[Comic Corner] Superman. Czerwony Syn.

Ten wpis traktuję jako mały eksperyment. Brakuje mi bowiem choćby przyzwoitej wiedzy w temacie literatury komiksowej, a temat jest niesamowicie rozległy i wielopoziomowy. Jak tu się odnaleźć w mitologii, która przeżyła niejeden restart otwierający furtkę do innej historii. Z początku mnie to irytowało, bo stałam na straży przekonania, że dzieło należy przede wszystkim do twórcy i dlatego sceptycznie patrzyłam na kontynuacje oraz ich współczesną odnogę – fanfiki (nie lubię ich do dzisiaj). Obecnie to się zmienia, ale podjęcie próby nadrobienia i usystematyzowania w głowie danego uniwersum napotyka lekkie przerażenie – ile tego jest! Ideałem byłoby zapoznanie się z tematem wedle chronologii, ale w przypadku komiksu zagranicznego jest to trochę utrudnione. Nie czuję się na siłach by przedrzeć się przez fabułę w języku angielskim. Nawet z obrazkami. Jednak któregoś dnia któryś z blogerów sypnął ciekawym stwierdzeniem. Skoro możemy oglądać bajki typu „Tom i Jerry” w losowej kolejności to jaki widzimy problem z komiksami? Wprawdzie to nie jest tak równorzędne, ale co szkodzi sięgnąć po serię w oderwaniu od innych? I tutaj nabrałam ochoty na powtórkę wielu tytułów z biblioteczki starszego brata. Starsi bracia są fajni. Czytaj dalej

„Gwiezdne Wojny: Przebudzenie mocy” – powrót do korzeni i młode pędy.

W dniu premiery zasiadłam sobie w fotelu kinowym z niemałą ulgą. Jeden z najbardziej wyczekiwanych filmów o których nie chce się nic wiedzieć przed seansem. Możliwe, że miałam trochę szczęścia, bo do tego momentu nie natknęłam się nawet na okruch pozwalający zidentyfikować największy i zarazem najsmutniejszy spoiler tego filmu. Nie odgradzałam się specjalnie od wirtualnego świata, nawet pokusiłam się o manewry hazardzisty. Doszłam do wniosku, że świat solidarnie zamilkł aby Ci, którzy wciąż czekają na premierę nie stali na przegranej pozycji. Jednak kolejne posty i wpisy udowadniały mi moje szczęście, bo siedząc wygodnie na czerwonym fotelu czekałam na powrót do świata, który tak pokochałam w dzieciństwie.

Ostrzeżenie producenta: tekst może zawierać śladowe ilości spoilerów

Czytaj dalej

Co było w 2015.

Nie wiem czy w ogóle ten wpis powinien powstać, a sam blog najzwyczajniej w świecie być zamknięty. Koniec końców jakieś podsumowanie musi być. Jeśli moja aktywność blogowa była mizerna niczym stajenka to łatałam sumienie w miarę częstymi seansami oraz stosem napoczętych tekstów tkwiących w czeluściach peceta. Do tego takie wpisy przychodzą względnie najłatwiej, a jak się prowadzi spis rzeczy obejrzanych i przeczytanych (moja pamięć do najzdolniejszych nie należy) to o kilka stresów mniej. Zazdroszczę Zwierzowi jego pamięci, ja miewam wątpliwości czy dany film widziałam lub czy seans miał miejsce w kinie. Odnalezione bilety kinowe potrafiły mnie bardzo zadziwić. Z czym będę kojarzyć rok 2015? Na pewno ze wzmożoną aktywnością serialową oraz mikrą w temacie czytelnictwa. Tak, w tym roku przeczytałam kilka tytułów, a gros nich stanowią komiksy.

FILMY

Może to dla niektórych jest zaskakujące, ale bywają chwile, że zmuszam się do obejrzenia filmu. Z jednej strony to nie jest ten młodzieńczy zryw, a z drugiej nieporównywalna dostępność tytułów w porównaniu z ubiegłymi dekadami. Jak jest za dużo to i bywa niezdrowo – czasu nie tak wiele, a dylematów od groma. Grunt to się nie poddawać, bo dzięki takim „motywacjom” można natrafić na bardzo dobre, wciągające filmy. I tak na 111 filmów obejrzanych w tym roku znalazło się trochę tytułów wartych wyróżnienia. Kolejność jak najbardziej przypadkowa.

DISCO POLO (2015), reż. Maciej Bochniak – mój pierwszy od lat seans polskiego filmu w kinie. Właściwie jedyny taki w tym roku, co zaowocowało pewnym wpisem. Na odbiór z pewnością wpłynęła niesamowita atmosfera na prawie wypełnionej sali, gdzie widzowie żywo reagowali na film. Sam film okazał się jednym z najbardziej rozbrajających jakie widziałam. Totalny odjazd, motywy Dzikiego Zachodu jako paralela do początków owego nurtu muzycznego. Nawet jeśli można się przyczepić do kilku kwestii, to wciąż dostajemy kawał solidnego kina komediowego bez spiny i kompleksów. Do dzisiaj pamiętam ten stan hipnozy podczas „Oczy cziornyje” w wykonaniu Joanny Kulig. Magia kina.

INSIDE OUT/W GŁOWIE SIĘ NIE MIEŚCI (2015), reż. Pete Docter – film dla dzieci o emocjach? To mogło wyjść od Pixara, który bezczelnie doprowadza mnie do płaczu jedną sceną. Przyznaję się, że miałam pewne obawy, a tak wyszłam z kina nabuzowana emocjami. Dzięki takim filmom łatwiej jest tłumaczyć dzieciom sprawy abstrakcyjne – nie wiem ile rozmów przeprowadziłam z chrześnicą po seansie tego filmu. To znaczy, że mimo niedociągnięć spełnił swoją rolę. Mam cichą nadzieję na sequel, bo końcówka pokazała olbrzymi potencjał tkwiący w tym patencie.

SONG OF THE SEA/SEKRETY MORZA (2014), reż. Tomm Moore – doskonała przeciwwaga dla wysokobudżetowych animacji wielkich wytwórni. Irlandzkie legendy mają w sobie niesamowitą magię, a szczególnie jest ona uwypuklona przy klasycznej animacji. „Sekrety morza” są nie tylko piękne i magiczne, ale poprzez poruszany motyw smutku – bardzo uniwersalne. Troszkę zastanawia fakt, że dvd jest dostępne głównie na allegro.

BIRDMAN (2014), reż. Alejandro Gonzalez Inarritu – film o sztuce i jej percepcji, który sam w sobie stanowi przykład sztuki filmowej z górnej półki. Opowieść o podstarzałym aktorze jednej roli, który po latach chce o sobie przypomnieć za pomocą sztuki teatralnej okazuje się być nie tylko komentarzem do procesu tworzenia oraz odbioru. „Birdman” oferuje seans totalny, gdzie widz nie może się zdecydować czy skupić się na grze aktorów, zdjęciami, muzyką czy meandrami scenariusza. Rzadko zdarza mi się film tego kalibru.

WHIPLASH (2014), reż. Damien Chazelle – mały wielki film. To pierwsze określenie jakie mi przychodzi do głowy. Krótki metraż, który zarobił na realizację pełnego filmu zaoferował mi jeden z najintensywniejszych seansów w tym roku. Film skupia się na relacji mistrz – uczeń, ale nie sposób pominąć innego ważnego bohatera – muzykę. Film nią kipi, a końcowa scena jest czymś niewyobrażalnym.

EX MACHINA (2015), reż. Alex Garland – kameralne science – fiction, które podejmuje temat tworzenia sztucznej inteligencji oraz wiążącej się z nią odpowiedzialności. Przestrzeń ograniczona do posiadłości w sercu puszczy oraz trójki świetnych aktorów. Oscar Isaac, Domhnall Gleeson oraz Alicia Vikander wypełnili sobą cały seans czyniąc go ważnym i pobudzającym do rozmyślań doświadczeniem.

TESTAMENT OF YOUTH/TESTAMENT MŁODOŚCI (2014), reż. James Kent – film od razu wylądował u nas na dvd. Film opiera się o autobiograficzną książkę Very Brittain będąca świadectwem bezsensu wojny – w tym przypadku I wojny światowej. Doskonała obsada, bardzo dobre zdjęcia oraz muzyka celnie i z wyczuciem poruszyły ten temat straconych pokoleń. Może i powstało wiele filmów oraz książek krążących wokół tej sprawy, ale rzadko który wycisnął ze mnie tyle łez. Tak, spłakałam się dokumentnie i nie zamierzam tego ukrywać.

THE MAN FROM U.N.C.L.E./KRYPTONIM U.N.C.L.E. (2015), reż. Guy Ritchie – jakimś cudem ten fantastyczny film nie zawojował boxoffice stając się jedną z porażek studia Warner Bros. (coś ma nosa do niezbyt udanych inwestycji), a ja tego nie ogarniam. Już sam zwiastun zapewniał mnogość rozrywki odświeżając czasy zimnej wojny. To, co w filmie kuleje to niezbyt przemyślana fabuła w aspekcie spisku do zdławienia. Jednak cała reszta jest kapitalna – obsada, scenografia, kostiumy, gagi i muzyka. Uwielbiam ten soundtrack, a często nie zwracam na niego specjalnej uwagi.

KINGSMAN: THE SECRET SERVICE/KINGSMAN: TAJNE SŁUŻBY (2014), reż. Matthew Vaughn – wprawdzie dobry nastrój pryska przez ostatnią scenę to kolejny raz nie zawiodłam się na reżyserze (nie widziałam tylko jego pierwszego filmu). Kapitalne widowisko z pamiętną sceną w kościele, a przede wszystkim celne parodiowanie filmów szpiegowskich. Tutaj przekonałam się do Tarona Edgertona. Cieszę się, że Vaughn pracuje nad kontynuacją.

TRAINWRECK/WYKOLEJONA (2015), reż. Judd Apatow – kiedy na fali mainstreamu wypłynęła Amy Schumer, z miejsca odczułam niechęć do amerykańskiej komiczki i aktorki. Dlatego tak późno obejrzałam film Apatowa na podstawie jej scenariusza. Dostałam bardzo zgrabną, okraszoną świetnymi dialogami komedię romantyczną, gdzie rozrywkowa i niestała w uczuciach dziennikarka spotyka bardzo spokojnego i ułożonego lekarza sportowego. Film operuje znanymi motywami, które przeinacza i nadaje nowego wyrazu. Wystarczy wspomnieć samą scenę pojednania. Czy polubiłam Amy? Może ociupinkę, ale jeśli znów wyskoczy z jakimś scenariuszem to nie będę się tak ociągać.

ANT-MAN (2015), reż. Peyton Reed – nie bardzo wierzyłam w ten film i tego superbohatera. Na szczęście mimo potknięć dostałam jeden z najurokliwszych filmów z MCU. Zdecydowanie osłodził mi rozczarowanie „Avengers: Czas Ultrona”. Film ma wiele smaczków, ale creme de la creme stanowi sekwencja walki ze złoczyńcą, która jest naszpikowana takimi smaczkami i gagami, że śmiałam się na głos.

THE MARTIAN/MARSJANIN (2015), reż. Ridley Scott – ostatnimi filmami reżyser zdecydowanie nie zabłysnął, z tym się nie dyskutuje. Adaptacja wydanej własnym sumptem powieści Andy’ego Weira przerwała złą passę dając jeden z bardzo dobrych filmów w swoim gatunku. Znów świat idzie na ratunek Mattowi Damonowi, który utknął samotny na Marsie, ale to wciąga. „Marsjanin” zachwyca nie tylko bohaterami czy poczuciem humoru, ale fenomenalnymi zdjęciami. Poszczególne kadry aż proszą się o oprawienie w ramki.

THE LOBSTER (2015), reż. Giorgos Lanthimos – ostatni film widziany w tym roku i jednocześnie jeden z najciekawszych doświadczeń nurtu kina autorskiego. Nie znam dotychczasowego dorobku reżysera, ale tytuły „Kieł” czy „Alpy” z pewnością gdzieś słyszałam. Trochę przywodzi na myśl „Nie opuszczaj mnie” Marka Romanka. Wizja przyszłości, gdzie odgórnie trzeba łączyć się w pary, a samotnicy kryją się po lasach. Absurd w irracjonalnym świecie, który pozornie jest taki jakim znamy. Świetne role Farrella i Weisz.

STAR WARS: THE FORCE AWAKENS/GWIEZDNE WOJNY: PRZEBUDZENIE MOCY (2015), reż. J.J. Abrams – wróciło stare i nowe. Podchodziłam z pewną rezerwą do tego filmu, w końcu po słabym „Mrocznym widmie” nie sięgnęłam po 2. i 3. część. Abrams podjął ryzyko, ale doskonale rozumiał za czym tęsknią widzowie. „Przebudzenie mocy” traktuję jako hołd oraz wprawkę przed kolejnymi częściami. Powitaliśmy starych bohaterów, poznaliśmy nowych i poczuliśmy, że jesteśmy w domu.

Nie obyło się bez rozczarowań, a te najbardziej na sobie odczułam:

IRRATIONAL MAN/NIERACJONALNY MĘŻCZYZNA (2015), reż. Woody Allen – zasada wedle której udaje mu się co drugi film jest nieaktualna. Wprawdzie nie widziałam „Magii w blasku księżyca”, ale po fantastycznej „Blue Jasmine” reżyser nie błysnął. Problem tego filmu nie tkwi w ponownym przerobieniu kwestii zbrodni i kary, bo duch Dostojewskiego unosił się nad Allen w trakcie pisania scenariusza. Problemem są bohaterowie, którzy nie pasują do współczesności i są bardziej tłem dla wypowiadanych kwestii. Allen za bardzo pamięta młodość swoich czasów i nie przyjrzał się tej współczesnej.

THE IMITATION GAME/GRA TAJEMNIC (2014), reż. Morten Tyldum – co za rozczarowanie. Bardzo poprawny film z nie najlepszą rolą Benedicta Cumberbatcha, bardzo się rozczarowałam Brytyjczykiem. Totalnie nie uwierzyłam w jego postać. Sam seans upłynął mi pod kątem łowienia pułapek stawianych przez twórców, które miały mnie zaangażować w seans. Trochę szkoda, bo historia Turinga miała niebywały potencjał.

AMERICAN SNIPER/SNAJPER (2014), reż. Clint Eastwood – Clint w przeciwieństwie do Ridley’a nie przerwał złej passy. Wprawdzie „Snajper” odniósł sukces w USA, ale co się dziwić skoro to totalnie amerykański produkt z patriotycznym konfetti. Jednak to by mi nie przeszkadzało gdyby nie jeden drobiazg – film został oparty o biografię (warto przeczytać) i w „Snajperze” było za wiele przeinaczeń. To tutaj mamy „cudowną” scenę z dzieckiem.

EXODUS: GODS AND KINGS/EXODUS: BOGOWIE I KRÓLOWIE (2014), reż. Ridley Scott – właściwie to nie kopie się leżącego, ale jeśli kusi Cię obejrzeć ten film – nie rób tego. Jakimś cudem wysiedziałam te dwie i pół godziny, gdzie akcję powtykano między rozwleczone nieme ujęcia krajobrazu. Jedynym jasnym punktem był Joel Edgerton, a tak film bardzo zbędny.

PITCH PERFECT 2 (2015), reż. Elizabeth Banks – mimo wszystko jednak się rozczarowałam. Magia filmu gdzieś się ulotniła, a i muzycznie nie było na czy, ucha zawiesić poza ogniskowym i pięknym wykonaniem „Cups”. Fabularnie film wyłamuje się poza żelaznymi punktami, ale fakt, że nie mam ochoty na powtórkę i nie słucham fragmentów na YT mówi sam za siebie.

FANTASTIC FOUR/FANTASTYCZNA CZWÓRKA (2015), reż. Josh Trank – to już znęcanie się nad filmem, ale cóż – rozczarowałam się. Mimo świetnej obsady film cierpi z powodu fatalnego scenariusza i to on jest głównym autorem klęski. Do tego dochodzi konflikt reżysera ze studiem. Krytycy i widzowie rzadko stają po jednej stronie barykady – tutaj zawarli sojusz. Trochę szkoda, bo mimo wszystko byłam pozytywnie nastawiona do kolejnego komiksowego rebootu.

MAGIC MIKE XXL (2015), reż. Gregory Jacobs – film Soderberga to kawał dobrego dramatu, ale trzeba o tym zapomnieć w kontekście jego kontynuacji. To zupełnie inne filmy o bardzo rozbieżnych genezach. W tym przypadku mamy komedię o striptizerach w konwencji kina drogi. To by się nawet udało, ale mimo kilku niezłych scen pytałam siebie po co to w ogóle oglądam. Odrzucała mnie sztuczność bijąca z filmu oraz zbyt głośny feministyczny przekaz.

ALOHA/WITAMY NA HAWAJACH (2015), reż. Cameron Crowe – tu nie powinno być rozczarowania, bo z góry było wiadomo, że to nie będzie dobry film. Film Crowe’a obejrzałam kiedy chciałam coś lekkiego i komediowego, by przy okazji przekonać się w czym tkwi problem (poza wybielaniem obsady). Tutaj jest miejsce na moje rozczarowanie Cooperem, Stone i McAdams, że w ogóle zdecydowali się na ten film. Nie wiem czy dobrze płacili, ale takie scenariusze to bardziej do Lifetime niż do kina z pierwszoligowymi aktorami.

THE FINAL GIRLS/DZIEWCZYNY ŚMIERCI (2015), reż. Todd Strauss Schulson – po zwiastunie wiele sobie obiecywałam, ponieważ uprawiał ten typ parodii w duchu czarnej komedii jaki lubię. Film ma wiele fajnych rozwiązań, analizuje slashery, ale kuleje scenariusz i tempo – jest chwilami zbyt rozwleczone. O wiele więcej uroku ma film „Tucker and Dale vs. Evil” z 2010 roku. A tak pamiętam tylko zmarnowany potencjał.

AVENGERS: AGE OF ULTRON/AVENGERS: CZAS ULTRONA (2015), reż. Joss Whedon – to się nazywa rozczarowanie. Po lekkich, efektownych i nastrajających optymistycznie „Avengersach”, gdzie idea zebrania kilku superbohaterów w jednym filmie stała się ciałem – dostaliśmy poważny wrzód na żołądku. Nie podoba mi się Ultron, ani relacja Bannera z

Romanoff (bo jedyna kobieta w zespole musi być love interest). Głębię rozpaczy osiągnęłam przy planie zniszczenia Ziemi. Ten film był po prostu „za bardzo”.

SERIALE

W tym roku obejrzałam 513 odcinków seriali. Zaczęłam kilka tytułów, które czasowo zarzuciłam lub na wieczne później. Za tą trzycyfrową liczbą kryją się 54 tytuły, część z nich nie wyszła poza jeden odcinek. Przez jakiś czas szukałam sposobu na spisywanie swojej serialowej aktywności i skończyło się na banalnym rozwiązaniu – chronologiczne spisywanie obejrzanych odcinków. Dla niektórych to pewnie głupota, ale ja tego bardzo potrzebuję – wtedy nie mam wrażenia, że ten rok był bliżej niesprecyzowaną materią, a większość tytułów przepadła w czarnej dziurze. Mam to czarno na białym i nawet nie wiecie jak fajnie jest wziąć ten złachany zeszyt i poprzeglądać.

Oto tytuły, które szczególnie sobie upodobałam, które może niekoniecznie trzymały poziom, ale z pewnością utrzymują mnie przy sobie:

GALAVANT
FLASH
MARVEL’S AGENT CARTER
POLDARK
MERLIN
IZOMBIE
GAME OF THRONES
TEEN WOLF
SCREAM
SUPERNATURAL
DAREDEVIL
LIMITLESS
GOTHAM

oraz

*chlip, chlip*
FOREVER
*chlip, chlip*

Nie brakowało produkcji, do których straciłam serce – tutaj trzeba wspomnieć o „Hannibalu”, który totalnie odpłynął stając się jednym z najdroższych fanfików. Do tego miałam serdecznie dość tego mistycznego związku Willa z Lecterem. Zapomniałam o drugim sezonie „Sleepy Hollow” a tu już śmiga trzeci. Nie dokończyłam „True blood”, a „Mr. Robot” pojawił się nie w czas i jeszcze parę tytułów, które pewnie pojawiłyby się w 2014 czy 2013 roku, ale zapomniały w 2015.

maj01 002

Tak mniej więcej prezentował się mój serialowy maj. W tym miesiącu miałam na koncie 89 odcinków.

LUDZIE

Im jestem starsza tym coraz trudniej u mnie o reakcje typowej fangirl, która odkrywając cudo, zaczyna zagłębiać się w jego filmografii i po tygodniu wie wszystko nawet o kandydacie na następne „celebrity crush”. Może przesadziłam, ale nie mam w sobie takiego entuzjazmu – jeśli zgłębię filmografię to tylko jej ułamek. Niby tłumaczę sobie, że zostawiam kilka nieruszonych skarbów na czarną godzinę, ale wiemy jak to jest. Smutam nad tym, ale co poradzić. Jednak potrafię wskazać osoby, które zwróciły moją uwagę i zdecydowanie do nich należał 2015 rok:

COLIN MORGAN
MATTHIAS SCHOENAERTS
ALICIA VIKANDER
AISLING FRANCIOSI
MILES TELLER
DAN STEVENS
SAM CLAFLIN
JACK O’CONNELL
AIDAN TURNER
ARMIE HAMMER
TARON EDGERTON

Za dużo testosteronu, wiem.

Chciałabym dla siebie większej wiary w siebie, bo brak tego składnika położył większość moich niedoszłych wpisów. Do tego dołożę regularne mentalne kopniaki, które skierują mnie na półkę z dvd, gdzie stoją nieobejrzane tytuły. Nie bawię się w postanowienia, bo tak naprawdę obejrzenie filmu czy serialu samo w sobie jest sukcesem i nie spędzam reszty wieczoru nad zastanawianiem się co by tu zobaczyć.

Te filmy wypadałoby w tym roku nadrobić. Fajnie jest patrzeć na rozrastającą się filmotekę i biblioteczkę. Jednak im więcej w nich pozycji nietkniętych to pojawia się wrażenie marnowania pieniędzy.

This slideshow requires JavaScript.

A tak w pierwszy dzień Nowego Roku życzę Wam owocnego kulturalnie i życiowo 2016 roku. Ćwiczycie już daty na kartkach?

***

PS. Nowy Rok uczciłam zmianą wystroju. Teraz muszę uważać, by w tytułach nie było polskich znaków. Generalnie zmiany na wordpressie póki co na plus.

„Spectre”, czyli zemsta w skrajnie niskiej temperaturze.

Żyję na tym świecie nie od wczoraj, ale dopiero 24. film z serii o agencie 007 był pierwszym obejrzanym w kinie. James Bond towarzyszy mi odkąd pamiętam, obejrzałam chyba wszystkie filmy. Z drugiej strony co się dziwić – seria zajmuje stałe miejsce w światowej popkulturze. Szczególnie to widać w sali kinowej miasta, które wyprodukowało śmigłowiec pojawiający się w „Tylko dla twoich oczu” z Rogerem Moore. Żadne filmy od Marvela nie przyciągnęły takiej widowni jak „Spectre”, a ja miałam okazję znów poczuć jak to jest być częścią wielkiej widowni. Kiedy ogłoszono Daniela Craiga jako kolejnego odtwórcę kultowej postaci, znalazłam się w obozie entuzjastów tego wyboru. To była zapowiedź czegoś innego, bardziej przystającego do naszych czasów. Jednak Bond pozostaje Bondem i pewnych rzeczy się nie przeskoczy, ale czy tak bardzo musi o tym przypominać? Czytaj dalej

Serialowa jesień 2015, czyli idzie nowe nijakie.

Witam po tygodniach niebytu. Z niemałym lękiem stanęłam przed faktem, że odwykłam od pisania. Kiedy oglądam film czy serial, w mojej głowie nie kiełkuje się chęć stworzenia wpisu, nawet porażająco niedorzecznego. It’s a really bad situation. Czyżby mój umysł przestał pracować? Możliwe, ale tych ukłuć zazdrości, kiedy czytam kolejne wpisy blogerskiej braci, nie mogę już ignorować. Nie nazwałabym tego przebudzeniem z donośnym „Roar” Katy Perry na ustach. Myślę, że złość na samą siebie będzie na razie solidnym czynnikiem mobilizującym. Od czego zacząć ścieranie kurzu i ściąganie pajęczyn? Od tematu lekkiego i przyjemnego, a przynajmniej tak by się zdawało. Czytaj dalej

Nieracjonalny mężczyzna, czyli Woody Allen ponownie w oparach zbrodni i kary.

Filmy Woody’ego Allena albo się lubi albo nie. Nie twierdzę, że nie ma stanów pośrednich, ale przy tak wyrazistej, dającej się z miejsca przyporządkować pod jeden mianownik twórczości – bardzo często dochodzi do skrajności w postawie odbiorców. Moja przygoda z Allenem zaczęła się dzięki filmowi „Klątwa skorpiona” z 2001 roku i w tamtym czasie nadrobiłam część z jego starszej filmografii. Nie potrafię powiedzieć co tak naprawdę urzekło mnie w tym filmie, co było tą iskrą zapalną, która popchnęła mnie w rejony jego kina. W każdym razie na mapie kina znalazłam przystanek, który niezwykle mi odpowiadał. Od jakiegoś czasu Allen regularność premier niekoniecznie idzie w parze z jakością. Urosło nawet przekonanie, że wychodzi mu co drugi film – co chwilami bywa prawdą. „Nieracjonalny mężczyzna” wywołam u mnie raczej mieszane uczucia. Czytaj dalej

Szable, owce i pianina, czyli czego potrzeba kobiecie mieszkającej „Z dala od zgiełku”.

Raz na jakiś czas na horyzoncie pojawia się nowa twarz, która wyhodowana na gruncie europejskim (ale nie angielskim) zaczyna pojawiać się w zachodnim kinie anglojęzycznym. Mieliśmy Noomi Rapace, Alicię Vikander, Joela Kinnamana czy Madsa Mikkelsena. Od niedawna nie sposób nie zauważyć Belga o dość trudnym do zapamiętania nazwisku – Mathhias Schoenaerts. Idąc śladem jego filmografii nie da się ominąć najnowszą adaptację powieści Thomasa Hardy’ego. Z miejsca się przyznaję, że nie miałam styczności z dorobkiem brytyjskiego pisarza i seans był dla mnie totalną niewiadomą. Nawet gdybym chciała w tempie ekspresowym przeczytać „Z dala od zgiełku” to zasoby miejscowej biblioteki nie przewidziały takiej potrzeby. A szkoda, bo ciągnie mnie teraz w stronę lżejszej klasyki. Wracając do filmu wyreżyserowanego przez Thomasa Vinterberga, dawno mi się tak dobrze nie oglądało filmu kostiumowego, a przecież nie brak mu punktów do wytknięcia. Czytaj dalej