Matoł i ćwok. O pierwszym sezonie „Merlina”.

W pogoni za nowościami czasem warto sięgnąć po coś starszego i skończonego. W serialach jeszcze łatwiej o zaległości ponieważ mnogość odcinków do nadrobienia potrafi odstraszyć. Co jakiś czas zderzam się z listą kultowych seriali, których do dnia dzisiejszego nie ruszyłam. Tak się złożyło, że jesteśmy skazani na produkcje amerykańskie, brytyjskie, polskie lub latynoamerykańskie. Rzadko pojawia się inna opcja europejska czy azjatycka – tutaj trzeba samemu poszukać, nie dostaniemy ich podanych na tacy. Nie bez znaczenia jest fakt, że język angielski jest współczesną łaciną, językiem francuskim dziewiętnastego wieku, językiem globalnym. Dlatego dostępność, odpowiedni poziom korelacji kulturowej i co tu ukrywać – różnorodność w temacie i jakości przemawiają za wyborem seriali produkowanych w języku Szekspira. Mam wrażenie, że kiedyś było łatwiej zorientować się co piszczy w rynku serialowym. Do głównych mediów przedostawały się te najlepsze, najciekawsze lub najbardziej imponująco obsadzone seriale. Może tak sobie wmawiam, bo od jakiś kilku lat mam spory problem z ogarnięciem tego, co oferują najbardziej liczące się stacje telewizyjne. Dlatego tak wiele seriali pozostaje niezbadanych, ominiętych czy po prostu zignorowanych z braku czasu a nawet ochoty. Jeśli masz za duży wybór wtedy istnieje ryzyko, że nie dokonasz żadnego.  Czytaj dalej