The Fault in our stars/Gwiazd naszych wina (2014), reż. Josh Boone

Tytuł polski: Gwiazd naszych wina
Tytuł oryginalny: The Fault in our stars
Reżyseria: Josh Boone
Scenariusz: Scott Neustadter, Michael H. Weber
Na podstawie: „Gwiazd naszych wina”, John Green
Zdjęcia: Ben Richardson
Muzyka: Mike Mogis, Nate Walcott
Obsada: Shailene Woodley, Ansel Elgort, Nate Wolff, Laura Dern, Sam Trammell, Willem Dafoe
Czas trwania: 125 minut
Rok produkcji: 2014
Dystrybutor: Imperial CinePix
Ocena: 5/6



***

W pewnym momencie film miałam zignorować, a tym bardziej podczas jego tournee po salach kinowych. Kolejna opowieść o nastolatce umierającej na raka i do tego z niezbyt lubianą Shailene Woodley nie czyniły z „Gwiazd naszych wina” filmu dla mnie. Nie czytałam powieści Johna Greena, która została zaadaptowana – czasem wolę, kiedy fabułę poznaję za pośrednictwem filmu, szczególnie takiego jak ten. Opowiadając o ciężko chorych młodych ludziach, łatwo wpaść w pułapki patosu i banału. To drugi film w dorobku reżyserskim Josha Boone’a, którym udowodnił, że warto go baczniej obserwować. Jego „Gwiazd naszych wina” to niezwykle wyważone i angażujące, choć proste kino.

***

Hazel (Shailene Woodley) jest nastolatką, która nie rozstaje się z butlą tlenową na kółkach. Choruje odkąd skończyła 13 lat i kolejne terapie tylko odwlekają to, co nieuniknione. Matka (Laura Dern) widząc stany depresyjne u córki, wysyła ją na spotkania grupy wsparcia dla osób z nowotworem. Tam poznaje Gusa (Ansel Elgort) i jego przyjaciela Isaaca (Nate Wolff), co znacząco zmieni jej życie i co tu ukrywać – znajdzie miłość. Ona ma raka tarczycy z przerzutami do płuc, on przez nowotwór musiał pożegnać się z nogą. Jak tu nie pochylić się nad tymi młodymi ludźmi, jak nie wzruszyć się tą smutną historią? W tym temacie powstało tak wiele filmów, że niektórym reżyserom udało się uczynić los bohaterów obojętny widzowi. Jednak w tym przypadku mamy realnych bohaterów, których zachowania, słowa i reakcje mają znaczenie i nie trafiają w próżnię. Film można podzielić na dwie części. Pierwsza traktuje raka z przymrużeniem oka, gdzie chorzy żyją z nim dzięki sporej dawce humoru i sarkazmu. Druga to już emocje, których nie zakryje żadna maska – kiedy choroba nie daje się zbyć ciętą ripostą. Całość scala dobra gra aktorska, a Shailene Woodley udało się stworzyć bardzo przejmującą i zapadającą w pamięć rolę.

***

Kiedy zobaczyłam zwiastun, naszła mnie myśl, że najczęstszym motywem jest chora dziewczyna, w której zakochuje się zdrowy chłopak. Ona jest bezbronną, kruchą i mądrą, a on zmienia się pod jej wpływem na lepsze. Niczym książę na białym koniu, który przybywa z ratunkiem, którym najczęściej jest odrobina radości oraz wielkie uczucie. Zapragnęłam filmu, gdzie sytuacja jest odwrotna i to dziewczyna zauważa tego, który niebawem stanie u bram nieba. Ponieważ nie można mieć wszystkiego, taki kompromis jakim jest historia Hazel i Gusa to i tak coś innego. Bohaterowie są w stanie zrozumieć się nawzajem, nie wisi nad nimi poczucie winy zdrowego, a tym bardziej dbać o jego komfort. Paradoksalnie ta konfiguracja daje komfort widzowi, który często nie mając doświadczeń z chorobą, dostaje jej obraz z innej strony, niejako od środka. To dalej nie jest surowy, realistyczny obraz choroby. Myślę, że z filmami o tej tematyce jest trochę tak jak powiedziała Hazel o pogrzebach, które nie są dla zmarłych, ale dla żyjących – z tym, że tu chodzi o ludzi, którzy nie poznali takiego ciężaru choroby z tak bliska.

***

Film ma ciekawy tagline – „One sick love story” (jedna chora historia miłosna). Co ciekawe, wątek uczuciowy stanowi jedną z warstw fabularnych, która nie przytłacza pozostałych. Uczucie między bohaterami z plakatu nie jest wzniosłe, nagłe i porywające. To przyjaźń przemieniająca się w przywiązanie, a następnie w głębokie uczucie. Bez szaleństw, bez rzucania wyzwań losowi, ale spokojne i pełne czułości. Nad nimi unosi się cień choroby, która wpływa nie tylko na ich charakter, ale na relacje międzyludzkie. Film podkreśla poczucie odpowiedzialności chorych za tych, których zostawią – ciężka choroba to często przyspieszony kurs dojrzałości na wielu poziomach.

***

„Gwiazd naszych wina” warto obejrzeć dla Shailene Woodley, która nie tylko udźwignęła rolę, ale nadała filmowi blasku. Wciąż mam z nią pewien problem, który wynika bardziej z subiektywnych odczuć, ale nie będę zaprzeczać, że tkwi w niej niemały potencjał aktorski. Nieco gorzej wypadł Ansel Elgort, który był jednak nierówny, ale w najlepszych momentach wzbudza szacunek. Trochę szkoda, że role rodziców zostały zmarginalizowane i Laura Dern z Samem Trammellem nie mieli za wiele okazji do zagrania kogoś więcej niż rodziców śmiertelnie chorej nastolatki. Z drugiej strony film jest skupiony na Hazel i Gusie, ale na tym tle wybija się epizodyczna rola Willema Dafoe, który z niewielkiej, ale charakterystycznej postaci wyciągnął bardzo dużo.

***

Film ma przede wszystkim dobre podstawy. Za scenariusz jest odpowiedzialny duet, który ma na koncie „(500) Days of Summer” oraz „Cudowne tu i teraz”. Jak widać, bardzo dobrze czują się w tej stylistyce, co zaprocentowało podczas prac nad adaptacją powieści Greena. Od ciągu fabularnego,  po gesty i dialogi – całość jest po prostu dobrze napisanym scenariuszem, który trafił na dobrego reżysera. Josh Boone zadebiutował udanym i bezpretensjonalnym „Stuck in love”. Co ciekawe, obsada drugiego filmu nie jest tak imponująca jak przy debiucie. Za to muzyka została świetnie dobrana – kompozycje i utwory celnie ilustrowały dany moment.

***

Nie ukrywam – popłakałam się i nie czułam przy tym szantażu emocjonalnego. Byłam przygotowana na tę możliwość i zrezygnowałam z tuszu do rzęs, ale przed tym nie dało się uciec – a nawet tego nie chciałam. Dzisiaj jesteśmy bombardowani informacjami o katastrofach, śmierci i chorobach, że mimowolnie się znieczulamy i dystansujemy dla komfortu psychicznego. W przypadku fikcji jesteśmy coraz bardziej wyczuleni na manipulowanie naszymi emocjami poprzez tanie i bezpardonowe chwyty. Z pewnością sięgnę kiedyś po powieść Greena, która podobno kipi humorem i umówmy się – nie wszystko co w książkach sprawdza się w filmie. „Gwiazd naszych wina” to obok „Restless” Gusa van Santa jeden z najciekawszych filmów o młodych, umierających ludziach.

***