film

Maleficent/Czarownica (2014), reż. Robert Stromberg

Tytuł polski: Czarownica
Tytuł oryginalny: Maleficent
Reżyseria: Robert Stromberg
Scenariusz: Linda Woolverton
Na podstawie: „Śpiąca królewna”, Charles Perrault
Zdjęcia: Dean Semler
Muzyka: James Newton Howard
Obsada: Angelina Jolie, Sam Riley, Elle Fanning, Sharlto Copley, Imelda Staunton, Lesley Manville, Juno Temple, Brenton Thwaites
Czas trwania: 97 minut
Rok produkcji: 2014
Dystrybutor:  Disney
Ocena: 5/6



***

Był już Czerwony kapturek oraz dwa oblicza Królewny Śnieżki. Zanim na ekranach pojawi się Kopciuszek od Kennetha Branagha, warto zobaczyć „Czarownicę” powstałą na kanwach baśni o Śpiącej Królewnie autorstwa braci Grimm. Kampania reklamowa skupiona wokół Angeliny Jolie okazała się być dobrym posunięciem – mało kto interesował się jaki naprawdę będzie ten film. Sama nie wykazywałam zainteresowania tą produkcją i czekając na seans w sali kinowej nie wiedziałam co mnie czeka. Inna sprawa, że disneyowska animacja o księżniczce Aurorze chyba nigdy nie była moją bajką, więc o sentymentach czy specjalnych uczuciach nie było mowy. Po seansie „Czarownicy” wiedziałam jedno – nie obejrzę już więcej „Śpiącej królewny” z 1959 roku.

***

Najnowszy film Stromberga to nie tylko historia z perspektywy Diaboliny zagranej przez Angelinę Jolie, ale zupełnie odwrócona opowieść. To już nie jest ta nieskomplikowana baśń, gdzie podział na dobro i zło jest wyraźny, a miłość od pierwszego wejrzenia pokonuje najpotężniejsze i najmroczniejsze czary. Główną bohaterką nie jest to jasnowłose, kochające świat dziewczę, ale zła czarownica, która rzuciła na nią klątwę. Skąd się wzięła, dlaczego wprosiła się na dwór króla Stefana (Sharlto Copley) ze swoim „podarunkiem”? Linia fabularna może nie poraża oryginalnością, ale „Czarownica” wciąż pozostaje baśnią. O wyjątkowości filmu przesądzają drobiazgi i chwyty, które brutalnie rozprawiają się z kultową, ale też przestarzałą animacją Disneya. Młodszy widz zatopi się w baśniowym świecie pełnym ludzi i magicznych stworzeń. Starszy odczyta to, co kryje się między scenami, spojrzeniami i słowami. Dla mnie to jedno z pozytywnych zaskoczeń ostatnich miesięcy.

***

Od jakiegoś czasu nie sposób nie dostrzec, że baśnie wyraźnie dostosowują się do współczesności, często zmieniając szablon o 180 stopni. To wyraźnie widać w „Czarownicy”, która nie tylko mocno punktuje szkodliwe treści z punktu widzenia równouprawnienia, ale też dodaje mnóstwa szarości między czernią a bielą. To kolejny film, po „Krainie lodu”, który uczy, by nie oceniać po pozorach. Zło nie zawsze będzie miało żółte źrenice, ogon i rogi, a dobro błękitne szaty, skrzydła i aureole. Poza tym Diabolina nie jest zła z definicji (bo tak, bo brzydka, bo ktoś w końcu musi), ale jej czyny i decyzje są echem przeszłości. W tym przypadku istotne jest jak to zostało przeprowadzone. Oglądając „Czarownicę” nie ma się wrażenia, że twórca chciał zdeprecjonować „Śpiącą królewnę” i znacząco ośmieszyć – to jest bardziej jak puszczanie oka. Sam film emanuje łagodnością, wrażliwością i dowcipem przeplatanymi scenami naznaczonymi walką i niegodziwością. To nie jest jedna z tych produkcji, która zadziwia rozmachem i popisem wyobraźni. Gdyby odjąć kilka sekwencji, można odnieść wrażenie, że to kameralna, chwilami wręcz intymna opowieść.

***

„Czarownica” bez wątpienia należy do Angeliny Jolie, wraca na ekrany po trzyletniej przerwie. Mowa tu o aktorce, która bez wątpienia potrafi grać, ale brak jej talentu w kwestii dobierania scenariuszy. Najwięcej mówiło się o charakteryzacji, która przykuwa oczy. Nie jest tajemnicą, że małą Aurorę musiała zagrać Vivienne Jolie – Pitt, córka aktorki, ponieważ jako jedyna nie bała się Diaboliny. Jednak Jolie swoją grą sprawiła, że elementy wizualne zeszły na dalszy plan. Wystarczy wspomnieć scenę, kiedy bohaterka staje przed faktem, że została zdradzona – tej ekspresji nie był w stanie umniejszyć głos Magdaleny Cieleckiej, która podkładała Jolie w dubbingu. Niemal wszyscy aktorzy zostali dobrze obsadzeni. Z przyjemnością oglądałam Sharlto Copleya, którego kariera od czasu „Dystryktu 9” nabrała znaczącego tempa. Jego naturalna neurotyczność pasowała do postaci króla Stefana. Trzy wróżki, czyli Imelda Staunton, Leslie Manville i Juno Temple właściwie nie miały za wiele do grania, ale oddały komediowy charakter postaci. Nawet Brenton Thwaites i Sam Riley znakomicie odnaleźli się w konwencji. Problemem jest jednak Elle Fanning, której obsadzenie w roli Aurory przyjęłam dość chłodno. Owszem, nie rozumiem  fenomenu tej aktorki i nie potrafię się pozbyć przeświadczenia, że karierę zawdzięcza bardziej uzdolnionej siostrze. Niestety, tym filmem nie zmieniła mojego zdania – była bardzo irytująca i nieciekawa. Chociaż jeśli założymy, że charakter Aurory wynika z darów trzech wróżek, to otrzymamy właśnie takie rozpromienione, uśmiechające się dziewczę kochające wszystkie stworzenia. Może jednak spełniła to zadanie, a może po prostu jest bezbarwna?

***

Po  obejrzeniu tej alternatywnej historii, nie wyobrażam sobie, bym miała jeszcze raz obejrzeć „Śpiącą królewnę”. Może to wynika z wieku, masy „przeżutych” filmów czy innych oczekiwań, ale pewne historie i ich sposób opowiadania nie są w stanie przetrwać próby czasu. „Czarownica” po prostu wnosi coś nowego, wielowymiarowego. Jej przesłanie jest czytelne dla widza chyba z każdej kategorii wiekowej – jaka jest istota prawdziwej miłości. Ten banał udało się jednak podać w niewymuszony i bezpretensjonalny sposób. Nie można zapomnieć, że mamy do czynienia z baśnią i pewne zagrania i uproszczenia są nie do uniknięcia, kiedy głównym widzem jest dziecko. „Czarownica” to film, który zaskakuje i roztacza wokół siebie przyjemną, nastrojową aurę. Elementy komediowe, dramatyczne i batalistyczne wzajemnie się uzupełniały. Wychodząc z kina czułam się jak spełniony widz, który spodziewając się przeciętności otrzymał coś innego i wyjątkowego. Nawet polski dubbing nie był w stanie tego zabić.

***