The Social Network (2010), reż. David Fincher

Przyznaję się bez bicia. Pierwsze wzmianki na temat filmowej biografii założyciela facebooka uznałam za nieporozumienie. Mam konto na tym portalu, ale od ponad roku przestałam widzieć sens w jego użytkowaniu. Nie stałam się nagle przeciwniczką, po prostu facebook stał mi się obojętny. Nie wiedziałam kto go założył, nie interesowałam się w ogóle jego historią – a jednak doszły do mnie słuchy o planowanej ekranizacji. Pewnie zignorowałabym na długi czas „The Social network” (w końcu na stołku reżysera zasiadł David Fincher), ale pozytywne recenzje skłoniły mnie do zmiany decyzji. Dwugodzinny, przegadany film – tak najczęściej określany jest film Finchera. Kiedy ostatnio się takim zachwycałam, zwał się „Frost/Nixon” i był nominowany do Oscara. Teraz jestem pod wrażeniem najnowszej produkcji reżysera średnio udanego „Przypadku Benjamina Buttona”, nie dziwi mnie deszcz nagród i nominacji, a Oscary jeszcze przed nami.
Historia Marka Zuckerberga (Jesse Eisenberg), studenta  Uniwersytetu Harvarda zaczyna się w pubie,  gdzie Erica Albright (Rooney Mara) zrywa z przyszłym miliarderem. Może i jest geniuszem, ale też dupkiem. Wkurzony Mark po pijanemu prowadzi blog i pisze stronę, która po czterech godzinach zostaje odłączona od sieci. Z miejsca stał się najbardziej znienawidzonym przez studentki facetem. Cóż, warto by było przywrócić blask i chwałę nazwisku Zuckerberga i tak poznajemy kulisy powstania najpopularniejszego portalu społecznościowego. Moja całkowita niewiedza w tym temacie okazała się być błogosławieństwem i z wypiekami na twarzy oglądałam ten przegadany, długi film.
Lubię Jesse’go Eisenberga, ale rola Zuckerberga pokazała mi go od innej, jeszcze ciekawszej strony. W końcu wyszedł poza fizjonomię mięczaka i był zazdrosnym egoistą, pewnym siebie draniem. To było odświeżające mając w pamięci choćby „Zombieland” (czekam na kontynuację, film mnie zwyczajnie rozbroił) czy „Adventureland”. Fincher pokazał mi aktorskie oblicze Andrew Garfielda, co potraktowałam jako swoisty sprawdzian dla nowego odtwórcy Petera Parkera vel. Spidermana. Grający rolę Eduardo Saerina miał niełatwe zadanie – uprzedziłam się do niego uznając za błędny wybór następcy Tobey’a Maguire’a. Choćbym się opierała rękami i nogami, nie mogę mu odmówić charakteru i talentu. Irytujący i pociągający zarazem, nie pozostawia widza obojętnym. Wynagrodził mi rozczarowanie Maxem Minghellą, który po rewelacyjnej roli w „Agorze”, u Finchera był po prostu mdły. Egzaminu nie zdał Justin Timberlake. Naczytałam się, że aktor z niego żaden – jednak nie spodziewałam się, że ten fakt będzie bił po oczach jak róż Joli Rutowicz. Ostatnio tak łapałam się za głowę widząc Miley Cyrus w „Ostatniej piosence”, teraz z Justinem tworzą zgrany duet któremu wydaje się, że potrafi grać. Może jestem niesprawiedliwa, ale w moich oczach był mdły, sztuczny i nieprzekonywujący.
Na tle męskiej obsady wyróżnia się tylko jedna kobieta – Rooney Mara. Nie czytałam jeszcze książek Stiega Larssona, nie widziałam żadnej ich ekranizacji. David Fincher nie kończy współpracy z młodą aktorką i obsadził ją w roli Lisbeth Salander. Jeśli jest to postać bezkompromisowa i z charakterem, Mara powinna podołać wyzwaniu. Po seansie pamiętałam imię i nazwisko granej przez nią bohaterki, a próbowałam przywołać imię Zuckerberga. 

„The Social Network” nie byłby takim dobrym filmem, gdyby nie podstawa jaką jest scenariusz. Oparty na książce Bena Mezricha „Milionerzy z przypadku” zadziwia dynamiką, dramaturgią, wyważeniem i dialogami, naprawdę świetnymi dialogami. Dzieło wieńczy świetna muzyka Trenta Reznora, której nie da się zignorować i zepchnąć na dalszy plan odbioru. Chociaż nie brakuje uroczych i zabawnych scen, film jest naznaczony smutkiem, chwilami wręcz goryczą. Fincher nakręcił bardzo dobry dramat, który długo siedzi w głowie wraz z masą szczegółów. Zadziwia mnie ile scen jestem w stanie odtworzyć z pamięci wraz z ich nacechowaniem emocjonalnym. Nie wiem ile prawdy jest w „The Social network”, Mark Zuckerberg jak i cały facebook są mi wciąż obojętni. Najnowszy film Finchera to kawał świetnego kina, który obroni się bez nazwiska najmłodszego miliardera świata.

PS. Właśnie sobie zdałam sprawę, że Jesse Eisenberg otwiera i zamyka mój filmowy 2010 rok. Pierwszym filmem widzianym w mijającym roku było „Zombieland”, ostatnim „The Social Network”.

jako że żegnamy 2010 rok…

WSZYSTKIEGO DOBREGO W NOWYM ROKU!
I DO ZOBACZENIA W STYCZNIU!

Reklamy

The Walking Dead, sezon pierwszy

Wampiry to klasyka, od ponad dwóch lat konsekwentnie eksploatowana po wielkim wybuchu zwanym „Zmierzch”. Dotąd niewzruszona forma krwiopijców przeszła ciekawe ewolucje, ale coraz częściej staje się uosobieniem istoty człowieczeństwa. Nieśmiertelni, piękni, silni, świadomi choć drapieżni – czego trzeba więcej dla pobudzenia twórczej pasji? Inaczej sprawa wygląda w przypadku zombie – brzydkie, śmierdzące, wydające dziwne odgłosy i wiecznie głodne, powolne potwory. Jak tu wyjść poza utarty schemat? Na chwilę obecną można zauważyć dwie drogi „apokalipsy zombie”- na poważnie, tzw. horror survival, oraz przez pryzmat czarnego humoru. Osobiście unikam typu pierwszego, choć czasem kusi mnie chociaż spróbować. W końcu wszystkie 4 części „Resident Evil” wprost czekają, tak jak wychwalany „Świt żywych trupów” Snydera i wspominany „28 dni później” Boyle’a. Za to czarny humor nie jest mi obcy i cierpliwie czekam na „Zombieland 2”, a w przypływie humoru możliwy jest seans „Fido” i „Wysypu żywych trupów”. Na chwilę obecną ciężko mi zająć jakiekolwiek stanowisko w planowanej  ekranizacji „Dumy i uprzedzenie i zombie” (na polskim podwórku wyrosło „Przedwiośnie żywych trupów”), ale kto wie co z tego wyjdzie. Stacja AMC postawiła na ekranizację komiksu Roberta Kirkmana oraz Tony’ego Moore’a (zastąpionego później przez  Charliego Adlarda), wydanego w Polsce pod tytułem „Żywe trupy”. Na początek widzowie dostali 6 odcinków, ale na drugi sezon trzeba będzie poczekać rok. Od dawna chciałam go obejrzeć i dostałam więcej niż oczekiwałam.
Rick Grimes (Andrew Lincoln, pamiętacie go z „To właśnie miłość”?) jest policjantem, który na tyle oberwał kulką na służbie, że zapadł w śpiączkę. Kiedy się wybudza, nikogo nie ma w pokoju. Żadnej pielęgniarki, lekarza. Kwiaty w dzbanie wyschły do ostatniego płatka. Nikt nie słyszy jego wołania. Wychodzi na korytarz, im dalej zmierza tym świat przestaje być miejscem, które znał. Kiedy widzi zaryglowane drzwi z napisem „Don’t open, dead inside” (Nie otwierać, martwi w środku) i próbującą się wydostać rękę…to nie miało sensu, co się właściwie dzieje? Trafia do domu, ale nikogo nie ma – ani żony Lori, ani synka Carla. Tylko brak albumów daje mu nadzieję, że warto ich odnaleźć. Jednak marny spotkałby go los gdyby nie Morgan Jones (Lennie James) i jego syn. W opanowanym przez zombie świecie Grimes ma jeden cel – odnaleźć swoją rodzinę. Zmierza ku Atlancie, gdzie podobno jest obóz dla uchodźców…
Możliwe, że po lekturze „Drogi” Cormaca McCarthy’ego inaczej odbieram postapokaliptyczne wizje świata. Frank Darabont i spółka wcale nie prześcigają się w tryskaniu juchy i obrzydliwościach. „The Walking dead” to bardziej dramat osadzony w zniszczonym przez umarlaków świecie. Dla mnie została zachowana równowaga między elementami klasycznymi (rozwalanie mózgów zombie, odpieranie ataków itp.), a kwestiami ludzkimi. Żyjąc, a właściwie próbując przetrwać, w takich warunkach trudno nie balansować na granicy szaleństwa. Kiedy armie upadły, jakie szanse mają niewielkie grupy cywilów?
„The Walking dead” oglądałam głównie jako dramat, ale to nie znaczy, że nie czułam strachu. Pierwszy odcinek okazał się dla mnie zbyt mocny do oglądania w nocy. Muszę wspomnieć, że w pierwszej scenie serialu jest konfrontacja Ricka z zombie-dziewczynką, dopiero potem historia zaczyna się od właściwego początku. Chociaż wiedziałam, że nic mu się nie stanie, to sceny tuż po przebudzeniu miały olbrzymi ładunek emocji, dezorientacji i paniki. Zadecydował moment w którym wszedł do nieoświetlonej klatki schodowej, serce z miejsca nabrało tempa jak po biegu na 100 m. Twórcy umiejętnie budują nastrój grozy i unikają tanich chwytów na rzecz wzbudzenia w widzach uczucia osaczenia, bezradności i nieustannego zagrożenia. Jeden zombie to pryszcz, ale dopiero w większej grupie stają się totalnym zagrożeniem.
Nikt mi nie wmówi, że Andrew Lincoln to zły wybór. Z początku tak myślałam, ale scena po przebudzeniu wbiła mnie w fotel. Prezentuje typ niepozornego macho, który staje na wysokości zadania i nie zamierza się poddać. Nie są mu obce chwile zwątpienia, rezygnacji. Jeszcze to spojrzenie, które czule spogląda na rodzinę by po chwili przemienić się w  groźne, nieznoszące sprzeciwu. To dla jego wyrazistej i niejednoznacznej kreacji będę w stanie cierpliwie czekać na drugi sezon. Sześć odcinków to za mało, pozostawiły tym samym małe uczucie niedosytu. Pozostaje mi liczyć, że warto będzie wytrzymać ten rok i drugi sezon nie zejdzie poniżej dotychczas prezentowanego poziomu.

Ramona and Beezus/Ramona i Beezus (2010), reż. Elizabeth Allen

Dobrze jest czasem obejrzeć film fabularny dla młodszej widowni. Na początku lat dziewięćdziesiątych nie brakowało polskich produkcji dla dzieci. Do dzisiaj wspominam choćby „WOW” czy koprodukcje polsko – australijskie. Wtedy można było siąść przed telewizorem i pozostać dzieckiem. Możliwe, że jestem nieco do tyłu bez dostępu do dziecięcych i młodzieżowych stacji (widziałam na wyrywki co pokazuje choćby Disney Channell), ale poza „Magicznym drzewem” Andrzeja Maleszki, nie potrafię przypomnieć sobie innej polskiej produkcji dla młodszej widowni. W każdym razie nie w ciągu ostatnich kilku lat. Oprócz filmów animowanych (ostatnio mam chrapkę na „Zaplątanych”), od czasu do czasu lubię obejrzeć kino familijne. Po sympatycznym „Dzienniku cwaniaczka” nie mogłam nie obejrzeć „Ramony i Beezus”. Film zapewnił mi rozrywkę i garść emocji, nawet solidnych wzruszeń.
Ramona Quimby (Joey King) ma 9 lat, 3 miesiące oraz bujną wyobraźnię. Nadmiar energii, który rozpiera uroczą dziewczynkę może zwiastować tylko jedno – kłopoty. Ma dwie siostry, starszą Beezus (Selena Gomez) oraz jeszcze nieraczkującą Robertę. Porządku w domu pilnuje mama Dorothy (Bridget Moynahan), a w pracy cyferki są rozgryzane przez tatę Boba (John Corbett). W polbliżu zawsze pojawia się ukochana ciocia Bea (Ginnifer Goodwin). W przeciwieństwie do doskonałej Beezus, piątkowej uczennicy i wzorowej córki – Ramona jest uosobieniem cyklonu, szaleństwa i wymykania się od sztywno ustalonych reguł. W swoim wariactwie ma nieodłącznego kompana Hobiego (Jason Spevack), ale w szkole musi radzić sobie sama. Nad niemal perfekcyjną rodziną Quimbych zaczęły się pojawiać ciemne chmury, ojciec stracił pracę. Od tego czasu matka pracuje, a Bob przejmuje obowiązki domowe. Do tego na horyzoncie pojawia się ulubiony wujek Howiego – Hobart (Josh Duhamel), który kiedyś znał ciocię Beę i to bardzo dobrze.
Co tu pisać, podobał mi się bardzo. W dużej mierze to zasługa Joey King – to brylant, nie dziecko! Jak Dakota Fanning znokautowała mnie w „Wojnie światów”, jak Abigail Breslin odebrała mi mowę w „Małej Miss”, tak Joey absolutnie mnie zachwyciła. Naturalna, zabawna i bezbłędna w trudnych scenach. Już samą obecnością, uśmiechem rozjaśniała ekran. Będę obserwować jej karierę, bo mam przeczucie, że jeszcze o niej usłyszymy. Podejrzewam, że wiele osób zbojkotuje film przez udział Seleny Gomez. Wcześniej nie miałam z nią przyjemności, ale polubiłam gwiazdkę Disney’a  za naturalny wdzięk i przyzwoitą grę. Dziewczyna ma coś, czego Miley Cyrus nigdy nie będzie mieć – klasę. Mam nadzieję, że przyszłość pokaże, że nie myliłam się w tej kwestii. Kiedy myślę o „dorosłej” obsadzie, mam wrażenie, że wszystko jest na swoim miejscu, toczy się własnym rytmem i jest dopełnieniem nietuzinkowej osobowości Ramony. 
Film nie powstałby gdyby nie książki o Ramonie i Beezus autorstwa Beverly Cleary. Autorka w Polsce nie jest właściwie znana, ale może po polskiej premierze filmu znajdzie się chętny wydawca? Sama chętnie bym poczytała. Film wystarczająco mnie zauroczył i pomyśleć, że trafiłam do niego przez udział Josha Duhamela. Próbując spojrzeć na film obiektywnym okiem, muszę napisać o dość schematycznym scenariuszu, a raczej o jego szkielecie. Kino familijne rządzi się swoimi prawami, więc o sukcesie będzie decydowała odpowiednia masa mięśniowa. Twórcy powstrzymali się od ciągłego zgłębiania bezkresnej wyobraźni Ramony i nie obciążali speców od efektów specjalnych. Za to postawili na rzeczywistość pokazaną świetnymi zdjęciami o ciepłym natężeniu kolorów. Jednak największe ciepełko wyzwala Ramona, świetnie zagrana przez Joey King – talent w stanie czystym.

The Sorcerer’s Apprentice/Uczeń czarnoksiężnika (2010), reż. Jon Turteltaub

Jon Turteltaub reżyseruje fajne filmy. Powinnam się nieco bardziej wysilić, ale kiedy spoglądam na jego filmografię to żaden inny przymiotnik nie przychodzi mi do głowy. Zaczynając od lubianych w dzieciństwie „Małolatów ninja” oraz „Reggae na lodzie”, poprzez „Ja cię kocham a ty śpisz” i „Fenomenie” na wysokobudżetowym „Skarbie narodów” kończąc. Do tej wyliczanki mogę dodać jego ostatnie „dziecko”, czyli „Uczeń czarnoksiężnika”. Swego czasu zakochałam się w trailerze, gdzie frajer w krystalicznej formie próbuje swoich sił w magii. Oczekiwałam niezobowiązującej rozrywki z przyzwoitą fabułą. Napiszę jedno, to było naprawdę fajne!
Dawno, dawno temu czarnoksiężnik Merlin (James A. Stephens) wojuje nieustannie z potężną Morganą (Alice Krige). Żeby nie było mu smutno, kunsztu czarodziejskiego uczył Balthazara (Nicolas Cage), Veronicę (Monica Bellucci) i Horvatha (Alfred Molina). Jednak na wskutek zdrady tego ostatniego, Merlin ponosi klęskę. Nim wydał ostatnie tchnienie, zlecił Balthazarowi misję odszukania jego następcy i wręczył figurkę smoka. Mijają stulecia, Balthazar prowadzi sklep z osobliwościami „Arcana Cabana” do którego trafia dziesięcioletni Dave Stutler (Jake Cherry). Najwidoczniej pech chłopca jest zbyt potężny by przejmować się mocą Blathazara, który w małym Dave’ie odnalazł Merliniana (potomka Merlina). Na wskutek wspomnianego pecha, drogi Balthazara i Dave’a się rozeszły, a ten drugi stał się pośmiewiskiem klasy. Mija 10 lat, Dave (Jay Baruchel) studiuje fizykę, ale nie pozbył się pamiątki tamtego dnia. Jako odludek, wzorowy student, nie ma bujnego życia osobistego. Świat magii znów staje przed nim i wywraca dotychczasowe życie do góry nogami.
Przyznam, że przed seansem pojawiły się małe obawy – ile razy zachwycający trailer był tylko zasłoną dymną dla słabej produkcji? Po „Drużynie A” staram się nieco skuteczniej studzić zapał. „Uczeń czarnoksiężnika” okazał się filmem przyjemnym, zabawnym i uroczym. Forma baśni i rozsądne podejście do wątku miłosnego wyszła filmowi na dobre. Takiego Nicolasa wręcz uwielbiam, w poważnych rolach jest dość trudny do zaakceptowania. A tutaj nie potrafię sobie wyobrazić innego Balthazara. Jay Baruchel „kupił” mnie już w „Dziewczynie z ekstraklasy”. Mam tylko nadzieję, że nie powtórzy drogi Michaela Cery, który odgrywa postacie ulepione z podobnej gliny. Czekam cierpliwie aż Jay pokaże się z innej strony, wyjdzie poza ramy własnej (uroczej) fizjonomii i udowodni, że nie bez powodu widzę w nim potencjał. Alfred Molina jest co najmniej poprawny, a miłośnicy talentu i urody Monici Bellucci będą zawiedzeni, że rola ich ulubienicy nie była bardziej rozbudowana.
Dopełnieniem przyjemnego i fajnego filmu są efekty specjalne. Na szczęście świetnie współgrają z filmem, a ich jakość tylko podkreśla baśniowy charakter filmu. Spodobał mi się motyw zetknięcia magii i fizyki. Kto pomyślał, że podryw na transformator Tesli to zły pomysł? Sama bym weszła do takiej klatki i obserwowała to efektowne zjawisko.  A tak piszę o „Uczniu czarnoksiężnika” i uśmiech nie chce zejść mi z twarzy.

Inception/Incepcja (2010), reż. Christopher Nolan

Ostatnimi filmami Christopher Nolan zyskał renomę reżysera, który nie zawodzi. Restart serii o Batmanie uważam za udany, co przy bolesnym wspomnieniu „Batmana i Robina” nie jest wielkim wyczynem. Wprawdzie mam do nadrobienia filmografię sprzed „Batman: Początek”, ale dostrzegłam wyrazisty znak firmowy Nolana – sugestywny nastrój, który w kulminacyjnych momentach staje się niezwykle gęsty i wciągający. Taki panował w „Prestiżu” i podobny odnalazłam w „Incepcji”. Trudno mi odnieść się do „Mrocznego rycerza”, którego odbiór częściowo zakłóciła śmierć Ledgera – chyba powinnam powtórzyć seans pod kątem budowania nastroju. Wiele sobie obiecywałam po ostatnim filmie, zwiastuny były naprawdę obiecujące. Wyszedł film dobry, nieszablonowy i dopracowany na wielu płaszczyznach fabularnych i psychologicznych. Mimo tego nie opuszcza mnie wrażenie, że czegoś w tym wszystkim zabrakło.
Dom Cobb (Leonardo DiCaprio) żyje z dala od rodziny i ojczyzny. Jego specjalnością jest wnikanie w ludzką świadomość w fazie marzeń sennych i wydobywanie ukrytych informacji. O stopniu skomplikowania tego procederu świadczy ilość przygotowań oraz ludzi potrzebnych do współpracy. Misja przejęcia informacji z umysłu Saito (Ken Watanabe) kończy się fiaskiem i Cobb wraz z kompanią musi uciekać przed gniewem zleceniodawcy. Znów na drodze pojawia się Saito z niecodzienną propozycją – dokonania incepcji w umyśle Roberta Fishera (Cillian Murphy). Wizja powrotu do domu jest zbyt kusząca i Cobb decyduje podjąć się praktycznie niemożliwej misji. Zaczyna kompletować załogę. Poza sprawdzonym Arturem (Joseph Gordon -Levitt), angażuje młodą Ariadnę (Ellen Page) oraz Eamesa (Tom Hardy). Jeżeli ktoś miałby przeszkodzić powodzeniu misji to Mal (Marion Cottilard), zmarła żona Doma.
Świetne zdjęcia oraz muzyka Hansa Zimmera świetnie ze sobą współgrają. Skomplikowana konstrukcja scenariusza chwilami daje popalić i nawet największe skupienie nie wystarczy by ogarnąć całość za pierwszym obejrzeniem. Wiem, że muszę powtórzyć seans by skupić się na błahych z pozoru detalach. Na początku widz stara się odgadnąć w której rzeczywistości teraz się znajduje i na początku nie jest to wcale oczywiste. Jeśli ktoś się spodziewał samych spektakularnych scen jak zaginanie miasta w pierwszym zwiastunie, to trochę się rozczaruje. Nolan na szczęście zrównoważył efektywne sceny z intymnymi i tym samym zachował dynamikę bez większych dłużyzn. Ich się niestety nie ustrzegł, ale na tle całości są niezdarnym i mało znaczącym minusem. Efekty specjalne są na wysokim poziomie, że żałuję iż George Lucas nie poczekał tych 8-10 lat z realizacją „Mrocznego widma”, który zbyt razi sztucznością i do dzisiaj nie obejrzałam dwóch kolejnych części.
Zawsze lubiłam Leonardo DiCaprio. Odkąd rozpoczął współpracę z Martinem Scorsese, jego kariera nabrała rozpędu a aktorstwo dostało skrzydeł. Tylko jego gra w „Aviatorze” powstrzymywała mnie przed wyłączeniem tego nudnego, rozwlekłego tworu filmopodobnego. Tak w „Incepcji” potrafił przyćmić widowiskowość obrazu, skupiając uwagę widza tylko na sobie. Czasem się zastanawiam co filmowcy widzą w Marion Cottilard, ale to co pokazała grając Mal było chwilami porażające. Teraz mi wstyd, że do dzisiaj nie obejrzałam „Niczego nie żałuję”. Na tle tego duetu reszta wypada blado z Ellen Page na czele. Joseph Gordon-Levitt nie zszedł poniżej pewnego poziomu. Chodziły głosy, że jego angaż do „Incepcji” jest przymiarką dla obsadzenia w roli Jokera w kolejnym Batmanie. Od jakiegoś czasu podobieństwo Josepha do Heatha jest dla wielu sprawą bardzo oczywistą.  Cillian Murphy pozostawał zagadką, ale to zasługa jego lekko niepokojącej urody. Ken Watanabe to czysta radość, a Tom Hardy nie wzbudza żadnych uczuć. Bolączką „Incepcji” są właśnie drugoplanowe postacie, ich bardziej rysunkowość niż realność. Nawet jeśli aktorzy chcieli pokazać coś więcej – scenariusz okazał się barierą nie do przejścia. Trudno mi było kogokolwiek polubić lub określić w stosunku do nich jakieś uczucia. Przypomniałam sobie czego nie znoszę w głównych bohaterach – narażanie innych ukrywając prawdziwe ryzyko jakie podejmują, ale taki egoizm bohatera dodaje fabule dramatyzmu i popycha akcję do przodu. 
Zakończenie stanowi dla mnie zagwozdkę i tylko ponowny seans pomoże mi jasno odczytać co jest prawdziwe a co iluzją. „Incepcja” Nolana to kawał solidnego kina, któremu niewiele brakuje do miana wielkiego w swoim gatunku.

Knight and Day/Wybuchowa para (2010), reż. James Mangold

Każdy rok w przemyśle filmowym wykorzystuje jakiś motyw i rozprowadza go w co najmniej dwóch scenariuszach. W zeszłym roku facet doradzał w sprawach sercowych zdesperowanej singielce, co kończyło się tak jak nakazuje biblia komromów. Nie będę porównywać „Czego pragną kobiety” z „Brzydką prawdą”, ale wspólnego motywu nie da się nie zauważyć. W tym roku nie mogło być gorzej. Jak jest niezły pomysł to czemu nie rozdzielić go między siebie i popatrzeć na efekty? Zajrzyjmy do menu i mamy różne wersje rozkosznej singielki, której los stawia przed nosem przystojnego tajnego agenta. Już spróbowałam „Pana i panią Killer” więc nadeszła pora na „Wybuchową parę”. Zastanawiałam się czy w ogóle oglądać coś z Tomem Cruise’m, który po ujawnieniu światu jak mu odbiło na punkcie scjentologii, zwyczajnie odpycha i irytuje. Tutaj zadziałał trailer, jego dynamika i poczucie humoru zdradzające kompatybilność z moim gustem. 

June Havens (Cameron Diaz) miała spokojnie wrócić do domu, w walizkach grzecznie leżały co piękniejsze części do kultowego auta, ale to jest komedia. Komedia nakazuje poznanie jakiegoś obłędnego przystojniaka więc cóż robić jak nie wpaść dwukrotnie na Roy’a Millera (Tom Cruise)? Nic dwa razy się nie zdarza, a już na pewno nie przypadkiem. Roy jest tajnym agentem (pewnie najlepszym w swoim syndykacie) i próbuje przemycić to i owo, które wywołuje atak śliny u ścigających go agentów. Nadinterpretacja faktów wzięła June za wspólniczkę Millera i wpakowała ich do jednego samolotu. Tak się zaczyna absurdalny rajd pełen gagów, efektów specjalnych i scen walki. Kiedy piszę o tym po kilku dniach od obejrzenia, dalej uważam, że to było niezłe i odprężające.
Nie stawiam wysokich wymagań, kiedy oczekuję rozrywki. Co nie znaczy, że kupuję dosłownie wszystko. Bawiłam się dobrze na „Brzydkiej prawdzie”, ale nie mogłam zdzierżyć „Dorwać byłą”. „Wybuchowa para” ma naprawdę dobry początek. Dynamika scenariusza oraz pomysłowość w kreowaniu bajecznych i absurdalnych scen spełniają obietnice składane w trailerze. Z czasem to się trochę rozmywa. O ile na początku mamy jazdę i nabijanie się z filmów szpiegowskich i żadnych relacji na głębszym poziomie – jest dla mnie kapitalnie. Kiedy scenariusz zmierza w kierunku skrystalizowania uczuć tytułowej pary, dynamika nieco siada. Zupełnie wyłączyłam ze świadomości powiązania Toma ze scjentologią, ale moja cierpliwość przeżywała katusze przy niektórych grymasach panny Diaz. Ale historia to klasyczny samograj, kogo by nie obsadzili (w granicach rozsądku oczywiście) to przyjemność oglądania byłaby porównywalna. To nie jest film po którym ma się egzystencjalne przemyślenia. Nie znajdziemy drugiej warstwy fabularnej jako komentarza do aktualnych problemów świata. Niczego innego nie oczekiwałam prócz przyzwoitej rozrywki i tyle otrzymałam.