie przetestować. Nie byłam przygotowana na taką dawkę endorfin, która uzależniła mnie od serialu. Przerysowani bohaterowie, akcja w szkole i spora dawka muzyki. To nie było zwykłe zakochanie, balansowałam na granicy obłędu. To dało mi energię na szukanie innych serialowych doznań.
Do dzisiaj podśpiewuję piosenki i tym samym objawił się fenomen mojej niespełna dwuletniej chrześnicy. Ola rozpoznaje Kurta, Finna, Rachel, Sama, Quinn, Sue, Mr. Shue, Artiego i podśpiewuje ze mną co niektóre piosenki. Obecnymi hitami są „Marry you” i „Just the way you are” z odcinka drugiego sezonu zatytułowanego „Furt”. Świetnie sobie radzi z pierwszą partią Sama w piosence „The Time of my life”. „Glee” nie ma szans się szybko znudzić.
Nieco wcześniej zaliczyłam pierwszy sezon „Spatracus: Blood and Sand”, ale chyba nigdy nie zrozumiem potrzeby epatowania seksem. Wciąż trzymam kciuki za Andy’ego Whitfielda, który walczy z chorobą nowotworową, ale produkcjom w tym stylu mówię dziękuję. Pomijając ten aspekt, historia i postacie świadczyły na korzyść serialu.
Przy sięganiu po nowości często decydowała tzw. iskra. Gdyby nie wywiad z Paulem Wesleyem, gdzie uroczo kaleczył polski język, pewnie do dzisiaj zwlekałabym się z sięgnięciem po „Pamiętniki wampirów”. Podobnie zadziałało nagranie z Comic Con, gdzie Nathan Fillion odczytywał fragment książki Ricka Castle’a. Wprawdzie nic nie rozumiałam, ale osoba Filliona i totalny zgon na widowni wystarczyły by zacząć przygodę z serialem „Castle”.

Historia „White collar” jest nieco inna. Już jakiś czas temu zainteresowałam się tym serialem, ale wtedy nie miałam serca do tego gatunku filmowego. Po zakończeniu drugiego sezonu „Castle” potrzebowałam czymś zająć myśli. Wpadłam w trakcie pierwszego odcinka, a duet Neal Caffrey i Peter Burke to sama słodycz. 

„The Walking  dead” było bezwstydnie reklamowane, ale ludzie otoczeni przez zombie były poniekąd odtrutką na wszechobecne wampiry. Produkcja okazała się być bardzo dobra i niestety wymaga długiego czekania na drugi sezon. 

Próbowałam zakochać się w „V”, ale pilot skutecznie to uniemożliwił. Wiadomo, że produkcje o kosmitach nie grzeszą logiką, ale moje oczekiwania nie były aż tak wielkie. Zawiódł scenariusz,  jego bezwstydna sztampowość i toporność. Nawet nie miałam z czego się uśmiać, byłam zwyczajnie zażenowana. Myślę, że za jakiś czas, na przeczyszczenie mózgu, będzie jak znalazł.

Ostatniego dnia grudnia zaczęłam oglądać „Fringe”, ale wrażenia o nim zostaną przypisane do roku 2011. Dodam od siebie, że wpadłam po uszy.

Ze starych produkcji z niesłabnącym zaangażowaniem oglądam „Kości”, które dobiegły do 6 sezonu. Twórcom udaje się utrzymywać dobry poziom, że do dzisiaj nie mam dość i uśmiecham się na wspomnienie bohaterów. Ta sztuka nie powiodła się „Czystej krwi”, która słabym trzecim sezonem, ostudziła mój entuzjazm. 

Nie oglądam „M jak miłość”, „Barw szczęścia”, „Pierwszej miłości” itp., ale niestety nie żyję w błogiej nieświadomości na temat akcji. Tak, moja mama uwielbia się dzielić spostrzeżeniami na temat seriali, które mnie nie interesują. 😉

A tak mam nadzieję, że te kilka tytułów, które zamierzam wypróbować, okażą się warte poświęconego czasu. Myślę, że Izy Miko nie wytną z „The Cape”, w końcu ma się pojawić w 6 odcinkach. To był fajny rok, ten niech nie będzie gorszy.

Podsumowanie roku 2010 – część filmowa

Podsumowaniom pora uczynić zadość, oddać pokłon i zwyczajnie poświęcić chwilę uwagi. Kolejny rok już za nami, a co się kończy czasem warto podsumować, przeanalizować czy zwyczajnie powspominać. Obecny wpis będzie poświęcony filmom, mojej pasji od dzieciństwa.
W roku 2010 obejrzałam mało filmów, bo tylko 87. Chociaż regularnie uzupełniam listę obejrzanych tytułów, przypomniałam sobie jednego „omijaka”. To przy 144 filmach widzianych w 2009 oznacza totalny spadek formy. Mijający rok przynosił też więcej kryzysów, ale zwyżka nastąpiła w innych dziedzinach – książkowej i serialowej. To zawsze jakieś pocieszenie. Nie nurkowałam w kierunku kina moralnego niepokoju czy arcy ambitnego dziecka festiwalowego.
Brakuje różnorodności geograficznej. Zasadniczo oglądam produkcje z kraju wuja Sama z niewielkimi odstępstwami. Na liczniku jest coraz mniej filmów indyjskich, jeden z Korei Południowej, dwa z Hiszpanii i Australii, coś brytyjskiego też się znalazło. Od jakiegoś czasu coraz trudniej przyporządkować produkcje do jednego kraju, koprodukcje międzynarodowe to praktycznie norma. Marna ze mnie patriotka, ale nie mam serca do polskich produkcji. Gdyby miały napisy i niedołujący temat i nieżenujący temat, to może. Jednak jako osoba z małą dysfunkcją narządu słuchu nie mam ochoty wkładać dodatkowego wysiłku w rozumienie dialogów.

Zapisałam się do wyzwania oscarowego, co popchnęło mnie nie tylko do uzupełnienia braków, ale i krótkiego penetrowania starszego kina. W końcu zobaczyłam „Garsonierę” (świetna!), „Stąd do wieczności” (bardzo dobry) i „Casablancę” (a tak się bałam, że się nie spodoba).  Poszukiwania starszych filmów wyzwoliły manię na punkcie Roberta Redforda. Od dawna jestem pod urokiem jego talentu i oczywiście obłędnych, niebieskich oczu – jednak takie manie wyskakują znienacka. Tym sposobem zobaczyłam „Żądło” (kapitalne!) oraz „Tacy byliśmy” (rewelacyjne) i nastąpił kryzys.

Inną poważną fazą był Jake Gyllenhaal, który jako Dastan w „Księciu Persji” totalnie mnie oczarował. Nie był mi zupełnie nieznany, w końcu grał w „Donnie Darko” i „Tajemnicy Brokeback Mountain” czy „Zodiaku”. W kwietniu obejrzałam inny jego film – „Bracia”, ale wtedy nie miałam nastroju na radosne fanowanie. Zauroczona rozpoczęłam bieg po jego wcześniejszych filmach: „Jarhead: Żołnierz piechoty morskie”, „Transfer”, „Życiowe rozterki”, „Dowód” i teraz staram się być na bieżąco z jego filmami. Tak jest w przypadku każdego bohatera mych filmowych żądz.
Gdyby nie mała słabość do Lee Pace’a, nie pomyślałabym w ogóle o obejrzeniu „Pewnego razu w Rzymie”. Zapowiadała się kolejna mdła komedia romantyczna, a okropny plakat z żółtym tłem byłby gwoździem do trumny. Ale był Lee, Ned z „Gdzie pachną stokrotki”, niestety krótko. Ten feler wynagrodził Josh Duhamel, który miał mnie po jednej scenie – jak zobaczył Kristen Bell w fontannie. Od tego czasu wyczekuję kolejnych jego filmów i to dzięki niemu zobaczyłam „Ramonę i Beezus”.
Rok 2010 przyniósł mi dwa odkrycia dziecięcych aktorów. Najpierw znokautowała mnie Chloe Moretz („Kick-Ass”, „Dziennik cwaniaczka”), potem nie mogłam wyjść z podziwu dla Joey King („Ramona i Beezus”). Nie wiem z czego to wynika, ale dziewczynki mają ciekawsze role i bardziej zapadają w pamięci. Gdzie ci chłopięcy aktorzy?
Postanowiłam też przyjrzeć się potencjałom tkwiącym w gwiazdkach Disney’a. Miley Cyrus, Selena Gomez i Zac Efron są powszechnie uznawani za obciach i marnych aktorów. Chciałam wyrobić własne zdanie, ale bazując na grze poza Disney’em. Zielone światło zapaliło się dla Seleny („Ramona i Beezus”) i Zaca („17 Again”, „Me and Orson Welles”), testu nie zdała Miley („Ostatnia piosenka”). Szczególnie zaskoczył mnie Efron, który ma duży potencjał i lekkość bycia na ekranie. 
Może od razu wytłumaczę się, dlaczego obejrzałam „Wampiry i świry”. Miałam wisielczy humor, wszystko było mi obojętne. Film jest żenujący, kilka razy się uśmiechnęłam. Bywało jednak tak źle, że pomimo katastrofalnego nastroju,  zastanawiałam się czemu to oglądam. Na plus mogę dać Jenn Proske, która grając Beccę wręcz genialnie parodiowała Bellę. Nawet Matt Lanter był ciekawszy aktorsko niż cierpiący na biegunkę Robert Pattinson.
20 zachwytów w 2010 roku (kolejność przypadkowa):
Agora
Samotny mężczyzna
The Social Network
Jaśniejsza od gwiazd
Garsoniera
Żądło
Tacy byliśmy
Incepcja
Kick-Ass
Sherlock Holmes
Zaklęci w czasie
Mr. Nobody
Ramona i Beezus
Wybuchowa para
Książę Persji: Piaski czasu
Nowszy model
W Kairze
Scott Pilgrim kontra Świat
Jarhead
Uczeń czarnoksiężnika
Dziesiątka rozczarowań  w 2010 roku (kolejność również przypadkowa):
Percy Jackson i bogowie olimpijscy: Złodziej pioruna
Jonah Hex
Listy do Julii
Wilkołak
Wciąż ją kocham
Legion
Dorwać byłą
Drużyna A
Saga „Zmierzch”: Zaćmienie
Solomon Kane
Wolę nie szafować postanowieniami. Mam nadzieję, że w tym roku będzie więcej chęci niż niechęci do oglądania. Chciałabym aby każdy obejrzany, choćby najgorszy, miał swoje odzwierciedlenie w „recenzji” – jednak wszystko się może zdarzyć, więc małymi kroczkami zmierzam ku samodyscyplinie.
Niedługo powinnam spłodzić kolejne odsłony podsumowań. Chyba, że Bishopowie z Olivią nie dadzą mi spokoju.