Into the woods/Tajemnice lasu (2014), reż. Rob Marshall

into_the_woods_xlgTytuł polski: Tajemnice lasu
Tytuł oryginalny: Into the woods
Reżyseria: Rob Marshall
Scenariusz: James Lapine
Na podstawie: „Into the woods” James Lapine, Stephen Sondheim
Zdjęcia: Dion Beebe
Muzyka: Stephen Sondheim
Obsada: Emily Blunt, James Corden, Meryl Streep, Anna Kendrick, Chris Pine, Johnny Depp, Daniel Huttlestone, Lilla Crawford, Billy Magnussen, Mackienzie Mauzy, Christine Baranki, Lucy Punch, Tammy Blanchard, Tracey Ullman
Czas trwania: 124 minuy
Rok produkcji: 2014
Dystrybutor: Disney
Ocena: 3.5/6



***

W cieniu jednego z najbardziej wyczekiwanych filmów tego roku, czyli „50 twarzy Greya” znalazła się polska premiera „Tajemnic lasu”. Zwiastuny były jak najbardziej obiecujące, bo retelling baśni braci Grimm w musicalowej oprawie przy takiej obsadzie musi być co najmniej dobry i interesujący. Trend przenoszenia na wielki ekran klasycznych baśni ma się bardzo dobrze – niebawem premiera „Kopciuszka” od Kennetha Branagha, a pół świata nie widzi innej Belli niż Emmy Watson. Na tym tle film Roba Marshalla wyróżnia się na kilku płaszczyznach. Jednak musical to na tyle specyficzny gatunek, który może sprawdza się na deskach teatrów, to nie zawsze znajdzie widza w sali kinowej. „Tajemnice lasu” to interesująca produkcja, ale gdzieś pod drodze zgubiła własną ścieżkę w lesie.

***

„Into the woods” to musical autorstwa Jamesa Lapine’a i Stephena Sondheima, który zadebiutował na deskach teatru w San Diego w 1986 roku, by niecały rok później stać się jedną z sensacji na Broadway’u. Biorąc pod uwagę, że temat jest jak najbardziej na czasie to wybór reżysera nie dziwi i jednocześnie martwi. Rob Marshall wypłynął na szerokie wody za sprawą „Chicago”, które brawurowo balansowało między filmem, a teatrem. Jednak od tamtego czasu reżyser nie zbliżył się do poziomu swojego oscarowego filmu, a czwarta część „Piratów z Karaibów” jest przez wielu określana mianem ponurej klęski. Z drugiej strony co mogło pójść nie tak w przypadku „Into the woods”? Niestety, nie znam oryginału i nie sposób odnieść się do poszczególnych elementów adaptacji – mimo to gołym okiem widać wspaniały i nietuzinkowy materiał, który aż prosi się o utrwalenie na taśmie filmowej. Przy jednocześnie imponującej obsadzie trudno spodziewać się czego innego jak solidnie przygotowanego filmu. Skoro takie „Avengers” jest w stanie rozpalać wyobraźnię to dlaczego nie mogą tego uczynić widowiskowe „Tajemnice lasu”? Tutaj pada jedno słowo – musical. Wiele ludzi nie wyobraża sobie życia bez muzyki, serial „Glee” z pewnością miało swój mały wkład w promocję tego gatunku. Jednak „Tajemnice lasu” to rasowy musical skierowany do miłośników tego gatunku. Pod względem stosunku piosenek do dialogu, to filmowi Marshalla bliżej do „Parasolek z Cherbourga” niż „Chicago”. Tak, piosenek jest od groma, a typ kompozycji jest daleki od znanych i popularnych przebojów. Należę do grupy, która bardzo lubi musicale, ale też potrafi kręcić nosem nad przeciążeniem „Krainy lodu” piosenkami. W przypadku „Tajemnic lasu” nie czułam przesytu muzyczną częścią filmu, ale nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że przy adaptowaniu dzieła, twórcom zaczęło umykać coś istotnego.

***

into-the-woods-9

Piekarz i jego żona stoją w centrum historii, spinając pozostałe wątki w zgrabną opowieść. Kariera Jamesa Cordena, który grał w „Starter for ten” (ten film zdaje się być wylęgarnią przyszłych gwiazd), nabrała ostatnio tempa. 

***

„Tajemnice lasu” to historia wykorzystująca wątki z baśni braci Grimm, aby poruszyć niedocenianą zdawałoby się kwestię. Musical został podzielony na trzy akty, które są ze sobą powiązane nie tylko poprzez splatające się wątki, ale myślą przewodnią. W pierwszym akcie bohaterowie mówią o swoich marzeniach, w drugim te się spełniają, a w trzecim ponoszą konsekwencje własnych decyzji. Niby konstrukcja wyraźna i logiczna, ale gubi się pod naporem odniesień czy imponującej warstwy wizualnej. Filmy kinowe przeżywa się inaczej niż przedstawienia teatralne i mimo wszystko przy adaptacji coś się jednocześnie zyskuje i traci. Jednego nie można odmówić – „Tajemnice lasu” świetnie splątuje wątki  z historii Kopciuszka, Roszpunki, Czerwonego Kapturka, Jasia i magicznej fasoli, których centrum staje się opowieść o piekarzu i jego żonie, którym do szczęścia brakuje tylko dziecka. Pomoc oferuje czarownica, która potrzebuje specjalnych składników aby zdjąć klątwę. Film trzyma się w ryzach do sceny ślubu, ale przychodzi trzeci i ostatni akt, któremu ewidentnie czegoś brakuje choć nie sposób odmówić mu nuty oryginalności. Może gdyby wątek olbrzymów został okrojony do minimum, a ostatniemu aktowi nadać więcej kameralności – wtedy przekaz byłby silniejszy. Jednak tak napisano musical i tak został nakręcony.

***

INTO THE WOODS

Kariera Anny Kendrick jest najciekawszą i najbardziej obiecującą wśród obsady „Zmierzchu” zaraz po Pattinsonie. Pewnie niewielu już pamięta, że grała w tym filmie. Świetnie odnalazła się w niszy jaką są filmy muzyczne, ale mam nadzieję, że nie zatrzaśnie się w tej szufladzie.

***

Marshall zebrał ciekawą obsadę i podobnie jak to miało miejsce w przypadku „Les Miserables. Nędznicy” – między hollywoodzkie nazwiska wplótł aktorów z desek teatrów musicalowych. O umiejętnościach wokalnych Meryl Streep mogliśmy się przekonać w „Mamma mia!”, a Anny Kendrick w „Pitch Perfect”. Mniej oczywisty wydawał się angaż Emily Blunt, która wprawdzie śpiewała w filmie, ale bez większego rozgłosu. Jednak obecność Chrisa Pine’a była dla mnie zaskoczeniem, bo nie podejrzewałam go nawet o tę umiejętność. W moim przypadku jeśli nie zostanie mi coś podstawione pod nos lub nie jest efektem ubocznym fascynacji daną osobą – nie ma szans bym poznała nieaktorski talent takiej osoby. Teraz przyznaję, że Chris Pine urósł w moich oczach, ale nie tylko za sprawą talentu wokalnego. Jeśli ktoś najmocniej wrył mi się w pamięci z całej obsady to właśnie Książę Kopciuszka, który stanowi uwypuklenie wad tej postaci nie tracąc przy swojego znaku rozpoznawczego – uroku. Pine był bliski przerysowania tej postaci, ale ewidentnie trzymał rękę na pulsie, bo choć jest baśniowo urodziwy to przy tym widać zabawę postacią. Równie ciekawa jest Anna Kendrick w roli Kopciuszka, która tak naprawdę nie jest pewna, czy Książę jest jej potrzebny do szczęścia. Z filmu na film coraz bardziej lubię tę aktorkę i cieszę się, że nie ogranicza produkcji musicalowych (jest drugą najmłodszą aktorką w historii nominacji do nagród Tony). Fantastycznie wypadła również Emily Blunt, której swoboda i wyrazistość nadały relacji z Jamesem Cordenem ciepła i prawdziwości. Johnny Depp pojawił się na chwilę, ale o dziwo mi się podobał w tej wersji, a mowa przecież o aktorze, którego mam już serdecznie dość. Tak naprawdę to bardziej bałam się Czerwonego Kopciuszka. Grająca ją Lilla Crawford trochę przypominała mi aktorkę z horroru „Sierota” – to było ciekawe doświadczenie. Długo męczył mnie fakt, że odtwórca roli Jacka jest jakoś znajomy. Jednak nie miałam pod ręką dostępu do bazy filmowej i dopiero w domu dowiedziałam się, że Daniel Huttlestone to Gavroche z „Les Miserables. Nędznicy”.

***

meryl-streep-plays-witch-disneys-film-adaptation-into-woods

Wielka Meryl Streep, ulubienica widzów i krytyków. Fantastyczna aktorka, która czasem za bardzo się stara i jej role zamiast cieszyć  – przytłaczają. W sytuacji jaką jest ograniczona pula ciekawych ról dla starszych aktorek, nie dziwię się, że zaklepuje te najlepsze. 

***

Akademia i inne gremia nagradzające w branży filmowej obsypując Meryl Streep tyloma nominacjami i nagrodami czynią jej pewną krzywdę. Przy obecnym przepływie informacji nie trzeba się bardzo starać by ludziom po prostu się przejeść i łatwo uzyskać iluzję nagradzania zawsze i wszędzie (choć tak nie jest). Streep jest nominowana za rolę Czarownicy, ale chwilami się zastanawiałam czy mój odbiór jest skrzywiony przez przesyt aktorką czy jednak miałam przed oczami przekombinowaną rolę. Przyznaję, że nie znoszę takich sytuacji, kiedy nie jestem w stanie spokojnie spojrzeć na rolę bez bagażu pozafilmowego. Jednak łapię się na tym, że podświadomie nie mam prawa krytykować jakby już to, że jest tą Meryl Streep jest samo w sobie wystarczające. Nie denerwuje Was to czasem? Cenię ją jako aktorkę, ale jej Czarownica była zbyt intensywna, jakby chciała zagarnąć cały film dla siebie.

***

Warstwa wizualna jest niesamowita i klimatyczna – sama bym z chęcią weszła do tego lasu. Spece od efektów specjalnych, scenografii, kostiumów i charakteryzacji wykonali kawał świetnej roboty. Filmowe uniwersum jest niezwykle spójne, szczególnie pod kątem kolorystyki. Większość kadrów jest jak gotowy obraz – nic tylko przebierać w ujęciach i się nimi zachwycać. Najważniejsze, że można poczuć się jak w samym centrum baśni, mieć ją na wyciągnięcie ręki. W przypadku muzyki oraz piosenek to uczucia mam w sumie mieszane – nie chciałam wrócić do żadnej z piosenek poza „Agony” (która jest przede wszystkim komiczna), ale też nie uważam sekwencji śpiewanych za nieudane. Słucha się je dobrze jeśli mając przed sobą obraz i słowa – a ja jestem dość specyficznym widzem w tej materii.

***

1419972627-into-the-woods-trailer

Johnny Depp stracił dawną pozycję ulubieńca Ameryki. Nie chodzi o życie prywatne, ale fakt, że współpraca z Burtonem wymknęła się spod kontroli. Wprawdzie wątroba mi się przewraca na myśl o Deppie w mocnej charakteryzacji, ale tutaj o dziwo mi się podobał. Za to Czerwony Kapturek potrafił wywołać ciarki, od takich dzieci chce się uciec do samego Mordoru. 

***

„Tajemnice lasu” mimo wielu zalet sprawiają wrażenie filmu nie do końca spójnego. O ile elementy komediowe, które rozprawiały się z wadami kanonu baśniowego grały ze sobą świetnie, tak ostatni akt sprawia wrażenie przyciężkiego i oderwanego od całości. Doskonale wiedziałam dlaczego tak jest, czemu to ma służyć, ale sposób prezentacji z minuty na minutę był coraz bardziej wątpliwy. Dynamika konsekwentnie siadała i w efekcie przychodziło znużenie i irytacja. Film Marshalla opowiada o decyzjach i ich konsekwencjach, ale w głowie też miałam piosenkę The Rolling Stones „You can’t always get what you want” i zaczęłam się nieco gubić. Pod koniec film jednak za bardzo się rozmywa i sprawia wrażenie niedokończonego – może to był sygnał, że szczęśliwe zakończenia są tylko w bajkach? Bo to, co zobaczyłam przed napisami końcowymi trudno nazwać satysfakcjonującym. To nie jest film dla uczulonych na musicale, ale miłośnicy tego gatunku najpewniej znajdą w nim coś dla siebie.

***

1414104895538_wps_16_A_witch_conspires_to_teac

Czym jest baśń bez księcia? Nie ukrywam, że jestem oczarowana z jaką swobodą i autoironią Pine podszedł do roli. W piosence „Agony” razem z Billym Magnussenem zapewnili mi niemało rozrywki. 

***