Into the woods/Tajemnice lasu (2014), reż. Rob Marshall

into_the_woods_xlgTytuł polski: Tajemnice lasu
Tytuł oryginalny: Into the woods
Reżyseria: Rob Marshall
Scenariusz: James Lapine
Na podstawie: „Into the woods” James Lapine, Stephen Sondheim
Zdjęcia: Dion Beebe
Muzyka: Stephen Sondheim
Obsada: Emily Blunt, James Corden, Meryl Streep, Anna Kendrick, Chris Pine, Johnny Depp, Daniel Huttlestone, Lilla Crawford, Billy Magnussen, Mackienzie Mauzy, Christine Baranki, Lucy Punch, Tammy Blanchard, Tracey Ullman
Czas trwania: 124 minuy
Rok produkcji: 2014
Dystrybutor: Disney
Ocena: 3.5/6



***

W cieniu jednego z najbardziej wyczekiwanych filmów tego roku, czyli „50 twarzy Greya” znalazła się polska premiera „Tajemnic lasu”. Zwiastuny były jak najbardziej obiecujące, bo retelling baśni braci Grimm w musicalowej oprawie przy takiej obsadzie musi być co najmniej dobry i interesujący. Trend przenoszenia na wielki ekran klasycznych baśni ma się bardzo dobrze – niebawem premiera „Kopciuszka” od Kennetha Branagha, a pół świata nie widzi innej Belli niż Emmy Watson. Na tym tle film Roba Marshalla wyróżnia się na kilku płaszczyznach. Jednak musical to na tyle specyficzny gatunek, który może sprawdza się na deskach teatrów, to nie zawsze znajdzie widza w sali kinowej. „Tajemnice lasu” to interesująca produkcja, ale gdzieś pod drodze zgubiła własną ścieżkę w lesie.

***

„Into the woods” to musical autorstwa Jamesa Lapine’a i Stephena Sondheima, który zadebiutował na deskach teatru w San Diego w 1986 roku, by niecały rok później stać się jedną z sensacji na Broadway’u. Biorąc pod uwagę, że temat jest jak najbardziej na czasie to wybór reżysera nie dziwi i jednocześnie martwi. Rob Marshall wypłynął na szerokie wody za sprawą „Chicago”, które brawurowo balansowało między filmem, a teatrem. Jednak od tamtego czasu reżyser nie zbliżył się do poziomu swojego oscarowego filmu, a czwarta część „Piratów z Karaibów” jest przez wielu określana mianem ponurej klęski. Z drugiej strony co mogło pójść nie tak w przypadku „Into the woods”? Niestety, nie znam oryginału i nie sposób odnieść się do poszczególnych elementów adaptacji – mimo to gołym okiem widać wspaniały i nietuzinkowy materiał, który aż prosi się o utrwalenie na taśmie filmowej. Przy jednocześnie imponującej obsadzie trudno spodziewać się czego innego jak solidnie przygotowanego filmu. Skoro takie „Avengers” jest w stanie rozpalać wyobraźnię to dlaczego nie mogą tego uczynić widowiskowe „Tajemnice lasu”? Tutaj pada jedno słowo – musical. Wiele ludzi nie wyobraża sobie życia bez muzyki, serial „Glee” z pewnością miało swój mały wkład w promocję tego gatunku. Jednak „Tajemnice lasu” to rasowy musical skierowany do miłośników tego gatunku. Pod względem stosunku piosenek do dialogu, to filmowi Marshalla bliżej do „Parasolek z Cherbourga” niż „Chicago”. Tak, piosenek jest od groma, a typ kompozycji jest daleki od znanych i popularnych przebojów. Należę do grupy, która bardzo lubi musicale, ale też potrafi kręcić nosem nad przeciążeniem „Krainy lodu” piosenkami. W przypadku „Tajemnic lasu” nie czułam przesytu muzyczną częścią filmu, ale nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że przy adaptowaniu dzieła, twórcom zaczęło umykać coś istotnego.

***

into-the-woods-9

Piekarz i jego żona stoją w centrum historii, spinając pozostałe wątki w zgrabną opowieść. Kariera Jamesa Cordena, który grał w „Starter for ten” (ten film zdaje się być wylęgarnią przyszłych gwiazd), nabrała ostatnio tempa. 

***

„Tajemnice lasu” to historia wykorzystująca wątki z baśni braci Grimm, aby poruszyć niedocenianą zdawałoby się kwestię. Musical został podzielony na trzy akty, które są ze sobą powiązane nie tylko poprzez splatające się wątki, ale myślą przewodnią. W pierwszym akcie bohaterowie mówią o swoich marzeniach, w drugim te się spełniają, a w trzecim ponoszą konsekwencje własnych decyzji. Niby konstrukcja wyraźna i logiczna, ale gubi się pod naporem odniesień czy imponującej warstwy wizualnej. Filmy kinowe przeżywa się inaczej niż przedstawienia teatralne i mimo wszystko przy adaptacji coś się jednocześnie zyskuje i traci. Jednego nie można odmówić – „Tajemnice lasu” świetnie splątuje wątki  z historii Kopciuszka, Roszpunki, Czerwonego Kapturka, Jasia i magicznej fasoli, których centrum staje się opowieść o piekarzu i jego żonie, którym do szczęścia brakuje tylko dziecka. Pomoc oferuje czarownica, która potrzebuje specjalnych składników aby zdjąć klątwę. Film trzyma się w ryzach do sceny ślubu, ale przychodzi trzeci i ostatni akt, któremu ewidentnie czegoś brakuje choć nie sposób odmówić mu nuty oryginalności. Może gdyby wątek olbrzymów został okrojony do minimum, a ostatniemu aktowi nadać więcej kameralności – wtedy przekaz byłby silniejszy. Jednak tak napisano musical i tak został nakręcony.

***

INTO THE WOODS

Kariera Anny Kendrick jest najciekawszą i najbardziej obiecującą wśród obsady „Zmierzchu” zaraz po Pattinsonie. Pewnie niewielu już pamięta, że grała w tym filmie. Świetnie odnalazła się w niszy jaką są filmy muzyczne, ale mam nadzieję, że nie zatrzaśnie się w tej szufladzie.

***

Marshall zebrał ciekawą obsadę i podobnie jak to miało miejsce w przypadku „Les Miserables. Nędznicy” – między hollywoodzkie nazwiska wplótł aktorów z desek teatrów musicalowych. O umiejętnościach wokalnych Meryl Streep mogliśmy się przekonać w „Mamma mia!”, a Anny Kendrick w „Pitch Perfect”. Mniej oczywisty wydawał się angaż Emily Blunt, która wprawdzie śpiewała w filmie, ale bez większego rozgłosu. Jednak obecność Chrisa Pine’a była dla mnie zaskoczeniem, bo nie podejrzewałam go nawet o tę umiejętność. W moim przypadku jeśli nie zostanie mi coś podstawione pod nos lub nie jest efektem ubocznym fascynacji daną osobą – nie ma szans bym poznała nieaktorski talent takiej osoby. Teraz przyznaję, że Chris Pine urósł w moich oczach, ale nie tylko za sprawą talentu wokalnego. Jeśli ktoś najmocniej wrył mi się w pamięci z całej obsady to właśnie Książę Kopciuszka, który stanowi uwypuklenie wad tej postaci nie tracąc przy swojego znaku rozpoznawczego – uroku. Pine był bliski przerysowania tej postaci, ale ewidentnie trzymał rękę na pulsie, bo choć jest baśniowo urodziwy to przy tym widać zabawę postacią. Równie ciekawa jest Anna Kendrick w roli Kopciuszka, która tak naprawdę nie jest pewna, czy Książę jest jej potrzebny do szczęścia. Z filmu na film coraz bardziej lubię tę aktorkę i cieszę się, że nie ogranicza produkcji musicalowych (jest drugą najmłodszą aktorką w historii nominacji do nagród Tony). Fantastycznie wypadła również Emily Blunt, której swoboda i wyrazistość nadały relacji z Jamesem Cordenem ciepła i prawdziwości. Johnny Depp pojawił się na chwilę, ale o dziwo mi się podobał w tej wersji, a mowa przecież o aktorze, którego mam już serdecznie dość. Tak naprawdę to bardziej bałam się Czerwonego Kopciuszka. Grająca ją Lilla Crawford trochę przypominała mi aktorkę z horroru „Sierota” – to było ciekawe doświadczenie. Długo męczył mnie fakt, że odtwórca roli Jacka jest jakoś znajomy. Jednak nie miałam pod ręką dostępu do bazy filmowej i dopiero w domu dowiedziałam się, że Daniel Huttlestone to Gavroche z „Les Miserables. Nędznicy”.

***

meryl-streep-plays-witch-disneys-film-adaptation-into-woods

Wielka Meryl Streep, ulubienica widzów i krytyków. Fantastyczna aktorka, która czasem za bardzo się stara i jej role zamiast cieszyć  – przytłaczają. W sytuacji jaką jest ograniczona pula ciekawych ról dla starszych aktorek, nie dziwię się, że zaklepuje te najlepsze. 

***

Akademia i inne gremia nagradzające w branży filmowej obsypując Meryl Streep tyloma nominacjami i nagrodami czynią jej pewną krzywdę. Przy obecnym przepływie informacji nie trzeba się bardzo starać by ludziom po prostu się przejeść i łatwo uzyskać iluzję nagradzania zawsze i wszędzie (choć tak nie jest). Streep jest nominowana za rolę Czarownicy, ale chwilami się zastanawiałam czy mój odbiór jest skrzywiony przez przesyt aktorką czy jednak miałam przed oczami przekombinowaną rolę. Przyznaję, że nie znoszę takich sytuacji, kiedy nie jestem w stanie spokojnie spojrzeć na rolę bez bagażu pozafilmowego. Jednak łapię się na tym, że podświadomie nie mam prawa krytykować jakby już to, że jest tą Meryl Streep jest samo w sobie wystarczające. Nie denerwuje Was to czasem? Cenię ją jako aktorkę, ale jej Czarownica była zbyt intensywna, jakby chciała zagarnąć cały film dla siebie.

***

Warstwa wizualna jest niesamowita i klimatyczna – sama bym z chęcią weszła do tego lasu. Spece od efektów specjalnych, scenografii, kostiumów i charakteryzacji wykonali kawał świetnej roboty. Filmowe uniwersum jest niezwykle spójne, szczególnie pod kątem kolorystyki. Większość kadrów jest jak gotowy obraz – nic tylko przebierać w ujęciach i się nimi zachwycać. Najważniejsze, że można poczuć się jak w samym centrum baśni, mieć ją na wyciągnięcie ręki. W przypadku muzyki oraz piosenek to uczucia mam w sumie mieszane – nie chciałam wrócić do żadnej z piosenek poza „Agony” (która jest przede wszystkim komiczna), ale też nie uważam sekwencji śpiewanych za nieudane. Słucha się je dobrze jeśli mając przed sobą obraz i słowa – a ja jestem dość specyficznym widzem w tej materii.

***

1419972627-into-the-woods-trailer

Johnny Depp stracił dawną pozycję ulubieńca Ameryki. Nie chodzi o życie prywatne, ale fakt, że współpraca z Burtonem wymknęła się spod kontroli. Wprawdzie wątroba mi się przewraca na myśl o Deppie w mocnej charakteryzacji, ale tutaj o dziwo mi się podobał. Za to Czerwony Kapturek potrafił wywołać ciarki, od takich dzieci chce się uciec do samego Mordoru. 

***

„Tajemnice lasu” mimo wielu zalet sprawiają wrażenie filmu nie do końca spójnego. O ile elementy komediowe, które rozprawiały się z wadami kanonu baśniowego grały ze sobą świetnie, tak ostatni akt sprawia wrażenie przyciężkiego i oderwanego od całości. Doskonale wiedziałam dlaczego tak jest, czemu to ma służyć, ale sposób prezentacji z minuty na minutę był coraz bardziej wątpliwy. Dynamika konsekwentnie siadała i w efekcie przychodziło znużenie i irytacja. Film Marshalla opowiada o decyzjach i ich konsekwencjach, ale w głowie też miałam piosenkę The Rolling Stones „You can’t always get what you want” i zaczęłam się nieco gubić. Pod koniec film jednak za bardzo się rozmywa i sprawia wrażenie niedokończonego – może to był sygnał, że szczęśliwe zakończenia są tylko w bajkach? Bo to, co zobaczyłam przed napisami końcowymi trudno nazwać satysfakcjonującym. To nie jest film dla uczulonych na musicale, ale miłośnicy tego gatunku najpewniej znajdą w nim coś dla siebie.

***

1414104895538_wps_16_A_witch_conspires_to_teac

Czym jest baśń bez księcia? Nie ukrywam, że jestem oczarowana z jaką swobodą i autoironią Pine podszedł do roli. W piosence „Agony” razem z Billym Magnussenem zapewnili mi niemało rozrywki. 

***

Foxcatcher (2014), reż. Bennett Miller

foxcatcherposterTytuł: Foxcatcher
Reżyseria: Bennett Miller
Scenariusz: E. Max Frye, Dan Futterman
Zdjęcia: Greig Fraser
Muzyka: Rob Simonsen
Obsada: Channing Tatum, Steve Carell, Mark Ruffalo, Sienna Miller, Vanessa Redgrave, Guy Boyd
Czas trwania: 130 minut
Rok produkcji: 2014
Dystrybutor: UIP
Ocena: 3.5/6



***

Bennett Miller ma na swoim koncie tylko cztery tytuły, ale od pierwszego filmu fabularnego jego dorobek jest obecny wśród nominowanych do mniej lub bardziej prestiżowych nagród. Mimo to jego nazwisko jest mniej znane, a przynajmniej nie wzbudza natychmiastowych skojarzeń. Można to zarzucić na karb długich przerw między kolejnymi projektami oraz faktu, że o jego filmach mówi się głównie przez pryzmat grających w nich aktorów. W „Capote” był Phillip Seymour Hoffman, w „Moneyball” mieliśmy Brada Pitta, a przy „Foxcatcherze” nie ustają komentarze odnośnie odmienionego Steve’a Carella. Oparta na faktach historia jest opakowaniem dla jednej bardzo wyraźnie zaznaczonej kwestii, ale ja widziałam potencjał w innym temacie.  Czytaj dalej

21 & 22 Jump Street

twenty_one_jump_streetTytuł: 21 Jump Street Reżyseria: Phil Lord, Christopher Miller Scenariusz: Michael Bacall Zdjęcia: Barry Peterson Muzyka: Mark Mothersbaugh Obsada: Jonah Hill, Channing Tatum, Dave Franco, Brie Larson, Ice Cube, Rob Riggle, Dax Flame, Dakota Johnson, Caroline Aaron, Joe Chrest, Jake Johnson, Nick Offerman, Johnny Depp Czas trwania: 109 minut Rok produkcji: 2012 Dystrybutor: Imperial Cinepix Ocena: 3.5/6



***

Zawsze będzie grupa filmów przed którymi będę się wzbraniała, ale pod wpływem niezidentyfikowanego impulsu rzucam się jak wiewiórka na orzechy. Tak było i w tym przypadku – komedia zapowiadająca eksplorację niezbyt wyszukanych dowcipów pod płaszczykiem przypomnienia dość kultowego serialu. Nie widziałam ani jednego odcinka „21 Jump Street” (albo widziałam tylko moja pamięć tego nie ogarnia) i daleko mi do podejścia sentymentalnego tym bardziej, że o tej produkcji mówi się przez pryzmat Johnny’ego Deppa. Tak, tego aktora, który wychodzi mi bokiem od dobrych kilku lat szczególnie w zestawieniu z Burtonem i Bonham Carter. To tylko jeden z powodów dla których było mi nie po drodze z tą serią, a przecież widziałam niejedną kretyńską komedię i na takich potrafię się dobrze bawić. Na „21 Jump Street” bawiłam się całkiem dobrze, ale kilka kwestii było zbyt uwierających by w pełni wyłączyć myślenie. Czytaj dalej

Into the storm/Epicentrum (2014), reż. Steven Quale

Tytuł polski: Epicentrum
Tytuł oryginalny: Into the storm
Reżyseria: Steven Quale
Scenariusz: John Swetnam
Zdjęcia: Brian Pearson
Muzyka: Brian Tyler
Obsada: Richard Armitage, Sarah Wayne Callies, Matt Walsh, Nathan Kress, Max Deacon, Alycia Debnam Carey, Jeremy Sumpter
Czas trwania: 89 minut
Rok produkcji: 2014
Dystrybutor: Warner Bros. Polska
Ocena: 3.5/6



***
W drodze do kina na „Epicentrum” uderzyła mnie nagle myśl, że to najprawdopodobniej pierwszy film czysto katastroficzny, który zobaczę na wielkim ekranie. Moja pamięć odnośnie filmów widzianych w kinie jest nadzwyczaj wątła, ale też nie sposób nie zauważyć, że filmy traktujące o kataklizmach nie są wypuszczane ze zbyt dużą częstotliwością.W przypadku najnowszego filmu Stevena Quale’a producenci nie inwestowali w szeroko zakrojoną kampanię reklamową, bo tak naprawdę nie była ona konieczna w bardzo szerokim zakresie. „Epicentrum” zostało nakręcone pod konkretnego widza, który zawsze taką produkcję wyłuska w natłoku propozycji filmowych. Biorąc pod uwagę temat wiodący porównanie z „Twisterem” z 1996 roku są nieuniknione i „Epicentrum” wypada słabiej niż dzieło Jana De Bonta. Jednak największym dla mnie zaskoczeniem był fakt, że film Quale’a oglądało mi się naprawdę dobrze.

Czytaj dalej

Blended/Rodzinne rewolucje (2014), reż. Frank Coraci

Tytuł polski: Rodzinne rewolucje
Tytuł oryginalny: Blended
Reżyseria: Frank Coraci
Scenariusz: Ivan Menchell, Clare Sera
Zdjęcia: Julio Macat
Muzyka: Rupert Gregson – Williams
Obsada: Drew Barrymore, Adam Sandler, Bella Thorne, Braxton Beckham, Kyle Red Silverstein, Emma Fuhrmann, Alyvia Alyn Lind, Terry Crews, Shaquille O’Neal, Joel McHale
Czas trwania: 117 minut
Rok produkcji: 2014
Dystrybutor: Warner Bros. Polska
Ocena: 3.5/6



***

Filmy z Adamem Sandlerem to ułamek wytworów filmowych (czy filmopodobnych wedle złośliwców), które z pewnością ma swoją widownię, ale wyrobiły sobie opinię humoru o dość niskim poziomie i tak też te filmy są postrzegane. Nie ukrywam, że gdyby nie zaproszenie od dystrybutora oraz obecność Drew Barrymore – zignorowałabym tę produkcję. Zawsze uważałam siebie bardziej za widza wyrozumiałego niż wymagającego, ale ten jeden aktor reprezentował typ produkcji, który do mnie w większości nie trafia. Wybierając komedię chcę się po prostu dobrze bawić. Na „Rodzinnych rewolucjach” bawiłam się o dziwo dobrze, mimo że pełno tam schematów i stereotypów. Z drugiej strony czy film zawsze musi być dobry i oryginalny by wywołać określone reakcje widza? Czytaj dalej

Twenty feet from stardom/O krok od sławy (2013), reż. Morgan Neville

Tytuł polski: O krok od sławy
Tytuł oryginalny: Twenty feet from stardom
Reżyseria: Morgan Neville
Scenariusz: Morgan Neville
Zdjęcia: Nicola Marsh, Graham Willoughby
Obsada: Darlene Love, Claudia Lennear, Lisa Fischer, Merry Clayton, Tata Vega, Judith Hill, Bruce Springsteen, Sting, Stevie Wonder, Bette Davis, Mick Jagger
Czas trwania: 91 minut
Rok produkcji: 2013
Dystrybutor: Spectator
Ocena: 5/6



***

Historia muzyki rozrywkowej wypełniona jest po brzegi charyzmatycznymi artystami, kultowymi zespołami i wspaniałymi wokalistami. Znamy ich największe przeboje, ale zapominamy, że za tym sukcesem stoi jeszcze jeden czynnik – praca chórów. Ten anonimowy rząd wokalistów  swoim brzmieniem i zgraniem niejednokrotnie podnosił jakość i atrakcyjność piosenek, a podczas koncertów przykuwał uwagę strojem i choreografią. Morgan Neville postanowił przybliżyć ten mało znany obszar i oddać głos tym, którzy przez lata śpiewali w miejscu obok perkusji. Film dokumentalny okazał się być wielkim sukcesem – zebrał wiele nagród w tym Oscara za najlepszy długometrażowy film dokumentalny.

Czytaj dalej

The Fault in our stars/Gwiazd naszych wina (2014), reż. Josh Boone

Tytuł polski: Gwiazd naszych wina
Tytuł oryginalny: The Fault in our stars
Reżyseria: Josh Boone
Scenariusz: Scott Neustadter, Michael H. Weber
Na podstawie: „Gwiazd naszych wina”, John Green
Zdjęcia: Ben Richardson
Muzyka: Mike Mogis, Nate Walcott
Obsada: Shailene Woodley, Ansel Elgort, Nate Wolff, Laura Dern, Sam Trammell, Willem Dafoe
Czas trwania: 125 minut
Rok produkcji: 2014
Dystrybutor: Imperial CinePix
Ocena: 5/6



***

W pewnym momencie film miałam zignorować, a tym bardziej podczas jego tournee po salach kinowych. Kolejna opowieść o nastolatce umierającej na raka i do tego z niezbyt lubianą Shailene Woodley nie czyniły z „Gwiazd naszych wina” filmu dla mnie. Nie czytałam powieści Johna Greena, która została zaadaptowana – czasem wolę, kiedy fabułę poznaję za pośrednictwem filmu, szczególnie takiego jak ten. Opowiadając o ciężko chorych młodych ludziach, łatwo wpaść w pułapki patosu i banału. To drugi film w dorobku reżyserskim Josha Boone’a, którym udowodnił, że warto go baczniej obserwować. Jego „Gwiazd naszych wina” to niezwykle wyważone i angażujące, choć proste kino.

***

Hazel (Shailene Woodley) jest nastolatką, która nie rozstaje się z butlą tlenową na kółkach. Choruje odkąd skończyła 13 lat i kolejne terapie tylko odwlekają to, co nieuniknione. Matka (Laura Dern) widząc stany depresyjne u córki, wysyła ją na spotkania grupy wsparcia dla osób z nowotworem. Tam poznaje Gusa (Ansel Elgort) i jego przyjaciela Isaaca (Nate Wolff), co znacząco zmieni jej życie i co tu ukrywać – znajdzie miłość. Ona ma raka tarczycy z przerzutami do płuc, on przez nowotwór musiał pożegnać się z nogą. Jak tu nie pochylić się nad tymi młodymi ludźmi, jak nie wzruszyć się tą smutną historią? W tym temacie powstało tak wiele filmów, że niektórym reżyserom udało się uczynić los bohaterów obojętny widzowi. Jednak w tym przypadku mamy realnych bohaterów, których zachowania, słowa i reakcje mają znaczenie i nie trafiają w próżnię. Film można podzielić na dwie części. Pierwsza traktuje raka z przymrużeniem oka, gdzie chorzy żyją z nim dzięki sporej dawce humoru i sarkazmu. Druga to już emocje, których nie zakryje żadna maska – kiedy choroba nie daje się zbyć ciętą ripostą. Całość scala dobra gra aktorska, a Shailene Woodley udało się stworzyć bardzo przejmującą i zapadającą w pamięć rolę.

***

Kiedy zobaczyłam zwiastun, naszła mnie myśl, że najczęstszym motywem jest chora dziewczyna, w której zakochuje się zdrowy chłopak. Ona jest bezbronną, kruchą i mądrą, a on zmienia się pod jej wpływem na lepsze. Niczym książę na białym koniu, który przybywa z ratunkiem, którym najczęściej jest odrobina radości oraz wielkie uczucie. Zapragnęłam filmu, gdzie sytuacja jest odwrotna i to dziewczyna zauważa tego, który niebawem stanie u bram nieba. Ponieważ nie można mieć wszystkiego, taki kompromis jakim jest historia Hazel i Gusa to i tak coś innego. Bohaterowie są w stanie zrozumieć się nawzajem, nie wisi nad nimi poczucie winy zdrowego, a tym bardziej dbać o jego komfort. Paradoksalnie ta konfiguracja daje komfort widzowi, który często nie mając doświadczeń z chorobą, dostaje jej obraz z innej strony, niejako od środka. To dalej nie jest surowy, realistyczny obraz choroby. Myślę, że z filmami o tej tematyce jest trochę tak jak powiedziała Hazel o pogrzebach, które nie są dla zmarłych, ale dla żyjących – z tym, że tu chodzi o ludzi, którzy nie poznali takiego ciężaru choroby z tak bliska.

***

Film ma ciekawy tagline – „One sick love story” (jedna chora historia miłosna). Co ciekawe, wątek uczuciowy stanowi jedną z warstw fabularnych, która nie przytłacza pozostałych. Uczucie między bohaterami z plakatu nie jest wzniosłe, nagłe i porywające. To przyjaźń przemieniająca się w przywiązanie, a następnie w głębokie uczucie. Bez szaleństw, bez rzucania wyzwań losowi, ale spokojne i pełne czułości. Nad nimi unosi się cień choroby, która wpływa nie tylko na ich charakter, ale na relacje międzyludzkie. Film podkreśla poczucie odpowiedzialności chorych za tych, których zostawią – ciężka choroba to często przyspieszony kurs dojrzałości na wielu poziomach.

***

„Gwiazd naszych wina” warto obejrzeć dla Shailene Woodley, która nie tylko udźwignęła rolę, ale nadała filmowi blasku. Wciąż mam z nią pewien problem, który wynika bardziej z subiektywnych odczuć, ale nie będę zaprzeczać, że tkwi w niej niemały potencjał aktorski. Nieco gorzej wypadł Ansel Elgort, który był jednak nierówny, ale w najlepszych momentach wzbudza szacunek. Trochę szkoda, że role rodziców zostały zmarginalizowane i Laura Dern z Samem Trammellem nie mieli za wiele okazji do zagrania kogoś więcej niż rodziców śmiertelnie chorej nastolatki. Z drugiej strony film jest skupiony na Hazel i Gusie, ale na tym tle wybija się epizodyczna rola Willema Dafoe, który z niewielkiej, ale charakterystycznej postaci wyciągnął bardzo dużo.

***

Film ma przede wszystkim dobre podstawy. Za scenariusz jest odpowiedzialny duet, który ma na koncie „(500) Days of Summer” oraz „Cudowne tu i teraz”. Jak widać, bardzo dobrze czują się w tej stylistyce, co zaprocentowało podczas prac nad adaptacją powieści Greena. Od ciągu fabularnego,  po gesty i dialogi – całość jest po prostu dobrze napisanym scenariuszem, który trafił na dobrego reżysera. Josh Boone zadebiutował udanym i bezpretensjonalnym „Stuck in love”. Co ciekawe, obsada drugiego filmu nie jest tak imponująca jak przy debiucie. Za to muzyka została świetnie dobrana – kompozycje i utwory celnie ilustrowały dany moment.

***

Nie ukrywam – popłakałam się i nie czułam przy tym szantażu emocjonalnego. Byłam przygotowana na tę możliwość i zrezygnowałam z tuszu do rzęs, ale przed tym nie dało się uciec – a nawet tego nie chciałam. Dzisiaj jesteśmy bombardowani informacjami o katastrofach, śmierci i chorobach, że mimowolnie się znieczulamy i dystansujemy dla komfortu psychicznego. W przypadku fikcji jesteśmy coraz bardziej wyczuleni na manipulowanie naszymi emocjami poprzez tanie i bezpardonowe chwyty. Z pewnością sięgnę kiedyś po powieść Greena, która podobno kipi humorem i umówmy się – nie wszystko co w książkach sprawdza się w filmie. „Gwiazd naszych wina” to obok „Restless” Gusa van Santa jeden z najciekawszych filmów o młodych, umierających ludziach.

***