Miłość nie jest lekarstwem na wszystko. Po seansie „Zanim się pojawiłeś”.

Przy okazji przemyśleń po seansie filmu „Gwiazd naszych wina” poruszyłam wątek pewnego schematu. Jeśli macie na liczniku trochę filmów to z pewnością zauważyliście, że to dziewczyna jest częściej tą chorą i umierającą, a chłopak niesie jej radość i miłość. Adaptacja powieści Johna Greena wprowadzało pewną równowagę, ponieważ oboje są ciężko chorzy. Jednak trzeba było się wysilić by znaleźć trochę tytułów będących odwrotnością, gdzie ona będzie tą iskierką. Dlatego nie mogłam nie zwrócić uwagi na „Zanim się pojawiłeś” Thei Sharrock, gdzie sparaliżowany Sam Claflin uśmiecha się do słodkiej Emilii Clarke. Nim się obejrzałam, nie mogłam się doczekać seansu. Zwyczajnie potrzebuję takich filmów przy których choć trochę się wzruszę. Czytaj dalej

Nie jesteś aż taki cool Mr. Deadpool.

Jedną z najbardziej wyczekiwanych premier kinowych, a szczególnie tych bazujących na oryginale komiksowym jest „Deadpool” Tima Millera. Patrząc na dorobek reżysera można przecierać oczy ze zdumienia, ale jak się nieco wgłębi w temat filmu to poszczególne elementy składają się w całkiem logiczną całość. Jedyną twarzą filmu jest Ryan Reynolds, który tak wczuł się w postać Wade Wilsona aka Deadpool, że można snuć fantastyczne teorie, że właśnie na Kanadyjczyku oparto tę postać. Reynolds równa się Deadpool, co ma swoje dobre i złe strony. Jak wiadomo, kwestie Deadpoola w kaszaniastym „X-Men: Geneza Wolverine”, były w dużej mierze autorstwa samego aktora. Reynolds aktywnie podszedł do procesu produkcji omawianego filu. Dostaliśmy właśnie taki radosny twór, ale im bliżej napisów końcowych to jakoś nie byłam w stanie przed samą sobą ukryć rozczarowania. Przecież byłam dobrym targetem dla tego filmu. Czytaj dalej